Przez wino do prawdy
November 10, 2009
Targi wina w Business Centre w Islington zostały przygotowane z rozmachem niewskazującym na to, że tkwimy w jednym z najgłębszych kryzysów od początku rewolucji przemysłowej. Przyciągnęły one setki wystawców, producentów i dealerów z całego świata oraz przedstawicieli firm specjalizujących się w winnej turystyce, a także producentów sera. Nie zabrakło oczywiście tysięcy amatorów przefermentowanego soku z winogron. Mimo że tradycje winiarskie w Wielkiej Brytanii nie są zbyt głębokie, Wine Show cieszył się olbrzymim zainteresowaniem.
O targach wina dowiedziałem się przypadkiem. Jednak wcale nie żałuję, że miałem okazję w nich uczestniczyć i spróbować jednych z najlepszych gatunków wina, jakie lądują na angielskiej ziemi. Chociaż – pośród tysięcznych tłumów – nie do każdego stoiska udało się dostać.
Większość stoisk opanowali internetowi sprzedawcy. Konkurencja między nimi jest znaczna, nic więc dziwnego, że ich oferta staje się coraz bardziej wyspecjalizowana. Sprzedają wybrane gatunki wina lub trunki pochodzące z konkretnych regionów. Można było zamówić dostawę do domu już podczas trwania targów. Ten, kto od razu kupił coś dla siebie, otrzymywał rabat – zwykle było to około 20 proc. Ale nie tylko winem handlowano. Na jednym ze stoisk można było zapoznać się z amerykańskim burbonem. Wprawdzie nie jestem fanem mocnych trunków, jednak owa amerykańska odmiana whisky naprawdę mi posmakowała.

Nie zabrakło również akcentów polskich. Nie, to nie to, o czym myślicie. Przedstawiono produkt, którego wstydzić się bynajmniej nie musimy. Polska jest krajem, w którym produkcję wódki w ciągu ostatnich lat doprowadzono niemalże do doskonałości. Niektóre gatunki opatrzone znaczkiem made in Poland, na stałe zagościły w europejskiej świadomości. I nic nie wskazuje na to, by sytuacja miała się odmienić. Sprzedawca, który miał w swojej ofercie produkty wrocławskiego Polmosu, zaprezentował również szeroką gamę rumów (do 50 funtów za butelkę), tequilli i bardziej egzotycznych produktów z Ameryki Południowej.
Na kilku stoiskach pojawiło się również piwo. Polakom, przyzwyczajonym do piwa jasnego, poleciłbym wprowadzić czasem odmianę w „jadłospisie” i popróbować czegoś nowego. Piwa górnej fermentacji, jakże inne od znanych nam „Lechów” czy „Żywców”, oferują dużo szerszą gamę smaków. Jednak o tym, czy coś jest dobre czy nie i tak decyduje nasz gust. Nie będę więc przesadnie namawiał do zmiany przyzwyczajeń.
Powróćmy jednak do wina. Osoby, którym wydaje się, że mają wyrobioną opinię na temat jego poszczególnych gatunków, mogłyby poczuć się nieco zaskoczone przedstawioną ofertą. Cabernet, Sirrah i Merlot w jednej butelce? Czemu nie? Kupażowanie wina, czyli mieszanie różnych jego gatunków, znane i stosowane jest od bardzo dawna. Wszystko jednak wskazuje na to, że ostatnio przeżywa ono renesans. Różnoracy „mieszacze” win chyba naprawdę znają się na swojej pracy, gdyż próbki, jakie miałem okazję posmakować, były naprawdę wyborne.
Do wina można dolewać i mocniejsze, przedestylowane trunki. W Anglii taki produkt znany jest jako fortified wine. Zwykle jest on słodszy niż normalne wino i mocniejszy. Madeira, Malaga, Sherry czy Porto należą właśnie do takich win. To ostatnie było prezentowane na kilku stoiskach. Budziło zainteresowanie szczególnie wśród pań. Ale i ja miałem okazję poznać, czym różni się pięcioletnie Porto od dwudziestoletniego, czy leżakowane w beczce od takiego, które nigdy drewnianej beczki nie widziało.
Generalnie w ofercie targowej przeważały wina o ustalonej marce – francuskie, hiszpańskie i portugalskie. Były też wina włoskie, uważane – nieco niesłusznie – za trunki nieco gorszej jakości.
Nie zabrakło także ofert z „nowych”, wschodzących źródeł: Argentyny, Nowej Zelandii, RPA, Chile czy też Kalifornii. Podobnie Grecja i Cypr – krainy uchodzące za kolebki europejskiego winiarstwa, pokazały dzieła swoich mistrzów. Wprawdzie zarówno na polskich, jak i angielskich półkach sklepowych nie zajmują dziś należnego im miejsca, ale może wkrótce – chociażby za sprawą takich imprez jak Wine Show – częściej będzie można je spotkać.
Jeśli chodzi o producentów mniej znanych, wielkie wrażenie zrobiły na mnie wina austriackie. Zapoznałem się już z nimi 12 lat temu, odwiedzając Wiedeń. Małe, rodzinne biznesy winiarskie kwitną w całej Austrii, stanowiąc źródło utrzymania wielu osób, zarówno na prowincji, jak i w samej stolicy kraju. Niewielkie knajpki, usytuowane w piwnicach prywatnych domów, przyciągają zarówno turystów, jak i lokalnych mieszkańców. Wielka szkoda, że znakomite wino z Austrii, jakoś do dziś nie może się przebić na światowym rynku.
Na jednym ze stoisk prezentowano również produkty winnic bułgarskich. W czasach komuny bułgarskie wina były właściwie jedynymi w polskich sklepach, które nadawały się do spożycia. Chcąc przypomnieć sobie „smak młodości”, sięgnąłem po kubeczek z winem. Przyznać muszę, że byłem bardzo mile zaskoczony jakością tego trunku.
W dawnej Polsce wyżej niż wina francuskie ceniono węgrzyna. Jednak próżno było szukać węgierskich win na imprezie w Islington. Widocznie Anglicy mają pod tym względem inny smak niż Polacy, gdyż o dobry Tokaj na Wyspach nie jest łatwo. Nigdzie nie zauważyłem też win reńskich.

Wybór na Wine Show był taki, że nie byłoby szansy, by w ciągu jednego dnia zapoznać się z ofertą wszystkich wystawiających. Fot. Beata Huczko
Przed przyjazdem do Wielkiej Brytanii, mieszkałem w zachodniej Polsce. W regionie, który – trochę nietypowo dla naszego kraju – już od średniowiecza kultywuje winiarskie tradycje. Do dziś, w każdy pierwszy weekend września, rozpoczyna się tam trwające cały tydzień Winobranie. Jest to wielkie święto, w którym biorą udział zarówno okoliczni mieszkańcy, jak i przyjezdni, z kraju i zagranicy. Jednak od kilku lat nie miałem okazji uczestniczyć w tym wydarzeniu. Tym bardziej więc żałuję, że na Wine Show dotarłem dopiero w ostatni dzień trwania imprezy. Między stoiskami mógłbym błądzić w nieskończoność, poznając coraz to nowe smaki, zapachy i klimaty. Z niecierpliwością czekam już na przyszłoroczne targi. Wiem, że będzie co oglądać i degustować. Kraina wina w Islington otworzyła przede mną drzwi, których nigdy nie chciałbym zamykać.
Alex Sławiński
Kantor, artysta upadły
August 13, 2009
Polska! Year nie traci tempa. Nie ogranicza się też do Londynu. Po Canterbury, gdzie odbyło się wykonanie Pasji wg św. Łukasza Pendereckiego, z udziałem samego mistrza, kolej przyszła na jeszcze bardziej odległe dla londyńczyków miejsce – Norwich, we wschodniej Anglii. W Sainsbury Centre for Visual Arts, zaprojektowanym przez lorda Fostera, bohaterem wystawy był wielki artysta XX wieku – Tadeusz Kantor.
Tylko niewtajemniczonych mogła zrazić lokalizacja, w stosunkowo małej miejscowości, w dodatku na terenie uniwersyteckim. Pozory mylą. Jest to jeden z pierwszych projektów Fostera ufundowany przez Roberta Sainsbury’ego, gdzie stałą ekspozycją jest jego imponująca kolekcja XX-wiecznej sztuki i sztuki etnicznej. Największym zaskoczeniem są dzieła znane z podręczników – „Matka z dzieckiem” Moora, „Baletnica” Degasa, obrazy Modgilianiego, Picasso i kilkanaście Francisa Bacona. Robert Sainsbury był jednym z pierwszych kolekcjonerów Bacona. W takim towarzystwie wystąpił Tadeusz Kantor, jakby zrealizowała się jego koncepcja sztuki nieznającej granic, o czym zresztą informował jeden z cytatów wprowadzających do przestronnych pomieszczeń wystawienniczych: „Niezwykle naiwne wydają mi się powszechne dziś tendencje dzielenia Europy na Zachód i Wschód. Europa jest niepodzielna. Europa kultury. Gdzieś na rozstajnych drogach Czasu musi istnieć Cafe Europe… kogo tam nie ma…”

Goście wernisażu, na drugim planie instalacja teatralna Kantora
Jak pokazać artystę tak różnorodnego, który programowo negował wystawy i nazywał je antysztuką z powodu ich statyczności? Organizatorom pomogła przestrzeń. Sainsbury Centre for Visual Arts to niezwykłe miejsce. Kantor był wszędzie – między Baconem i Moorem, w głównym hallu i w podziemiach galerii, gdzie prezentowane są wszystkie najważniejsze instalacje teatralne – w tym rekwizyty poruszające się na oczach zwiedzających. Zabrakło tylko teatru, ale właśnie dlatego, z powodu swojej ulotności, teatr tak bardzo fascynował Kantora. Tytułem rekompensaty zwiedzający otrzymali dokładny zapis dokumentalny „Kantorowskiej podróży artystycznej”. Szkice, obrazy, ambalaże, zapisy filmowe i cytaty z artystycznych manifestów Tadeusza Kantora.
Organizatorom udało się pokazać najważniejszy motyw twórczości Kantora – motyw podróży. Podróż Odysa, Kantora, artysty, który podnosi się z kolejnych upadków, dla którego kontakt ze światem musi powodować opór, którego nigdy nie pokona. W tych niższych rejonach, pozbawiony szansy na zwycięstwo, odkrywa swój los.
Grzegorz Małkiewicz
Sainsbury Centre for Visual Arts
University of East Anglia, Norwich
www.scva.ac.uk
wystawa czynna do 30 sierpnia
Radość z ocalonego Teatru Poezji
June 17, 2009
Mapa wydarzeń kulturalnych polskiego Londynu w ostatnią niedzielę maja aż iskrzyła się światełkami imprez: piknik zielono-świątkowy w Fawley Court, Kabaret Moralnego Niepokoju w teatrze POSK-u, wykład ks. prof. Michała Hellera na Devonii, wernisaż grupy Page 6 w Galerii POSK-u – to tylko kilka zaproszeń – ale miłośnicy poezji i tak skierowali swoje kroki schodami w dół do Jazz Cafe POSK-u, gdzie zostali przywitani kieliszkiem wina. Modus operandi Sceny Poetyckiej, Regina Wasiak-Taylor – trzymając w ręce płonący świecznik na pięć świec – wprowadziła widzów w poetycki świat Dylana Thomasa i jego sztuki Pod Mleczną Drogą.
To sceniczne misterium, sztuka „na głosy”, może rozgrywać się wszędzie „pod każdym nachyleniem nieba”. Mieszkańcy rybackiego, walijskiego miasteczka mają swoją reprezentację na scenie – przewija się przez nią gama ludzkich charakterów, zawodów, temperamentów, zawiłych i prostych historii życiowych, wielkość i małość codziennych plotek i radości. Przechodzenie aktorów z jednej postaci w drugą (w oryginalnym skrypcie radiowym było 70 osób), dokonuje się przejrzyście dzięki inteligentnej grze i oprawie muzycznej Tomasza Lisa, staje się przyjemną zabawą, a transformacja z jednej rzeczywistości w drugą – z dna morskiego, z niebiańskich sfer i pozaziemskich światów – głęboko porusza.
Dylan Thomas pisał tak jak żył. Powiedział kiedyś: „Po pierwsze: jestem Walijczykiem. Po drugie: jestem pijakiem. Po trzecie: jestem miłośnikiem ludzi, a w szczególności kobiet”. Cóż może być bliższego każdemu z nas, niż ta manifestacja słabości ludzkiej natury i charakteru?

Od lewej: Tomasz Lis, Wojtek Piekarski, Konrad Łatacha, Zbigniew Grusznic, Beata Szajowska, Magda Włodarczyk, Joanna Kańska, Renata Chmielewska
Pokazany na scenie londyńskiej Jazz Cafe utwór Thomasa, bardzo w swym charakterze walijski, okazał się wyjątkowo bliski polskiemu widzowi, wręcz swojski. Sprawiła to adaptacja tekstu dokonana przez Tymona Terleckiego. Przeniósł on Under the Milky Wood na swojski grunt realiów życia polskiej wioski, co dodało sztuce wymiaru ponadnarodowego i ponadczasowego. To z kolei zafascynowało Helenę Kaut-Howson, aby pokazać młodej emigracji z Polski to, co dobre i wartościowe w literaturze tego kraju. Terlecki nie zatracił dowcipu i humoru samego Thomasa, a jego adaptacja ma cechy genialnego przekładu. Nazwiska postaci: Magdusia dla Wszystkich, podwójna wdowa Pani Ogryzko-Pryszczyk, Edward Wymuskany – to jedne z wielu pełnych wyobraźni spolszczeń. Dylan Thomas napisał Pod Mleczną Drogą z miłości do człowieka. Nadał ludzkim snom-marzeniom-koszmarom głos, z wielką uczuciowością poruszył freudowski dylemat podświadomości człowieka, a także przyziemnego i ekstatycznego jego bytu.
W prapremierze teatralnej arcydzieła Thomasa w 1954 roku (tuż po śmierci poety) w londyńskim Old Vic, grało tylko ośmiu aktorów – ale najwyższej klasy. Zespół artystyczny Sceny Poetyckiej w POSK-u pokazał, że nie jest wcale gorszy. Debiut reżyserski Joanny Kańskiej okazał się ciekawym prezentem dla polskiej widowni w Londynie. Wielkie uznanie należy się założycielce i opiekunowi artystycznemu Sceny, Helenie Kaut-Howson, w której ręce oddajmy się z ufnością, bo ona dobrze wie, co powinniśmy znać i oglądać na poetyckich spotkaniach „z kandelabrem”.
Urzekający spektakl wyczarowało ośmioro aktorów – Renata Chmielewska, Zbigniew Grusznic, Janusz Guttner, Joanna Kańska, Konrad Łatacha, Wojciech Piekarski, Magda Włodarczyk i Beata Szajowska. Udało im się stworzyć iluzję obecności samego Dylana Thomasa, który siedzi, gdzieś razem z nami, w teatrze – „toporny, przysadzisty, o brązowych oczach, z chmurą rudych, niesfornych loków” – i z dobrotliwym uśmiechem popija długimi łykami wino. Po czym, już nie w marzeniu sennym, a w gorącym aplauzie zebranej publiczności, życzyliśmy sukcesów utalentowanemu zespołowi Sceny Poetyckiej występującemu w przyjaznej atmosferze Jazz Cafe, który dzięki pomocy sponsorów i wolontariuszy powrócił na scenę i miejmy nadzieję, że pozostanie na niej długie lata.
Grażyna Maxwell
Budząca ciekawość szóstka
June 10, 2009
Pisanie recenzji z wystaw w POSK-u jest przedsięwzięciem karkołomnym i niewdzięcznym ponieważ nieszczęśnik, który podejmuje się tego zadania, stoi zwykle przed wyborem: być miłym i pisać w stylu sportowego sprawozdawcy o naocznych i bezsprzecznych faktach albo wikłać się w interpretacje i opinie o wydarzeniu, co najczęściej prowokuje spory i żale. Nie widzę sposobu, aby uniknąć w tym tekście słów, które mogą wielu osobom wydawać się niesprawiedliwe i krzywdzące. Znajdą się z pewnością również tacy, którzy będą uważać wyrażone tu opinie za bezzasadne, a może nawet aroganckie.
Galeria w POSK-u ma fatalny wizerunek. Powodem jest zarówno niesprzyjający budowaniu atmosfery kontekst przestrzenny tego miejsca, jak również charakter samych wystaw. Chodzi nie tylko o to, że powieszenie na ścianach obrazów nie tworzy jeszcze wystawy, ale przede wszystkim o wątpliwą wartość artystyczną części wystawianych tam prac i brak, choćby nikłego śladu, jakiejkolwiek koncepcji polityki wystawienniczej. Sztuka jest dziedziną, w której granice wolności i swobody są przesunięte dalej niż w innych obszarach aktywności człowieka. Prawie wszystko można wyjaśnić i usprawiedliwić, a o wartości wydarzeń zaświadcza często jakość komentarza i siła uzasadnienia artystycznych rozstrzygnięć. Nie ma w tym nic złego i dobrze jest o tym pamiętać. Dotyczy to zwłaszcza animacji życia artystycznego, gdzie niespójność artystycznego programu galerii rzutuje często na ocenę wystawianych prac i wyrządza szkodę samym artystom. Obawiam się, że galeria w POSK-u jest właśnie takim miejscem.

Jedna z prac Pawła Kordaczki
Od Kopernika wiemy, że „gorszy pieniądz wypiera lepszy”. Ta zasada obowiązuje nie tylko w ekonomii, ale również bardzo dobrze charakteryzuje dynamikę przestrzeni życia artystycznego oraz kontekstów i relacji, jakie powstają w procesach wyznaczania artystycznych hierarchii. Mówiąc dosadnie: wystawianie jarmarcznych wiatraczków (widziałem to na poprzedniej wystawie w POSK-u) w towarzystwie prac dojrzałych artystów powoduje w umysłach widzów (w moim na pewno) semiotyczny chaos i obniża rangę tych, którzy z pewnością zasługują na uznanie. Jestem coraz bardziej przekonany o tym, że jeśli jakiś artysta chciałby postawić fałszywy krok i sobie zaszkodzić, powinien zrobić tam wystawę.
Z tym większym zdziwieniem oglądałem prezentację powstałej dwa miesiące temu grupy artystycznej „Page 6”. Ze zdziwieniem, ponieważ ich obrazy i obiekty przestrzenne wyraźnie kontrastowały z nieprzyjemnym wrażeniem, jakie pozostawiła w mojej pamięci poprzednia, odbywająca się w POSK-u, „wystawa” APA. Budząca ciekawość „szóstka” jest liczbą artystów tworzących grupę (Leszek Błyszczyński, Joanna Ciechanowska, Agnieszka Handzel Kordaczka, Paweł Kordaczka, Wojciech Sobczyński, Paweł Wąsek), a sama nazwa służy podkreśleniu łączących ich więzi towarzyskich, podobnej wrażliwości artystycznej i zbliżonych poglądów na sztukę. Myślę, że nie bez znaczenia dla powstania tej formacji było pragnienie artystów wyodrębnienia się z tła APA (Association of Polish Artists in Great Britain), w którym wszyscy są zrzeszeni.
Moją uwagę przykuły prace Pawła Kordaczki i Leszka Błyszczyńskiego. Obu łączy zainteresowanie sztuką abstrakcyjną. Pierwszy jest już znany Czytelnikom „Nowego Czasu”. Rok temu otrzymał nagrodę naszej gazety. Artysta urodzony w Bieszczadach poszukuje inspiracji w sztuce prawosławnej ikony. Jego prace nie są jednak obrazami religijnymi. Większość z nich przekracza granice sztuki figuratywnej i unika bezpośrednich związków z jakąkolwiek religią. Ich treść definiowana jest raczej przez formy i kolory, które kierują wyobraźnię widza w stronę takich pojęć jak wnętrze, natura i duchowość. Rotacja plam koloru organizowanych przez przecinające się linie przywołuje skojarzenia z roztrzaskaną mandalą. „Praca artystyczna to niekończąca się konfrontacja z samym sobą”. Sądzę, że to zdanie z artystycznego credo Wojtka Sobczyńskiego, inicjatora powstania grupy „Page 6”, dobrze charakteryzuje również postawę Kordaczki.
Trzy abstrakcyjne obrazy Leszka Błyszczyńskiego z cyklu „Mgliste dosłowności” powstały, jak powiedział autor, w wyniku subkulturowego zderzenia. Kluczem do rozwiązania tej zagadki okazały się ich zaskakujące tytuły „Przemo” „Damian” i „Kubuś”, które są imionami mieszkańców domu, gdzie malarz ma pracownię. Każdemu z wymienionych sąsiadów artysty, związanych z kulturą punk, podobał się jeden z obrazów pokazanych na wystawie. Błyszczyński określa swoją praktykę artystyczną jako mieszaninę uczuć i i intuicyjne miksowanie technik malarskich.
Tworzenie ugrupowań artystycznych zawsze ułatwia i motywuje do konkretyzowania postaw i budowania artystycznej tożsamości. Życiu artystycznemu tego rodzaju aktywność zwykle służy i nawet jeśli czasami przyczynia się do powstawania podziałów, to stwarza także szansę na dyskusyjny ferment, który nie tylko wspiera poszczególnych artystów w ich pracy, ale może również pomóc środowisku w otrząśnięciu się z atmosfery marazmu i nudy, a tego Galeria POSK-u potrzebuje na pewno.
Wojciech Goczkowski
W stronę architektury epoki maszyn
May 15, 2009
Uważany za jednego z najbardziej wpływowych architektów XX wieku. Jedni widzieli w nim proroka, inni hochsztaplera. Chciał burzyć europejskie stolice i na ich gruzach budować miasta przyszłości – architekturę epoki maszyn. Le Corbusier.
Charles-Édouard Jeanneret-Gris (psd. Le Corbusier) urodził się w 1887 roku. W Paryżu rozpoczynano właśnie budowę wieży Eiffla, a w Ameryce Emil Berliner wynalazł gramofon otwierając tym samym płycie winylowej drogę do światowej kariery. Ludzie słuchali wtedy The Whistling Coon George’a Johnsona, a kobiety chodziły w długich sukniach z gorsetem. Kiedy umierał w 1965 roku, ludzkość miała już za sobą pierwszy spacer człowieka w kosmosie, na czołowych miejscach list przebojów były Yesterday i Michelle Beatlesów, a Mary Quant zrobiła kolejny krok w stronę seksualnej rewolucji – wypuszczając na rynek pierwszą serię mini spódniczek pokazała światu jak ubiera się wyzwolona kobieta.
Powiedzieć, że rewolucji w architekturze dokonał już Le Corbusier byłoby przesadą, ale z pewnością jego działalność w dużej mierze przyczyniła się do zdjęcia z budynków kostiumu eklektycznych dekoracji i zmiany wizerunku dwudziestowiecznych miast. Słowo rewolucja znajdowało się na jednym z pierwszych miejsc w podręcznym słowniku pojęć używanych przez modernistycznych artystów. Trudno się zresztą temu dziwić, skoro w ciągu niespełna osiemdziesięciu lat dokonano odkryć i wynalazków, którymi można by obdzielić trwającą kilka wieków epokę. Jest to okres intensywnego poszukiwania nowości w sztuce i silnego oporu wobec tradycji. Le Corbusier należał do środowiska artystów próbujących znaleźć estetykę odpowiadającą szybkim zmianom zachodzącym w świecie nauki, techniki i obyczajowości.

Villa Savoye, Poissy
W latach 20. zaczął używać pseudonimu Le Corbusier, który miał kojarzyć się z francuskim słowem corbeau (kruk) i był jednocześnie zniekształconą wersją nazwiska jego dziadka ze strony matki (Lecorbésier). Odwoływanie się do zwierząt jako patronów, co dziś moglibyśmy nazwać budowaniem marki lub logo, było rodzajem stylizacji chętnie stosowanym przez niektórych artystów ze środowiska awangardy. Skoro Picasso mógł pozwolić sobie na fascynację bykiem, a Salvador Dali nosorożcem to Jeanneret mógł, równie dobrze, próbować otaczać swoją osobę aurą skojarzeń i obrazów związanych z krukiem.
Cechowały go upór i konsekwencja połączone z talentem do samoreklamy (napisał 60 książek i esejów). Motto rodziny Jeanneret brzmiało: „Rób to co musisz zrobić bez wahania. Niech nie powstrzymują cię ani sława, ani potępienie. Wierz w to co robisz i rób to dobrze”. I Le Corbusier wierzył. Potrafił wzbudzić w sobie entuzjazm dla każdego systemu politycznego. Mógłby razem z bohaterem jednej z powieści Balzaca powiedzieć: „Człowiek, który jest dumny z tego, że przez całe życie podążał jedną drogą jest durniem, który wierzy w swoją nieomylność. Nie ma takich rzeczy jak zasady: są tylko wydarzenia, nie ma praw tylko doraźne cele”.
Godna podziwu elastyczność czy skrajny konformizm? Jedno jest pewne, projektował zarówno na zamówienie ekscentrycznych milionerów, jak i sowieckiego rządu. Kiedy Niemcy przekroczyli granicę francuską w maju 1940 roku, napisał do swojej matki: „Takie wydarzenia nie zniechęcają mnie; przeciwnie, mój temperament pozwala mi dostrzec w nich jedyny i ostateczny sposób poprawienia świata. Nie można i nie wolno trzymać się kurczowo umarłej przeszłości”. Mimo współpracy z rządem Vichy, po wojnie doskonale odnalazł się we Francji generała de Gaulle’a.
To właśnie jemu, jako jednemu z najsłynniejszych architektów powierzano najbardziej prestiżowe realizacje, nie tylko w Europie, ale i w Indiach czy Brazylii. W 1947 został członkiem komitetu złożonego z architektów, który miał przygotować plany budowy siedziby ONZ w Nowym Jorku; ostatecznie realizację przyznano Amerykaninowi Wallace’owi Harrisonowi, lecz opierała się ona w dużym stopniu na koncepcji Le Corbusiera.
Otaczająca nas architektura, rozwiązania urbanistyczne i wnętrza budynków ukształtowane zostały przez wyobraźnię modernistycznych architektów. W niemałym stopniu również przez Le Corbusiera.
Większość bloków mieszkalnych i osiedli wznoszonych po II wojnie światowej jest echem jego koncepcji architektonicznych. Każdy otwarty pokój dzienny połączony z jadalnią to też Le Corbusier. Nikt nie zrobił więcej od niego, aby spopularyzować beton i zachęcić architektów do eksponowania jego właściwości „dekoracyjnych”. W Londynie najlepszym przykładem skuteczności jego wysiłków jest South Bank. Również fasada Barbican Centre, w którym prezentowana jest wystawa poświecona jego twórczości, wiele zawdzięcza najbardziej kontrowersyjnej realizacji Le Corbusiera, Unité d’Habitation. (Uwaga! Odszukanie wejścia do Barbican Art Gallery będzie w przyszłości dyscypliną olimpijską).
„Jednostce mieszkaniowej” poświęcono w Barbican odrębną część ekspozycji. Możemy zobaczyć nie tylko film i model architektoniczny budynku, ale również odtworzoną w naturalnej skali kuchnię jednego z mieszkań. Wszyscy doskonale znamy te rozwiązania. Szczególnie ci, którzy poznali walory życia w blokach powstałych w latach 60. i 70. Odnoszę wrażenie, że w Unité d’Habitation Le Corbusier zbliżył się do swojego ideału domu jako „maszyny do mieszkania”. Na 12 kondygnacjach budynku znajduje się 337 mieszkań, sklepy, miejsca do uprawiania sportu, pomieszczenia medyczne, edukacyjne i hotel. Wszystko to pod jednym dachem, który jest zarówno miejscem widokowym, jak i placem zabaw z basenem. Zadaję sobie pytanie, jak można żyć w mieszkaniu o szerokości 360 cm i 226 cm wysokości, nawet jeśli jest ono dwupoziomowe i ma 20 metrów długości? Mieszkańcy są podobno zadowoleni.
Tuż przed jego śmiercią pojawiły się w architekturze pierwsze symptomy postmodernizmu. Nadeszło pokolenie dla którego Le Corbusier był już tylko starszym panem w niemodnym kapeluszu, a modernizm „umarłą przeszłością”. Logika permanentnej rewolucji, która zawsze faworyzuje młodych i nowości, zwróciła się przeciwko Le Corbusierowi. Krytykowano go za naiwny funkcjonalizm – oderwany od wiedzy o rzeczywistych potrzebach człowieka. Młodzi architekci mieli swoje własne pomysły, w tradycji widzieli sprzymierzeńca a nie uciążliwy balast. Modernistyczne hasło „mniej znaczy więcej” zmienili prowokacyjnie na „mniej znaczy nudniej”.
Symbolicznym końcem architektury modernistycznej nie była jednak śmierć Le Corbusiera, ale zburzenie (1972), wzniesionego w latach 50., osiedla według projektu Minoru Yamasakiego w St. Louis w stanie Missouri. Modernizm odszedł w przeszłość, epoka maszyn trwa nadal.
Wojciech Goczkowski
Zdjęcia z wystawy Le Corbusier. The Art of Architecture. Barbican Art Gallery, Silk St, EC2Y 8DS. Czynna do 24 maja 11.00-18.00 Więcej informacji: www.barbican.org.uk
© Barbican Art Gallery
Szansa na sukces
May 4, 2009
Polski zespół rockowy Why Not Here zakwalifikował się do półfinału prestiżowego konkursu muzycznego Emergenza. W londyńskim świecie muzycznym o zespole robi się coraz głośniej. Mimo że istnieje dopiero od kilku miesięcy, zdołał już podbić serca wielu fanów.
Miłośnicy kapeli mieli okazję obejrzeć ją na żywo 2 marca. Tego wieczoru, na scenie znajdującego się w Camden klubu Purple Turtle, oprócz Why Not Here swój talent zaprezentowało kilka innych zespołów. Ich występ odbywał się w ramach Emergenzy, prestiżowego konkursu promującego nowe talenty.
Poziom wykonawców był bardzo wysoki. To już druga tura w bieżącej edycji konkursu. Tak daleko doszły jedynie naprawdę dobre zespoły, przecisnąwszy się przez gęste sito eliminacji. Sama muzyka, jeśli chodzi o gatunki, była bardzo różna. Przeważały różnorakie odmiany metalu. Jednak oprócz tego na scenie pojawił się również Mohamad Islam, grający etniczny pop, zabarwiony muzułmańską nutą. A także band, którego źródeł inspiracji doszukiwać można by się w twórczości takich bandów jak Prong czy Primus. Jednak mocno zakręcone rytmy najwyraźniej nie przypadły do gustu publiczności. A w walce o przejście do kolejnego etapu „podobanie się” słuchaczom jest najważniejsze. To właśnie oni są jurorami Emergenzy. Oba zespoły znalazły się ostatecznie w dole tabeli, bez szans na przejście do majowego półfinału.

›› Why Not Here powstał we wrześniu 2008 roku. Tworzą go: Paweł Majewski – wokal, kompozycje, teksty; Krzysztof Adamowski – perkusja; Mateusz Tomasiewicz – gitara, kompozycje, Sebastian Swillo – gitara; w zespole gra jeden Bułgar, Ed Yordanov – bas. Więcej informacji na: www.why-not-here.com oraz www.myspace.com/whynotherecom
Na ich tle Why Not Here wypadł bardzo dobrze. Kapela wyszła na scenę jako trzecia bądź czwarta. To był chyba najlepszy moment na występ. Publiczność zdążyła juz nieco rozgrzać się tym, co przedstawiły inne zespoły i żywiołowo reagowała na to, co się dzieje na scenie. Atmosferę podgrzewało dodatkowo spore stadko polskich fanów, których przybywa wraz z kolejnymi koncertami Why Not Here. Również i tym razem ich nie zabrakło. I to właśnie oni porwali za sobą resztę widzów.
Zespoły dysponowały ograniczonym czasem na prezentację swych umiejętności. Dlatego z pewnością nie każdemu udało się w pełni rozwinąć skrzydła. Why Not Here wykorzystali swoją szansę znakomicie. Podbili serca zgromadzonego w Purple Turtle tłumu zarówno techniką gry, jak i brawurowym wykonaniem utworów. I nic w tym dziwnego. Każdy z członków kapeli ma za sobą wieloletnie doświadczenie sceniczne. Zaś Paweł, lider zespołu, jest urodzonym showmanem. Wplecenie w repertuar coveru popularnego kawałka sprawiło, że publika „jadła zespołowi z ręki”. W kraju o bogatych tradycjach artystycznych, który oglądał narodziny wszystkich gatunków muzycznych ubiegłego półwiecza, granie mocnego rocka, opartego na twardych, gitarowych riffach, zawsze spotka się z uznaniem i trafi do serc słuchaczy.
Rock? Punk? Metal? – To wszystko już było – ktoś powie. Tak. Było. Ale też – jest. Trwa nadal. I – na ile potrafią nam pokazać takie imprezy, jak Emergenza – mają się naprawdę nieźle. Na występy kapel gitarowych publika wali tabunami. Widać, że ludzie są zmęczeni chałturą, jaką w ich uszy leją rozgłośnie radiowe i stacje telewizyjne. I po prostu chcą posłuchać czegoś autentycznego, zagranego na żywo, a nie z playbacku, i dla nich – a nie dla kasy.
W odróżnieniu od popowego błotka, w którym gwiazdy jednorazowego użytku produkowane są w masowych ilościach przez zatrudnionych w wielkich koncernach muzycznych magików zajmujących się sprzedażą, w świecie rocka można zostać KIMŚ niezależnie od tego, czy jest się w stanie zapełnić stadion, czy też tylko przydomowy garaż rodziców. Oddanych fanów może mieć nawet stosunkowo mało znany band. Bo miarą jego artyzmu będzie włożone w muzykę serce i talent, a nie miliony dolarów, wpompowanych przez speców od reklamy w wyprodukowanie kolejnej pary śpiewających cycków.
Zespół Why Not Here nie zamierza spocząć na laurach, po zakwalifikowaniu się do półfinałów Emergenzy. Wręcz przeciwnie – panowie piszą nowe utwory, kręcą teledysk (zapis wideo z ich marcowego koncertu już jest dostępny na stronie myspace kapeli) i dużo ćwiczą przed kolejnym etapem. Piątego maja ponownie wejdą na scenę. Tym razem,po to, by walczyć o miejsce w finałach konkursu. A także, by – jak zawsze – dać słuchaczom kawał dobrego, szczerego rocka. Koncert będzie miał miejsce w klubie Dingwalls w Camden.
Jako jeden z niewielu słuchaczy, miałem już przyjemność zapoznać się z kilkoma najnowszymi utworami kapeli. Robią bardzo dobre wrażenie, mimo że jak na razie istnieją jedynie w wersji demo. Dlatego wiem, że zespół może nas bardzo mile zaskoczyć, jeśli zdecyduje się któryś z tych kawałków wykonać na żywo. W każdym razie – już odliczam dni dzielące mnie od występu Why Not Here, bo mam pewność, że przyszłość należy do nich. Jeśli więc nie chcecie przegapić prawdziwej rockowej uczty – musicie zjawić się na ich koncercie.
PS. Właśnie dowiedziałem się, że telewizja BBC zaprosiła Why Not Here do występu 4 maja. Nie znam jeszcze szczegółów tego przedsięwzięcia. Jednak wygląda na to, że niezależnie od sukcesów scenicznych, zespół został dostrzeżony przez mainstreamowe media brytyjskie. Wróży mu to jak najlepiej na przyszłość i żywię nadzieję, że wykorzysta swoją szansę jak najlepiej.
Alex Sławiński
Polska grupa rockowa zakwalifikowana przez telewizję BBC do wzięcia udziału w Immigrant Song Contest – Eurowizyjnym konkursie dla emigrantów w Wielkiej Brytanii.
Czwartego maja, w jednym z londyńskich klubów na Soho, odbyły się nagrania do programu telewizyjnego Immigrant Song Contest. Wśród sześciu kapel walczących o pierwsze miejsce znalazła się polska grupa rockowa WHY NOT HERE. Konkursanci wykonywali piosenki wybrane przez BBC, które wygrywały Eurowizje w latach poprzednich. Why Not Here zagrał utwór “Make up your mind up” Buck Fizz.
Zapowiedź konkursu można już zobaczyć na stronie internetowej BBC, natomiast emisja w telewizji będzie miała miejsce od 11go do 14go maja. Telewidzowie będą mogli oddać głos na wybraną kapelę poprzez internet i prawdopodobnie drogą smsową. Poniżej zamieszczamy tekst, który zespół wysłał swoim fanom w newsletterze:
Dobra. Do tej pory to byl sekret ale teraz mozemy juz wam powiedziec, ze nasza kapela wziela udzial w organizowanym przez brytyjska telewizje BBC konkursie – Immigrant Song Contest.
Nagrania odbyly sie 4 Maja w jednym z londynskich klubów na Soho oraz tydzien wczesniej. BBC filmowalo nas podczas naszej pracy, jednego z koncertów oraz zycia rodzinnego. Na koniec zagralismy piosenke która otrzymalismy od nich na jakis tydzien “przed” – Bucks Fizz “Making Your Mind Up” która w 1981 roku wygrala dla Wielkiej Brytanii Eurowizje (tu mozecie zobaczyc oryginal – http://www.youtube.com/watch?v=pACePi441ds ).
Piosenka jest super, ale jest lekko … z tamtych lat …. a my jestesmy kapela rockowa, wiec bylo to naprawde wielkie wyzwanie aby przerobic ja na “rockowo” i mamy nadzieje, ze zrobilismy to calkiem niezle.
Oczywiscie, jak to bywa, byly pewne drobne przeszkody. Pawel od kilku dni chorowal i aby móc w ogóle zaspiewac byl doslownie karmiony przez prezentera BBC paracetamolem, Eddie i Kriss mieli tego dnia dosc silny atak “choroby filipinskiej” a Seba w tym dniu dowiedzial sie, ze bedzie tata. Tylko Mat czul sie dobrze, wiec sami widzicie, ze mielismy kilka przeszkód do pokonania.
Tak czy inaczej udalo sie nam i jestesmy z tego szalenie dumni.
Pod tym linkiem mozecie obejrzec “zajawke” do programu BBC -
http://news.bbc.co.uk/1/hi/programmes/newsnight/8040980.stm
Caly program bedzie emitowany w BBC w przyszlym tygodniu (pomiedzy 11 a 14 Maja). Mamy oczywiscie nadzieje, ze mozemy liczyc na wasze glosy – przynajmniej te przez internet.
W.N.H.
Grupa Why Not Here powstała we wrześniu 2008 roku w Londynie. W jej skład wchodzi czterech Polaków oraz jeden Bułgar.
Paweł Majewski – wokal, kompozycje, teksty (urodzony w Olecku, życiowo związany z Giżyckiem i Gołdapią)
Mateusz Tomasiewicz – gitary, kompozycje (pochodzi z Czarnej Tarnowskiej)
Sebastian Swiłło – gitary (pochodzi z Gniezna)
Eddie Yardanov – gitara basowa (Bułgaria)
Krzysztof Adamowski – perkusja (pochodzi z Bełżca k. Zamościa)
Choć istnieją krótko, to mogą się już pochwalić drobnymi sukcesami, jak udział w brytyjskich półfinałach prestiżowegop festiwalu muzycznego Emergenza, gdzie zajęli czwarte miejsce. Muzyka jaką wykonują to wypadkowa klasycznego rocka oraz melodyjnego haevy metalu. Za swoje inspiracje podają Van Halen, Whitesnake, Motley Crue, Metallica, Iron Maiden czy nawet The Doors.
Monika Majewska
strony zespołu:
http://www.myspace.com/whynotherecom
Giedroyc ciągle pisze
March 2, 2009
„Mickiewicz ciągle pisze”. To sławne powiedzenie Stanisława Pigonia przekazuje polonistyczna tradycja. Padło ono wówczas, gdy odnajdywały się coraz nowe, wcześniej nieznane listy poety lub inne jego pisma.
Z równą celnością możemy powiedzieć: Giedroyc ciągle pisze! Od roku 1993, to jest od chwili publikacji obszernego tomu listów Jerzego Giedroycia i Witolda Gombrowicza (w ramach cyklu „Archiwum Kultury”), z biegiem lat, w miarę coraz pełniejszego objawienia się wielkiej epistolografii Redaktora, obejmującej (dotychczas!) zbiory korespondencji z Andrzejem Bobkowskim, Juliuszem Mieroszewskim, Jerzym Stempowskim, Melchiorem Wańkowiczem, Janem Nowakiem-Jeziorańskim, wybitnymi emigrantami ukraińskimi (z Bogdanem Osadczukiem na czele), wreszcie ostatnio z Czesławem Miłoszem – rośnie nasz podziw dla jego osoby. Rysuje się w tych tysiącach listów postać niezmordowanego dyrygenta wielkiego chóru autorów. Przeważnie zresztą uformowanych już indywidualności, a więc chóru złożonego niemal z samych solistów! Odsłaniają te tomy warsztat pracy jakiegoś idealnego reżysera kolejnych numerów miesięcznika „Kultura”, półrocznika (a potem kwartalnika) „Zeszyty Historyczne” oraz tomów Biblioteki „Kultury”. Ten, który wszystkie swe umiejętności i zdolności oddał w służbę poszukiwania, prowokowania, krytycznej lektury, współredagowania i komponowania w większe zespoły cudzych produktów pisarskich, sam zaś publikując w życiu tyle co nic, niespodziewanie objawił się także jako znakomity pisarz, w sztuce epistolarnej, ściśle zespolonej z pracą redaktorską. Przy tym – bogate i zróżnicowane to pisarstwo. Jakże odrębne są listy kierowane do Gombrowicza od listów do Mieroszewskiego! Jak różna korespondencja z Bobkowskim od korespondencji z Nowakiem! Kto ma wątpliwości, czy trafne jest mniemanie o biernym „współautorstwie adresata” listów, niech się o tym przekona poprzez lekturę korespondencji Giedrycia, kierowanej do różnych odbiorców.
Otrzymujemy jeszcze jedną – z pewnością nie ostatnią – wiązankę korespondencyjną. Tym razem oddał ją do druku nie „zewnętrzny”, zawodowy edytor, ale właściciel listów, korespondent Giedroycia w latach 1959 – 2000. Mieszkający w Londynie, a pochodzący z naszych niegdyś ziem za wschodnią granicą, Zbigniew S. Siemaszko jako młody człowiek wyszedł z zesłania w Sowietach wraz z Armią Gen. Andersa. Po ukończeniu studiów inżynier pracujący przez wiele lat w brytyjskim przemyśle elektronicznym. Dzięki pasji, pracowitości oraz umiejętnemu spożytkowaniu szczególnie bogatych doświadczeń życiowych – stał się tęgim znawcą historii Polski XX wieku, autorem kilkunastu książek bądź rozpraw historycznych (wśród nich bodaj najważniejsze to: „Narodowe Siły Zbrojne”, 1982, oraz „Działalność generała Tatara 1943-1949″, 1999), bądź relacji wspomnieniowych, zawsze wzbogacanych źródłową dokumentacją. W tym charakterze był jednym z najczynniejszych i najbardziej systematycznych autorów piszących w „Zeszytach Historycznych”.
Właśnie szczególność listów do Siemaszki, ich waga na tle znanych nam już bloków korespondencyjnych Redaktora polega na tym, że pozwalają nam one wejrzeć w warsztat redaktora „Zeszytów Historycznych”. I uprzytomniają jak wielkie znaczenie nadał Giedroyc temu swemu dziełu, zainicjowanemu stosunkowo późno, bo w roku 1962. Walka Giedroycia z piętrzącymi się zadaniami redaktorskimi jest głównym źródłem emocji czytelnika tej książki. Czujna staranność Redaktora o maksymalne wykorzystanie żyjących świadków historii jako informatorów, umiejętne rozdzielanie zadań badawczych wśród współpracowników pisma, talent harmonijnego załatwiania spraw spornych, a przy tym bezwzględny rygor redaktorski wobec tekstów, które na publikację nie zasługują – wszystko to znajduje wyraz w tych listach, które można określić jako raporty z pola walki oraz przemyślane propozycje (by nie powiedzieć: rozkazy) pod adresem współpracowników pisma.
Z kolei listy Zbigniewa Siemaszki zdradzają rysy „pozytywistyczne” jego postawy (wytrwała praca, zapał i konsekwencja wobec podejmowanych tematów), budujące wspólnotę ze sposobem pracy i myśli Giedroycia, tłumaczące więc długie trwanie tej korespondencyjnej więzi, przerwanej dopiero śmiercią Redaktora. Ujawniają też rozległą wiedzę Siemaszki w pewnych zakresach (np. sytuacja na Białorusi w latach wojny) i bardzo samodzielne, krytyczne, dalekie od poprawności politycznej stanowisko wobec wielu zjawisk życia emigracyjnego, a także rzeczywistości PRL-owskiej. (Malkontenctwo jego staje się jednak niekiedy monotonne, a krytycyzm zbyt ryczałtowy, nawet karykaturalny. Np. po powrocie z Warszawy w roku 1975 pisze: „upodlenie, zdeprawowanie, odchrześcijanienie i zsowietyzowanie narodu jest coraz głębsze i coraz silniejsze”, s. 23. Inne przykłady: mocno uproszczony sąd o londyńskich „Wiadomościach”, s. 160; osobliwa opinia o powieści Kisielewskiego „Widziane z góry”, s. 35).
Ujmujący jest na tym tle stosunek Siemaszki do Redaktora – pełen zaufania, respektu (a nawet czci), gotowości podjęcia proponowanych zadań i aprobaty dla sugerowanych skreśleń czy przeróbek w artykułach kierowanych do „Zeszytów” („proszę skracać według uznania”, 207; „odpowiedziałem na list Broniewskiego jedynie dlatego, że Pan Redaktor sobie tego życzył”, 208; „z góry zgadzam się na skróty”, 240). Jest jakieś swoiste piękno w tej korespondencyjnej pracy organicznej dwu Polaków-emigrantów, starających się ocalić od zapomnienia (i dające się ocalić) fragmenty naszych losów ostatniego wieku, budulec pod przyszłą syntezę najnowszych dziejów Polski.
Książka nie obejmuje całości korespondencji obu autorów. To, że Siemaszko pominął w publikacji znaczną liczbę listów Redaktora i własnych można uznać za zrozumiałe. (Choć motywacja tych usunięć nie wydaje się trafna. Dowiadujemy się, że m.in. „dotyczą one szczegółów redakcyjnych, ale cóż bardziej może nas interesować w tej lekturze, niż właśnie „szczegóły redakcyjne”, kuchnia jednego z najświetniejszych polskich wydawców?). Poważniejsze zastrzeżenia budzi zastosowana przez Autora metoda opuszczeń pewnych fragmentów listów, nie tylko własnych, ale także Jerzego Giedroycia!
Bardzo to ryzykowne poczynania, zawsze nasuwające różne domysły i wątpliwości, zwłaszcza gdy cięć dokonuje ktoś tak zainteresowany przedmiotem, jak sam adresat listów Giedroycia!
List jest gatunkiem „literatury stosowanej”, czy – jak chcą inni – „literatury użytkowej”, a zatem jest szczególnie mocno zakorzeniony w realiach bieżącego życia, które dzisiejszemu czytelnikowi winny być koniecznie przybliżone w rzeczowych objaśnieniach. Siemaszko podejmuje to zadanie, ale realizuje je bardzo połowicznie. Z jednej strony ujawnia przesadny dydaktyzm, zamieszczając na początku tomu rozwinięcie m.in. skrótów powszechnie znanych (inż., ks., nr, prof., red., śp. …), z drugiej zaś pomija w publikowanych tekstach bardzo wiele miejsc domagających się bezwzględnie komentarza. Najczęściej dotyczy to nazwisk licznych osobistości, znanych ludziom zorientowanym w realiach emigracyjnych, ale często zupełnie obcych dla czytelnika krajowego. Nie każdy wie, że Jerzy Kulczycki, o którym tu często mowa, to wybitny wydawca i księgarz w polskim Londynie. A kto to bp Sipowicz? Kto Feliks Mantel? W kilku listach obu korespondentów są wzmianki o Smolarze, ale nie wiemy, o którym Smolarze mowa? (Indeks umieszcza wszystkich Smolarów pod jednym hasłem: „Smolar Nina”!). W jednym z listów pisze Siemaszko: „Puaczowi trzeba patrzeć na ręce, to śliski facet” – tu już autokomentarz nie może się ograniczyć do informacji, że to wydawca i księgarz polski w Chicago (i tego zresztą zabrakło), ale winien objąć także uzasadnienie pomówienia, zwłaszcza że Edward Puacz nie żyje. Nie zrozumiemy dlaczego Giedroycia dziwi, że w pewnej sprawie „opinie Dargasa i Piłsudskiego się pokrywają”, jeżeli nie wiemy, że Rowmund Piłsudski i Antoni Dargas reprezentowali dwie skrajnie różne orientacje polityczne w środowisku emigracyjnym (jakie?).
Nie kryjemy zdumienia wobec bezradności Siemaszki na polu, które przywykliśmy traktować jako obszar jego specjalnych kompetencji. – W roku 1968 napomyka Giedroyc o „pamiętnikach Osóbki-Morawskiego”, które miał w rękach jeden z wydawców emigracyjnych. Siemaszko pozostawia to bez komentarza, bo najwyraźniej nie wie, że Dziennik Polityczny 1943 – 1948 Edwarda Osóbki-Morawskiego został opublikowany jeszcze za jego życia, przez Wydział Kształcenia Politycznego ZW ZSMP (Gdańsk 1981). – Autor, który w wielu miejscach informuje nas skrupulatnie o pierwodrukach i przedrukach książkowych swoich artykułów, nie wie także o tym, że jeden z najmądrzejszych i najświetniej napisanych raportów pamiętnikarskich z lat 1939-1956 – Grażyny Lipińskiej „Jeśli zapomnę o nich…” – został wydany w Paryżu w roku 1988 przez Piotra Jeglińskiego (Editions Spotkania). Autor pisze rozczulająco: „możliwe, iż część jej wspomnień została później wydana, ale niestety, nie jestem w stanie ustalić jakichś danych” (s. 185).
W świetle przytoczonych zaniechań, prawie nie wypada mieć pretensji do Siemaszki, że przemilcza informację Giedroycia z roku 1986 o pamiętnikach Strońskiego, które „w swoim czasie” przysłał mu Kukiel. Skąd bowiem nasz komentator może wiedzieć, że pamiętniki te, nie wykorzystane wówczas przez Giedroycia-wydawcę, zostały opublikowane przed dwoma laty w trzech opasłych tomach pt. „Polityka Rządu Polskiego na uchodźstwie w latach 1939-1942″, w opracowaniu Jacka Piotrowskiego? (Dodajmy, że nie jest to wcale „nudziarstwo”, wbrew opinii Giedroycia).
Co do Indeksu nazwisk ograniczę się do dwóch uwag. – Czartoryski, o którym mowa na s. 294, to oczywiście Paweł, historyk nauki (nie: Adam). Specjalną osobliwość Indeksu stanowi hasło „Pietrzak (paxowiec)”. Tyle ma do powiedzenia Siemaszko o Włodzimierzu Pietrzaku (1913-1944), wybitnym krytyku literackim i dzielnym człowieku, który poległ w powstaniu warszawskim (i dlatego nie mógł być „paxowcem”). A może to nie autor jest odpowiedzialny za indeks?
We Wprowadzeniu do książki (s. 15) Siemaszko z przekąsem pisze o „edytorskim opracowaniu” dotychczas wydawanych tomów korespondencji Redaktora, którego nie zamierza stosować w swojej edycji. Strzela kulą w płot, bo właśnie na tym obszarze doświadczenia i zdobycze krajowych wydawców są znaczne. Ucząc się od nich, mógłby Autor bardziej starannie potraktować swe powinności edytorskie i uniknąć poważnych, a niekiedy kompromitujących uchybień, w jakie obfituje obudowa wydawnicza Korespondencji.
Zanotowane wyżej uwagi winniśmy jednak zamknąć przekonaniem, że lektura książki jest mimo wszystko pasjonująca.
Alina Siomkajło
Zbigniew S. Siemaszko, Korespondencja z Jerzym Giedroyciem (1959-2000), Lublin: Norbertinum 2008, ss. 403.
190 x 250/Mirosław Bałka/White Cube
February 23, 2009
Mirosław Bałka jest jednym z najbardziej znanych współczesnych, polskich artystów za granicą. Jego prace sprzedawane są na światowych aukcjach sztuki, wystawiane w prestiżowych galeriach i nabywane do uznanych muzealnych kolekcji.
Przez dwa miesiące można je było oglądać w White Cube – na Mason’s Yard niedaleko Piccadilly Circus. Trudny do przetłumaczenia tytuł wystawy „Nothere” sugeruje uczucie pustki i izolacji, jak tłumaczą autorzy komunikatu towarzyszącego wystawie. „Nothere” to zarówno „no-there” jak i „not-here”. Oba słowa są zaimkami wskazującymi. Pozostaje nam zapytać na co artysta przy ich pomocy wskazuje i jaka jest retoryka zaprzeczenia tytułowego „tam” i „tutaj”?
Stoję przed budynkiem galerii – intensywna, zimna, modernistyczna architektoniczna forma. Beton i szkło. Wygląda jak dziecko National Theatre tylko zrobione z nowszych i lepszych materiałów. To rzeczywiście White Cube. W takim budynku muszą dziać się rzeczy niezwykłe. Mógłby znajdować się tutaj oddział Secret Intelligance Service lub mieszkać szalony konstruktor kosmicznych rakiet opętany ideą porządku, ale jest galeria. To też nieźle. Wchodzę do środka.
Pierwsza rzeźba Bałki odnajduje mnie z łatwością. Już spoza szklanych drzwi widzę szkielet jakiejś struktury wykonanej ze stalowych, pokrytych rdzą prętów. Oto stoję przed 250 x 700 x 455, Ø 41 x 41/Zoo/T (2007). Metalowy zbiornik z jakimś czerwonym, bulgoczącym płynem w środku. Co to za zapach? Wino, czy krew? Żarówka świeci blado i mętnie.
Od wielu lat tytuły rzeźb Bałki informują o ich wymiarach. To trick często stosowny przez minimal art, aby uniknąć literackich odniesień i nie prowokować u widza skojarzeń prowadzących poza logikę konstrukcji lub odciągać jego uwagę od fizycznych jakości materiałów, z jakich rzeźba jest wykonana. U Bałki jest inaczej. Tutaj zawsze możemy oczekiwać zagadki i ukrytych znaczeń. Często spotykamy wymiar 190 cm – to wzrost artysty. W Zoo/T 250 cm to jego wysokość z wyciągniętymi do góry ramionami. Ludzka miara, podstawowe wymiary ciała przyłożone do opisania świata. Michael Archer, wyjaśniając intencje artysty, napisał w katalogu wystawy: „Metoda tytułowania prac przez Bałkę podkreśla bliskość rzeczy, sposób, w jaki czujemy je pod ręką i sposób, w jaki ciało zachowuje się w relacji do nich”. Człowiek mierzy świat swoją miarą. Ale jaką miarą zmierzyć człowieka? Czy jest to miara serca, jak chce Jan Paweł II, czy miara moralnej i fizycznej próby w sytuacji ostatecznej. Jak mówi Wisława Szymborska: „Tyle o sobie wiemy ile nas sprawdzono”. Obie te miary różni chyba tylko dobór słów do opisania tego samego przesłania.

Instalacja Zoo/T nawiązuje do niewielkiego zwierzyńca albo zoo, które zostało zbudowane przez hitlerowców w 1942 roku w Treblince, gdzie w ciągu jednego roku zgładzono ponad 800 tysięcy Żydów.
To pytanie wplecione jest również w całą wystawę Bałki. Wszystkie prace prezentowane na wystawie, łącznie z omawianą rzeźbą, dotykają tematu zła, przemijania, zagłady i pamięci. Temat Holokaustu pojawiał się już wcześniej w twórczości artysty i to zarówno w instalacjach (Die Rampe, Selection, Winterreise) jak i realizacjach wideo (Bambi 1 i Bambi 2). W „Nothere” rzeźbiarz powraca do tego tematu. Zoo/T nawiązuje do niewielkiego zwierzyńca albo zoo, które zostało zbudowane przez hitlerowców w 1942 roku w Treblince, gdzie w ciągu jednego roku zgładzono ponad 800 tysięcy Żydów.
Wykonana ze sklejki konstrukcja w podziemiach galerii przywołuje obraz drogi śmierci w Treblince, po przejściu której więźniowie byli zmuszeni do rozebrania się i wejścia do komór gazowych. Drut kolczasty i szpaler drzew, otaczający ścieżkę, uniemożliwiały zobaczenie, co dzieje się w środku obozu.
I jeszcze dwa filmy wideo: 170 x 126 x 10/T. Turn, nakręcony w Treblince w 2004 roku. Obraz rzutowany jest na pokryty solą horyzontalny ekran w podłodze. Wydaje się, że artysta użył tutaj soli jako symbolu jałowości i zniszczenia zgodnie z dosłownym tłumaczeniem hebrajskiego wyrażenia zara makom melah („posolić miejsce solą”), co oznacza „zniszczyć kompletnie”. Ale sól może kojarzyć się również z oczyszczeniem jak i z kryształkami cyklonu B, którego używano do uśmiercania ofiar.
Drugi z filmów, Primitive to fragment z filmu Shoah Claude’a Lanzmanna, opowiadającego o ekstermi-
nacji Żydów w czasie II wojny światowej. Lanzmann odnalazł w latach 70. jednego z obozowych strażników Franza Suchomela i przeprowadził z nim rozmowę:
Suchomel: – Podam Panu moją definicję. Niech Pan to sobie zapamięta! Treblinka była prymitywną, ale dobrze funkcjonującą linią produkcyjną śmierci. Zrozumiał pan?
Lanzmann: -Linią produkcyjną…
Suchomel: – … śmierci. Rozumie Pan?
Lanzmann: – Ale prymitywną?
Suchomel: – Prymitywną! Jednak prymitywną, ale dobrze działającą taśmą produkującą śmierć.
Bałka wybrał z tego fragmentu trzy słowa wypowiedziane przez Suchomela Prymitywną! Jednak prymitywną… i odtworzył w pętli.
Prace Bałki stawiają opór. Wymagają od widza uwagi i staranności myślenia. Szyfrują przesłanie. Podobnie jest z wystawą w White Cube. Co oznacza jej tytuł? Do czego odnosi się Nie – tam i Nie – tutaj? Czy chodzi o odmówienie Żydom prawa do życia, plan zagłady całego narodu, dla którego faszyzm nie przewidywał żadnego miejsca zamieszkania? A może o zbudowanie subtelnej i skomplikowanej relacji pomiędzy czasem i miejscem, teraźniejszością i przeszłością, okrucieństwem obozu zagłady i estetyzującym kontekstem galerii?
Pytania pozostają bez odpowiedzi. Jeszcze raz idę wąską ścieżką wzdłuż ściany z plywoodu. Wychodzę. W uszach mam Primitiv! Zwar Primitiv.
Wojciech Goczkowski
Kołtun współczesny?
February 12, 2009
„Balzakiana” jest kolejną książką Jacka Dehnela, poety, tłumacza, prozaika i malarza, którego z nutką zazdrości bezgranicznie podziwiamy za jego wszechstronne talenty i dar snucia pięknych (o)powieści. Urodzony w 1980 roku w Gdańsku jest autorem zbiorów opowiadań „Kolekcja” (1999) oraz „Rynek w Smyrnie” (2007), kilku książek poetyckich, a także powieści „Lala”, za którą otrzymał Paszport „Polityki”. Obecnie mieszka w Warszawie, ale dominującym miastem w jego twórczości jest Gdańsk. Jeśli kiedyś ktoś ukułby definicję gdańskości, z pewnością znalazłoby się w niej określenie gdańskiej wrażliwości pisarskiej. Tę „gdańską” wrażliwość Dehnel posiada. Podobny dar wyrażania ducha miejsca ma niezrównany Paweł Huelle.
Postać Jacka Dehnela, jakkolwiek nie powinna, a jednak wzbudza kontrowersje w środowisku gejowskim. Autor Balzakiny jest bowiem homoseksualistą. Fakt ten nie jest przez niego nadmiernie afiszowany, ale też nie ukrywany. Pisarz stylizuje się na współczesnego dandysa w cylindrze i z laseczką w dłoni, lubi muzykę poważną, dobrą literaturę. Być może dlatego został zaproszony do współprowadzenia programu ŁOSsskKOT wraz z Maciejem Chmielem i Tymonem Tymańskim, gdzie poruszane są tematy współczesnej literatury i sztuki. Dotknięte brakiem zaangażowania Dehnela w sprawę gejowską środowisko homoseksualne próbuje trochę pisarza bojkotować. Od razu nasuwa się pytanie czy literatura tworzona przez pisarza-homoseksualistę powinna być gejowska i zaangażowana. Sam pisarz odnosi się do tematu własnej seksualności w sposób bardzo rozsądny: „ (…) ja przedstawiam mojego chłopaka jako mojego chłopaka nie dlatego, że chcę się pochwalić naszą orientacją (bo to jak chwalić się kolorem tęczówki), ale dlatego, że gdybym przyszedł gdzieś z dziewczyną, to też bym ją przedstawił jako moją dziewczynę”. Wypowiedź Dehnela świadczy o tym, że jego orientacja seksualna nie jest dominantą życia pisarza, a jego naturalną częścią. Jest to stanowisko rozsądne, zwłaszcza, że Dehnel jest twórcą ambitnym, a jak wiadomo, sztuka, a zwłaszcza literatura, walcząca ma „krótkie nogi” i sezonową popularność (nie wspominając o walorach artystycznych).
„Balzakina” nie jest książką o gejach (chociaż widoczne są pewne podobieństwa ze stylem Iwaszkiewiczowskim, zwłaszcza w opisie postaci męskich), nie jest nawet utworem „gdańskim”. Jest to zbiór opowiadań, mini powieści połączonych ze sobą wspólnymi postaciami, które w kolejnych opowiadaniach stają się postaciami wiodącymi.
Rzecz dzieje się w Warszawie. Pisarz bierze „pod lupę” mieszczaństwo warszawskie wchodząc w dialog z cyklem powieściowym Balzaka. Wykorzystuje różne postaci owego dialogu, „od remake’u, przez samą formę mini powieści, po najróżniejsze aluzje i ukryte cytaty. Pod rozwagę. I ku uciesze” – możemy przeczytać w komentarzu odautorskim. Konstrukcja opowiadań i kreacja postaci nadaje im wymiar uniwersalny, ogólny, w formie przestrogi. Uniwersalizm tych opowiadań polega na przytoczeniu przykładów nieszczęśliwej miłości, chytrości, skąpstwa, zagmatwanych relacji rodzinnych, których punktem centralnym jest ile z kogo można „wyciągnąć”. Jacek Dehnel udowadnia, że to co było prawdziwe za czasów Balzaka, jest możliwe współcześnie. Charakter ludzki jest niezmienny, jedynie dekoracja ulega zmianie. Jednakże i powściągliwego Dehnela porywa wyobraźnia. Jednego z bohaterów, najbardziej tragicznego chyba, uczynił bardzo podobnym do siebie. Młody Adrian w cylindrze, surducie i z laseczką w dłoni przypomina nam swą powierzchownością samego autora. Ów powieściowy dandys zarabia na życie udzielając korepetycji z … światowych manier i umiejętności bycia „trendy”. Na uwagę zasługuje również postać podstarzałej piosenkarki, która zostaje wykorzystana „w ramach” romansu własnej wnuczki. Dehnel cynicznie i z bezwzględną metodycznością obnaża przed czytelnikiem ruchy machiny ludzkich kombinacji i przewrotności, wplata swoich bohaterów w sytuacje, które mają tylko jedno wyjście.
Zbiór mini powieści Jacka Dehnela jest dodatkowo wzbogacony atmosferą trochę ahistorycznej Warszawy, gdzie obraz miasta międzywojennego miesza się z wizerunkiem współczesnym, dając dość klimatyczne wyniki.
Pomimo przytyków odnoszących się do pisarza i jego twórczości, które prawdopodobnie wynikają z trochę niższych pobudek niż troska o wywalczenie praw mniejszości, zawsze kupię jego książkę z pewnością przyjemnej lektury.
Justyna Daniluk
Aimé Maeght i jego artyści
December 7, 2008
W handlowaniu sztuką, jak w każdym interesie obok dobrych pomysłów potrzebny jest i łut szczęścia. Kto by pomyślał że Aimé Maeght, właściciel niewielkiego, otwartego w Cannes w roku 1936 sklepiku z artystycznymi drobiazgami prowadził będzie po wojnie jedną z najważniejszych paryskich galerii i pokazywał w niej mistrzów tej klasy co Braque, Matisse czy Miro.
Aimé Maeght (1906-1981) z zawodu był litografem i na zapleczu swego sklepu (dumnie nazwanego „Arte”, ale sprzedającego meble, radia i obrazki lokalnych artystów) miał litograficzną prasę. Dzięki niej mógł wspomagać swój sklepik realizacją drobnych zamówień na druki ulotne. W czasie wojny, w roku 1941, znakomity malarz i grafik Pierre Bonnard, mieszkający nieopodal, w Le Cannet, zaszedł do sklepu Maeghta, by zamówić niewielki plakat. Przypadkowa wizyta przerodziła się przyjaźń, a przedsiębiorczej Margeuritte, żonie Aimé, udało się nawet namówić starego mistrza, by w ich sklepie pokazał kilka swych obrazów. Był przecież „lokalnym” artystą. Tak się zaczęła przygoda Aimé i Margeuritte Maeght z wielka sztuką.
Początki
Sporo innych sław mieszkało na Lazurowym Wybrzeżu. Jeszcze podczas wojny dzięki Bonnardowi przyjaciółmi domu stali się też Henri Matisse i Greoge Braque. Czasy były trudne. Wojna spowodowała, że wiele ważnych galerii zamknęło swe podwoje. Żydowskie pochodzenie szeregu słynnych paryskich marszandów sprawiło, że ukrywali się albo wyjechali do Ameryki. Nawet po wyzwoleniu nie śpieszyli się z powrotem. W wolnym już Paryżu wciąż nie dość było miejsc pokazujących ambitną i ciekawą sztukę. Namawiany przez artystów-przyjaciół Aimé Maeght postanowił zatem otworzyć galerię w stolicy. 78-letni Bonnard nie zawiódł. Choć trochę już niedomagał, pojechał z Maeght do Paryża, by pomóc wybrać najstosowniejsze miejsce. Wybór padł na rue du Bac 42, niedaleko bulwaru Saint-Germain. W listopadzie 1945 roku można już tu było oglądać pierwszą wystawę – rysunki Henri Matissa.
Nie przypadkiem na pokazywanej obecnie w Royal Academy wystawie poświęconej działalności Aimé Maeghta i jego galerii, pierwszą salę oddano pracom tych dwu starszych twórców, przyjaciół z czasów wojny – Matissa i Bonnarda. Wielki, sielankowy pejzaż Bonnarda z parami na łące pośród drzew odwołuje jeszcze do klasycyzującego ducha lat dwudziestych, ale można zapewne w nim szukać i wyrazu optymizmu, i nowych, powojennych nadziei. Matisse, cierpiący już w tym czasie na artretyzm, porzucił co prawda malowanie, ale wciąż rysował. W Royal Academy zobaczymy między innymi jego kreślony węglem portret Marguerite Maeght. Oglądamy go zresztą nie tylko na ścianie, ale i na niewielkim ekranie w momencie gdy powstawał. To film z Matissem przy pracy z roku 1944, nakręcony przez syna Aimé Maeghta, Adriana, jeden z szeregu, jakie towarzyszą dziełom sztuki na wystawie. Oddają serdeczną atmosferę i przyjaźń, jaka wiązała Maeghta z jego artystami
Surrealiści wracają do Paryża
Bohaterami drugiej sali wystawy są artyści następnej generacji, pełni dziecięcej radości, zaprzyjaźnieni i bliscy sobie duchem (choć z wyglądu bardzo odmienni) – surrealista Juan Miro i nieco młodszy, amerykański rzeźbiarz Aleksander Calder. Maeght poznał ich obu w roku 1947 organizując jeden z najsłynniejszych swych pokazów, pierwszą w powojennym Paryżu wystawę surrealistów. „Przesądy”, obraz Miro z tamtej pamiętnej wystawy – wąskie, wijące się płótno o unikatowym kształcie węża pokrytego malowanymi znakami i hieroglifami, wisi na ścianie w Royal Academy. Na wernisażu w roku 1947 nie był jeszcze oprawiony z tak wielką troską i staraniem. Miro pojawił się nim obwinięty, traktując swe najnowsze dzieło jako rodzaj magicznego ubioru artysty czarodzieja-szamana. Jest w gablocie i katalog tamtej wystawy ze słynną okładką projektu Marcela Duchampa, w kształcie trójwymiarowej nagiej damskiej piersi z gutaperki z napisem: „Uprasza się o dotykanie”. Nie możemy – szyba nie pozwala.
Nad naszymi głowami abstrakcyjne kolorowe formy „mobili” Aleksandra Caldera. Zawieszone u sufitu i poruszają się nieznacznie dzięki naturalnym prądom ciepłego powietrza w Sali. Przywodzą na myśl kolorowe liście, ptaki, motyle.
Braque i Giacometti
Lekkość i beztroska sztuki Miro i Caldera kontrastuje z większą powagą następnej sali. Tu dwu innych ważnych artystów związanych z galerią i powojennym Paryżem. To George Braque, towarzysz Picassa i współtwórca kubizmu, w swej późnej fazie twórczości pełnej ciemnych brązów, zieleni i nawiązań do klasycznej sztuki oraz rzeźbiarz Alberto Giacometti. Wysmukłe, cienkie jak z patyków, ludzkie figury tego ostatniego, niemal dosłownie ilustrują słynne powiedzenie Pascala, porównujące człowieka do delikatnej trzciny zawieszonej pomiędzy dwiema nieskończonościami. Egzystencjalistyczne z ducha rzeźby i rysunki Giacomettiego znakomicie oddają wizję człowieka czasów Becketta, Sartre’a i Camusa.
Wystawę zamyka sala poświęcona działalności Aimé Maeghta jako wydawcy i inspiratora wspaniałych, niskonakładowych edycji tzw. Livre d’artiste, w którym piękna poezja łączy się z oryginalną artystyczną grafiką. Całą ścianę tapetują tu okładki wydawanego przez galerię od roku 1946 Derrière le miroir, luksusowego pisma poświęconego artystom pokazywanym u Maeghta. W tej samej sali zobaczycie też grafiki Aleksandra Caldera i monumentalne w skali oryginalne późne litografie Juana Miro, dla których drukowania niezmożony w swych staraniach Maeght zamówił wykonanie specjalnych, największych na świecie pras litograficznych.
Prawdziwy mecenas i znawca sztuki swą pasją i zamiłowaniem do niej dorównywał swym wielkim artystom. Pamięć o nim nie zginie – galeria prowadzona jest dalej przez następne pokolenie tej samej rodziny, a własne zbiory (z których skromną część pokazuje Royal Academy) prezentowane są na południu Francji w St. Paul de Vence, w siedzibie założonej w roku 1964 Fundacji Aimé i Margeuritte Maeght. Zanim się tam wybierzecie, odwiedźcie Państwo londyńską wystawę.
Andrzej Maria Borkowski





Komentarze