W Katedrze Westminster

February 2, 2010

Sto lat temu, 28 lutego 1910 roku w Berlinie urodził się Roman Maciejewski wybitny polski kompozytor, pianista i dyrygent. Monumentalna Missa pro defunctis, prawdziwe opus magnum Maciejewskiego, powstałe nie pod koniec, jak mogłoby się wydawać, lecz na początku drogi twórczej artysty, już w najbliższy czwartek będzie miało swą brytyjską premierę. 2 lutego mury Katedry Westminsterskiej wypełnią się dźwiękami Requiem, które dziś, jedenaście lat po śmierci kompozytora, słusznie uznawane jest za jedno z najwybitniejszych dzieł oratoryjno-kantatowych muzyki polskiej XX wieku.

maciejewski21Roman Maciejewski. Zdjęcie archiwalne

Premiera Missa pro defunctis odbyła się w 1960 roku w ramach czwartej edycji Warszawskiej Jesieni. Monumentalne dzieło, mimo znakomitej obsady wykonawczej w osobach Haliny Łukomskiej, Krystyny Szostek-Radkowej, Kazimierza Pustelaka i Edwarda Pawlaka oraz Chóru i Orkiestry Polskiego Radia w Krakowie pod dyrekcją kompozytora, nie odniosło znaczącego sukcesu. I trudno się dziwić.

Lata sześćdziesiąte ubiegłego stulecia to okres intensywnego eksperymentowania w zakresie środków muzycznego wyrazu i artystycznej ekspresji. Po latach kulturowego marazmu, druga awangarda, reprezentowana przez nową generację kompozytorów takich jak Penderecki, Kilar, Mykietyn i wielu innych, za wszelką cenę i wszelkimi środkami próbowała wyprowadzić rodzimą twórczość z muzycznego zaścianka Europy. Długie lata socrealistycznego uwsteczniania wszelkich przejawów twórczej aktywności starano się nadrobić możliwie jak najszybciej. To właśnie szósta dekada ubiegłego stulecia była czasem, gdy muzyczne eksperymenty kompozytorskie  były najbardziej radykalne. Tradycyjne metody muzycznej notacji zastąpiły diagramy i wykresy, instrumenty ustąpiły miejsca dźwiękom generowanym przez komputer, a artysta w imię muzycznej ekspresji chował się w pudle fortepianu, obrzucał publikę przeróżnymi przedmiotami, klaskał i krzyczał, czy też – tak dla odmiany, w milczeniu siedział przez kilkanaście minut na scenie.

W tak radykalnie awangardowej atmosferze klasyczna, zarówno wyrazowo jak i muzycznie, Missa pro defunctis odstawała od ówczesnych ideałów. I choć już w 1959 roku Roman Maciejewski otrzymał za to Requiem nagrodę Fundacji im. Ignacego Jana Paderewskiego, dopiero w latach dziewięćdziesiątych dwudziestego stulecia monumentalne dzieło Maciejewskiego zostało prawdziwie docenione – zarówno muzycznie, jak i pod względem aktualności ukrytego pomiędzy dźwiękami przesłania.

„(…) Pod przytłaczającym wrażeniem ogromu ludzkich cierpień i morza przelanej krwi postanowiłem pod koniec II wojny światowej skomponować dzieło, które stałoby się jednym z licznych przyczynków do utrwalenia w ludzkiej świadomości przeświadczenia o tragicznym nonsensie wojen. Requiem poświęcone jest ofiarom ludzkiej niewiedzy, w pierwszym zaś rzędzie pamięci poległych w wojnach wszech czasów” – pisał Maciejewski w programie koncertu premierowego.

O tym, czy i na Wyspach wykonanie zakończy się spektakularnym sukcesem, a refleksje kompozytora wypowiedziane dźwiękami ponad pół wieku temu i dziś poruszą serca lokalnych melomanów, przekonamy się już w przyszłym tygodniu.

Łucja Piejko

[Czytaj dalej]

Krótka opowieść o Zosi i Henrim

January 20, 2010

henri001Na gmachu Royal Academy of Arts przy Piccadilly jeden z banerów informuje o wystawie pod tytułem Wild Thing. Zauważyłem cztery nazwiska: Epstein, Gill, Gaudier, Brzeska.

Brzeska? Kto? Polska artystka, o której zapomniał świat? Tak, zapomniał, ale artystką nie była. Trochę pisała, dużo czytała, zarabiała na życie opiekując się dziećmi. Ale nade wszystko była przyjaciółką francuskiego rzeźbiarza Henriego Gaudiera. Mieszkali razem w Londynie – ona czterdziestoletnia Polka z przeszłością kilku związków, on niedoświadczony dwudziestolatek, początkujący artysta. Henri dodał jej nazwisko (w odmianie żeńskiej) do swojego, jako symbol ich związku, jedyny, bo ślubu nigdy nie wzięli. Nie przeszkadzały mu ewentualne trudności związane z wymową, co tak często jest przyczyną zmiany nazwiska przez artystów polskiego pochodzenia.

Na banerze wymienione są więc nazwiska trzech artystów-rzeźbiarzy, prekursorów modernizmu, którzy tworzyli w Londynie na początku XX wieku: Jacob Epstein, Eric Gill i Henri Gaudier-Brzeska. Trzy różne temperamenty, wspólny krąg zainteresowań i wymagań stawianych twórczości. Każdy z nich zrywa z wiktoriańską praktyką robienia odlewów. Rzeźba ma być wykuta w surowym materiale. Koniec z pozorem i pretensjonalną estetyką.

Henri Gaudier od dziecka pochłonięty był magią rysowania, wykazywał też zdolności językowe, dzięki czemu w wieku 16 lat otrzymał stypendium w Bristolu. Dla francuskiego chłopca z Orleanu, którego surowy ojciec, z zawodu stolarz, karcił fizycznie za najmniejsze przewinienie, wyjazd na roczny pobyt w obcym kraju musiał być prawdziwym wyzwoleniem, ale też i wyzwaniem. W Bristolu Henri poza nauką języka głównie rysuje. Jest samoukiem, wykonuje tygodniowo setki rysunków. Tak już pozostanie, kiedy wróci do Francji. Nie zrezygnuje też ze zdobytej wolności. Zamiast powrotu do rodziców, zamieszkuje w Paryżu, bez środków do życia, pochłonięty pasją tworzenia. Nie stać go jeszcze na podjęcie prób rzeźbiarskich. Nie starcza pieniędzy na jedzenie, jest osłabiony – trudno w takiej sytuacji myśleć o wynajęciu pracowni, kupieniu drogich narzędzi i materiałów. W tym czasie chodzi do biblioteki St. Geneieve, gdzie rysuje przebywające tam osoby.

tancerkaDo biblioteki przychodzi też Zofia Brzeska – osoba samotna, boleśnie przeżywająca kolejne rozstanie. Jest na krawędzi popełnienia samobójstwa.  Nie rozmawiają ze sobą. Dopiero po jakimś czasie przebywanie w jednym pomieszczeniu i częsty kontakt wzrokowy ośmiela Henriego do nawiązania rozmowy. Rozmawiają po angielsku. Zofia zna dobrze angielski, jakiś czas przebywała w USA, czyta nawet Szekspira w oryginale. Mają inne doświadczenia, ale podobną wrażliwość i w swojej samotności ogromną potrzebę przebywania z drugim człowiekiem. Henri przyzna później, że po raz pierwszy ktoś chciał go wysłuchać. Nabrał do Zofii takiego zaufania, że pożyczył jej swój bardzo intymny dziennik, w którym żalił się na samotność i brak zrozumienia.

Stają się sobie coraz bardziej bliscy. Zosia odwiedza Henriego w jego wynajętym pokoju. Czytają wspólnie sonety Szekspira, Henri rysuje jej portrety. W końcu postanawiają razem wyjechać i zamieszkać w Londynie. Pod jednym warunkiem, zastrzega Zosia – pozostaną w związku platonicznym.

Liczyli na korzystniejsze układy w Londynie, na pracę zapewniającą minimum finansowego zabezpieczenia bez konieczności sięgania po amerykańskie oszczędności Zosi.  Henri znajduje zatrudnienie w biurze, Zosia musi wyjechać do Felixstowe. Codziennie ze sobą korespondują. Na podstawie  listów Henriego mógłby powstać ciekawy przewodnik po Londynie. Pracuje, jeździ, zwiedza, i w końcu udaje mu się wynająć pracownię w Putney. Ale z pieniędzmi sobie nie radzi. Dostaje wypłatę i od razu wszystko wydaje na materiały. Jak wcześniej w Paryżu, nie dojada, jest osłabiony, pisze do Zosi, że razem z kotem żywią się mlekiem i jajkami, i dodaje z przekąsem, że jego organizm zaczyna reagować na tę dietę coraz mniej przychylnie.

gaudier-brzeska fotoMimo nieustannych problemów, osiągnięcia Henriego są niebywałe. W krótkim okresie powstają jego najważniejsze dzieła, niezwykle dojrzałe, aż trudno uwierzyć, że wyszły spod dłuta dwudziestolatka. Jednak sytuacja finansowa młodego artysty nie poprawia się. Żyje w skrajnej nędzy, wspomagany finansowo przez Zosię.

Henri tworzy, jakby wiedział, że zostało mu mało czasu. Jest niecierpliwy, pełen energii i nowych pomysłów, z których coraz bardziej wyłania się jego indywidualny styl. Poznaje londyńskich artystów o bardzo podobnych zainteresowaniach, ale zbiorowym wizjom nie ulega. Jest niczym żywioł. To o nim Ezra Pound, jeden z najwybitniejszych poetów XX wieku, powiedział: I met wild thing, co wykorzystali  kuratorzy wystawy w Royal Academy of Arts.

Ezra Pound stara się pomóc Henriemu finansowo zamawiając u niego swoje popiersie. Powstają dwie prace, które można zobaczyć na wystawie.

Ale największym wsparciem dla Henriego jest związek z Zosią. Nadal platoniczny, niczym wzorowany na poezji prowansalskiej – związek skonsumowany jest śmiercią, jest końcem uczucia, końcem pożądania. O czystość tego związku bardziej jednak dbała Zosia. Kiedy lekarz oświadczył, że najlepszym lekarstwem na zaburzenia psychiczne Henriego będzie wizyta w domu publicznym, Zosia finansuje zasugerowaną przez lekarza terapię, która kończy się na… rozmowie rzeźbiarza z prostytutką. Za rozmowę Henri oczywiście płaci.

Zofia BrzeskaLARGEHenri Gaudier-Brzeska copyZosia podczas prawdziwej eksplozji twórczej Henriego przebywa głównie w Felixstowe. W licznych listach młody rzeźbiarz opisuje swoje zmagania z brutalną rzeczywistością, duchowe dylematy, kreśli kierunki poszukiwań i donosi o swoich postępach w nauce języka polskiego. Do Zosi zwraca się per Mama, Mamuśka, Matka, Zosik, podpisując się „Pik”. W listach są zabawne rysunki i polskie zdania robiącego językowe postępy Francuza. Henri często pisze o idealnej miłości, o tym niezwykłym związku, który ich łączy. Czy jest to związek matki i syna, na co wskazują powtarzające się zwroty? Czy może brata i siostry, jak często sami utrzymywali wynajmując wspólnie pokój w Londynie? Każda odpowiedź będzie niepełna.

W 1914 roku mieszkają razem. Zosia dogląda skromnego gospodarstwa, nic jednak nie wskazuje na poprawę ich losu. W końcu wybucha I wojna światowa. Henri wraca do Francji i zamiast na front trafia do więzienia za wcześniejszą dezercję (uniknął poboru do wojska wyjeżdżając do Anglii). Ucieka z więzienia i przedostaje się do Londynu.

Mógł wrócić do pracy twórczej, wrócił jednak na front. Wykazuje się brawurową odwagą, szybko awansuje. W jednym z listów prosi Zosię o rękę. Zosia przyjmuje jego oświadczyny, ale listu nie wysyła. 15 czerwca 1915 roku jest już za późno – Henri Gaudier-Brzeska zginął na froncie w okolicach Neuville St. Vaast. Miał 24 lata.

Po śmierci Henriego Zosia zorganizowała jego pierwszą indywidualną wystawę w Londynie, wstęp do katalogu napisał Ezra Pound. Zmarła dziesięć lat później w zakładzie dla obłąkanych. Do końca życia nie mogła pogodzić się z utratą Henriego.

Grzegorz Małkiewicz

Wielka Orkiestra zagra w Londynie

January 7, 2010

wospW niedzielę 10 stycznia br. o godzinie 9.00 czasu polskiego Fundacja Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy zainauguruje obchody XVIII Finału. Polacy w Wielkiej Brytanii mogli dołączyć się do akcji – w Zjednoczonym Królestwie działać będzie 13 sztabów, w tym dwa w Londynie. W tym roku dochód ze zbiórki zostanie przeznaczony na zakup specjalistycznego sprzętu do diagnozy i leczenia dzieci z chorobami onkologicznymi.

Początki

W 1992 roku Jerzy Owsiak, dziennikarz muzyczny zajmujący się organizacją imprez rockowych, zetknął się z apelem lekarzy z Centrum Zdrowia Dziecka. Kardiochirurdzy w rozpaczliwej odezwie do mediów prosili o finansowe wsparcie dla Centrum, niegdyś pionierskiej placówki leczącej dzieci z całej Polski. W apelu zespół medyczny zapewnił, że jest w stanie wykonać większość specjalistycznych zabiegów ratujących życie małych pacjentów z problemami serca,  ale Centrum nie posiada odpowiedniego sprzętu koniecznego do tych operacji. W tym samym roku, 1992,  Jerzy Owsiak zaprosił lekarzy do swojego programu Brum nadawanego w III programie Polskiego Radia i następnie przypominał słuchaczom w każdej jego edycji o wpłacaniu pieniędzy na podane konto. Akcja ta była kontynuowana również w czasie Festiwalu w Jarocinie w tym samym roku.

Rusza WOŚP

Ludzie dobrej woli przesyłali pieniądze nawet w kopertach, a nagromadzona ilość środków zdecydowała o nadaniu tym działaniom formy prawnej. W marcu 1993r. z inicjatywy Jerzego Owsiaka i Waltera Chełstowskiego powstała Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, której I Finał odbył się 3 stycznia 1993 r. Tego dnia zebrano ponad 1,5mln dolarów – wystarczyło to, aby obdarować wszystkie ośrodki kardiochirurgii dziecięcej w całej Polsce. Czerwone serduszko stało się symbolem Fundacji, dzisiaj widzianym na ponad 4 tyś. specjalistycznych urządzeń, zakupionych przez Fundacje szpitalom w całej Polsce.

Gramy do końca świata i o jeden dzień dłużej

W tym roku po raz osiemnasty Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy zagra dla małych pacjentów, tym razem zbierając środki na leczenie dzieci z rakiem. W Londynie obchody XVIII Finału organizują dwa sztaby. Sztab Londyn Zachodni powstał przy Polskim Ośrodku Społeczno-Kulturalnym na Hammersmith, a szefem i członkami sztabu są osoby zrzeszone w organizacji Poland Street Association (www.polandstreet.org.uk). Drugi sztab w Londynie wschodnim (Bedroom Bar w Shoreditch), który obejmuje także Brighton, został założony przez Dawida Rygielskiego, młodego działacza społecznego. Z Dawidem współpracuje kolejny społecznik Bartosz Ciapaj, a także członkowie organizacji Polish Professionals in London oraz Polish City Club. Po raz pierwszy od dłuższego czasu wszystkie trzy młode organizacje polonijne zaangażowały się w jeden projekt.

Zagraj z nami

Programy obu sztabów obejmują atrakcje dla całej rodziny i osób w każdym wieku. O godzinie 19.00 (20.00 polskiego czasu) sztaby w Londynie, jak i te na całym świecie, zorganizują „światełko do nieba” –  w tym samym momencie na całym świecie ulice rozświetlą się milionami małych światełek, które będą symbolami ludzkiego ciepła, nadziei i wzajemnej ludzkiej pomocy. „Światełko” wzniosą wszystkie sztaby, także ten  w Afganistanie (przy Polskich Siłach Zbrojnych), na Antarktyce (Stacja Antarktyczna im. Henryka Arctowkiego), w USA i Zambii.

Lista sztabów w Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej znajduje się na stronie www.wosp.org.uk. Szefowie obu londyńskich sztabów zapraszają na celebrację XVIII Finału. Dawid (dawidrygielski@gmail.com) oraz Szymon Nadolski sztab@wosp-londyn.org) czekają na e-maile od wszystkich osób dobrej woli, które chcą aktywnie pomóc sztabom w organizacji Finału. Osoby chętne do ofiarowania przedmiotu na charytatywną licytację, która będzie jednym z wydarzeń tego Finału, również proszone są o kontakt.

Program Finału dla poszczególnych sztabów w Londynie znajduje się na stronach organizacji partnerskich: www.polandstreet.org.uk (Londyn zachodni) oraz  www.polishprofessionals.org.uk (Londyn wschodni). Lista pozostałych sztabów w Wielkiej Brytanii została opublikowana na stronie  www.wosp.org.uk.

Londyn, 05.01.2010
Biuro prasowe WOŚP – Londyn

Program

Sobota (09.01.2010)

Klub Walkabout – Shepherds Bush (wstęp wolny – sala mieści 1200 osób)

Poczatek imprezy: 16:00

Wystąpią: Aleksandra Kwaśniewska with Stylus Dust (Pop/Electronica), Dobra Mind, NAS – African Drums, The Cuban School of Arts – Salsa for Polish Community, Human Control, Soulride, Why Not Here i inni.

Lokalizacja: 56 Shepherds Bush Green, W12 8QE

Organizator: Poland Street

Niedziela (10.01.2010)

Jazz Cafe – POSK Hammersmith

(wstęp biletowany – sala mieści 200 osób)

Poczatek imprezy: 12:00

Program: warsztaty dla dzieci, zespół Orlęta, pokaz judo,muzyka biesiadna, piosenki z Akademii Pana Kleksa, muzyka hiszpańska, zespoły folklorystyczne – Tatry i Zywiec, gwiazdy wieczoru: Monika Lidke Band, Aleksandra Zembroń, Leszek Aleksander, Ewa Becla, i inni.

Lokalizacja: 238-246 King Street, W6 ORF

Organizator: Poland Street

The Bedroom Bar

Shoreditch (sala mieści 300 osób)

Program: warsztaty artystyczne dla dzieci, wystawa i aukcja prac artystów londyńskich, zespoły: Spherical Emotion, Overproof Sound System, Rebel Control, The Savage Nomads i inni.
 Comedy Club – aukcja i wystawa

Lokalizaja: 62 Rivington Str., EC2A 3AY

Organizator: Dawid Rygielski

Warszawski fryzjer

December 23, 2009

_MG_4886

Elżbieta Piekacz – Mela, podczas wernisażu

Jest fryzjerem z mojej ulicy: z Mokotowskiej. Poczułam, że muszę go uwiecznić, kiedy wróciłam z czteroletniej podróży po Azji. Postanowiłam zrobić ten projekt, cierpliwie pojawiać się w tym samym miejscu, śledzić codzienność. W zakładzie fryzjerskim odbyłam podróż w głąb siebie.

Londyński zakład fryzjerski Fish jest na rogu D’arblay i Poland Street, przy której mieści się Instytut Kultury Polskiej, gdzie przedstawiłam swój projekt „Z życia fryzjera”. Fish  wydawał mi się stworzony do takiego projektu, taki „mój”. Weszłam do środka i usłyszałam od menedżerki Vicky: – Nie jesteśmy zainteresowani.  Wtedy zaczęłam chodzić po Soho szukając innego miejsca, ale ciągle mijając Fish czułam, że to musi być „tu”. W końcu wpadłam na pomysł zaatakowania ich „od tyłu” a raczej „od środka”. Wysłałam się na służbową delegację i defraudując 45 funtów znalazłam się na miękkim fotelu klienta. – Kawa, herbata, wino? – zapytał rozbrajająco Kris, fryzjer, który miał mnie podciąć, a obciął mnie tak, że Vicky mnie nie poznała. To on poradził mi, bym spróbowała jeszcze raz. I udało się.

Warszawski zakład przestał istnieć kilka miesięcy temu. Pojawił się ktoś, kto miał prawa do kamienicy i zniknął fryzjer „Witold”, szewc, jubiler… Witold się nie poddał, stał się wędrownym fryzjerem, przychodzi teraz do domów swoich klientów. Historia toczy się dalej…

Mój londyński projekt jest spotkaniem ze sobą dwóch pozornie odmiennych światów. Przestrzeń ekspozycyjna w pulsującym życiem zakładzie fryzjerskim w centrum Londynu, z odbitym niczym w kalejdoskopie zapisem codzienności warszawskiego fryzjera, od 60. lat wykonującego ten zawód. Historia starego warszawskiego fryzjera zawieszona tu i teraz jak lustro odbija nas samych – te same odwieczne pragnienia, samotność, nostalgię, zamyślenie, tęsknotę za czymś nieokreślonym i pragnienie miłości.

Elżbieta Piekacz

From the Barber’s Life, Fish Hairdressing, 30 D’arblay Street, Soho, W1F 8RF, wystawa potrwa do 24 grudnia

12_MG_1916PRINT

18_MG_4758PRINT

21_MG_5576PRINT

22_MG_5590PRINT

32_MG_5065PRINT

Pewnego wieczoru u Ronnie Scotta

December 22, 2009

IMG_0822TNJazz wśród polskich londyńczyków nie jest najpopularniejszą formą rozrywki, choć działalność Jazz Cafe w piwnicy POSK-u przyczynia się bardzo do wskrzeszenia tych zainteresowań. Najważniejszym jednak miejscem na mapie jazzowej Londynu jest klub Ronnie Scott’s w Soho, 47 Frith Street, W1.

To tutaj właśnie w pierwszym tygodniu grudnia miałem przyjemność posłuchać grania Dennis Rollins Badbone & Co. Nie jest to kompletny przypadek, że znalazłem się tam właśnie tego wieczoru, gdyż chciałem posłuchać młodego i intrygującego muzyka, którego korzenie związane są w dużym stopniu z Polską. Chris Webb, syn dobrze nam znanej malarki Joanny Ciechanowskiej (obecnie współprowadzącej galerię POSK-u ), gra na gitarze basowej i posiada w tym względzie rewelacyjną technikę.

Chris studiował muzykę klasyczną od wczesnych lat swojego jakże młodego życia i był dobrze zapowiadającym się pianistą, zaliczając w swym życiorysie nawet tych samych nauczycieli w szkole w Katowicach skąd wyszedł słynny Krystian Zimmerman.

Doskonałe fundamenty muzyczne, znajomość teorii i kompozycji uzbroiły Krzysia – jak jego nazywa kochająca mama – w niezaprzeczalne zalety, otwierając mu drzwi do współpracy z wieloma grupami, klubami czy studiami nagrań, w których jest aranżerem i głównym motorem muzykowania.

W pierwszej części, na „rozgrzewkę”, wystąpiła Natalie Williams, wokalistka z dobrym głosem i świetnym rudogłowym temperamentem. Widownia jednak zdecydowanie czekała na główny akt i powitała Dennis Rollins Badbone & Co, bo tak nazywa się ta grupa. Gorące oklaski, wyrażone z wielkim entuzjazmem w oczekiwaniu na ich występ, muzycy wynagrodzili gorącymi dźwiękami. Zagrali w stylu funk z dużym afro-karaibskim aspektem, przesuwając się z płynną łatwością stylistyczną od improwizacji przypominających dźwięki z czasów Johna Coltrane’a w Village Vanguard z jednej strony, a z drugiej „funk” zamieniał się w pewnych momentach w dźwięki jakoby przypominające swym charakterem nowoorleańskie zespoły uliczne pomieszane z modernistycznymi interpretacjami Wyntona Marsalisa.

chriss_webbDla ludzi znających jazz powyższe uwagi mogą wydawać się pełne sprzeczności i tutaj wchodzimy w sedno sprawy, czyli roli sekcji rytmicznej, w której wiodącym motorem jest nasz Chris Webb. Jego wspaniała zdolność cementująca sekcję rytmiczną w jedną pulsującą całość przerywana była od czasu do czasu elektryzującymi solówkami – jego, jak i reszty zespołu. Denis Rollins zaprezentował parę własnych kompozycji, choć program bazował głównie na dobrze sprawdzonych kompozycjach Ellingtona, jak Do not get a round much any more lub It don’t mean a thing if it ain’t got that swing. A swingować oni umieją, zwłaszcza gdy włączał się do gry ich znakomity trębacz.

Denis Rollins jest już liderem-weteranem, o czym świadczy duża liczba płyt, do których polecam się odwołać na stronach www., natomiast jego grupa składa się głównie z dwudziestolatków, z których Chris jest najmłodszy. Sądząc po tym co usłyszałem, czeka ich wszystkich długa i urozmaicona kariera, którą warto śledzić.

Wojciech Antoni Sobczyński

W skład zespołu wchodzą: Dennis Rollins – puzon, James Gardiner-Buteman – saksofon, J. Phelps – trąbka, Johnny Hayes – gitara, Mitch Jones – instrumenty klawiszowe, Chris Webb – gitara basowa, Jack Politt – perkusja.

From the viewpoints of teenagers

December 10, 2009

Z Sarah Wallis i Svetlaną Palmer, autorkami książki “We Were Young and at War”, rozmawia Aneta Grochowska

Sarah_Svetlana-1

Sarah Wallis i Svetlana Palmer. Fot. Aneta Grochowska

Wasza nowa książka to kolejna publikacja traktująca o II wojnie światowej. Czym różni się od innych na ten sam temat?

Sarah: – Pisząc tę książkę, chciałyśmy pokazać historię II wojny światowej z punktu widzenia nastolatków pochodzących z różnych krajów, znajdujących się po obu stronach linii frontu. Skompilowałyśmy ich historie, napisane ich własnymi słowami, w prywatności, w czasie, kiedy zmuszeni byli dorastać w różnych warunkach, ale wszyscy w czasie wojny.

Svetlana: – Temat II wojny światowej cieszy się tu ogromnym zainteresowaniem i ukazało się wiele książek na temat tego, co Brytyjczycy doświadczyli w tej wojnie. Jednakże pojawiło się stosunkowo niewiele publikacji pokazujących inny punkt widzenia, niewiele sprawozdań z pierwszej ręki z innych krajów, które brały udział w tej wojnie. Chciałyśmy odzyskać balans i stworzyć coś, co opowiedziałoby powszechnie znaną historię w zupełnie inny sposób i z innego punktu widzenia. To jest właśnie coś zupełnie nowego. Mamy głównego bohatera, który jest Brytyjczykiem, ale inne postacie to Polacy, Francuzi, Niemcy, Rosjanie, Japończycy czy Amerykanie. Śledzimy historie ich wszystkich, przez całą wojnę i dowiadujemy się o ich całkowicie odmiennych doświadczeniach dorastania w czasie wojny. Książka traktuje zarówno o wojnie, jak i wchodzeniu w dorosłość w ekstremalnych okolicznościach.

W swojej książce dałyście szansę 16 osobom, by opowiedziały swoją historię. Czy trudno Wam było wybrać te pamiętniki i listy z pośród wielu innych, napisanych w tym samym czasie?

Svetlana: – Zebrałyśmy wiele materiałów, przeczytałyśmy mnóstwo pamiętników napisanych w różnych krajach. Niektóre z nich były opublikowane w ich oryginalnym języku wcześniej, ale nie były specjalnie znane lub zostały zapomniane. Wszyscy znają pamiętnik Anny Frank, ale nam się wydawało, że te niesamowite historie nastolatków, na które my się natknęłyśmy, również zasługiwały, by je poznać. Większość z nich nie była wcześniej publikowana po angielsku, dlatego chciałyśmy wydobyć te historie na światło dzienne. To, czego szukałyśmy, to bardzo osobiste wyznania ludzi, z którymi  można poczuć jakąś specjalną więź i – poprzez  to co napisali – bliżej poznać. Przeczytałyśmy bardzo intymne dzienniki, które wiele odsłaniały. Ich autorzy opowiedzieli swoje historie o przemianie z nastolatków w ludzi dorosłych w kraju, w którym przyszło im żyć i o tym, jakie piętno wojna na nich wywarła.

Sarah: – Oczywiście przeczytałyśmy dużo więcej dzienników, których nie uwzględniłyśmy w tej książce, wybrałyśmy te, które się wyróżniały. Wszystkie były fascynujące, młodzi autorzy w tych opowieściach odsłaniali siebie samych. Były one szczere. Chciałyśmy ograniczyć, potraktować bardzo wybiórczo liczbę przedstawionych historii, by czytelnik mógł je śledzić dokładnie. Te dzienniki musiały również współgrać ze sobą jako całość, zachowując balans pomiędzy poszczególnymi krajami, które wybrałyśmy. Wszystko to miało wpływ na wybór, jakiego dokonałyśmy.

Wasza książka zawiera także polskie pamiętniki. Czym różniły się doświadczenia młodych ludzi, którzy żyli w Polsce, od przeżyć nastolatków z innych krajów w czasie II wojny światowej?

Svetlana: – W naszą książkę włączyłyśmy cztery polskie pamiętniki – dwa napisane przez Polaków i dwa przez polskich Żydów. Każdy z nich ma fascynującą historię do opowiedzenia i wszyscy pokazują dramatyczną, pełną cierpienia i nagłą okupację Polski oraz potworne okrucieństwa wyrządzone mieszkańcom tego kraju w czasie wojny. Śledzimy więc historię 16-letniego polskiego harcerza Edwarda Niesobskiego, który stał się jednym z głównych kurierów Armii Krajowej. Wanda Przybylska była świadkiem eksterminacji Żydów poza stolicą, co – tak jak i doświadczenia z czasów Powstania Warszawskiego – zapisała w swoich pamiętnikach. W naszej książce opowiadamy także historie dwóch nastoletnich polskich Żydów przetrzymywanych w łódzkim getcie. Jeden z nich, Dawid Sierakowiak, prowadził niezwykły pamiętnik, który zaczyna się przed wojną w 1939 roku i rejestruje losy jego rodziny pod nazistowską okupacją.
Sarah: – Młodzi ludzie w Polsce cierpieli ogromnie w czasie II wojny światowej. Starałyśmy się nie robić bezpośrednich porównań pomiędzy doświadczeniami pamiętnikarzy, których wybraliśmy, ale oczywiście ich doświadczenia były dyktowane poprzez miejsca, w których żyli. Dorastanie w Polsce w tamtym czasie różniło się bardzo od dorastania w Wielkiej Brytanii, Ameryce czy nawet Francji, w zależności od okoliczności, w jakich znalazła się dana rodzina.

Wiele z tych historii zostało przetłumaczonych z oryginalnego języka. Czy tłumaczenie w jakiś sposób wpłynęło na siłę przekazu?

Sarah: – Zupełnie nie. Bardzo starałyśmy się, aby tłumaczenie oddawało brzmienie oryginału, chociaż nie są to zawsze dosłowne tłumaczenia. Jak tylko skończyłyśmy tłumaczyć, nasz przyjaciel, który zajmuje się adaptacjami sztuk, sprawdził wszystko jeszcze raz, byśmy miały pewność, że zachowana została spójność wypowiedzi i że odpowiednio dobrałyśmy wyrażenia, których nie mogłyśmy dosłownie przetłumaczyć z oryginalnego języka. To  sprawdzenie tekstu po raz drugi było bezcenne, by język pozostał tak silny jak w oryginale. Większość dzienników przetłumaczyłyśmy same, z wyjątkiem polskich i japońskich.

W czasie zbierania materiałów do tej książki, kiedy czytałyście wszystkie te dzienniki i listy, czy czułyście jakąś specjalną więź z niektórymi z tych młodych ludzi?

Svetlana: – Myślę, że odczułam szczególną więź z losami dwóch rosyjskich bohaterów: Jury Riabinkina, chłopca, który zginął w czasie oblężenia Leningradu, i z młodą dziewczyną Iną Konstantinovą, która uciekła z domu, by dołączyć do partyzantów i walczyła na terytorium okupowanym przez Niemców na obrzeżach Leningradu. Moja babcia była Rosjanką i jako ochotnik dołączyła do Armii Czerwonej jako tłumacz i w czasie wojny także przekroczyła linię wroga na obrzeżach Leningradu. Nie opowiedziała mi zbyt dużo o tamtych czasach, ponieważ nawet wiele lat po wojnie uważała, że powinna chronić tajemnice wojskowe. Od krewnych dowiedziałam się, że moja babcia uratowała przed śmiercią głodową swoją młodą kuzynkę, która mieszkała w Leningradzie. Dwukrotnie udało jej się przemycić zamarznięte ziemniaki, które wykopała gdzieś na wsi spod śniegu. Jechała wojskowym samochodem po oblodzonej drodze, jedynej prowadzącej do znajdującego się pod obstrzałem miasta, tylko po to, by jej dać te ziemniaki. W końcu udało jej się wydostać jakoś tę kuzynkę z Leningradu i uratować jej życie, w przeciwnym razie prawdopodobnie umarłaby z głodu jak tysiące innych. Kuzynka w wieku 16 lat trafiła do oddziału mojej babci i pracując jako pielęgniarka przeżyła wojnę. Napisanie tej książki, było więc częściowo próbą konfrontacji z przeszłością i dowiedzenia się więcej o niej. Jeśli dorastasz z takimi historiami, chcesz kiedyś do nich wrócić i dowiedzieć się więcej. Ale bardzo często jest to bolesny proces. Jako rodzic zarówno nastoletnich jak i małych jeszcze dzieci, często próbowałam wyobrazić sobie, jak by to było, gdybym musiała podjąć decyzję, jaką mama Jury musiała podjąć w mieście znajdującym się pod obstrzałem ognia, kto powinien dostać odrobinę więcej z tego skąpego przydziału żywności, by przetrwać – jej 16-letni syn, czy też jej 8-letnia córka. Niektóre materiały, nad którymi pracowałyśmy były bolesne, ale o wielkiej sile.

Sarah: – Ja nie miałam, tak jak Svieta, jakiejś specjalnej więzi z żadnym z pamiętnikarzy. Jednakże czuję bliskość tych, których historie są jakby wciąż ze mną. Byłam bardzo zaintrygowana Micheline, która dorastała w okupowanym Paryżu. Poznałam jej siostrę i męża, którzy pomogli mi lepiej ją zrozumieć. Byłam zainteresowana codziennymi doświadczeniami  Micheline. To niesamowita gawędziara, a jej niekonsekwencja i pozycja, jaką przyjęła – ani specjalnie heroiczna, ani w żaden sposób kolaboracyjna – to właśnie to, co ja uważam za fascynujące w tej postaci. Jej dziennik burzy dotychczasowe wyobrażenia o tym, jak wyglądało życie w Paryżu w tym czasie.

Jak długo zajęło Wam zebranie wszystkich materiałów do książki i złożenie tych historii w jedną całość?

Svetlana: – Pracowałyśmy nad tą książką z przerwami około trzy lata. Wybrałyśmy najlepsze wyznania w różnych językach i złożyłyśmy wszystko w jedną całość, aby stworzyć zajmującą narrację i zestawić przemyślenia i doświadczenia nastolatków po dwóch stronach linii frontu, czasami z różnych kontynentów, czasami drastycznie różne historie, czasami zaskakująco podobne.
Czy pracując nad tą książką musiałyście w poszukiwaniu pamiętników i listów dużo podróżować?

Sarah: – Muszę przyznać ze smutkiem, że nie (śmiech). Większość materiałów do książki zebrałyśmy w British Library. Kiedy pisałyśmy naszą poprzednią książkę A War in Words, Diaries and Letters from the First World War, pracowałyśmy w tym samym czasie nad serią telewizyjną i podróżowałyśmy do innych krajów, by szukać materiałów w tamtejszych archiwach. W czasie pracy nad tą książką nie musiałyśmy, ponieważ większość materiałów była dostępna tutaj. Rozmawiałyśmy przez telefon lub skype z autorami i ich krewnymi, którzy przeżyli.  Popijałam tutaj herbatę, kiedy siostra jednego z pamiętnikarzy z Warszawy przez ponad godzinę odpowiadała na moje pytania. Niektórych krewnych poznałyśmy osobiście i były to najprzyjemniejsze chwile w pracy nad tą książką.

Kilka tygodni temu zorganizowałyście bardzo ciekawy wykład w British Library. Wielu osobom, również i mnie, naprawdę podobały się te historie czytane przez młodych aktorów. Czy możemy spodziewać się więcej tego typu spotkań i rozmów?

Svetlana: – Mamy zamiar zorganizować wiele więcej takich spotkań w szkołach i instytutach kultury w całej Wielkiej Brytanii, włączając w to Instytut Kultury Polskiej.

Tłumaczenie: Aneta Grochowska

Svetlana and Sarah, your new book We Were Young and at War is another publication on WWII. Could you please tell us how it is different from any other books published on the same subject?

Sarah: –What we wanted to do, in writing this book, was to create an account of the Second World War from the viewpoints of teenagers from different countries, on both sides of the front line. This, in itself, is new.  We juxtapose their stories, written in their own words in private at the time, as they are forced to grow up under different circumstances, but all at war.

Svetlana: – There is a lot of interest in World War II in the UK and a lot is published about the British experience in the war. However, there is relatively little written about it from other points of view, few firsthand accounts from other countries that were involved in that war. We wanted to redress that balance and create something that would tell what many think is a familiar story, in a very different way and from different points of view. That is what’s completely new. We’ve got one central character who is British, but other characters are Polish, French, German, Russian, Japanese and American. We follow them all the way through the war and discover about their very different experiences of growing up and of the war. It is very much both about the war – and the adolescence, experienced often in extreme circumstances.

You gave 16 people a chance to be heard. You gave them a chance to tell their stories. Was it difficult to choose these diaries and letters from many other written in the same time?

Svetlana: –We have done a lot of research, read many diaries that we re written in different countries. Some of them had been published in their original language before, but even they were not particularly well known, or had been completely forgotten. Every one knows Anne Frank’s diary but we felt these astonishing teenage diaries deserved to be better known too. Most of them were never published in English, so that was what we wanted to do, to bring those accounts to light and make them known. What we were looking for were very personal stories of people who you could connect with and get to know them through their words. We read very intimate diaries which were very revealing. They told their story and the story of transformation from being a teenager and growing up in which ever country they were from and the effect of the war on them.

Sarah: –We obviously read many more diaries, which we did not include in this book but all the ones we chose stood out. They we re all compelling and all the young writers revealed a lot of themselves in what they wrote. They were also honest. We wanted to limit the number of stories we included, to allow us to follow them in detail, so we had to be very selective. The diaries also needed to work together as a whole, with a balance from the different countries we included. All of this influenced our choices.

Your book contains some Polish diaries as well. How different were experiences of those young people in Poland to teenagers from other countries during the WWII?

Svetlana: – We’ve included four Polish diarists in the book, two of them Polish, two Polish Jewish. Each has a fascinating story to tell, and together they tell the dramatic and painful story of Poland’s swift occupation and the horrendous atrocities inflicted upon its population during the war. We follow the stories of 16 year old Polish scout Edward Niesobski who became one of the Home Army’s top couriers, the story of Wanda Przybylska who recorded witnessing the extermination of Jews outside the capital and described her experiences in the Warsaw Uprising. We also tell the stories of two Jewish teenagers incarcerated in the Lodz Ghetto. One of them, Dawid Sierakowiak, kept an extraordinary diary, which begins in pre-war in 1939 and records his family’s fate under Nazi occupation.

Sarah: – Young people in Poland suffered greatly during WWII. We tried not to make direct comparisons between the experiences of the diarists we chose but clearly their experiences were dictated by where they lived.  And growing up in Poland at that time was very different to growing up in Britain, America, or even France, depending on your family circumstances.

Many of these stories had to be translated from original language.  Did the  translation process affect the power of the message?

Sarah: – Not at all. We were very careful to make sure the translations replicated the tone of the original, though they are not necessarily completely literal translations.  Once we had done our translations, a friend of ours, who adapts plays, went over them to make sure the tone was consistent and to tweak phrases where we had left in traces of the original languages.  This second going over of the translations was invaluable in ensuring the language is as strong as it was in the original. We translated most of the diaries ourselves, with the exception of the Polish and the Japanese.

9780007273522When you were researching for this book, reading all these diaries and letters, did you feel a special connection with some of those young people?

Svetlana: – I feel I had a very personal connection with the stories of two Russian characters: Yura Ryabinkin, the boy who lived and died during the siege of Leningrad and the young girl Ina Konstantinova, who ran away to join the partisans and ended up fighting on German-occupied territory just outside Leningrad. My Russian grandmother volunteered to join the Red Army as an interpreter during the war and went behind enemy lines outside Leningrad too. She told me very little about that time because even decades after the war she still felt she had to keep all the military secrets. My relatives told me, that she saved her young cousin who lived in Leningrad from starvation. A couple of times my grandmother managed to smuggle in frost-bitten potatoes she had dug out from under the snow in the countryside. She travelled in a military truck across the ice road, the only way into the city, under fire to give them to her. Eventually she got her cousin out of Leningrad and saved her life, otherwise she could have died, like thousands of others.  That cousin, she ended up working in my grandmother’s division as a nurse, aged sixteen, and survived the war. So part of doing the book was about reconnecting with the past, and finding out more about it. When you grow up with all these stories, you do want to go back in time and find out more about them. Yet very often this was a painful process. As a parent of both a teenager and very young children, I found myself continuously imagining what it would be like to have to make the decisions, as Yura’s starving mother had to do in a city under siege, who should get that tiny bit more of the scant rations and survive – her sick 16 year old son or her 8 year old daughter. Some of the material we’ve been working with was painful, but also incredibly powerful.

Sarah: – I don’t have any special relationship with the diarists like Svieta does.  But I do feel close to many of the diarists’ whose stories I carry around with me. I was very intrigued by Micheline, who grew up in occupied Paris. I met her sister and her husband, who helped me to understand her.  I was intrigued by Micheline’s day-to-day experiences. She is a great storyteller and I found the inconsistencies and her position, neither particularly heroic, nor in any way collaborationist, fascinating. Her diary upsets preconceptions of what it was like to live in Paris at the time.

How long did it take you to do research for this book and put all these stories together?

Svetlana: – We’ve been working on it for about three years on and off, selecting the very best accounts in all the different languages and making them work together, in order to create a compelling narrative and contrast the teenager’s thoughts and experiences on the opposite sides of the frontline, and on different continents, sometimes dramatically different, sometimes surprisingly similar.

Did you have to travel a lot during those three years, to find all the diaries and letters?

Sarah: – Sadly not (laugh), we did most of our research in the British Library. While writing our previous book, ‘A War in Words, Diaries and Letters from the First World War’, we were working on a television series at the same time and were able to travel to other countries to work in other archives. With this book, we didn’t have to, as most of the material was available here.  We did talk to the surviving diarists and relatives on the phone, even skype – I drank tea at the same time as the surviving sister of one of the diarist’s in Warsaw, while she spent over an hour answering my questions.  Some relatives we were able to meet in person, one of the great pleasures of working on the book.

You organised a very good event at the British Library last month. Many people, including me, really enjoyed those stories read by young actors. Can we expect more events and talks like that one?

Svetlana: – We are planning to do a lot more talks at schools and cultural institutes across the UK, including the Polish Cultural Institute.

Śniadanie nie najsmaczniejsze

December 1, 2009

Jedną z moich najbardziej ulubionych książek jest „Śniadanie u Tiffany’ego” Trumana Capote. Zachwyciłem się nią w połowie lat sześćdziesiątych, po obejrzeniu spektaklu w warszawskim Teatrze Komedia. Hollywodzka przeróbka w 1961 roku zdobyła sobie sławę filmu kultowego,dzięki pięknej Audrey Hepburn, ale była to cukierkowa opowieść obliczona na moralność amerykańską i happy end, którego w książce nie ma. Amerykanie nie pokazali skomplikowanych osobowości głównych bohaterów. Ci, którzy nie znają książkowego oryginału, zachwycają się filmem nie zdając sobie sprawy, jak bogate charaktery stworzył 34-letni Capote.

Przedstawienie w warszawskiej Komedii było znakomite. Adaptacji dokonał Stanislaw Dygat, a w roli Holly Golighly wystąpiła Kalina Jędrusik, rewelacyjnie grając tę niełatwą postać. Gdyby Capote mógł ten spektakl obejrzeć, pewnie byłby zachwycony (z hollywoodzkiej wersji zadowolony nie był, mówiąc iż rezultat był „cienki i ładny”, gdy powinien być „bogaty i brzydki”).

Za komuny nie wystawiano zbyt często światowych prapremier zachodnich, a do premiery „Śniadania…” doszło dzięki Dygatowi i Kalinie. Napisali do Capote’a, który zgodził się na udostępnienie praw za darmo i nawet przystał Kalinie breloczek do kluczy od Tiffany’ego, „na szczęście”. Reżyser Jan Biczycki zadbał o znakomitą obsadę, scenografię oraz ruch sceniczny, a muzykę i słowa do piosenki Holly napisali Krzysztof Komeda i Agnieszka Osiecka. Publiczność walila drzwiami i oknami, ale przedstawienie – z różnych powodów – zeszło dość szybko z afisza.

Kalina Jędrusik i Władysław Kowalski

WLondynie „Śniadanie u Tiffany’ego” można obejrzeć w teatrze Haymarket. Spektakl jest wierniejszy Capote’owi i nie tak przesłodzony jak film. Ale dobry nie jest. Holly to postać bardzo skomplikowana. Na pozór lekkomyślna i zarabiająca pieniądze w nie najbadziej moralny sposób, a jednoczesnie bardzo inteligentna i umiejąca sobie radzić w świecie „grubych ryb” i obleśnych facetów. Wzuszający jest momentami jej stosunek do brata, będącego w wojsku (akcja dzieje się w czasie II wojny, ale retrospektywnie opowiadana w 1957 roku) i niezbyt rozgarnietego, dla którego Holly była po śmierci rodziców matką i ojcem.

Narratorem jest poczatkujacy pisarz, wzorowany częściowo na postaci samego autora. Naiwny, bez pieniędzy oraz obserwujący życie „z nosem przyciśniętym do szyby” (jak mówi mu Holly). Zafascynowany jest jej osobą i durzy się w niej beznadziejnie wiedząc, iż nie są dla siebie odpowiedni. Capote wyposażył narratora w swoje wczesne kompleksy, dość wyraźnie akcentując jego seksualną dwuznaczność, a nawet zbliżając mu nazwisko do własnego. W książce nazywa się on William Parsons – prawdziwe nazwisko Capote’a brzmialo Persons (Capote to nazwisko ojczyma, który go oficjalnie usynowił).

Anna Friel

W Haymarket rolę Holly gra Anna Friel, znana m.in. z telewizyjnej soap opery Brookside, a w ostatnich latach występująca w amerykańskich filmach i telewizji. Zła nie jest, jest po prostu dość jednowymiarowa. Odnosi się wrażenie, że nie czytała oryginału albo nie bardzo go zrozumiała. A może (wbrew temu co sama mówi w wywiadach) zaciążyła tu do pewnego stopnia rola Audrey Hepburn? Brak w niej złożoności, tej wrodzonej inteligencji (nieksiążkowej), w którą ubrał Holly Capote. O wykonawcy postaci narratora (Joseph Cross) lepiej nie wspominać – po prostu nie istnieje, choć nie schodzi ze sceny. Władysław Kowalski w warszawskiej wersji bił go na głowę, choć oczy widzów skierowane były głównie na Kalinę. Inscenizacja też nie jest zbyt pomysłowa, mimo że realizatorzy (Sean Mathias – reżyser, Samuel Adamson – autor adaptacji i Wayne McGregor – choreograf) są uznanymi twórcami.

Po obejrzeniu przedstawienia zacząłem się zastanawiać, jaki sens ma obecna tendencja unowocześniania tekstów, które się nie starzeją. Jeśli rzecz dzieje się w czasie II wojny, to aktorzy nie powinni się zachowywać na scenie jakby to byl XXI wiek. Dziś zachowanie Holly nie wywoływaloby atmosfery skandalu, bo swoboda obyczajów posunęła się dość daleko, w latach pięćdziesiątych Breakfast at Tiffany’s musiało być trochę skandalizujace dla konserwatywnych Amerykanów. Na tym też polegało mistrzowstowo Capote’a, iż potrafił pokazać oryginalność ludzkich postaci, skomplikowane osobowości i sytuacje. I to bez moralizowania, z ogromną wyrozumiałością.

Nie chcę Czytelników zniechęcać do obejrzenia spektaklu w Haymarket, ale warto przedtem przeczytać książkę.

Stefan Gołębiowski

Theatre Royal Haymarket
Haymarket, London, SW1Y 4HT, tel. 020 7930 8890

Piwnica św. Norberta enklawa wrażliwie upartych

November 23, 2009

Fot. Sławek Fiedkiewicz

Fot. Sławek Fiedkiewicz

Saletyńscy klerycy z Krakowa chcieli nagrać płytę, ale nie wiedzieli, jak to zrobić. Z tymi saletynami przyjaźniła się Małgorzata Gurnisiewicz, która z kolei przez Piwnicę pod Baranami znała się ze Stefanem Błaszczyńskim, m.in. specjalistą od wszelkiego rodzaju fletów i innych piszczałek, późniejszym współtwórcą Brathanków. Błaszczyński wiedział, jak wspólnie z Andrzejem i Marią Lamers zaaranżować utwory, z którymi nie za bardzo radzili sobie klerycy, sam miał jednak inny problem – szukał miejsca, gdzie on wraz ze znanymi mu duszami wrażliwymi artystycznie mógłby realizować się bez bicza komercji. A tak się szczęśliwie okazało, że krakowscy saletyni, od komercyjnych biczy raczej stroniący, mieli pod kościołem św. Norberta piwnicę, w której w tym czasie nic się nie działo. I tak właśnie, dawno temu, wszystko się zaczęło…

Od wawelskiego smoka nad Tamizę

Ale przeskoczmy w czasie 18 lat i przenieśmy się do zachodniego Londynu, który – jak przystało na listopad – cały przemoczony deszczem. Siedzimy w skromnej, ale miłej restauracyjce działającej obok kościoła księży marianów. To takie miejsce, gdzie zawsze tętni życie, a codziennie na ostatnią wieczorną mszę o 19.30 przychodzi sporo osób: i tych, co jeszcze pamiętają sanację i tych którzy nie pamiętają już Gierka i nie rozumieją świata bez facebooka. Bo w Londynie, do którego właśnie przyjechała Piwnica św. Norberta, splatają się różne Polski.

Siedzimy nad kawą. Stefan Błaszczyński razem z technikami od dźwięku i oświetlenia dopiero co sprawdził, czy wszystko jest przygotowane. Koncert zacznie się niedługo. Krakowska Piwnica św. Norberta ma już w Londynie rzeszę swoich wiernych fanów. W zeszłym roku atmosfera była tak niezwykła, że tym razem zaplanowano trzy koncerty z trzema różnymi programami w trzech różnych miejscach. Dla największych wielbicieli oznaczało to, że w piątek będą w Harlow, w sobotę na Ealingu a w niedzielę przy Devonia Road. Trzy koncerty składają się na całość noszącą nazwę Festiwal Siedmiu Kultur: „Na skrzyżowaniu kultur” – refleksje nad duchowym dziedzictwem Europy, „Duchem i pieśnią wędrowanie” – kulturowa podróż do mniejszości etnicznych, „Kraina nasza” – przygotowany z okazji niedawno obchodzonego Święta Niepodległości pomaga odkryć nam, Polakom, piękno tej naszej, niełatwej czasem polskości. Wielkim pragnieniem Stefana Błaszczyńskiego jest, by w przyszłości, obok artystów Piwnicy św. Norberta, nota bene też wywodzących się z różnych kultur, Festiwal Siedmiu Kultur współtworzyli artyści z innych krajów. To ambitny plan na najbliższe lata.

Przestrzeń oddechu

Ten siedzący naprzeciwko mnie 49-letni muzyk 18 lat temu stworzył pewną przestrzeń. Ta przestrzeń dla innych muzyków, ale również poetów, pieśniarzy, aktorów od samego początku była enklawą. Po tych wszystkich niełatwych latach istnienia i różnych doświadczeń warto, by ta przestrzeń nie tylko nie zniknęła, ale by rosła. – W naszym świecie, gdzie liczy się głównie pieniądz, to właśnie on  najczęściej dyktuje warunki. A ja mam szczęście do ludzi wrażliwych, którzy mieli i  mają artystycznie wiele do powiedzenia, ale nie mieli szansy wystąpić – mówi Błaszczyński. – Jeśli chce się osiągnąć coś artystycznie dobrego, to pieniądz nie może być celem. Jest jednak prawdą, że robi się w świecie artystycznym pewne kombinacje oparte na wiedzy o najmodniejszych stylach muzycznych i o możliwościach promocyjnych w mediach. Niechęć do takich właśnie kalkulacji i pragnienie stworzenia sceny dla tych, którzy nie mają siły przebicia, a jednocześnie noszą w sobie duży artystyczny potencjał leżały u podstaw działalności 20-osobowej grupy noszącej miano Piwnicy św. Norberta. Ponadto Piwnica jest energetycznym akumulatorem dla tych, dla których muzyka jest codzienną pracą, ale ta praca niekoniecznie daje satysfakcję.

– Na nasze wieczory nie sprzedajemy biletów. Stoi sobie koszyczek i czasem z niego starczy pieniędzy na dojazdy artystów, a czasem nawet na to zabraknie. Ale artyści przychodzą i grają, chociaż wielu z nich to ludzie po renomowanych muzycznych uczelniach, którzy grają z różnymi gwiazdami, w bardzo dobrych zespołach. Piwnica jest dla nich oddechem. Muzyk, żeby się utrzymać, musi czasami iść na kompromisy i gra z takimi artystami, z którymi pewnie by nie zagrał, gdyby tylko miał pieniądze.

– Ponadto mamy też ludzi, którzy na co dzień nie pracują jako muzycy, a są to cudowne dusze i wspaniali artyści. I dla nich Piwnica św. Norberta jest główną sceną, np. dla Marysi Lamers, która jest po ASP, po szkołach muzycznych, która napisała mnóstwo przepięknych piosenek i wierszy. Czasami ma swoje recitale i robi wernisaże swoich obrazów, ale z Piwnicą ma regularnie dostęp do dużej sceny. Od ośmiu lat w Krakowie mamy trzy regularne duże koncerty i publiczność na nie czeka. Dwa w Palmiarni Ogrodu Botanicznego i jeden na dziedzińcu Collegium Maius, gdzie przychodzi jakieś 600-800 osób.

Wrażliwość, która sobie radzi

Taka idylliczna enklawa to nie mrzonki. Piwnica, choć działa niekomercyjnie, funkcjonuje jednak w realnym świecie. Udało się jej nagrać (wydane później na DVD) dwa programy dla telewizji: jeden dla TVP Kultura („U Źródła), a drugi dla TVP Historia („Kraina nasza”). Piwnica wydała też swoją płytę CD („Krótka historia czasu). Grupa jest wspierana przez Urząd Miasta Krakowa i wielokrotnie występowała za granicą jako kulturowy reprezentant Królewskiego Miasta. Pomaga jej również Departament Promocji i Turystyki Województwa Małopolskiego, partner drugiej edycji Festiwalu. To ważna pomoc, bo regularne wtorkowe koncerty Piwnicy w Krakowie oraz koncerty wyjazdowe, np. te w Londynie nie są biletowane. Na koniec, kto chce, wrzuca do koszyka tyle, ile może, albo ile uzna za stosowne. Tu nawet będąc widzem, doświadcza się świata działającego na innych zasadach od tych, które znamy z tzw. szarego życia.
W Piwnicy św. Norberta ma na to wpływ nie tylko miłość do sztuki członków zespołu, ale również ich wiara. Tylko że nie jest to wiara, którą się deklaratywnie wykrzykuje komuś w twarz. To tak subtelne, że widz często tego nie zobaczy. – U nas nie ma agitacji – zapewnia Stefan Błaszczyński. – Postrzegam naszych ludzi jako takich, którzy są głęboko wierzący, dla nich wiara jest ogromnie ważna, a żyją normalnie, żyją prawdziwie.

Czasem ta wiara jednak pojawi się w tekstach. To wprawiający wszystkich w zadumę Tischner wypowiedziany przez świetnego aktora Teatru STU Andrzeja Roga, czy deklamowana również przez niego poezja Wojtyły. To modlitwa zaśpiewana po hebrajsku przez mieszkającą od 12 lat w Polsce Bułgarkę Desisławę Christozową-Gurgul, to Psalmy zaaranżowane przez Piotra Kordasa.

Ale za chwilę Artur Malik swoją perkusją zatrzęsie światem w samych jego posadach, a Ewa Landowska porwie widzów w bardzo zmysłową i pełną życia piosenkę ludową zaśpiewaną tak, że robi się gęsia skórka – nie tylko dlatego, jak Ewa Landowska śpiewa, ale również dlatego jak śpiewając wygląda!

Co chcesz dać publiczności, przed którą stajesz? Stefan Błaszczyński popija kawę i robi minę, jakbym zapytał go o to, co chce dać swojemu organizmowi, kiedy bierze oddech. – Zawsze staramy się coś głębszego przekazać w tekstach, a muzycznie dzielimy się jakąś spontaniczną prawdą, która gdzieś w nas tkwi. Koncerty są energetyczne. Najlepszym tego dowodem, że ludzie wracają do nas we wtorki i wszystkie miejsca są zajęte, choć wtorkowy wieczór jest niedobrym czasem na koncert.

– Kiedy gramy, publiczność jest w jednej przestrzeni z nami. Niesamowitym doświadczeniem jest wymiana energii między artystami a ludźmi, którzy przyszli na koncert. Jeśli tylko ta wymiana rzeczywiście jest, to koncert po prostu frunie. Miejsce w którym teraz regularnie gramy jest stosunkowo nieduże, więc jesteśmy bliżej siebie, słychać każdy szelest, widać każdy gest.

Muzyka i słowo

Stefan Błaszczyński jest muzykiem i nie ukrywa, że dla niego właśnie muzyka jest najważniejsza. Piwnica jest jednak przestrzenią muzyki i słowa. –Ujmując to obrazowo, muzyka to morze, a teksty to stateczki które po nim pływają.

Obecny kształt piwnicznej grupy formował się długo. Osiem pierwszych lat, kiedy artyści regularnie grali w piwnicy pod krakowskim kościołem św. Norberta, pozwoliło na skonsolidowanie środowiska. – Dzięki tym ośmiu latom scaliliśmy się bardzo i koło zamachowe ruszyło – mówi Błaszczyński. Potem saletyni oddali kościół grekokatolikom i trzeba się było spod św. Norberta wyprowadzić najpierw na trzy lata do karmelitów na Karmelicką, a później na pięć lat do piwnicy przy Wiślnej 12. Teraz Piwnica św. Norberta znalazła tymczasowe schronienie na Kazimierzu. Posiadanie stałego miejsca jest ważne, bo daje możliwość systematycznej artystycznej pracy oraz pozwala przygotowywać i rozbudowywać choćby tak ambitne projekty jak Festiwal Siedmiu Kultur. Ponadto tego miejsca potrzebuje też publiczność Piwnicy. Kim ta publiczność jest? – Większość to studenci – mówi Błaszczyński, – ale są również licealiści oraz osoby w wieku bardzo dojrzałym. Kiedyś podszedł do mnie starszy pan, który zawsze na nasze koncerty przychodził z żoną i powiedział: Proszę Pana, ja czas odmierzam wtorkami.” I to było dla mnie bardzo piękne.

W przestrzeni czasu wiele osób – dobrych duchów – wpływało na piwnicznych artystów i szlifowało ich wspólny dorobek jak przepływająca woda kamienie. Był więc saletyn ks. Zbigniew Czuchra, który sam pisał poezję i na samym początku pomógł bardzo krakowskim artystom bo doskonale rozumiał ich potrzeby. Dziś zresztą jego wychowanek – ks. Andrzej Foryś pomaga organizować koncerty Piwnicy św. Norberta w Wielkiej Brytanii.

Stefan Błaszczyński zapraszał do współpracy kolejnych artystów. Na bazie muzyki, która nadawała charakter całości, zaczęły pojawiać się tematycznie poukładane teksty. – Zaczęliśmy zapraszać aktora Teatru Stu Andrzeja Roga. Pojawiły się teksty z Księgi Rodzaju, a potem Psalmy do których bardzo ładne kompozycje napisał Piotr Kordas. Ciągle jednak dominowała muzyka, a teksty były w nią wplatane. W czwartym roku naszego istnienia doszła do nas Monika Rasiewicz – profesor na PWST – z wiedzą z zakresu literatury oraz reżyserii. Monika ustawiała pewne rzeczy, które funkcjonują do tej pory. Dużo się od niej nauczyłem. Podobnie zresztą jak od Piotra Skrzyneckiego, który doskonale potrafił w programie rozkładać napięcia – to było fascynujące. Ale Piotr pojawiał się na scenie po to, by poszczególne elementy łączyć w całość. W Piwnicy św. Norberta nie ma konferansjera. Jako muzykowi nie wydawało mi się to odpowiednie. W Piwnicy pod Baranami Skrzyneckiemu wolno było powiedzieć cokolwiek, bo on przechodził z piórkiem, zrobił szelest dzwonkiem i przeszedł jak mgła, a za nim zostawała aura, choć czasem nikt nie wiedział, co on powiedział, a wszystko było cudowne. Ja prowadzę dźwiękami, a muzyka jest konferansjerem.

Chce się

Dopijamy naszą kawę. Jesienny czas w Londynie szybko płynie i niedługo zacznie się koncert. Kościół jest już wypełniony ludźmi, którzy w większości nie zjawili się tu przypadkowo. Dla nich przyjazd Piwnicy św. Norberta jest wielkim świętem radości. Koncert potrwa tylko dwie godziny, ale magicznie piękna atmosfera tych dwóch godzin gdzieś ukryje się i zostanie na długo. Może te okruszki przywiezionej z Krakowa do Londynu wrażliwości, wygranej i wyśpiewanej przez 20 artystów zakwitną potem w kimś zupełnie nieoczekiwanie. Pomogą chodzić w jesiennym deszczu, albo będą wracać jako dobre wspomnienie. Tak właśnie rosną w ludziach najpiękniejsze ogrody. Tylko że muszą być ludzie, którym chce się uparcie wypracowywać dla nich przestrzeń. Do takich upartych na pewno należy Stefan Błaszczyński i cała Piwnica św. Norberta.

Szymon Gurbin

Kobieta w czerwonej suknii

November 10, 2009

p1140012Janina Baranowska, wybitna artystka malarka. Urodziła się w 1925 roku w Grodnie. Aresztowana wraz z matką i siostrą w 1940, została deportowana do Kazachstanu. Wraz z armią gen. Andersa przedostaje się na Środkowy Wschód. Potem przez Persję, Irak, Syrię, Palestynę, Egipt dociera do Wielkiej Brytanii. W Edynburgu kończy liceum. W latach 1947-50 studiowała malarstwo w London Borough Polytechnic, w latach 1951-54 na Polskim Uniwersytecie na Obczyźnie studiowała malarstwo sztalugowe pod kierunkiem prof. Mariana Bohusz-Szyszki, w latach 1955-59 kontynuowała studia w Putney School of Arts, uzupełniając swoją wiedzę w zakresie ceramiki i technik graficznych. Wystawiała w prestiżowych galeriach i muzeach w Wielkiej Brytanii, Francji, Norwegii, Ameryce, Polsce, Australii, Belgii, Monaco, RPA i w Wenezueli. Rodzaje twórczości: malarstwo olejne, gwasze, akwarele, ikony nowoczesne, witraże, które zdobią kościół św. Andrzeja Boboli w Londynie i w The Most Holy Church w Wolverhampton. Od 1988 roku jest dyrektorem Galerii POSK-u. Mieszka w Londynie.
Fot. Mariusz Kałdowski

Do Janiny Baranowskiej telefonuję z Polski.
– Czy pani wie – słyszę – że mąż nie żyje? – Co się stało?! – W nocy potknął się i upadł tak nieszczęśliwie, że nie mogłam otworzyć drzwi. Upłynęło kilka godzin nim przyjechało pogotowie. Dalszą część rozmowy przenosimy na następny dzień, gdy będę już w Londynie. Pani Janina zaprasza mnie do domu na Strathmore Road.

Patrzę na siedzącą naprzeciw mnie drobną postać w czerni. To wielka malarka o światowej sławie. Niedoceniona w środowisku polskim na emigracji, bo cicha, nieśmiała, jakby wycofana. To straszne, jak ludzie patrzą zewnętrznie na drugiego człowieka – myślę. Na tle jasnej karnacji jej oczy wydają się olbrzymie, błękitne, świecą jak dwie gwiazdy. Wbrew pozorom ta kobieta ma w sobie siłę. Ale przede wszystkim wielki talent.

– Pogotowie przyjechało wcześnie rano – pani Janina nawiązuje do naszej rozmowy telefonicznej. Odwiedzała męża codziennie, spędzając przy jego łóżku po kilka godzin. W niedzielę powiedział: idź do domu, trochę odpocznij. Następnego dnia po zastrzyku zbladł, usiadł i jakby nie mógł złapać tchu. Lekarz poprosił, aby wyszła na korytarz. – Właściwie nie podano przyczyny śmierci (Maksymilian Baranowski zmarł 13.10.2008). Wystąpiliśmy z synem z prośbą o wyjaśnienie – mówi zasmucona i przejęta nagłą śmiercią męża.

Oglądam zdjęcia i listy kondolencyjne. Baranowscy przed domem, pani Janina z ulubionym psem Lulusiem, syn Krzyś jak był mały, zdjęcie rodzinne. W przedpokoju wisi portret ukochanego wnuka Alexa. W pokoju, w którym rozmawiamy, rzuca się w oczy olbrzymich rozmiarów obraz oprawiony w złote ramy. To ulubione dzieło malarki. Jej styl czytelny. Pasące się krowy w świetle błyskawicy  – od różnych tonacji fioletu, po szarości i biele, dużo też niebieskiego. Zwierzęta wkomponowane w nakładające się kwadraty, w rogu czerwony kwadracik, jakby żart-zagadka dla odbiorcy.

Pani Janina zaznacza, że nigdy nie rozmawia na tematy osobiste. Wiem, że nie mogę poruszać tematu matki. To wielka trauma dla artystki. Zrozumiałam to, gdy zapoznałam się z zapiskami Józefa Bujnowskiego. Nie chcieli go przyjąć do wojska. Jeszcze trochę, a pozostałby w Rosji bez szans na powrót. Ci, którym udało się wyjechać z Rosji z armią gen. Andersa zapamiętali tłumy czekających, dla których szlaban został zamknięty na zawsze. Niechętnie o tym mówią, ale ciągle myślą o tych, którzy pozostali. Dziś wielu z nich już nie żyje, inni, schorowani, dokańczają żywota. Zaraz po wojnie miała miejsce wielka repatriacja, ale nie wszystkim udało się wrócić. Po odzyskaniu wolności nadzieje polskich rodzin z Kazachstanu, Kaukazu znów ożyły. Najpierw wielkie show w świetle reflektorów, później pogardliwe spojrzenia miejscowych. Kiedy usłyszeli „ruskie”, nie wiedzieli, że to o nich mowa. – To krzywda, toż my przecież rodowici Polacy – żalą się.

Więc może matka Baranowskiej musiała zostać w Rosji, bo nie kwalifikowała się do wojska? A może rzeczywiście – jak zapamiętali naoczni świadkowie – zachorowała na tyfus i zabrano ją ze statku do szpitala?

– Matka zaginęła w czasie wojny – przerywa moje milczenie pani Janina. Siostra pracowała w sztabie. Wszystko było załatwione. My miałyśmy płynąć z Jungi-Julu, matka miała wydostać się z Kazachstanu inną trasą. Do Persji jednak nie dotarła. Po wojnie pani Janina szukała jej w szpitalach, jednak wszelki ślad zaginął. A ojciec? Ojciec ukrywał się u rodziny pod Warszawą. Zmarł w 1945 roku. Nigdy się nie spotkali. Ale więcej  pani Janina nie chce o tym rozmawiać. Przeżycia wojenne odcisnęły na niej piętno, co widać w jej powojennej twórczości. Stopniowo jednak jej szarobure obrazy z pierwszego okresu zaczynają nabierać życia, rumieńców. Wchodzi w okres triumfu.

baranowska

KIEDY ARTYSTA MA STYL?

– Wtedy, kiedy nie jest podobny do żadnego innego artysty. Wszystko musi być inne; forma, kolor…

“Oglądanie obrazów Baranowskiej jest jakby rozmową z malarką we dwoje, jakby słuchaniem jej bardzo intymnych zwierzeń; wprowadzają one bowiem widza w jej osobisty świat snów i marzeń, w jej poetycki, swoisty świat asocjacji, w jej prywatne przeżycia we śnie i na jawie.”

Alicja Drwęska
„Ucieleśnione marzenia Janiny Baranowskiej”
Tydzień Polski, 1973

KONIEC Sielanki

– Urodziłam się w Grodnie i tam mieszkaliśmy. Ojciec, Józef Zbaraszewski, był oficerem broni pancernej. Mama, z domu Grefner, nie pracowała, troszczyła się o rodzinę i tworzyła atmosferę. Miała świetne wyczucie estetyki. Dom urządzony był ze smakiem. Ciemne meble, białe haftowane obrusy i serwety. Matka przejawiała uzdolnienia plastyczne, siostra uczyła się gry na fortepianie. Rodzice skupiali uwagę na najmłodszej córce; chorowitej, skłonnej do przeziębień, cierpiącej na astmę. Ojciec w wolnych chwilach malował akwarele, traktując to zajęcie jako hobby, a matka haftowała kolejne obrusy do rodzinnej kolekcji.

– Przed wojną ojciec został przeniesiony służbowo do Warszawy. Czekało na nas nowe mieszkanie, zostałyśmy zapisane do najlepszych szkół. Matka odwlekała z przeprowadzką do rozpoczęcia roku szkolnego. Tymczasem wybuchła wojna. W marcu 1940 roku ojciec przysłał przewodnika, który miał nas przeprowadzić przez zieloną granicę. Zostaliśmy jednak zaaresztowane niedaleko Zarębów Kościelnych, stamtąd przewiezione do Białegostoku i przeznaczone do transportu, który odjeżdżał za kilka dni.

Kilka nocy spędziły w więzieniu w Zarębach Kościelnych. – W nocy wzywano matkę na przesłuchanie. Nieraz po kilka razy. Słyszały krzyki i jęki torturowanych. Transportem przewieziono je do Aktiubińska (Kazachstan), stamtąd ciężarówkami do posiołku Dworańsk. Janina Baranowska miała wtedy 14 lat.

PIERWSZY OBRAZ?

– Rysowałam niemal od niemowlęctwa – uśmiecha się artystka. Najpierw, jak to dzieci, malowała abstrakcje, później krajobrazy. Kiedyś namalowała portret babci, wtedy nauczycielka zwróciła uwagę rodzicom, że córka ma zdolności i powinna kształcić się w tym kierunku. Rodzice obiecali, że będzie studiowała na ASP w Krakowie.

PRZYSZŁY MĄŻ

Przeglądam recenzje, jeden z wywiadów. Pytania o życie osobiste, rodzinne Baranowska ucina. Podkreśla, że nie należy do osób wylewnych. Dziennikarka ciągnie za język: „Jest pani żoną, matką, babką..”. Daremnie. Stanisław Frenkiel wspominał, jak chodzili na długie spacery w Egipcie. Zapamiętał jej rozpuszczone blond włosy. To była piękna kobieta. I bardzo bystra. Aż do jego śmierci żona Anna była o te spacery zazdrosna. Ich przyjaźń jednak przetrwała. Pomagał jej, często otwierał wystawy wygłaszając kwieciste mowy, wprowadzał na salony… Do grona osób, które ją wspierały należeli: rzeźbiarz Andrzej Borowski,  Jerzy Palmi, prof. Edward Szczepanik.  Jej talent podziwiali: prof. Vlastimil Hofman, prof. David Bomberg, prof. Marian Bohusz-Szyszko – pierwsi nauczyciele.

O swoim małżeństwie Janina Baranowska mówi krótko: – Wyszłam za mąż 21 grudnia 1947 roku.

Bardziej rozmowny okazał się mąż malarki, który spotkanie przyszłej żony uznał za jeden z najszczęśliwszych dni swojego życia. Poznali się na imieninach u Jerzego Panciewicza latem 1946 roku. To była miłość od pierwszego wejrzenia! Z tego spotkania zapamiętał atmosferę, jej twarz i piękne blond włosy. Nim się pobrali, były spacery, rozmowy.

Państwa Baranowskich poznałam w jesieni ich życia. Spotykaliśmy się głównie na wystawach. Miło było patrzeć na tę parę; papużki-nierozłączki. Ona elegancka, o łagodnej, uśmiechniętej twarzy. On zawsze u jej boku, nie spuszczał z niej oka, również pogodny, ale i czujny, gotowy do wyzwań. Pan Maksymilian był nie tylko czułym mężem i opiekunem, ale i rzetelnym kronikarzem, pierwszym życzliwym krytykiem, nie mówiąc o tak praktycznej pomocy, jak naciąganie i oprawianie obrazów.

POSZUKIWANIE WŁASNEGO STYLU

W szkole musiała przejść przez realizm, później w latach pięćdziesiątych, sześćdziesiątych malowała wyłącznie abstrakcje. Ukazywały się o niej dobre recenzje, to ją zachęcało do dalszej pracy. Pierwszy duży sukces artystka odniosła w Royal Academy of Arts w Londynie (1950). Jej obrazy uzyskały wysoką ocenę krytyków. Akademia po raz pierwszy zakupiła jej obraz. To wielkie wyróżnienie i moment przełomowy; zaistniała na rynku brytyjskim! Od tego czasu renomowane Chennil Galleries, New Vision Centre Gallery, Whitechapel Gallery proponowały jej wystawy. W 1958 roku odbyła się jej wystawa indywidualna w Drian Gallery w Londynie.

W 1960 roku twórczość Baranowskiej została po raz pierwszy zaprezentowana w Paryżu w Raymont Duncan Galleries. Nadal wystawiała w galeriach londyńskich. Na początku lat siedemdziesiątych miała kilka wystaw w Galerii Grabowskiego, między innymi słynną wystawę „Reflection” w 1975 roku. Był to moment przełomowy w jej pracy nad stylem – przeszła od abstrakcji ekspresjonistycznej do malarstwa refleksyjnego, polegającego na łączeniu abstrakcji z malarstwem figuratywnym. Pani Janina przyznaje, że ten styl nadal kontynuuje i pogłębia. Jej zestawienia przenikających się kolorów, nakładających się figur geometrycznych zaczęło być rozpoznawalne jako styl Janiny Baranowskiej.

W latach osiemdziesiątych i na początku lat dziewięćdziesiątych powstawały obrazy na dużych płótnach, które zadziwiały kompozycją przestrzeni i bogactwem koloru. Wystawiała głównie w Londynie, w Dixon Gallery, Living Art Gallery, Blomsbury Gallery. W 1990 roku miała wystawę retrospektywną w Woburn Gallery, w miasteczku Woburn. Na ścianach trzypiętrowego domu można było oglądać 100 prac malarki z różnych okresów jej twórczości.

Jej płótna były pokazywane w Wielkiej Brytanii, Francji, Niemczech, Polsce, w obu Amerykach i w Skandynawii. Znajdują się w wielu krajach w zbiorach państwowych i prywatnych.
Oprócz malarstwa olejnego Baranowska projektuje witraże (znajdują się w kościele św. Andrzeja Boboli w Londynie oraz w Kościele Przenajświętszej Trójcy w Wolverhampton), tworzy gwasze, obrazki niewielkich rozmiarów, które krytyka porównuje z malarstwem renesansowym Pierra Della Francesca czy Uccella, pastele, a nawet ikony, nawiązujące do malarstwa bizantyjskiego.

“W sztuce Baranowskiej jest świetnie zrealizowane staranie, aby formy abstrakcyjne, przecież charakterystyczny owoc wieku, ożenić z wyraźnie realistycznymi kształtami – i powrócić nareszcie do treści narracyjnych.”
Marian Bohusz-Szyszko:
Wiadomości, 1973

ROSJA

Chciałaby zapamiętać Kazachstan jako krainę pięknych krajobrazów i cudownych zachodów słońca, ale nie da się zapomnieć ciężkiej pracy od wschodu do zachodu słońca, głodu… Ludzie pytają ją o rysunki z tamtego okresu. Nie ma ani jednego. – Nie było czasu na myślenie, a co dopiero na szkicowanie – mówi artystka. Po pracy jedynym ich posiłkiem była „lepiocha”, placek z mąki i wody, bez dodatków, a jak były głodne, posilały się „kleikiem” z grubo zmielonej mąki na wodzie. I tak było codziennie. Przetrwała, bo była młoda.

KOBIETA W CZERWONEJSUKNI, KTO TO TAKI?

Przyznaje, że w jej twórczości pojawia się dość często motyw kobiety w czerwonej sukni. To ona, to jej marzenie z dzieciństwa. Marzyła o czerwonej sukience, a matka uważała, że do jej urody bardziej pasują niebieskie. I ten motyw czerwonej sukienki powraca jako niespełnione marzenie dziecka.

INSPIRACJE

Motywy wiejskie to również reminiscencje z dzieciństwa. Państwo Zbaraszewscy w pogodne niedziele udawali się z córkami za miasto, najczęściej do babci na wieś, w okolice Grodna. Po drodze wiejskie kobiety częstowały ich kwaśnym mlekiem. To był jej kontakt z innym światem, który powraca w jej obrazach. A więc oprócz wiejskich pejzaży, przewijających się krów, koni, kotów, ptactwa domowego, spotykamy także słynne polowania na lisy, oddające klimat i zwyczaje angielskie. Te ostatnie szybko znikały z brytyjskich galerii, notabene zarobiła na nich fortunę (oczywiście na warunki emigracyjne).

Jeździła do Paryża, zwiedzała wystawy. Był okres, kiedy lubiła impresjonistów. W latach osiemdziesiątych inspirujące były podróże do Hiszpanii, Francji, Włoch, Niemiec. Szczególnie zapamiętała wystawy w Paryżu i Monachium. Odwiedzili z mężem Amerykę. W Polsce była trzykrotnie. W Krakowie, w Bielsku-Białej i w Warszawie uczestniczyła w wystawach zbiorowych.

Kiedyś wyszła z Drian Gallery, w której miała wystawę, stanęła przed szybą wystawową i zobaczyła to, co działo się wewnątrz. Zwróciła uwagę na efekt odbicia światła w szklanej płaszczyźnie, nakładające się bryły architektoniczne i sylwetki przechodzących ludzi.To był moment zwrotny w jej malarstwie.Odtąd w jej obrazach sylwetka ludzka jest bardziej wyeksponowana, a geometria stanowi tło.

“Malarstwo jej nawraca do zainteresowań pełnią człowieczeństwa, jak było w rozkwicie wszystkich wielkich kultur ludzkich, nie ograniczając się tylko do zagadnień technicznych w rozprawie z tworzywem. Ale i te zagadnienia, tak bardzo modne w naszym wieku, znajdują w wypowiedzi naszej malarki należne miejsce.
Marian Bohusz-Szyszko,
Tydzień Polski, 1975

TYTAN PRACY

Danuta Gierc pamiętała Janinę Baranowską jeszcze ze studiów – były bodajże na tym samym roku w londyńskiej Borough Polytechnic. Gdy miała kłopoty czy niedomagała, telefonowała do Jasi. Mogła liczyć na dyskrecję. Bo jak się jej coś powiedziało, to jak kamień w wodę. Kiedyś, już po studiach, spotkała ją w pracowni manekinów, gdzie i ona starała się o pracę. Baranowska przyznaje, że przez jakiś czas, owszem, była tam zatrudniona, dorywczo zajmowała się także projektowaniem wystaw. O pracę po wojnie było trudno. Miała to szczęście, że mąż, architekt, nieźle zarabiał; mogła więc rozwijać się, zajmować prowadzeniem Galerii POSK-u, a także poświęcać czas rodzinie.

Pani Janina nie zna leniuchowania. Pracoholiczka? Trudno powiedzieć. Po prostu lubi pracować. Jak nie maluje, to czyta. Ogląda ważniejsze wystawy. Maluje od 10.30 do 15.30. Często też po kolacji. Jak zacznie malować, to właściwie czas się nie liczy. Chce jak najszybciej skończyć rozpoczętą pracę. – Niekiedy żona tak zgubi się w czasie, że maluje nawet do drugiej w nocy – wspominał pan Maksymilian w rozmowie ze mną. Nie wolno było wejść do pracowni dopóki obraz nie był gotowy. Ale kiedy został ukończony, cieszyli się razem. Baranowska lubiła wyprawy do galerii z mężem, również w czasie wakacji. Nie przeszkadzał. Nie komentował, wiedział, że ona potrzebuje skupienia.

JAK POWSTAJE OBRAZ?

Jak coś ją zainteresuje, szkicuje. Później, już w studio, rysunek wiernie przenosi na płótno. To zajmuje jej najwięcej czasu. A kolory? Kolory zawsze ma w pamięci. Kiedy mąż codziennie wychodził do pracy, obrazy powstawały szybko. Rano chwila skupienia. Wpatrywała się w przestrzeń płótna i szybko powstawała kolejna abstrakcja. To nieprawda, że artysta siada do malowania i zawsze wie, co namaluje. Bywa różnie. Zawsze zwracała uwagę na formę. Tego nauczył ją prof. David Bomberg, dzisiaj bardzo ceniony artysta.

“Z codziennych wydarzeń wyrastają jakieś egzotyczne kwiaty i układają się w bukiety urzekające urokiem poezji (…). Baranowska po prostu myśli kategoriami malarstwa i te myśli, komentarze oraz asocjacje fragmentów rzeczywistości, wpisuje pędzlem na płótno.”
Alicja Drwęska,
Tydzień Polski”, 1975

Pani Janina czuje obecność nieżyjącego męża. Jak czegoś szuka i pomyśli o nim, zaraz ta rzecz się znajduje. Skarżyła mu się, że najgorsze są noce, że nie może zasnąć, że ciągle się budzi. Kiedyś malowała do późna, przeglądała dokumenty i nie mogła zasnąć. Nagle słyszy czyjeś kroki na schodach. Otwiera drzwi, a tu czarny kot, jakby z egipskich rycin. To kot sąsiadów. Wydawało się, że znał rozkład domu, pomaszerował prosto do pracowni męża. I tam znalazł sobie miejsce do spania. Odtąd przychodzi w nocy, wychodzi rano. Nie chce nic jeść, jakby nie chciał sprawiać kłopotu. Pani Janinie jest raźniej. Bo to tak, jakby ją mąż wysłuchał.

Anna Maria Grabania

Tekst powstał na podstawie rozmów przeprowadzonych z artystką 28 października 2008 roku i 30 marca 2009 roku. Korzystałam również z pracy magisterskiej Edyty Trytek: „Janina Baranowska – malarka z Londynu” i materiałów opublikowanych w prasie emigracyjnej

Przez wino do prawdy

November 10, 2009

Targi wina w Business Centre w Islington zostały przygotowane z rozmachem niewskazującym na to, że tkwimy w jednym z najgłębszych kryzysów od początku rewolucji przemysłowej. Przyciągnęły one setki wystawców, producentów i dealerów z całego świata oraz przedstawicieli firm specjalizujących się w winnej turystyce, a także producentów sera. Nie zabrakło oczywiście tysięcy amatorów przefermentowanego soku z winogron. Mimo że tradycje winiarskie w Wielkiej Brytanii nie są zbyt głębokie, Wine Show cieszył się olbrzymim zainteresowaniem.

O targach wina dowiedziałem się przypadkiem. Jednak wcale nie żałuję, że miałem okazję w nich uczestniczyć i spróbować jednych z najlepszych gatunków wina, jakie lądują na angielskiej ziemi. Chociaż – pośród tysięcznych tłumów – nie do każdego stoiska udało się dostać.

Większość stoisk opanowali internetowi sprzedawcy. Konkurencja między nimi jest znaczna, nic więc dziwnego, że ich oferta staje się coraz bardziej wyspecjalizowana. Sprzedają wybrane gatunki wina lub trunki pochodzące z konkretnych regionów. Można było zamówić dostawę do domu już podczas trwania targów. Ten, kto od razu kupił coś dla siebie, otrzymywał rabat – zwykle było to około 20 proc. Ale nie tylko winem handlowano. Na jednym ze stoisk można było zapoznać się z amerykańskim burbonem. Wprawdzie nie jestem fanem mocnych trunków, jednak owa amerykańska odmiana whisky naprawdę mi posmakowała.

dscf6888

Nie zabrakło również akcentów polskich. Nie, to nie to, o czym myślicie. Przedstawiono produkt, którego wstydzić się bynajmniej nie musimy. Polska jest krajem, w którym produkcję wódki w ciągu ostatnich lat doprowadzono niemalże do doskonałości. Niektóre gatunki opatrzone znaczkiem made in Poland, na stałe zagościły w europejskiej świadomości. I nic nie wskazuje na to, by sytuacja miała się odmienić. Sprzedawca, który miał w swojej ofercie produkty wrocławskiego Polmosu, zaprezentował również szeroką gamę rumów (do 50 funtów za butelkę), tequilli i bardziej egzotycznych produktów z Ameryki Południowej.

Na kilku stoiskach pojawiło się również piwo. Polakom, przyzwyczajonym do piwa jasnego, poleciłbym wprowadzić czasem odmianę w „jadłospisie” i popróbować czegoś nowego. Piwa górnej fermentacji, jakże inne od znanych nam „Lechów” czy „Żywców”, oferują dużo szerszą gamę smaków. Jednak o tym, czy coś jest dobre czy nie i tak decyduje nasz gust. Nie będę więc przesadnie namawiał do zmiany przyzwyczajeń.

Powróćmy jednak do wina. Osoby, którym wydaje się, że mają wyrobioną opinię na temat jego poszczególnych gatunków, mogłyby poczuć się nieco zaskoczone przedstawioną ofertą. Cabernet, Sirrah i Merlot w jednej butelce? Czemu nie? Kupażowanie wina, czyli mieszanie różnych jego gatunków, znane i stosowane jest od bardzo dawna. Wszystko jednak wskazuje na to, że ostatnio przeżywa ono renesans. Różnoracy „mieszacze” win chyba naprawdę znają się na swojej pracy, gdyż próbki, jakie miałem okazję posmakować, były naprawdę wyborne.

Do wina można dolewać i mocniejsze, przedestylowane trunki. W Anglii taki produkt znany jest jako fortified wine. Zwykle jest on słodszy niż normalne wino i mocniejszy. Madeira, Malaga, Sherry czy Porto należą właśnie do takich win. To ostatnie było prezentowane na kilku stoiskach. Budziło zainteresowanie szczególnie wśród pań. Ale i ja miałem okazję poznać, czym różni się pięcioletnie Porto od dwudziestoletniego, czy leżakowane w beczce od takiego, które nigdy drewnianej beczki nie widziało.

Generalnie w ofercie targowej przeważały wina o ustalonej marce – francuskie, hiszpańskie i portugalskie. Były też wina włoskie, uważane – nieco niesłusznie – za trunki nieco gorszej jakości.

Nie zabrakło także ofert z „nowych”, wschodzących źródeł: Argentyny, Nowej Zelandii, RPA, Chile czy też Kalifornii. Podobnie Grecja i Cypr – krainy uchodzące za kolebki europejskiego winiarstwa, pokazały dzieła swoich mistrzów. Wprawdzie zarówno na polskich, jak i angielskich półkach sklepowych nie zajmują dziś należnego im miejsca, ale może wkrótce – chociażby za sprawą takich imprez jak Wine Show – częściej będzie można je spotkać.

Jeśli chodzi o producentów mniej znanych, wielkie wrażenie zrobiły na mnie wina austriackie. Zapoznałem się już z nimi 12 lat temu, odwiedzając Wiedeń. Małe, rodzinne biznesy winiarskie kwitną w całej Austrii, stanowiąc źródło utrzymania wielu osób, zarówno na prowincji, jak i w samej stolicy kraju. Niewielkie knajpki, usytuowane w piwnicach prywatnych domów, przyciągają zarówno turystów, jak i lokalnych mieszkańców. Wielka szkoda, że znakomite wino z Austrii, jakoś do dziś nie może się przebić na światowym rynku.

Na jednym ze stoisk prezentowano również produkty winnic bułgarskich. W czasach komuny bułgarskie wina były właściwie jedynymi w polskich sklepach, które nadawały się do spożycia. Chcąc przypomnieć sobie „smak młodości”, sięgnąłem po kubeczek z winem. Przyznać muszę, że byłem bardzo mile zaskoczony jakością tego trunku.

W dawnej Polsce wyżej niż wina francuskie ceniono węgrzyna. Jednak próżno było szukać węgierskich win na imprezie w Islington. Widocznie Anglicy mają pod tym względem inny smak niż Polacy, gdyż o dobry Tokaj na Wyspach nie jest łatwo. Nigdzie nie zauważyłem też win reńskich.

Wybór na Wine Show był taki, że nie byłoby szansy, by w ciągu jednego dnia zapoznać się z ofertą wszystkich wystawiających. Fot. Beata Huczko

Wybór na Wine Show był taki, że nie byłoby szansy, by w ciągu jednego dnia zapoznać się z ofertą wszystkich wystawiających. Fot. Beata Huczko

Przed przyjazdem do Wielkiej Brytanii, mieszkałem w zachodniej Polsce. W regionie, który – trochę nietypowo dla naszego kraju – już od średniowiecza kultywuje winiarskie tradycje. Do dziś, w każdy pierwszy weekend września, rozpoczyna się tam trwające cały tydzień Winobranie. Jest to wielkie święto, w którym biorą udział zarówno okoliczni mieszkańcy, jak i przyjezdni, z kraju i zagranicy. Jednak od kilku lat nie miałem okazji uczestniczyć w tym wydarzeniu. Tym bardziej więc żałuję, że na Wine Show dotarłem dopiero w ostatni dzień trwania imprezy. Między stoiskami mógłbym błądzić w nieskończoność, poznając coraz to nowe smaki, zapachy i klimaty. Z niecierpliwością czekam już na przyszłoroczne targi. Wiem, że będzie co oglądać i degustować. Kraina wina w Islington otworzyła przede mną drzwi, których nigdy nie chciałbym zamykać.

Alex Sławiński

Next Page »