Głową w mur

December 14, 2008

Gospodarczego cudu Tuska nie ma, bo być nie mogło. Świadom tej obiegowej opinii premier już nie przekonywał tak bardzo naszych rodaków pracujących w Londynie o wirtualnym Eldorado nad Wisłą. Ale to nie za sprawą obietnic szefa PO część Polaków postanowiła odnaleźć na nowo swoją tożsamość w którejś tam z kolei Rzeczpospolitej.

Obiegowa opinia o masowych powrotach to na razie bardziej zapychacz prasowy niż mająca pokrycie w rzeczywistości tendencja ruchu społecznego. A jednak nawet ta niewielka część „kaskaderów” szukając w Polsce pracy po wyspiarskiej przygodzie musi zmierzyć się ze swoistego rodzaju murami, które jeden po drugim przed nimi wyrastają. I jak Zbigniew Zamachowski w „Zawróconym” pokonują je czasem bez końca, z tą tylko różnicą, że nie muszą przed nikim uciekać.

Rys. Andrzej Lichota

Rys. Andrzej Lichota

Mur pierwszy: mam wszystko, więc nie mam nic

Adam swoje poszukiwania pracy rozpoczął od przeglądu portali internetowych, które codziennie serwują garść kilkudziesięciu ofert pracy w różnorakich branżach. Wszechstronne wykształcenie w Polsce poparte doświadczeniem zawodowym w Anglii dawało iluzję, że znalezienie pracy to kwestia czasu.

Wysyłanie trzydziestu CV na tydzień zrobiło swoje i na pierwszą rozmowę o pracę w agencji pozarządowej, zajmującej się koordynacją programu nauczania przedszkolnego, miał stawić się za kilka dni. Rozmowa z sympatycznym panem od HR (w Polsce mamy też Human Resources) przebiegła „jak po maśle”, wszystko było „na tak”, nawet wymagany blok pedagogiczny skończony z wynikiem bardzo dobrym. – Dziękujemy bardzo za przybycie, na pewno skontaktujemy się z panem w najbliższych dniach w sprawie drugiego etapu rekrutacji – takie słowa przeważnie oznaczają coś pozytywnego…

Jeszcze tego samego dnia Adam odebrał telefon od pracownicy tej samej agencji, która nie przedstawiając się, ale z dumą w głosie, zakomunikowała: – Niestety, nie spełnił pan naszych oczekiwań i dlatego też nie zaprosimy pana do dalszego etapu. Pełen profesjonalizm…

Adam zaczął wierzyć w to, że ogłoszenia o pracę często wystawiane są w ramach tzw. musu odgórnego. Takie myślenie działa tylko do czasu, gdy do głowy nie przyjdzie kolejna koncepcja i…

Mur drugi: mam więcej, więc o dużo za dużo

Aneta poszukiwała pracy tylko w zawodzie, który pomógłby zrealizować jej życiowe ambicje. Kursy ukończone w londyńskich szkołach dawały jej (tak się przynajmniej mogło wydawać) przewagę po powrocie. Przegląd prasy lokalnej i krajowej zaowocował odnalezieniem oferty pracy na stanowisko fotografa.

„To właśnie to” – pomyślała i nie pomyliła się. Telefon od sympatycznej osoby z dużej korporacji produktowej odebrała już w dzień po wysłaniu aplikacji. Rozmowa kwalifikacyjna, chociaż bardzo sformalizowana, przebiegła w sympatycznej atmosferze. Kolejny slogan: – Dziękujemy bardzo za przybycie, na pewno poinformujemy panią o wynikach procesu rekrutacyjnego – załatwił sprawę na kilka dni.

Po dziesięciu dniach Aneta nie wytrzymała i pisząc maila z zapytaniem o rezultat odbytej rozmowy, otrzymała w odpowiedzi: „Rozmowę kwalifikacyjną przeszła Pani pomyślnie. Niestety obecnie nie mogę zaoferować Pani pracy ze względu na zbyt wysokie kwalifikacje, które Pani posiada. Jestem przekonany, że nie będzie Pani długo szukać zajęcia…”.

Riposta Anety była natychmiastowa i zaowocowała… telefonem od HR-owca, który tłumaczył się 25 minut z podjętej decyzji. Pełen profesjonalizm…

Wydawać by się mogło, że w zawodach uznawanych powszechnie za artystyczne najlepszym rozwiązaniem będzie założenie własnej firmy. Jednak do czasu, gdy nie napotkamy na…

Mur trzeci: nie mam nic, więc nie mogę mieć więcej

Darek postąpił jak nakazują kanony prawa „powracającego”. Rejestracja w Powiatowym Urzędzie Pracy, wysłanie prośby o uwzględnienie lat pracy na Wyspach do Wojewódzkiego Urzędu Pracy, spotkania kontrolne, itd.

Od malarzy, pracujących kiedyś w jego mieszkaniu, dowiedział się o możliwościach uzyskania dotacji na rozpoczęcie własnej działalności gospodarczej. Wizyta w pokoju 109 i sentencja: – A czego pan nie wie? Wszystko jest w internecie – spowodowała, że informacji o wspomnianych dotacjach postanowił już nie zasięgać u osób do tego zadania oddelegowanych.

Malarze dotacje otrzymali, więc dlaczego on miałby też nie spróbować. Pomysł na biznes już miał, a kilkanaście tysięcy złotych bezzwrotnej pomocy mogłoby być niezłym prognostykiem dla raczkującej firmy. Wzorcowy biznes plan napisany w dwa dni to dobry początek. Dalej już tylko schody, ponieważ bezrobotny musi znaleźć środki finansowe na zabezpieczenie autorskiego pomysłu.

Wyjścia są dwa: blokada środków na rachunku bankowym, przy czym: „minimalna wymagana wysokość środków wynosi 1,5-krotność wnioskowanej kwoty dotacji” lub też poręczenie cywilne (zazwyczaj dwóch żyrantów o dochodach powyżej 1500 złotych netto).

Darek decyduje się na drugą opcję, chociaż obie do łatwych nie należą. Kiedy na dzień przed terminem składania pliku wniosków kompletuje już pełną dokumentację, oczom jego ukazuje się anonsowany w postanowieniach ogólnych obowiązek złożenia oświadczenia o: „niepodejmowaniu zatrudnienia w okresie 12 miesięcy po dniu rozpoczęcia prowadzenia działalności gospodarczej”. Szczytna to zatem idea pomagać bezrobotnemu oferując obwarowane niebotycznymi zabezpieczeniami dotacje, które będzie musiał zwrócić jak tylko podejmie regularną pracę. Po raz trzeci pełen profesjonalizm, czeka więc…

Mur czwarty, piąty, szósty, siódmy…

Adam, Aneta jak i Darek po powrocie do Polski wciąż poszukują pracy. Aneta jako kobieta ma do przeskoczenia jeszcze jedno wielkie „murzysko”: za każdym razem pierwszym pytaniem w rozmowie kwalifikacyjnej jest formułowany na miliony sposobów slogan: - Czy ma pani dzieci, a jeśli nie, to kiedy zamierza pani mieć.

Tak więc jedyne co pozostaje, to kolejne poniedziałkowe wydanie „Wyborczej” oraz sobotnia gazeta lokalna – zawsze z nadzieją na lepsze jutro. I pewnie wielu wykrzyczy to w myślach: „No i trzeba było zostać w Anglii”.

A jednak powroty są potrzebne, ponieważ są ludzie, którzy potrzebują stabilizacji społeczno-ekonomicznej właśnie w ojczystym kraju. Wracają z nadzieją na szansę wysłuchując w zamian bajek o zbyt wysokich kwalifikacjach. Okazuje się, że słowo overskilled – odpowiedź na wszystkie pytania – robi furorę w kraju nad Wisłą. To pstryczek w nos tych, którzy ośmielili się podnosić swoje kwalifikacje za granicą. To wypełniona profesjonalizmem riposta specjalistów od HR (kiedyś nazywano ich pracownikami ds. rekrutacji) na wyszczególnienie w CV doświadczenia zawodowego i językowego zdobytego na Wyspach. Ale właśnie po to powinniśmy wracać – żeby udowodnić niedowiarkom, że można. Żeby nie słuchać od weekendowych bywalców, że wracać nie ma po co, „bo chleb już dwa razy droższy niż przed trzema laty”. Żeby rozwinąć talenty dane nam z góry. I żeby za siódmym murem już nie było ósmego…

Paweł Rosolski

Panika Medialna

November 13, 2008

Kilka tygodni temu w artykule „Ciszej, proszę, z tymi powrotami” sformułowałem prośbę wołającego na puszczy, by nie ulegać syndromowi PM (Panika Medialna) i z newsa tygodnia nie robić newsa miesiąca czy, Boże broń, roku. Nie udało się. Jest… głośniej, coraz głośniej.
Każda gazeta, z właściwym sobie urokiem, na nowo podjęła się ujęcia tego tematu, choć skończyło się głównie na powtórzeniu powszechnie znanych ogólników (ekonomia, kursy walut, stopa bezrobocia + obowiązkowa historia Mariana i Joli lub Czesława i Anny).

W miarę korzystnie wyglądało to w „Polish Express” i „Nowym Czasie”. Dziennikarz tej pierwszej gazety (załączam moje szczere gratulacje) osobiście pofatygował się na spotkanie środowisk polonijnych debatujących nad sprawą powrotów i rzecz sensownie opisał. „Nowy Czas” odwrócił lustro i opisał ludzi, którzy wrócili do Polski, ale nie odnaleźli się i po raz drugi spakowali manatki, by znów tu przyjechać. Marnie spisały się moim zdaniem „Goniec” i „Cooltura”. Pierwszy tytuł uraczył czytelnika dwunastoma powodami (szczerze mówiąc, zrozumiałe dla mnie było może siedem), dla których jeden z redaktorów nie wraca. Drugi tytuł użyczył swoich łam pewnej pani, by pod deklaracją: ZOSTAJĘ, opisała wszystko to, co zainteresowani i tak od dawna wiedzą.

Nieco burzliwiej rozegrała się dyskusja w internecie, gdzie kilkaset osób wyraziło swoje racje, spierając się od nowa o zasadność emigracji zarobkowej, chwaląc ją przy tym lub ganiąc. Doszło do niebezpiecznej polaryzacji na nas tu i ich tam, przy czym jedna i druga grupa nie szczędziła sobie sarkazmu i złośliwości. Było już o krok od opluwania Polski, rzeczy dla większości z nas niewybaczalnej. Możemy narzekać na ekonomię, nieudolność polityków, wrednych urzędników, pracodawców i inne elementy polskiej rzeczywistości, ale kraj sam w sobie w niczym nie zawinił. I zawsze, w sposób mniej lub bardziej wyidealizowany, będzie w naszych sercach.
Pytam zatem: czy już nie ma siedemnastego województwa? Było tylko figurą retoryczną z okazji wyborów? Nagle przestaliśmy być Polakami, bo nie chcemy wracać lub nie mamy do czego? Bzdura i potwarz. Żeby to pojąć, trzeba widzieć polskiego budowlańca, który z wypiekami na policzkach opowiada znudzonemu Anglikowi o swoim mieście, historii swojego kraju i jego wybitnych przedstawicielach, który kłóci się o rolę polskich żołnierzy podczas II wojny światowej albo celebruje sukces polskiego sportowca na arenie międzynarodowej.

I dalej pytam: jaki model patriotyzmu obowiązuje w nowoczesnej Europie – Drzymały funkcjonującego w bardzo specyficznych warunkach polityczno-społecznych czy współczesnego hydraulika mogącego wybrać, w jakiej walucie chce zarabiać pieniądze? A może jeszcze inny, wciąż nie odkryty przez socjologów, a który prędzej czy później zostanie przez nich zdefiniowany?
Żaden z moich rozmówców nie powiedział, że nie wróci nigdy. Bycie emerytem, w bądź co bądź, obcym kraju, wcale nie wygląda różowo. Wielu z nas nadrabia na emigracji czas stracony w Polsce, ale uzyskane pieniądze inwestuje w kraju, kupując, budując, remontując, wspierając tych, którzy zostali. Robią to zapewne po to, by mieć alternatywę, gdyby koniunktura załamała się lub pobyt na emigracji stał nieznośny. I świetnie, bo możliwość wyboru to jedna z najlepszych rzeczy, jakie mogą spotkać człowieka. Poprzednie pokolenia Polaków takiego komfortu nie miały.
Buńczuczne wypowiedzi internetowe niektórych emigrantów, jak również jednoznaczne tytuły prasowe w stylu: „12 powodów, dla których zostaję” lub „Dziękuję, zostaję”, nie są niczym innym jak tylko deklaracjami ich autorów i z jakąkolwiek próbą szerszego ujęcia tematu nie mają nic wspólnego. Dla mnie to tylko szum, o którego ukrócenie daremnie prosiłem. W każdej chwili mogę wymyślić dwanaście powodów, dla których być może kiedyś wyjadę. Uwaga, włączam stoper…

1. Nie chcę, by w poważnej chorobie podano mi w NHS paracetamol; 2. Nie lubię korków; 3. Z niewiadomych przyczyn dostaję mandaty za parkowanie pod własnym domem; 4. Nie smakuje mi tutejszy chleb (nawet z tzw. polskiej piekarni); 5. Ubezpieczenie auta jest za drogie; 6. Ciągle pada; 7. Żeby wyjść do lasu, muszę jechać przynajmniej 30 mil i dobrze się naszukać, by nie był to teren prywatny; 8. Za dużo wokół kamer monitorujących każdy mój krok; 9. Zbyt często kupczy się moimi danymi osobowymi tylko po to, by jakiś przedstawiciel handlowy mógł gnębić mnie kolejną super ofertą.
10. Nowoczesna choroba zwana „funcicą” niszczy relacje międzyludzkie i spłyca nawet najbardziej wartościowych ludzi; 11. I za 40 lat mój angielski nie będzie tak płynny jak polski; 12. Nigdy nie przestanę tęsknić za Krakowem.
…5 minut, 12 sekund. Szkoda, że nie jestem członkiem żadnej redakcji. Nie ruszając się zza biurka, zarabiałbym krocie.
To jeszcze raz. Dajmy już spokój. Jeśli kiedykolwiek będziemy wyjeżdżać, nie wyjedziemy wszyscy na raz i na zawsze. Przejście Polaków przez Kanał Angielski już się nie powtórzy. Nie w tym wymiarze, co cztery lata temu.

Jacek Ozaist

My nie wracamy!

November 10, 2008

Tyle się ostatnio mówi o Polakach wracających do kraju, że człowiekowi albo się już nie chce o tym czytać, albo poważnie zaczyna zastanawiać się, jak naprawdę z tym exodusem jest. Ilu wyjechało? Ile jeszcze opuści Wyspę? Kto wyjeżdża i dlaczego? Inni już wracają. Przewiduje się, że w przyszłym roku 400 tys. naszych rodaków straci pracę, ale wcale nie musi to oznaczać, że od razu spakują walizki i wyjadą. Weźmy takiego pana Zbyszka, Tadeusza czy Grzegorza, z którymi rozmawiam na budowie, na naszej redakcyjnej ulicy. Oni zdecydowanie mówią: – NIE WRACAMY! Bo niby do czego?

- No, ale tu przecież kryzys – mówię.
- Ale, jaki kryzys, pani..? A co, w Polsce niby lepiej? Nikt nie wraca – komentuje pan Tadeusz. Tylko jeden z ich kolegów wrócił, miał niby załatwioną pracę, ale nie wiadomo, czy zadomowi się w kraju na stałe.
Pan Zbyszek uważa, że z Polski ludzie dalej wyjeżdżają, może już nie tak masowo do Anglii czy Irlandii, ale do Norwegii czy Szwecji. - Tam zwyczajnie nie ma po co siedzieć - stwierdza bezceremonialnie.
Paru już próbowało porównać koszty życia w Polsce i w Wielkiej Brytanii. I ciężko jest zauważyć jakieś widoczne zmiany na lepsze.
- Ja jak jadę do domu, to wydaję tysiąc funtów i wiem, że mieszkając tam będę miał problem, żeby ten tysiąc zarobić – mówi pan Grzegorz. – Tu możesz zarobić ten tysiąc lub nawet dwa – dodaje pan Zbyszek. – Na przykład mój kolega zarabia w kraju osiem tysięcy złotych, ale jest w domu tylko dwa dni w miesiącu, bo jeździ po całym kraju ciężarówkami. Ale ja tak nie chcę i tak nie będę żył. W Polsce nie zarabia się lepiej. Gdzie są obiecane podwyżki? Renty podwyższyli o 16 złotych, toż to śmiech na sali.
Pan Zbyszek wspomina też, że jak mieszkał w kraju, często pod koniec miesiąca musiał pożyczać pieniądze od swej teściowej na leki dla córki. A sam teść, jak przeszedł na emeryturę, której dostawał 600 zł, z czego na swoje lekarstwa wydawał 320 zł, musiał poszukać sobie dodatkowego zajęcia, by dorobić kolejne 500 zł.
- A Narodowy Fundusz Zdrowia to co? – wtrąca się pan Tadeusz. Pojechałem do Polski do lekarza, a ten mi mówi, że skończył mu się limit na ten miesiąc i może mnie przyjąć tylko prywatnie. To przepraszam bardzo, ale na co ja składki płaciłem przez całe życie? Innym razem lekarz kolegi nie chciał przyjąć, bo należał do innej kasy chorych. A przecież po reformie w służbie zdrowia mieliśmy mieć dostęp do każdego lekarza w kraju.


Problem nie polega więc tylko na tym, że w Polsce życie jest drogie, dochodzą jeszcze inne. Weźmy na przykład politykę czy system prawny w kraju. Zbyszek stanowczo stwierdza, że tak długo, jak obecny rząd będzie u władzy, to on na pewno nie wróci.
- Tyle obiecywali, a słowa nie dotrzymali. Albo weźmy na przykład taki ZUS, KRUS albo Urząd Skarbowy – dodaje Tadeusz. – Jak chcesz założyć własną firmę, to i tak składki i podatki cię wykończą. Nie ma lekko… Ludzie teraz nawet na czarno boją się zatrudniać. Zresztą jak papierów nie ma, to też szkoda, bo czas pracy nie jest wliczany do emerytury – dodaje Zbyszek. Do tego dochodzą niskie benefity na rodzinę, które tu na przykład możemy dostawać nawet jeśli nasza rodzina mieszka w Polsce – wylicza najważniejsze minusy.
- No, ale jednak ktoś wraca – mówię. – A wie pani kto? Zakochani, bo oni świata wtedy nie widzą. Jednego kolegę jak złapało, to wziął się spakował i wyjechał. Ale jak jego luba chciała jeździć to tu, to tam, to szybko wrócił z powrotem – śmieje się pan Zbyszek.
Panowie dużo mi jeszcze ze śmiechem i żartem opowiadają o małżeństwach, rodzinach, związkach… Bez rozwodów też się nie obeszło. Pan Zbyszek twierdzi, że jak ma się rodzinę, to lepiej jej nie opuszczać, bo wiadomo, różnie to może być. - Jak ja myślałem o wyjeździe, to usiedliśmy z żoną przy stole i stwierdziliśmy, że albo wyjeżdżamy razem, albo żadne z nas. Po to się zakłada rodzinę, by z nią być. Ja teraz nie mam problemu, aby tu zostać na stałe. Żonie się podoba, córka chodzi już do przedszkola i ma koleżanki do zabawy, to do czego ja mam wracać? Mnie tu dobrze.
Wychodzę ze spotkania z uśmiechem na twarzy. Nie dlatego, że ojczyzna nasza wydaje się być krajem absurdów czy system tam panujący często potrafi w pięty dopiec, ale dlatego, że była to dla mnie lekcja pozytywnego myślenia, że jak Polak chce, to potrafi. Potrafi się odnaleźć w różnych warunkach. Musi tylko wiedzieć, na czym mu zależy i wtedy nawet kryzys mu nie straszny.

Ewa Żabicka

Powroty z powrotów

October 31, 2008

Niestety, niektórzy z nas bezkrytycznie uwierzyli doniesieniom o wspaniałej koniunkturze w Polsce, o setkach tysięcy imigrantów wracających do kraju, dzisiaj mlekiem i miodem płynącego. Może nie zaraz 400 tysięcy, ale kilka osób z mojego sąsiedztwa powrotu do Polski spróbowało. Powrócili na krótko, przyjechali z powrotem jeszcze szybciej.

Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma – głosi stara maksyma. Agnieszka i Maks po dwóch tygodniach burzliwych dyskusji doszli do wniosku, że dalsze życie w Southampton nie ma już większego sensu.
-To nie był chwilowy impuls, raczej wypracowana w pocie czoła decyzja – opowiada Maks. – A wszystko odbyło się z kartką w ręku. Ja zarabiam około 850 funtów, Agnieszka w Asdzie na pół etatu ma około 400. Na naszą siedmioletnią Ewę dostajemy około 18 funtów tygodniowo child benefit. To daje razem około 1322 funty. Za mieszkanie płaciliśmy 525 funty, kolejna stówa szła na council tax. Zostaje około 697 funtów. Wystarczy na rachunek za światło raz na trzy miesiące i na godziwe życie w Anglii, ale z drugiej strony… Czy po to tu przyjechaliśmy, by po prostu żyć? Chcieliśmy odłożyć jakieś większe pieniądze, czegoś się dorobić. Stwierdziliśmy, że to nie ma sensu i postanowiliśmy: wracamy do Polski.
Powrót do Polski to skomplikowana operacja logistyczna. Trzeba się rozliczyć z landlordem, operatorem telefonii, internetu, dostawcą energii elektrycznej i gazu czy wreszcie nawet TV Licensing.
W zasadzie nie ma możliwości załatwienia wszystkiego w jednej chwili, do każdego operatora trzeba wysłać wypowiedzenie usług, poprosić o rachunek z ostatecznym rozliczeniem, a niektórych – jak TV Licensing czy City Council poprosić o zwrot nadpłaconych rachunków. Na rozliczenia trzeba zaczekać.
Postanowili całą operację przeprowadzić w dwóch turach.
- Plan był prosty – wylicza Maks. – Agnieszka pojedzie do Polski pierwsza, rozejrzy się za pracą dla siebie i za jakimś mieszkaniem, zapisze małą do szkoły. Ja zostanę, by wszystko rozliczyć, zdam mieszkanie, odbiorę kaucję i – mieszkając u brata – popracuję jeszcze przez kilka tygodni, by mieć jakiś zapas finansowy na początek życia w Polsce i by wspierać Agnieszkę w kraju.
Wyliczyli, że pensja Agnieszki powinna wystarczyć na wynajem mieszkania w Krakowie. On miał dosyłać na „życie” około trzysta funtów miesięcznie. Planowali, że w ciągu trzech miesięcy odłożą około 1000 funtów, na dobry początek w Polsce.

[Czytaj dalej]