RUPIECIARNIA MARZEŃ czyli Has w Londynie

September 29, 2009

1 października, niemal dokładnie w dziewiątą rocznicę śmierci, rozpocznie się w Londynie przegląd filmów Jerzego Wojciecha Hasa – jednego z najciekawszych reżyserów, jakich wydała polska ziemia. W Barbicanie pokazanych zostanie pięć najlepszych obrazów – „Pętla” (1957), „Pożegnania” (1958), „Jak być kochaną” (1962), „Rękopis znaleziony w Saragossie” (1964) oraz „Sanatorium pod klepsydrą” (1973).

Wizjoner, indywidualista, budowniczy dziwnych światów, wędrowiec w czasie, surrealista, psycholog – mnóstwo różnych określeń, a jednak każde z nich  pasuje do niego, niczym krojone na miarę.

hourglasssanat3Has zawsze pracował na solidnym materiale literackim, zawsze znakomicie dobierał aktorów i współtwórców swoich dzieł. W „Pętli” –swoim debiucie, dokonał adaptacji Marka Hłaski, pozwalając Gustawowi Holoubkowi zagrać jedną z najciekawszych ról w jego filmowej karierze. Kreacja Barbary Krafftówny w „Jak być kochaną” według prozy i scenariusza Kazimierza Brandysa uchodzi z kolei za jedną z najlepszych ról kobiecych w historii polskiego kina, choć wiele wskazuje na to, że bez akompaniamentu wspaniałej roli Zbigniewa Cybulskiego nie osiągnęłaby aż tyle. „Rękopis znaleziony w Saragossie” od dziesięcioleci należy do najbardziej znanych polskich filmów na świecie, przy czym uwielbienia dla niego nie kryją lub nie kryli tacy twórcy światowego kina, jak Luis Bunuel, Martin Scorsese, Francis Ford Coppola czy Pedro Almodovar. „Sanatorium pod klepsydrą” według Bruno Shulza, reklamowanego na Zachodzie jako „polska odpowiedź na Kafkę”, jest jednym z najciekawszych wizualnie filmów powstałych nad Wisłą, co zresztą potwierdziła nominacja do Złotej Palmy oraz nagroda Jury Festiwalu Filmowego w Cannes.

Has był twórcą niczym nie spętanym – konwenansem, konwencją, komunizmem, cenzurą, krytyką, czymkolwiek. Jedyne, co go naprawdę ograniczało, to wyobraźnia. Gdy zaczęło jej brakować, jego filmy już nigdy nie były takie same. Po „Sanatorium pod klepsydrą” nie zrobił niczego na miarę swoich wcześniejszych arcydzieł.

Poznać twórczość Jerzego Wojciecha Hasa, to nie koniecznie znaczy dowiedzieć się czegokolwiek o Polsce, polskiej kulturze czy kinie. Poznać Hasa, to przede wszystkim zetknięcie z twórczością reżysera, którego dzieła opisuje się w światowych antologiach kina, puszcza się na przeglądach,  dyskutuje, otacza kultem.

Jacek Ozaist

The Directorspective:

Wojciech Has 
1–25 Oct 09 

In October

The Directorspective, an editorial selection of unmissable films from the greatest cinema directors of all time, features five works of the leading Polish surrealist filmmaker Wojciech Has, including The Hourglass Sanatorium, How to Be Loved and one of the master’s most celebrated films The Saragossa Manuscript. 

Accompanied by The Brothers Quay installation.

www.barbican.org.uk/film/series.asp?id=758

SHABBY CHIC

September 16, 2009

What is it about the Gormley family and their attraction to positioning their works up a height? Anthony Gormley gave us the well-beloved Angel of the North towering over the surrounding countryside and keeping an eye on the passing traffic down below; ‘The Angel’ was followed by a series of figures perched precariously upon the rooftops of the Heyward Gallery and other London buildings and now Anthony’s daughter, Paloma, has designed a structure crowning a semi-derelict car park in the heart of Peckham. Yes, Peckham, the one of the Trotter family fame from ‘Only Fools and Horses,’ is upping its cultural credential and fast becoming England’s capital of Urban Cool. The Trotter family’s descendants are being replaced by a young generation of artists who are finding trendy Hoxton too expensive and who have been invading the disused factories of this edgy part of London in their droves. Apparently Peckham has more artists per square foot than any other part of the capital or of any other part of the country.

peckham2One of the leading galleries in the area, Hannah Barry, has masterminded a deal with the local council which has granted them permission to organise an exhibition of large installations and sculpture on the top two levels of a local multi-storey car park. ‘Frank’s Café & Campari Bar not only provides sustenance to the visiting culture-vultures, but constitutes an exhibit in itself within Barry’s ‘Bold Tendencies III’ show (open till September).

The structure has been designed by Paloma Gormley in co-operation with her friend Lettice Drake and has become an overnight success story. The press coverage has been extensive, reaching across The Ditch to the Big Apple, where the New York Times published a review. This extent of publicity can be partly due to the Gormley and Boxer names (‘Frank’ is Frank Boxer, the grandson of Mark Boxer, the famous ‘Marc’ cartoonist and ‘The Tatler’ editor and Arabella Boxer, one of the original celebrity chefs), but this should not distract from the fact that the Café is a beautiful feat of design, engineering and most of all ingenuity achieved on a very short shoestring indeed.

The skeleton of the building is reminiscent of an inverted letter A and constructed out of recycled timber covered with red tarpaulin. Fixtures and fittings have been put together out of the same timber, as was the seating. Oil drums cut in two do for grills and small chunky pieces of blackboard serve as advertising space for the drinks and chef’s specials. All in all, the ambience of the bar is strangely evocative of a pirate ship sailing high above the surrounding roofs towards the city panorama on the horizon.

peckham3Paloma and Lettice might have started a trend in urban regeneration, proving that even though you can’t make a silk purse out of a sow’s ear, you can take over a decrepit brutalist building and convert it into an apotheosis of shabby-chic romance. Let’s hope that the success of ‘Frank’s Café’ and of ‘Bold Tendencies III’ in a previously unloved location will become a challenge to councils and other owners of grungy properties all over the land.

Text: Małgorzta Skawińska
Photos: Mark Dodds

Chętnie wybrałabym się znów do Waszego kraju

August 26, 2009

Christine Tobin to artystka znana i bardzo ceniona nie tylko na brytyjskiej scenie jazzowej, laureatka Nagrody BBC dla Najlepszej Brytyjskiej Wokalistki Jazzowej 2008, jednak dla polskiego słuchacza jej twórczość jest wciąż względnie nowa… Z Christine Tobin, która 12 września o godz. 20.00 wystąpi w Jazz Cafe POSK, rozmawia Tomasz Furmanek.

christine-tobit-by-bob-barkany

Fot. Bob Barkany

Christine, byłaś w Polsce, występowałaś na Festiwalu Jazzowym w Kaliszu? Czy możesz podzielić się z czytelnikami „Nowego Czasu” swoimi wrażeniami z Polski?

– W Polsce jest spora publiczność, która słucha jazzu i ceni jazz. Wydaje mi się, że ludzie w Waszym kraju naprawdę cenią muzykę, są otwarci na to co nowe, bardzo wrażliwi i jeśli śpiewasz prosto z serca, to twój śpiew zawsze do nich dotrze. Miałam wrażenie, że to, co przekazuję swoim śpiewem zostało doskonale odebrane. Graliśmy na jazzowym festiwalu pianistycznym (mam w swoim zespole wspaniałego pianistę – Liama Noble), ale z reguły organizatorzy zapraszają na ten festiwal również jednego lub dwóch wokalistów. Zostaliśmy bardzo dobrze przyjęci, w trakcie koncertu czułam dużo ciepła ze strony publiczności. Ludzie w Polsce wydają się bardzo poważnie podchodzić do muzyki, do sztuki w ogóle – zrobiło to na mnie duże wrażenie. Publiczność była pełna entuzjazmu, a sala koncertowa wypełniona po brzegi. Wspomnienia mam naprawdę bardzo miłe – zadbano o nas świetnie, uwielbiałam nasze wizyty w restauracjach, gdyż – mówiąc szczerze – smakowało mi absolutnie wszystko. Poznałam trochę polską kuchnię i jeśli miałabym wybrać ulubione danie, byłoby mi bardzo trudno – być może wspaniałe pierogi, bigos?

Występowałaś również w klubach polonijnych w Wielkiej Brytanii.

– Tak, to był klub w Sheffield, publiczność znów była po prostu wspaniała, bardzo życzliwa. Po koncercie ludzie podchodzili do mnie, szczerze komplementowali mój głos. Było to mile, ale jednocześnie czułam, że bardzo szczere.

Twój ostatni album „Secret Life of The Girl” został entuzjastycznie przyjęty zarówno przez krytyków, jak i publiczność. Powiedz nam kilka słów na temat tej płyty, czym odróżnia się od Twoich poprzednich albumów?

– Jest to zbiór piosenek, których bohaterkami są różne postaci kobiece – w wieku od lat 10 do, powiedzmy, 20. Są to takie muzyczne opowiadania. Instrumentarium zostało wzbogacone o fortepian i wiolonczelę, co dodało muzyce wiele koloru, nowych barw. Myślę, że udało nam się stworzyć muzykę, która jest dość wyrafinowana, a równocześnie bardzo przystępna dla szerszej publiczności.

Skąd czerpiesz inspiracje do piosenek, które piszesz?

– Powiedziałabym, że zazwyczaj z literatury, książek, które czytam. Ostatnio bardzo inspirują mnie opowiadania E. Annie Proulx. Najbardziej jednak inspiruje mnie chyba moja własna wyobraźnia. Natura niewątpliwie również – mieszkam nad morzem, inspiracją mogą być zachody słońca, linia horyzontu, piękno morza…

Jak ważne jest dla Ciebie pisanie piosenek?

Muszę podkreślić, że z taką samą radością śpiewam utwory innych, które są równie ważne w moim repertuarze. A pisanie własnych utworów daje wiele wolności co do tego, co chce się wyrazić, także co do formy muzycznej.

Jak dokonujesz wyboru utworów innych autorów?

– Utwory te muszą coś dla mnie znaczyć, musi być w nich jakiś element, który mocno do mnie przemawia. Najczęściej słyszę w wyobraźni, w jaki sposób mogę taki utwór zmienić na coś bliższego mi, dostosować do siebie, np. zmieniając akordy itd. Taki utwór pochłania mnie przez pewien czas.

Masz duży szacunek dla Leonarda Cohena, który ma w Polsce ogromną liczbę fanów. Co najbardziej Cię w nim inspiruje, co najbardziej w nim cenisz?

– Jego głębia, głębia jego poezji i głębia, z jaką odbiera świat. Jego mądrość i mądrość zawarta w jego tekstach – pełna mocy. Jest bardzo duchowa osoba.

Kto jeszcze, poza Leonardem Cohenem, inspiruje Cię artystycznie?

– Joni Mitchell, z podobnych powodów jak Cohen, ponadto jej muzyka jest naprawdę wyrafinowana, zawsze muzycznie próbuje czegoś nowego, szuka nowych środków wyrazu dla swoich piosenek. Myślę, że przekroczyła wiele muzycznych granic.
Betty Carter – miała na mnie również ogromny wpływ, ona wciąż próbowała czegoś nowego, naprawdę wyjątkowa w improwizacji, poszerzyła granice tego, co wokalista mógł robić w jazzie.

Twój mąż, Phil Robson, jest również wielce cenionym i uznanym muzykiem sceny jazzowej. Jesteście razem, pracujecie razem, inspirujecie się nawzajem. Brzmi jak związek doskonały…

– Cóż, myślę, że to duże szczęście być w związku, w którym jest zrozumienie dla istoty tego co robisz, to naprawdę dobra rzecz. A jeżeli chodzi o doskonałość – uważam, że doskonałość nie istnieje – możemy jedynie próbować do niej dążyć. A propos – Phil nie tak dawno został wyróżniony nagrodą Parlimentary Award dla najlepszego muzyka roku.

Ile miałaś lat, kiedy opuściłaś Dublin i przeniosłaś się do Londynu?

– Miałam niewiele ponad 20 lat i tak naprawdę nikogo tu nie znałam z wyjątkiem jednej cioci, u której zatrzymałam się przez pierwsze tygodnie. Dość szybko jednak znalazłam się na scenie jazzowej, pierwszy był klub 606 – w tamtym czasie bardzo mały, na Kings Road. Zaczęłam tam chodzić, potem śpiewać. Po moich występach ludzie przychodzili zamienić parę słów, poznałam innych muzyków.

Jakiś czas temu przeprowadziłaś się z Londynu do Margate nad morzem. Czy wybrzeże, bycie z dala od miejskiego zgiełku daje Ci natchnienie?

– Myślę, że to naprawdę dobre dla mnie, odprężam się tam, działa to na mnie oczyszczająco. Wyciszam tam swój umysł, medytuję lub rozmyślam spacerując bez pośpiechu brzegiem morza, przychodzą nowe pomysły… Wciąż jednak spędzam trochę czasu w Londynie, mam tu również swoje miejsce, więc mogę być tu w każdej chwili, spotykam się z ludźmi, załatwiam tzw. sprawy biznesowe.

Jaki będzie Twój koncert w Jazz Cafe, czego się po nim spodziewasz?

– Cieszę się na ten koncert – to trochę tak, jakbym znowu była w Polsce. Spodziewam się wrażliwej, ceniącej muzykę publiczności. Będę śpiewała zarówno własne kompozycje, jak również standardy jazzowe, nie zabraknie też utworów wspaniałego Leonarda Cohena. Mam cichą nadzieję, że ten koncert zaowocuje w przyszłości częstszymi spotkaniami z polską publicznością. Chętnie wybrałabym się znowu do Waszego kraju.

Koncert Christine Tobin
12 września o godz. 20.00

Jazz Cafe POSK

238-246 King Street, Hammersmith,
London W6 0RF
Tel.: 0208 741 1940

Tymczasem Christine zaprasza Czytelników „Nowego Czasu” na stronę:
www.myspace.com/ctobes

Dan Brown jest ignorantem!

July 19, 2009

Z hiszpańskim pisarzem Eduardo Mendozą rozmawia Łukasz Stec.

Dla wielu pana czytelników było sporym zaskoczeniem, że umieścił pan akcję swojej najnowszej książki w Ziemi Świętej z czasów Jezusa. Czy inspiracją dla powstania tego literackiego apokryfu była literatura pokroju książek Dana Browna? Mam wrażenie, że momentami parodiuje pan tego typu twórczość w „Niezwykłej podróży Pomponiusza Flatusa”.
W pewnym sensie tak. Kiedy byłem dzieckiem, w mojej edukacji bardzo silną rolę odgrywała edukacja religijna. Poza tym uczono mnie wiele o kulturze antycznej. Byłem więc zszokowany ignorancją Dana Browna i jego bezsensowną fantastyką. Znam tę tematykę nieco lepiej od niego. Rzeczywiście, punktem wyjściowym przy pisaniu tej książki była jego twórczość, ale później, podczas pisania kolejnych stron, już o tym  zapomniałem.

Wspomniał pan o swojej religijnej edukacji. W Hiszpanii uczył się pan w katolickim college’u. Czy to ze względu na traumy z tamtego okresu, zarówno w detektywistycznej trylogii, jak i w „Niezwykłej podróży Pomponiusza Flatusa” parodiuje pan postawę religijnych radykałów?
mendozaTak. Kościół katolicki w Hiszpanii znacznie różni się od tego w Polsce. Tutaj Kościół był zawsze z ludźmi, u nas – z władzą i bogatymi. Był też bardzo represyjny. Mam złe wspomnienia z okresu nauki w katolickiej szkole. Bardzo znieważano tam uczniów. W ogóle nie brano pod uwagę potrzeb dzieci. Za bycie szczęśliwym było się karanym. Nie było mowy o grze w piłkę, mieliśmy się wyłącznie modlić. Traktowano nas jak dorosłych kryminalistów.

To, że zaczął pan pisać akurat komedie było formą odreagowania od poważnej pracy w ONZ?
Praca w ONZ miała dużo akcentów komicznych. Owszem, bywało dramatycznie, ale było też i komediowo. Tym bardziej że mieszkałem w tamtym czasie w Nowym Jorku, gdzie konwencja komediowa jest czymś powszechnym. Nowy Jork to mekka komedii.

Czy to prawda, że po publikacji barcelońskiej trylogii niektórzy urzędnicy miejscy oburzali się, że przedstawił pan miasto w złym świetle?
Zdarzały się takie głosy mało rozsądnych ludzi. A przecież te książki tworzą świetne publicity miasta nawet, jeśli nie przedstawiają go pocztówkowo. Co prawda, Barcelona jest tam miastem szalonym i skorumpowanym, ale to tak samo, jak ktoś opowiada żarty o lekarzach czy policjantach, a te grupy zawodowe miałyby się obrażać za dowcipy o nich.

W tej chwili czytelnictwo książek w Polsce wygląda tak, że bestsellerem jest tu pozycja, która sprzeda się w 10-20 tysiącach egzemplarzy. W Hiszpanii bestseller to milionowy nakład. Mamy podobną liczbę mieszkańców, więc jak uzasadniłby pan ten fenomen?
Fascynujące jest to, że jak się pojedzie do Hiszpanii, to wszystkich mieszkańców widzi się na ulicach, w pubach czy na plażach. Nie wiadomo kiedy ci ludzie czytają… Ale jednak kupują książki. Szczególnie kobiety. Kiedyś niższe klasy w ogóle nie czytały, teraz każdy w Hiszpanii chce ukończyć uniwersytet i dużo czytać.

Drugie życie „Katynia”

July 1, 2009

Film Andrzeja Wajdy, choć nominowany do Oscara, świata nie zawojował. Tu i ówdzie odbyła się niejedna gorąca debata, głos zabierali historycy, krytycy, dziennikarze, po czym okazało się, że w Europie jest wciąż wielu ludzi, którzy zbrodnie komunizmu ignorują lub lekceważą, zaś nasze polskie pragnienie przekazania najbardziej oczywistej prawdy znów spezło na niczym.

Publiczność londyńska miała okazję obejrzeć „Katyń” rok temu podczas 6. edycji Festiwalu Filmu Polskiego Kinoteka. Później słuch o tym filmie zaginął, podobnie jak w wielu innych miejscach świata. Teraz wrócił i to od razu do 12 kin w całej Wielkiej Brytanii oraz Irlandii, dzięki temu zyskaliśmy dodatkową szansę przypomnienia Anglikom o naszej bolesnej historii.

Smutkiem napawa jednak fakt, że „Katyń” pojawił się w kinach zachodnich tylko i wyłącznie z powodu polityczniej awantury, jaka miała miejsce we Włoszech. Sprawa zaczęła się w Mediolanie, gdzie zorganizowano pokaz filmu Wajdy w salce jakiegoś studyjnego kina, która nie była w stanie pomieścić wszystkich chętnych, tym bardziej zawiedzionych, że miał to być jedyny pokaz. Niejaki Luigi Geninazzi z katolickiego dziennika Lavvenire napisał po seansie płomienny komentarz, nawołując do ponownego otwarcia włoskich kin dla dzieła Wajdy, a nawet do obowiązkowych pokazów tego filmu w szkołach. Temat szybko podchwycił znany z antykomunistycznych przekonań premier Sylvio Berlusconi, który zaraz po obejrzeniu „Katynia” pojechał na szczyt NATO do Strasburga, gdzie gorąco namawiał przywódców innych krajów do zapoznania się z filmem.
Podobno jako pierwszy obiecał mu to premier Gordon Brown. Potem poszło już gładko. W kwietniu tego roku otworzyli swoje oczy i serca Francuzi – rzekomo dlatego z takim opóźnieniem, bo dystrybutorzy czekali na jak największą liczbę kopii, by móc zorganizować pokazy w wielu kinach na raz. Wajda przyznał, że była to, jak dotąd, najbardziej zmasowana promocja jego filmu zagranicą. Włosi poszli jeszcze dalej i naprawdę pokazują „Katyń” na lekcjach historii. Odbyło się kilkanaście pokazów w Rosji, co można uznać za spory sukces.

I pomyśleć, że nie byłoby tego całego zamieszania, gdyby nie atak Berlusconiego na wiecznie zakochaną w Moskwie europejską lewicę. Słowa: „Subtelny bojkot filmu Wajdy” – to chyba najbardziej wyszukane określenie użyte w toczonym we Włoszech dyskursie.

W piątek, 19 czerwca, odbyła się londyńska gala w kinie Curzon Mayfair. Gości powitał historyk Adam Zamoyski. Film pokazywany jest też  w Manchesterze, Bristolu, Cambrigde, Bradford, Edynburgu, Dundee, Iverness, Dublinie, Belfaście… Być może film ten dzieli ludzi, być może wielu z nich drażni, nudzi, męczy, ale nikomu nie wolno kwestionować prawdy, o której opowiada. Ilekroć jest okazja, by ją pokazać światu, tyle razy warto z tej okazji skorzystać, tym bardziej gdy nasza historia staje się obiektem publicznej debaty.

Jacek Ozaist

Pradziadek Michała zginął w Starobielsku

Na gali otwierającej oficjalne pokazy filmu „Katyń” na Wyspach Brytyjskich spotykam Michała Ćwiżewicza, skrzypka z Royal College of Music. Choć ma tylko 25 lat i urodził się w Londynie, jego życie związane jest mocno z tą jedną z największych tragedii naszego narodu. Pradziadek Michała zginął w Starobielsku, czego potwierdzenie znalazł ojciec Michała, Krzysztof Ćwiżewicz, dopiero w 1976 roku, kiedy po raz pierwszy przyjechał do Londynu i w Instytucie im. gen. Sikorskiego na Liście Katyńskiej było nazwisko dziadka.
biog_phot_mc

Mjr Edward Reguła brał udział w obronie Lwowa dowodząc VI Brygadą Artylerii Ciężkiej. 29 listopada 1939 roku ślad po nim zaginął i dopiero rok później jeden z oficerów, jeńców Starobielska, napisał, że przebywa w obozie także mjr Reguła. Była to pierwsza i ostatnia wiadomość o pradziadku Michała. Aż do 1976 roku. Miał 42 lata,  kiedy został przez Sowietów zamordowany.

Babcia Michała, Anna Ćwiżewicz  po zmianach politycznych w Polsce zaczęła aktywnie działać w krakowskim oddziale Stowarzyszenia Rodzin Katyńskich. Z jej inicjatywy odbył się w 1998 roku w Domu Polonii w Krakowie koncert na rzecz budowy cmentarza w Charkowie. Michał wystąpił z recitalem, w czasie którego oprócz utworów Bartoka, Beethovena i Haendla zagrał własną kompozycję w hołdzie pradziadkowi.

Andrzej Polniaszek, przewodniczący Stowarzyszenia Rodzin Katyńskich w Wielkiej Brytanii, zaprosił Michała do Charkowa. W czasie uroczystości na Cmentarzu Wojskowym w Charkowie na ścianie gmachu, w którym mieściło się NKWD (nadal budynek tajnej policji ukraińskiej) Andrzej Wajda, syn zamordowanego w Charkowie żołnierza, odsłonił tablicę  poświęconą polskim oficerom, a Michał Ćwiżewicz, prawnuk zamordowanego oficera odegrał utwór żałobny dedykowany swojemu pradziadkowi.

Michał 2004 roku wstąpił w telewizji BBC4 jako finalista konkursu BBC Young Musician Competition i z rąk księcia Karola odebrał dyplom. Po brytyjskiej premierze filmu „Katyń” powiedział: – Dla mnie ten film był nie o moim pradziadku, ale o mojej babci i prababci. Pokazał tę tragedię z punktu widzenia bliskich. Druga ważna dla mnie rzecz to propaganda wokół tej zbrodni, która doprowadziła do dość wygodnych decyzji w Jałcie. Gdyby nie to, że można było zwalić na Niemców tę zbrodnię, nie byłoby być może soweickiego zamordyzmu. Bolesną dla mnie sprawą jest cisza w Wielkiej Brytanii . Wychowany jestem w brytyjskiej demokracji i wolności słowa i nie mogę zrozumieć, dlaczego prośby o budowanie pomników katyńskich spotykały się tak długo z odmową. Wygodna polityka…

Teresa Bazarnik

Katyńska opowieść Andrzeja Wajdy

Czy podobał ci się film?  – padło sakramentalne pytanie, kiedy wychodziłem z sali kinowej. Nie potrafiłem odpowiedzieć, a w zasadzie zaniemówiłem. Jak to podobał? Ten film uderza tak mocno, że jakakolwiek refleksja estetyczna jest niemożliwa. Chyba że ktoś tak bardzo poczuwa się do roli zawodowego recenzenta, że musi, i z tego musu opowiada zwykłe bzdury.

Film: Post MortemSłyszałem i czytałem sporo takich komentarzy, zanim zobaczyłem film, a mając coraz bardziej krytyczny stosunek do całokształtu twórczości Andrzeja Wajdy, byłem przygotowany na rozczarowanie. Teatralny i sentymentalny obraz największej naszej tragedii XX wieku – tego się spodziewałem. Naszej tragedii, bo zbrodnia na elicie naszego społeczeństwa dokonana przez Sowietów wymierzona była w nas wszystkich, w cały naród.  Czułem niepokój, bo nie można o tej tragedii opowiadać w konwencji „Panien z Wilka”.

Od pierwszych kadrów nie pojawiła się jednak ani chwila, w której mógłbym pielęgnować swoje uprzedzenia. Film uderza swoją bezkompromisową potrzebą dotarcia do prawdy. I nie jest to tylko prawda o Katyniu, którą po pięćdziesięciu latach kłamstwa i przyzwolenia na kłamstwo poznaliśmy.
To był wysiłek reżysera, twórcy, który zmagał się ze swoim życiem, ze swoją pamięcią, swoim losem. Stworzone przez niego postaci na tle rzeczywistych wydarzeń prowadzą nas przez golgotę indywidualnego życia.

Każda  partia dialogowa była wyznaniem artysty, zapisem jego dramatów i goryczy podjętych wyborów. Zapisem indywidualnych tragedii. „Życiorys ma się tylko jeden” – brzmiało heroiczne wyznanie młodego człowieka, który ubiegając się przyjęcie do szkoły w swoim curriculum vitae napisał, że ojciec zginął w Katyniu zamordowany przez Sowietów. Takiej wersji idąca zgodnie z linią partii dyrektorka szkoły przyjąć nie chciała. Zdolny uczeń mógł się do szkoły dostać bez problemu, wystarczyło zmienić tylko słowo w życiorysie. Odmawia, bo „życiorys ma się tylko jeden”.  Jeszcze tylko przez ułamek dnia ta niezłomność dodawała mu sił, ale koniec tej drogi był nieubłagany. Zginął podczas próby aresztowania.

Andrzej Wajda był w podobnej sytuacji. Wielu jego krytyków, bardziej politycznych niż artystycznych, wypomina mu swego rodzaju politykę ugody z komunistami, czyli mordercami jego ojca. Czy podobna sytuacja w jego życiu, w której zachował się inaczej, była początkiem tej „ugody”? Powiedzieć w być może swoim ostatnim filmie „życiorys ma się tylko jeden”, to najbardziej bolesny rachunek sumienia.

„Jak to jest – zastanawiał się Józef Mackiewicz – że Niemcy robili z nas bohaterów, a Sowieci gówno?”. Film penetruje i tę prawdę. O to również niektórzy krytycy mieli pretensje do reżysera, a konkretnie, że wprowadzał w swoją opowieść o morderstwie katyńskim niepotrzebne wątki.

Mord katyński był początkiem czasów zniewolenia i nikomu wcześniej w takim skrócie nie udało się pokazać tego okresu. Ale też i czasów późniejszych, a nawet i współczesnych.

„ Ja myślę podobnie” – broni swojej postawy jeden z bohaterów. „To nieważne, co myślisz, ważne, co robisz” – słyszy w odpowiedzi. Wszyscy uczestniczyliśmy w kłamstwie katyńskim. Wajda dokonuje rozrachunku z własnym życiorysem, ale nie oszczędza także i nas. Niezłomni zginęli, inni, którym dopisało szczęście i z nieludzkiej ziemi wyszli z generałem Andersem, uniknęli po drugiej stronie „żelaznej kurtyny” trudnych dylematów. „Co pan robi w tym mundurze? – Nie zdążyłem do Armii Andersa” – takie proste wyjaśnienie składa porucznik Jerzy, którego ocalił los, po to, by zniszczyło go własne sumienie. W jego przypadku wyjściem z zakłamania jest samobójcza śmierć – tak między innymi kończyli niezłomni w komunistycznej Polsce. Kończyli też katowani w ubeckich więzieniach.

Prawdę historyczną o Katyniu poznaliśmy wcześniej. Można ją oczywiście na różne sposoby fabularyzować. Wajda tego nie zrobił, bo ważniejsza dla niego była prawda związana z mordem katyńskim, ale jeszcze nie ujawniona – prawda osobista. I to jest najbardziej powalające w tym filmie – myślę, że w równym stopniu dla twórcy, jak i widza.

Podziwiam i cenię artystów, którzy bez znieczulenia penetrują zakamarki własnej duszy. A kiedy, dzięki ich mistrzostwu, to co osobiste staje się uniwersalne, przychodzi kolej na widza.

Razem z Wajdą ujawniamy tę drugą prawdę o sobie, o podwójnych standardach, o życiu w strachu, zgodzie na zwykłe łajdactwo, usprawiedliwiane wyższą racją, o zdradach małych i większych, o małościach, które nas wewnętrznie wypalają.

Nie jesteśmy bez winy i dzięki filmowi Wajdy, nie przyjdzie już nam tak łatwo dzielić uczestników dramatu na ofiary i katów.

Kto jest bez winy? Czy ci, którzy twierdzą, że Wajda złagodził obraz oprawców wplatając do opowieści sceny z nazistami? Czy ci, którzy uważają, że za dużo tam wątków? A może ci, dla których w obrazie Wajdy jest za dużo symboliki? Nie ma sztuki bez symboliki. Nawet sztuka walcząca z symboliką robi to za pomocą…  symboli.

Katyń to film druzgoczący, w którym ofiary mordu są naszymi sędziami. Pamiętaj, nie zaznasz spokoju, jeśli nie upomnisz się o swoich zmarłych.

Grzegorz Małkiewicz


Royal Academy – źródło cierpień i radości

June 30, 2009

Nerwowe oprawianie obrazka w ostatniej chwili. Podróż autobusem i oddawanie pracy w tłumie artystów, wszystkich pełnych nadziei.

Miesiąc wyczekiwania. Wreszcie mam w ręku  białą kopertę. Jeśli jest cienka, mogę treść listu wyrecytować na pamięć: „Dziesięć tysięcy artystów stara się o przyjęcie swych prac na Royal Summer Exhibition. Niestety, tym razem Pani dzieło nie zostało przyjęte. Z poważaniem…”

Znów podróż autobusem, smętna podróż. Tym razem – po odrzuconą pracę. Jednak kiedy pierwszy raz w życiu oddawałam swoją pracę na doroczną wystawę Royal Academy of Arts, przyjęli ją. Na obrazku były dziwne, ale wesołe zwierzątka, kolorowe kropki. Umieszczono go w dobrym miejscu i spodobał się. Dostałam zaproszenie na wernisaż i na mszę w kościele. Msza przyjemna − organy grają, chórek śpiewa. Nagle  do kościoła wkracza czterech Murzynów, głośno, wesoło grają na bębnach. A to dopiero! Skąd się tam wzięli? Pewnie jakaś tradycja, jak to w Anglii. Wernisażu nie pamiętam (z radości − za dużo wypiłam wina).

piesekNastępnego roku złożyłam  trzy prace. Też były na nich wesołe stworzonka i kolorowe kropki, ale tym razem nic z tego. Nadeszła  cienka koperta bez zaproszenia na mszę i wernisaż. A już planowałam super wakacje w Kalifornii…

Odbieranie trzech prac w tłumie przygnębionych artystów nie należy do najprzyjemniejszych wspomnień. Słyszałam, że osoby, które pracują przy wydawaniu artystom ich odrzuconych prac  ledwo sobie radzą psychicznie. Pewnie smutek rozczarowanych wkrada się  w zakamarki ich duszy.

Raz jeszcze przyjęli moją pracę, a potem już tylko same cienkie koperty. No i zajęłam się chodzeniem z pieskami na spacer. Już nie przeżywałam zawiedzionych nadziei, odrzucenia ani cierpienia. Wystarczyła przechadzka, przekąska, pogłaskanie pieskowi brzuszka i były nagrody − lizanie,  merdanie ogonem, radosne podskoki. Jedną z moich klientek jest suczka bassenji, pies, którego rasa sięga czasu faraonów (podobno występują nawet w piramidach). Nazywa się Nubia (coś ma w typie z Grety Garbo, a coś z kotki). Psy tej rasy nie szczekają.

Nadchodzi termin  oddawania prac do Royal Academy. Narysowałam Nubię z brązowymi łatkami. Prosty projekt, tyle że jedna noga psa nieco dłuższa. Myślę, że ta dziwna noga dodała Nubii tajemniczości i uroku.

Znowu tortura robienia ram. Znowu cienka koperta:  „Mieliśmy 10 000 kandydatów. Może się pani czuć dumna, bo Nubia przeszła do drugiego etapu, ale już nie było miejsca na ścianie”. A więc – następne odrzucenie.

W tym roku oddałam Nubię do ramiarza, nie pozwolę na to, by znów ją odrzucili! W pięknej ramie za 60 funtów Nubia oparła się odrzuceniu. Tym razem przyszła koperta gruba. No i umieścili Nubię na pocztówce i w katalogu. Nubia zaczęła swój triumfalny pochód. Zawieszono ją niedaleko prac Tracy Emin.

Na wernisaż założyłam czerwoną sukienkę w białe kropki. Przed budynkiem Royal Academy znowu Murzyni grają na bębnach. Przemyka się pan Paxman i pewnie inne sławy, których nie poznaję. Podobno jest Tracy Emin. Każdego roku prezentuje  się w tym samym stroju. Nie wiadomo dlaczego − może chce, by się nad tym zastanawiać, o tym mówić?

Pochód w słońcu do kościoła. Na czele pochodu ksiądz (czy pastor? – dla protestantów to różnica ważna), dygnitarze, no i my, artyści. Modlitwa za artystów i kazanie o tym, jak warto zachwycać się każdą chwilą życia w sposób nowy i twórczy. Nagle czujemy się zamienieni z brzydkich kaczątek w łabędzie i zaakceptowani nie tylko przez Royal Academy.

Na wernisażu były truskawki, szampan, krewetki. Przypadkiem zawędrowałam do architektów. Rozmowy o mostach. Potem tak zwana drinking session, najpierw w hotelu z lokajami, potem w pubie Damiena Hirsta. Powrót do domu − na bosaka, bo wysokie obcasy uwierały.

Byłam bardzo z siebie zadowolona, prowadzę życie raczej ascetyczne, a tu taka radosna odmiana. Właściciel Nubii był tak szczęśliwy, jakby jego córka  dostała się  na studia do Oksfordu lub nawet − otrzymała Nagrodę Nobla. Kupił sto pocztówek!

Inne reakcje na mój sukces też były entuzjastyczne, choć jedna pani z Chelsea, projektantka wnętrz, zupełnie nie mogła uwierzyć, że mój obrazek (a picture of  a humble dogwalker) dostał się do Royal Academy. Minę miała niczym ryba wyjęta z wody. Przeżywała − jak mówią psycholodzy −  dysonans poznawczy. Tej miny łatwo nie zapomnę.

Basia Lautman

Więcej niż trzy akordy

May 27, 2009

Polska grupa rockowa Why Not Here zakwalifikowana została przez telewizję BBC do wzięcia udziału w Immigrant Song Contest – eurowizyjnym konkursie dla emigrantów w Wielkiej Brytanii. Z liderem zespołu, Pawłem Majewskim rozmawia  Alex Sławiński

Jak rozpoczęła się historia zespołu i skąd taka nazwa?

– Zespół w obecnym składzie ma dość krótką, półroczną  historię, ale powstał niemalże półtora roku temu. Od początku w zespole gra Eddie (bas), Krzysiek (perkusja) i ja. Wymienialiśmy nieco skład, gdyż ciężko jest znaleźć odpowiednich muzyków, grających interesujący nas gatunek. Bo Polacy grają przeważnie albo ciężko, albo bardzo lekko. Nie ma tego środka – takiego rocka, jakiego my lubimy… W końcu znaleźliśmy brakujących członków i od pół roku mamy aktualny skład. Na początku zespół nazywał się The Imported (importowani). Ale niektórym zaczęło się to kojarzyć z The Impotents (impotenci), więc po prostu zaczęliśmy kombinować z inną nazwą. Któregoś wieczoru wraz z Mateuszem zorganizowaliśmy burzę mózgów. I wymyśliliśmy Why Not Here – tak głupią nazwę, na którą było nas stać. Przez trzy, czy cztery pierwsze miesiące to była praca nad kawałkami, nad zgraniem się. Organizowaliśmy próby przynajmniej raz w tygodniu, czasami dwa razy… Pierwszy koncert był w styczniu. I od razu zagraliśmy na międzynarodowym festiwalu Emergenza.

pawel

Emergenza to dość znany konkurs muzyczny w Wielkiej Brytanii. Doszliście w nim bardzo wysoko.

– Ten konkurs jest znany nie tylko w Wielkiej Brytanii. W wielu innych krajach świata równocześnie odbywają się koncerty w ramach Emergenzy. Tutaj organizatorzy sami przysłali nam zaproszenie. Znaleźli na Myspace stronkę z naszymi kawałkami i zaproponowali, byśmy wzięli udział. Zgłosiliśmy się i zaczęliśmy grać. A jak to się stało, że zaszliśmy tam tak daleko? Myślę, że największy wpływ miał na to fakt, że każdy z nas miał już wcześniej doświadczenie muzyczne i to nie było pięć świeżych osób, które się ze sobą spotkały, zastanawiając się dopiero, co śpiewać i jak łapać chwyty na gitarze czy uderzać w perkusję. Każdy wiedział, co robi i czego chce. Oczywiście pomoc naszych znajomych i fanów też była nieoceniona. Wiesz, Emergenza jest festiwalem, w którym – przynajmniej na wcześniejszych etapach – to publika decyduje, który zespół ma przejść dalej. Tak więc to było bardzo ważne: zdobywanie nowych fanów oraz pozyskiwanie fanów innych kapel (bo takich też jest dużo). Nauczyło to nas wiele, szczególnie takiej śmiesznej choć, zdawałoby się, oczywistej prawdy, która mówi: „Skoro twoi znajomi nie chcą płacić za twoje koncerty, to dlaczego sądzisz, że obcy ludzie będą na nie przychodzić?”. Zaznaliśmy także zawiści – pierwszego  z doświadczeń ludzi, którzy  zaczynają odnosić jakieś sukcesy. Przykre, że w stu procentach od naszych – wydawałoby się – przyjaciół, czy znajomych. Co do Emergenzy – udawało się nam przechodzić dalej i dalej… No, niestety – zatrzymaliśmy się na półfinałach. Ale czwarte miejsce w półfinałach, kosząc kilkadziesiąt innych – warto zaznaczyc – angielskich kapel to też nie jest zły wynik jak na tak młody zespół. Tak mi się wydaje. No – niestety – byli lepsi i wygrali, przeszli dalej.

Oprócz Emergenzy Why Not Here wystąpił również w konkursie BBC. Nie przypominam sobie innego polskiego zespołu, któremu udałoby się w BBC wystąpić.

– Możliwość wystąpienia w konkursie Immigrant Song Contest to była niesamowita okazja dla nas. I totalne zaskoczenie, gdy któregoś dnia zadzwoniono z BBC. Powiedziano, że ktoś nas zgłosił i zapytano, czy chcielibyśmy wystąpić. Odpowiedziałem: – Oczywiście, czemu nie.

Trzeba było nadesłać swoje kawałki, opisać w skrócie swoją historię, oni to sprawdzali, były wywiady, rozmowy… W sumie zanim wystąpiliśmy, to cała procedura trwała dobre dwa miesiące. W końcu, w wyniku eliminacji w Wielkiej Brytanii wybrano sześć zespołów, w tym nas. Zagraliśmy. Na koniec okazało się, że był to polityczny spektakl, którego nie mogliśmy wygrać, ale i tak jesteśmy szczęśliwi, że w ogóle tam byliśmy. No bo przecież wystąpić w BBC, a szczególnie w programie Newsnight, który jest bardzo poważnym, opiniotwórczym programem, to było coś.

Czemu uważasz, że oprócz aspektów artystycznych, wmieszano tutaj również trochę polityki?

– Odpowiedź na to pytanie zostawmy może na kiedy indziej. Czytelnicy „Nowego Czasu” na pewno poznają tę odpowiedź jako pierwsi.

Może przybliżysz nam  atmosferę, jaka panowała podczas nagrań. To jest na pewno niecodzienne przeżycie być częścią potężnej maszynerii, jaką są programy robione przez BBC.

– Na nagrania składało się kilka etapów. Pierwszym były wywiady w pracy u Krisa i u mnie w domu, podczas mojej pracy, tworzenia kawałków… Telewizja przyjechała tu, porozstawiała kamery; producenci, światła, rozmowy, wywiady… Kolejnym etapem było nagranie wywiadu z całym zespołem w jednym z pubów. Później BBC przybyło na koncert, podczas którego sfilmowano nasz występ. No a potem zgranie samego konkursu, które trwało cały dzień. To były tysiące powtórek – nie tylko nasze śpiewanie, ale też przemowy prezentera, zapowiedzi, inne kapele… Generalnie atmosfera była naprawdę znakomita. Kapele były z różnych krajów świata, ale wszyscy czuliśmy się naprawdę świetnie ze sobą. To było niesamowite. Nikt nie był zawistny, zazdrosny, może każdy czuł, że po prostu dostał szansę pokazania się w brytyjskiej telewizji, więc i tak był zadowolony. Ostatnim etapem była wizyta w studiach BBC, gdzie byliśmy maglowani przez cały dzień: kolejne dziesiątki powtórek, nagrań, kamery, make-upy, ustawienia, próby i tak dalej… W ogóle być tam to niesamowite przeżycie. Sam budynek robi wrażenie. Poznaliśmy kilka gwiazd, jak chociażby Jonathana Rossa. Zaprzyjaźniliśmy się też z bardzo znanym, wielokrotnie nagradzanym dokumentalistą i prezenterem BBC, Timem Samuelsem, który prowadził Immigrant Song Contest oraz z bardzo sympatyczną producentką programu Newsnight – Theą Rogers. Panel jury też obfitował w gwiazdy. Np. brytyjska zwyciężczyni Eurowizji – Sandie Shaw czy David Davies – były sekretarz stanu w gabinecie cieni. Nie chciało się stamtąd wychodzić.

Zespół nie istnieje tylko po to, by występować w konkursach. Macie na pewno swoje plany koncertowe i wydawnicze. Jak wygląda dzień dzisiejszy i przyszłość Why Not Here?

– Dzięki tym konkursom troszkę skróciliśmy sobie drogę; dostaliśmy do ręki coś, o czym inne zespoły mogą marzyć, o co zabiegają czasami przez wiele lat. Być może w innym gatunku muzyki, jak pop czy hip-hop można nieco oszukać pod tym względem. W muzyce rockowej nie oszukasz. Musi być ta droga przez mękę, cierpienie, łzy i hektolitry wypitego browaru z kapelą (śmiech). Czyli: próby, koncerty, próby, koncerty, zdobywanie fanów… Tej drogi się nie przeskoczy. Nie w tym gatunku muzyki. Dlatego postanowiliśmy już teraz raczej nie grać na żadnych konkursach i festiwalach. Teraz tydzień w tydzień koncert, próba… Już mamy zaplanowane koncerty na kilka najbliższych tygodni, możecie je sprawdzić na naszej stronie Myspace. Jest kilka innych propozycji grania, więc myślę, że będziemy mieli bardzo pracowity okres wakacyjny. Jeżeli chodzi o jakieś płyty, to wydaje mi się, że jest jeszcze za wcześnie. Mamy co prawda trochę materiału, ale myślę, że jeszcze trzeba nad tym popracować i wyjść z czymś konkretnym. Nie trzy akordy i darcie mordy, tylko coś, co pokaże, że potrafimy grać, śpiewać i komponować.

Emergenza to był konkurs skierowany do kapel, które nie posiadają kontraktów płytowych. To już za wami. Czy teraz myślisz o tym, by uderzyć do jakiejś wytwórni płytowej, postarać się o kontrakt?

– O, to chyba jest marzenie każdego muzyka, by grać i mieć kontrakt. Tak mi się wydaje. No bo nie bądźmy obłudni – tutaj także chodzi o pieniądze: chcesz grać, ale też chcesz zarabiać i dobrze żyć, chyba w tym nie ma nic złego? Ale wytwórnie płytowe muszą jeszcze poczekać przynajmniej kilka miesięcy. Musimy bardziej skupić się na graniu koncertów, zdobywaniu większej liczby fanów, pokazywaniu się przed większą publicznością. Dopiero później będą jakieś płyty czy wytwórnie. Myślimy o nagraniu demówki, ale – tak jak mówiłem – musimy jeszcze popracować nad kawałkami, porządnie je przygotować.

Ostatnia odsłona

April 22, 2009

andrzej-zulawski

Andrzej Żuławski, który w ramach Kinoteki  pokazał w Londynie dwa swoje filmy – „Na srebrnym globie” i „Trzecią część nocy” – stworzył swój własny, wyrazisty styl, który często, jak podkreślał artysta na spotkaniu z widzami mylnie jest przypisywany „Polskiej Nowej Fali”. Takiej szkoły nie było twierdzi Żuławski. Wystarczy porównać reżyserów, których poza skończeniem łódzkiej filmówki nic nie łączy. W przeciwieństwie do „Francuskiej Nowej Fali”, czyli grupy artystów związanych z miesięcznikiem „Zeszyty Filmowe”.

michael-nyman

Fot. Grzegorz Lepiarz

Na zakończenie Kinoteki, podczas wielkiej gali w Barbicanie wystąpił jeden z największych współczesnych brytyjskich kompozytorów Michael Nyman z polskimi akordeonistami Motion Trio (Janusz Wojtarowicz, Paweł Baranek, Marcin Gałażyn) i swoim zespołem Michael Nyman Band. Niezwykłość koncertu polegała na tym, że była to premiera muzyki skomponowanej przez Nymana do sekwencji kadrów z polskich filmów. Nowy film z tego zabiegu nie powstał, bo nie o to chodziło. Powstała dynamiczna muzyka z tematami polskiego kina w tle i niezwykłym wykorzystaniem brzmienia akordeonów. Pomysłodawcą projektu był Instytut Kultury Polskiej.

Szkoda że „Nowy Czas” nie jest gazetą większą, grubszą, w której można by pomieścić to wszystko, co wydarzyło się na festiwalu polskich filmów. Wydarzyło się sporo i byłoby o czym pisać, tym bardziej że festiwal cieszył się dużym zainteresowaniem również naszych czytelników. Z drugiej strony nie jesteśmy „Zeszytami Filmowymi” i nie zamierzamy stworzyć wokół naszego tytułu szkoły filmowej. Zresztą szkoły są bardziej potrzebne krytykom niż artystom. Przychylamy się więc do uwagi Andrzeja Żuławskiego, że żadnej „polskiej szkoły” nie było. Oglądając tak różnorodne tematycznie i artystycznie polskie filmy na festiwalu widzowie mogli sami sobie odpowiedzieć na ile ten skrót w katalogowaniu polskiej kinematografii odpowiadał rzeczywistości.

A w przyszłym roku będzie jeszcze lepiej

Trwający cały miesiąc festiwal Kinoteka już za nami. Choć tak trudno podsumowywać, coś co jeszcze niedawno miało się świeżo przed oczami, to jeszcze trudniej uwierzyć, że to koniec.

Autorskie wynurzenia Małgorzaty Szumowskiej, socjologiczne obserwacje Kasi Adamik, gęste, intensywne kino Doroty Kędzierzawskiej, zaskakujący powrót Jerzego Skolimowskiego, kolejny film duetu Piekorz-Kuczok, komedie Machulskiego i Koneckiego. Pełne sale, spotkania z twórcami, owacje. Prestiżowe miejsca.

Czułem się, jak za dawnych lat w krakowskim kinie Wanda (zamienionym parę lat temu na supermarket), gdzie bywali Antonioni, Kieślowski, Polański, Kusturica… Tam już nie zawita żaden mistrz, tymczasem tu, w Londynie, miałem na wyciągnięcie ręki zarówno legendy polskiego kina – Skolimowskiego i Żuławskiego, jak obiecujących twórców młodego pokolenia – Szumowską i Adamik.

Na pokazach było wielu, naprawdę wielu Brytyjczyków. Czasami trudno było poznać, kto jest kim. I nie miało to żadnego znaczenia.

Nurtują mnie pytania, na które nie jestem w stanie znaleźć odpowiedzi. Co oni wynieśli z tych pokazów? Jaką Polskę ujrzeli? Czy ich zainteresowała?  Czy skutecznie przełamała stereotypy od lat stygmatyzujące nas i nasz kraj w opinii międzynarodowej? W tym roku zapewne nie uzyskam satysfakcjonującej odpowiedzi, ale kto wie, może za kilka lat, gdy festiwal wtopi się na stałe w kalendarz imprez kulturalnych Londynu…

Mnie najbardziej zapadł w pamięć 15-minutowy film Edyty Wróblewskiej „PRL de Luxe” (2007). Niejaki Crazy Mike organizuje „egzotyczne” wycieczki dla obcokrajowców po Nowej Hucie. Uczy prowadzić trabanta, wozi turystów pamiętnym „ogórkiem”, zabiera ich do kombinatu, próbując pokazać możliwości wielkiego pieca, pokazuje tradycyjne mieszkanie w bloku z wielkiej płyty, a nawet nietkniętą duchem czasu knajpę przy Placu Centralnym; poi ich wódką i wciąga w dyskusje o historii. Początkowo śmieją się głównie Polacy, ale już po kilku chwilach cała sala ryczy ze śmiechu, obserwując tę rozbrajającą lekcję komunizmu, który chyba nigdy nie był bardziej bezbronny. A niedługo potem w Riverside wyświetlono „Ile waży koń trojański?” Machulskiego…

Krótko mówiąc – udany festiwal. I aż trudno uwierzyć, że zorganizował to młody zespół z Instytutu Kultury Polskiej – z profesjonalizmem rzadko spotykanym w polskich instytucjach.  Wielkie gratulacje!

Jacek Ozaist

Jazz ożywia POSK

April 6, 2009

Jazz Cafe w POSK-u obchodziła swoje dwuletnie urodziny, w dobrym stylu, w towarzystwie Jarka Śmietany z zespołem, przy pełnej sali i z gościnnie występującym Tomkiem Nowakiem. W zasadzie Tomek Nowak (trąbka) gościem nie był, bo od jakiegoś czasu mieszka w Londynie. Wcześniej grał w zespole Nigela Kennedy’ego, w którym też grał Jarek Śmietana. Na scenie Jazz Cafe doszło więc do prawdziwej fuzji emigracji z krajem.

tomek-nowakJazz Cafe ma dwa lata, podobnie jak „Nowy Czas”, dlatego darzymy to miejsce szczególnym sentymentem. Ale nie tylko dlatego. Kiedy Marek Greliak kilka lat temu pomyślał o klubie jazzowym w POSK-u, wszyscy łapali się za głowy. Łącznie z sympatykami jazzu. Ale dopiął swego. Do klubu przychodzą nie tylko Polacy. Jazz jest tą magiczną formułą, która potrafi rozruszać najbardziej niemrawe miejsce. Na występ Śmietany trafił nawet młody Japończyk. W kieszeni miał perkusyjne pałeczki. Gra na bębnach, był zaskoczony poziomem koncertu. – Myślałem, że znałem wszystkie standardy jazzowe, okazuje się, że nie. Usłyszałem całą serię tematów zupełnie mi nieznanych – zwierzył się po koncercie. Czyli zabawa Śmietany w ujazzowienie popularnych polskich melodii udała się.

Warto pamiętać o tym miejscu i zarezerwować sobie każdy piątek . Jazz Cafe w POSK-u na dobre zaistniał na londyńskiej mapie. A kto mówił, że się nie da?

Teresa Bazarnik

Jedno wolne piśmiennictwo.
 Literackie nagrody i wyróżnienia za rok 2008

April 5, 2009

Po zmianach politycznych w Europie spełniło się marzenie wielu ludzi pióra, m.in. Stefana Kisielewskiego, wypowiedziane niegdyś w eseju Kiedy spotkają się piśmiennicze nurty, o zjednoczeniu dwu oddzielnych strumieni polskiej literatury – poddawanego cenzurze piśmiennictwa krajowego oraz wolnej twórczości na obczyźnie. I trudno dziś mówić o odrębnej bieżącej literaturze emigracyjnej, również w zakresie krajowych opracowań licznie podejmujących autorów emigracyjnych.

Przywrócić pamięci

Przyznawanie literackich nagród od 1951 roku było jednym z ważniejszych zadań Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie (ZPPnO z siedzibą w Londynie). Z początkiem roku 2008 ukonstytuowało się nowe Jury Nagrody (przewodnicząca Krystyna Bednarczyk, jurorzy: wiceprezes krakowskiego oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, prof. Uniwersytetu Jagiellońskiego – Wojciech Ligęza, dr Alina Siomkajło, Nina Taylor-Terlecka). Sformułowany został Regulamin Jury, przewidujący dwie doroczne nagrody – każda w dwu odmianach:

I   Nagroda z długą tradycją: a) za całokształt twórczości dla polskiego pisarza na stałe mieszkającego poza granicami kraju; – lub – b) za popularyzowanie literatury polskiej przez pisarza polskiego w kraju jego osiedlenia.

II  Nagroda Włady Majewskiej przyznawana od 2008: a) za najlepszą książkę poprzedniego roku kalendarzowego, napisaną w języku polskim przez pisarza stale mieszkającego poza krajem; – albo – b) za opracowanie naukowo-badawcze, dotyczące literatury emigracyjnej.

Dopowiedziane zostały zasady tegorocznego doboru kandydatów. Tym razem Jury Nagrody skupiało uwagę na osobach literatury, które są klasycznymi emigrantami politycznymi. Kandydaci do nagrody za rok 2008 wybierani byli również przy udziale świadomości, że mimo kilkudziesięciu przyznanych dotychczas przez Związek nagród, nadal mamy nienagrodzonych zasłużonych pisarzy emigracyjnych. W pierwszej kolejności staraliśmy się zatem pamiętać o twórcach Emigracji niedocenionych w życiu publicznym. Zasłużonych, a nigdy nie znajdujących się w świetle medialnych reflektorów, istotne własne osiągnięcia urzeczywistniających jakby „na boku” – i w ten niełatwy sposób stanowiących jednoosobowe instytucje powojennej emigracji.

Za społecznie cenne uważaliśmy także wyróżnienie Postaci, które w pracy pisarskiej i działalności na polu kultury współczesnej – są odważne w docieraniu do prawdy. Nie poddają się „poprawności politycznej” ani środowiskowej – zjawiskom szczególnie groźnym w warunkach diaspory emigracyjnej. Nadszedł najwyższy czas, aby te osoby wydobyć z niesłusznego zapomnienia, przywracając je sprawiedliwej trwałej pamięci.
    Nagrody literackie ZPPnO za rok 2008 przyznane zostały dr Hannie 
Świderskiej za całokształt twórczości oraz Ninie Karsov za wybitne osiągnięcia w zakresie edycji Dzieł Józefa Mackiewicza.

Wieczór Nagrodzonych

Wręczenie nagród przebiegało w Sali Malinowej Polskiego Ośrodka Społeczno-Kulturalnego 13 marca 2009 i trwało przeszło 3 godziny. Goście dopisali nadspodziewanie licznie. Uroczystość zaszczycili obecnością: Prezydent RP na uchodźstwie – Ryszard Kaczorowski, Konsul Generalny przy Ambasadzie RP w Wielkiej Brytanii – Robert Rusiecki, Rektor Polskiej Misji Katolickiej w Anglii i Walii – Ksiądz Prałat Tadeusz Kukla, Wiceprezes Stowarzyszenia Polskich Kombatantów w Wielkiej Brytanii – Barbara Orłowska, Prezes Londyńskiego Oddziału Koła b. Żołnierzy AK – Marzena Szejbal, Dyrektor Biblioteki Uniwersyteckiej KUL – Andrzej Paluchowski, Kurator Polish and Baltic Collections w British Library – Magdalena Szkuta… Przybyli także: reprezentant Włady Majewskiej, fundatorki jednej z nagród – Mirosław Misayat, i główny sponsor uroczystości – inż. Ryszard Żółtaniecki.

W Wieczorze uczestniczyły dwie Laureatki: nagrody – Nina Karsov, oraz wyróżnienia za zbiór korespondencji pt. Mieczysław Grydzewski, Jan Lechoń, Listy 1923 – 1956 – dr Beata Dorosz. Jesteśmy niepocieszeni, że w uroczystości nie mogły wziąć udziału: nagrodzona dr Hanna Świderska oraz prof. Mirosława Ołdakowska-Kuflowa wyróżniona za biografię Stanisław Vincenz. Pisarz, humanista, orędownik zbliżenia narodów.
    Uzasadnienie nagrody dla Hanny Świderskiej głosiła Alina Siomkajło. Laudację na cześć Niny Karsov – Wojciech Ligęza. Po wypowiedziach poszczególnych laudatorów aktor Zbigniew Grusznic czytał fragmenty utworów Świderskiej i Mackiewicza. Późna pora zmusiła organizatorów do ograniczenia przewidzianych wcześniej przemówień wyłącznie do odczytania listów: dziękczynnego od prof. M. Ołdakowskiej-Kuflowej z Lublina i poglądowego od prof. Wacława Lewandowskiego z Torunia. Wieczór prowadziła Magdalena Czajkowska.

Hanna Świderska

Rzadko dzisiaj obecna w przestrzeni publicznej, ale nie przez wszystkich zapomniana. Przeszła drogę klasycznego zesłańca-emigranta. Jest prozaikiem – autorką doskonale napisanych książek Moje uniwersytety i Pogranicze, publicystą, autorką istotnych w sensie poznawczym źródłowych prac historycznych, dotyczących emigracji polskiej po II wojnie światowej. 
    Posiada wymierny dorobek literacki i naukowy. Swej bardzo urozmaiconej twórczości pisarskiej nadała wyjątkowo jednorodny, określający się m.in. faktograficzną prawdą charakter. Zwłaszcza obecnie, z perspektywy lat, dostrzega się to szczególnie mocno. Pięknym językiem pisana proza autobiograficzna i przejmujące relacje wspomnieniowe (ze świata zesłańczego w Moich uniwersytetach, skupiające uwagę na zjawiskach ważnych na progu życia emigracyjnego Pogranicze), drukowane od roku 1964  we „Wiadomościach” opowiadania, nieprzebrana publicystyka, cykl kilkunastu Listów z Londynu oraz źródłowe prace historyczne – tworzą bezcenny obraz trudnych początków polskiej emigracji niepodległościowej na Wyspach Brytyjskich i niezastąpioną podstawę licznych prac o tej emigracji. Odznaczają się wysoką kulturą i prężnością języka. Skrząc się inteligentnym esprit bystrym zmysłem obserwacji rewidują środowiskową kulturę i etykę.

Publikowała nie tylko na łamach: londyńskich „Wiadomości” i „Tek Historycznych”, także w paryskiej „Kulturze” i „Zeszytach Historycznych” oraz w pismach angielskich: „Solanus. International Journal for Russian and East European Bibliographies”, „The British Museum Quarterly”.

Nie sposób pominąć pozaliterackich zasług obywatelskich i zawodowych Hanny Świderskiej, nie wspomnieć o aktywności kulturalnej i społecznej Laureatki, zwłaszcza o Jej ofiarnej pracy na rzecz wolnej kultury polskiej. Przez 30 lat jako kurator Polish Section była odpowiedzialna za gromadzenie i opracowywanie polskich zbiorów w British Library. Z niebywałą odwagą uczestniczyła w akcji przerzucania do Polski dorobku emigracyjnego piśmiennictwa. I odwrotnie: przemycała z kraju nielegalne książki, gazety, ulotki (w ramach tej akcji w roku 1978 była aresztowana na Okęciu), gromadząc w British Library okazały zbiór polskich druków podziemnych. Istnienie kolekcji spożytkowywała dla upowszechniania na Zachodzie pozacenzuralnej krajowej produkcji wydawniczej.

Będąc pisarzem z prawdziwego zdarzenia, nie uważa się za pisarza – swe pisanie (z wyjątkiem artykułów historycznych) traktuje jako hobby. Kto jednak ma wątpliwości co do tego, czym jest sumienie pisarza – niech pilnie wczytuje się w teksty Hanny Świderskiej.

Nina Karsov

Prowadząc w Londynie od 1970 roku w skrajnie trudnych warunkach Wydawnictwo „Kontra”, posiada nieocenione osiągnięcia. Podkreślał Wojciech Ligęza heroizm postawy ludzkiej Niny Karsov i niezłomność Jej przekonań politycznych, profesjonalizm Wydawcy, wielką bezinteresowność i szczodrobliwość w rozdawaniu darów książkowych instytucjom naukowym i kulturalnym, ale też osobom prywatnym – badaczom i czytelnikom. Bezsprzecznie zasłużoną nagrodę ZPPnO – dla pisarki, tłumaczki i edytora – łączył Laudator także z 40-leciem Jej emigracji.

bednarczyk_karsov1

Prezes Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie, Krystyna Bednarczyk wręcza nagrodę Ninie Karsov, wydawcy Józefa Mackiewicza

mackiewicz

Józef Mackiewicz

Wspólnie z Szymonem Szechterem opublikowała wspomnienia Nie kocha się pomników (w przekładzie angielskim: In the Name of Tomorrow. Life Underground in Poland). Jest doskonałym tłumaczem autorów rosyjskich na język polski, m.in. legendarnej książki Wieniedikta Jerofiejewa Moskwa Pietuszki, współtłumaczem na język angielski powieści Trans-Atlantyk Gombrowicza. Na liście zasług Niny Karsov powinny się znaleźć edycje z różnych dziedzin piśmiennictwa – i w różnych językach […] klasyczne dzieło z filozofii Lwa Szestowa „Apoteoza nieoczywistości”, monografia historyczna Icchaka Rubina o Żydach łódzkich w czasie okupacji, pisma noblisty – F. A. Hayeka, listy Leontiewa i Rozanowa (W. Ligęza).
    Jej zasługi określa przede wszystkim wytrwała i skuteczna praca edytorska nad monumentalną spuścizną pisarską Józefa Mackiewicza. Także nad mniej znanymi dzisiaj dokonaniami żony pisarza – Barbary Toporskiej, wymienić choćby jej utwory poetyckie – Athene noctua, powieści: Siostry, Na wschód od dzisiaj, Spójrz wstecz, Ajonie!, Na Mlecznej Drodze, czy wespół z Mackiewiczem wydany zbiór artykułów i esejów Droga Pani.

O zasługach Karsov świadczy Jej bezprzykładne oddanie się służbie rozpowszechniania pism Józefa Mackiewicza (z pewnością jednego z najświetniejszych pisarzy polskich XX wieku) oraz szerzenia wiedzy o nim, co przejawia się zarówno w zakresie edytorstwa tekstów pisarza, jak i w promowaniu oraz publikowaniu pionierskich rozpraw interpretujących jego dzieło (książki Wacława Lewandowskiego, Michała Bąkowskiego, Dariusza Rohnki), a także w wytrwałej pracy poszukiwawczej i komentatorskiej. 18-tomowe wydanie Dzieł Mackiewicza dostępne dziś w księgarniach krajowych, przyczyniło się do zaistnienia tego ważnego pisarza w świadomości polskich czytelników i zdobycia przezeń wysokiej pozycji w hierarchii literackich dokonań XX wieku.

Mamy też okazję zapoznać się ze zdaniem innych badaczy wprowadzających w sytuację „Mackiewicz – Karsov”. Oto opinia dyr. Paluchowskiego – Józef Mackiewicz i jego żona Barbara Toporska dobrze wiedzieli, co czynią, ustanawiając Ninę Karsov spadkobierczynią swych praw autorskich (w sierpniu 2008 ważność ich potwierdził warszawski sąd okręgowy). Niestety, decyzja Mackiewiczów sprawiła, że p. Karsov była (jest) narażona na nierzetelne, często niegodziwe ataki zawistnych krytyków, a nawet członków rodziny pisarza. Jej praca wymaga zatem szczególnej siły moralnej. Dzielność i wierność sprawie – to osobowe rysy Niny Karsov i jej twórczości pisarskiej […], jak też translatorskiej.

Oto fragment z listu prof. Lewandowskiego: Zdarza się jednak, że słysząc o przyznaniu komuś nagrody nie możemy oprzeć się wrażeniu, że oto nie tylko udzielono literackiego wyróżnienia, ale dokonano czynu sprawiedliwego, doceniając piękną pracę i opowiadając się po stronie dobra, przeciwko złu i podłości. Mam wrażenie, że tak dzieje się dzisiaj. Wrażenie szczególnie silne i przejmujące, gdy pomyślę, że Związek Pisarzy Polskich na Obczyźnie postanowił wyróżnić dokonania edytorskie Pani Niny Karsov. Od lat obserwuję, z jakim pietyzmem, z jaką ofiarnością i poświęceniem, a zawsze z najwyższą odpowiedzialnością i na najwyższym poziomie, Nina Karsov prowadzi prace nad utrwaleniem i upowszechnieniem dorobku pisarskiego Józefa Mackiewicza. Od lat też, niestety, mam możność obserwować bezprzykładną kampanię podłości i nienawiści, jaka jest przeciw Ninie Karsov systematycznie prowadzona. Tę najlepszą z możliwych do pomyślenia opiekunkę spuścizny wielkiego pisarza lżono, oczerniano i pomawiano wielokrotnie, stawiając zarzuty „niszczenia Józefa Mackiewicza”, działalności przeciwko kulturze polskiej, wreszcie – działania w „obcym interesie”. Nie było oszczerstwa, którego by Ninie Karsov oszczędzono, nie było podłości, której by Jej pożałowano… […] Kapituła Nagrody Literackiej ZPPnO doceniając zasługi i dokonania edytorskie Niny Karsov daje dziś budujący przykład działania w imię piękna i dobra.

Wyróżnienia

Niezależnie od nagród przyznanych werdyktem Jury, jak już wspomniałam, Zarząd Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie uhonorował wyróżnieniami „za najlepszą książkę ubiegłego roku” dwie znakomite badaczki piśmiennictwa emigracyjnego.

Dr  B e a t a  D o r o s z  z Instytutu Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk (Warszawa) otrzymała wyróżnienie za dwutomowy zbiór korespondencji poety z redaktorem londyńskich „Wiadomości”: Mieczysław Grydzewski, Jan Lechoń, Listy 1923 – 1956 (2007). Warto dodać, że w roku 2008 autorka opublikowała kolejną pracę edytorską, dwugłos korespondencyjny: Jan Lechoń, Zofia i Rafał Malczewscy, Coraz trudniej żyć a umrzeć strach.

Drugą uhonorowaną wyróżnieniem autorką jest prof. M i r o s ł a w a  O ł d a k o w s k a – K u f l o w a  z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego – za rzetelną pod względem naukowym i przystępną językowo biografię pt. Stanisław Vincenz. Pisarz, humanista, orędownik zbliżenia narodów (2006).
Słowo na cześć wyróżnionych wygłosiła Nina Taylor-Terlecka. Wyróżnienia dotowali Krystyna Muraszko i Juliusz L. Englert.

Alina Siomkajło

Z okazji pewnej wystawy

Czy pokaz witryny księgarskiej może stać się ważnym wydarzeniem literackim? W szczególnych okolicznościach – z pewnością tak.

Jest wieloletnią tradycją Księgarni im. Bolesława Prusa w Warszawie (Krakowskie Przedmieście, naprzeciw bramy Uniwersytetu), że w jednym z jej głównych okien wystawowych prezentowane są kolejno polskie oficyny wydawnicze. Każdy pokaz trwa przez jeden kalendarzowy miesiąc.

Otóż obecna listopadowa wystawa z tego cyklu poświęcona jest londyńskiemu wydawnictwu KONTRA (założonemu w roku 1970 przez Szymona Szechtera i Ninę Karsov), a właściwie – jednemu, ale bardzo  doniosłemu nurtowi pracy Niny Karsov: wydawaniu dzieł Józefa Mackiewicza oraz jego żony Barbary Toporskiej. Jest to bodaj druga dopiero ekspozycja księgarska poświęcona tutaj wydawnictwu emigracyjnemu. Wyprzedziło ją przedstawienie osiągnięć podparyskiego Instytutu Literackiego: „Kultury”, „Zeszytów Historycznych” oraz Biblioteki Kultury. Gdy jednak znajomością (często powierzchowną, a jeszcze częściej udawaną) dzieła wydawniczego Jerzego Giedroycia, bez wątpienia dzieła wielkiego, chełpi się niemal cały krajowy establishment literacki i polityczny, to pisarstwo Mackiewicza i trud wydawniczy Niny Karsov spychane są na margines przez ośrodki opiniotwórcze. Wielu bowiem możnym i wpływowym osobom i środowiskom narażał się (i naraża dzisiaj) znakomity pisarz. Zwłaszcza jako bezwzględny tropiciel skrywanych, więc tym groźniejszych, przejawów komunistycznej mentalności, najstraszniejszej – zdaniem pisarza – choroby moralnej naszego czasu. A przecież jakże zachwycające i poruszające jest to zjawisko naszej kultury!

prus2

Nie będąc (nie chcąc być) politykiem, uczył Mackiewicz – jak żaden z pisarzy polskich XX wieku –

Nie będąc (nie chcąc być) politykiem, uczył Mackiewicz – jak żaden z pisarzy polskich XX wieku – przenikliwego widzenia i rozumienia politycznego kształtu współczesnego świata. Nie będąc zawodowym dziejopisem, budował z osobistych doświadczeń i pilnej obserwacji faktów swojej epoki – precyzyjną wizję historiozoficzną. Wrażliwość na urodę dookolnego świata łączył z odważnym włączaniem w narrację powieściową surowych materiałów źródłowych, nie przekraczając przy tym terytorium sztuki literackiej. Będąc z pewnością człowiekiem wiary, surowo krytykował błędy ludzi odpowiedzialnych za Kościół, zwłaszcza dawną „politykę wschodnią Watykanu”. Niewątpliwy patriota – z szacunkiem i miłością mówił o wszystkich nacjach, wchodzących niegdyś w skład Rzeczypospolitej wielu narodów. Nade wszystko był fanatykiem prawdy, rozumianej klasycznie – jako odpowiedniość porządku myślenia i porządku rzeczy, traktując – jak XIX-wieczny poeta – „«tak» za «tak», «nie» za «nie», bez światłocienia”.
Jest za co kochać Józefa Mackiewicza.

* * *

A Nina Karsov? Liczne są jej role społeczne. Ale jako wydawca jest przede wszystkim osobą bezprzykładnie oddaną służbie rozpowszechniania pism Józefa Mackiewicza oraz szerzenia wiedzy o nim. Jak trafnie ktoś napisał, „nie da się dziś wskazać nikogo rzetelniej, gorliwiej i owocniej oddanego sprawie utrwalania dzieła Józefa Mackiewicza w kulturze polskiej, niż właśnie Nina Karsov”.

Przejawia się to przede wszystkim w zakresie edytorstwa tekstów pisarza. W księgarniach polskich można dziś kupić dziewiętnastotomowe wydanie Dzieł Mackiewicza! W skład tych Dzieł wchodzą nie tylko reedycje wszystkich znanych książek autora Kontry. Wydawczyni znalazła – po wielu latach poszukiwań – rewelacyjną broszurę Mackiewicza „Optymizm nie zastąpi nam Polski”, wydaną w Krakowie w roku 1944 jako druk konspiracyjny, w ostatniej fazie okupacji niemieckiej. Po raz pierwszy Nina Karsov opublikowała też znakomity traktat „Prawda w oczy nie kole” – o okupacji litewskiej i wkroczeniu bolszewików na terytorium dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Wreszcie w trzech opasłych tomach („Bulbin z jednosielca”, Okna zatkane szmatami”, „Nudis verbis”) otrzymaliśmy zbiór rozproszonych tekstów publicystycznych Józefa Mackiewicza z Dwudziestolecia Międzywojennego (ogłaszanych głównie w wileńskim „Słowie”) oraz z lat II wojny.

Czynne utrwalanie obecności Mackiewicza w naszej przestrzeni myślowej przejawia się także w promowaniu i publikowaniu pionierskich rozpraw interpretujących jego twórczość (książki Wacława Lewandowskiego, Michała Bąkowskiego, Dariusza Rohnki).

Pisarz i jego żona Barbara Toporska dobrze wiedzieli, co czynią, ustanawiając Ninę Karsov spadkobierczynią swych praw autorskich. Ale też ta decyzja Mackiewiczów sprawiła, że pani Karsov była (i jest nadal) narażona na bezpardonowe, nierzetelne i często niegodziwe ataki – tyleż przez zawistnych krytyków, co, niestety, przez członków rodziny pisarza. Praca w takiej sytuacji wymaga szczególnej siły moralnej. Dzielność i wierność sprawie to są rysy osobowe Niny Karsov.

Dlatego w ubiegłym roku miłośnicy tego pisarza z wielką radością przyjęli wiadomość o przyznaniu Ninie Karsov przez Związek Pisarzy Polskich na Obczyźnie nagrody „za wybitne osiągnięcia w zakresie edycji dzieł Józefa Mackiewicza”.
Jest za co kochać Ninę Karsov.

Andrzej Paluchowski

Next Page »