Photos from An Evening with Ziba Karbassi

February 16, 2010

UPDATED: More photos from Arteria 2010 ball

January 25, 2010

Aretria 2010

December 17, 2009

ARTERIA2010

Andrzejkowa arteria w relacji na cztery głosy

December 7, 2009

monika

***

Nie przypadkiem mówi się o kimś „polityczne zwierzę”. – Dlaczego nie ma rysunków politycznych Krauzego? – zapytał mnie jeden z uczestników wystawy. Popatrzyłem z sympatią, sam się do tego stada zaliczam. Chcieliśmy jednak, by tym razem było inaczej – egzystencjalnie i metafizycznie. Naga, surowa kondycja człowieka, jego troski, marzenia, tęksnoty, potknięcia, aspiracje, słabości i cnoty. Jak to narysować? Poetom nie zawsze udaje się takie stany opisać. Niejeden rysownik też łamie na takich tematach pióro. Ale są poeci i rysownicy, którym talent pomaga uzyskać metaforyczny skrót. Takim poetą-rysownikiem jest Andrzej Krauze, który poza komentowaniem bieżących wydarzeń porusza się w stworzonym przez siebie świecie symboli. Takiego nie wszyscy znają, takiego chcieliśmy pokazać. Andrzej Krauze kameralny. Taki jest też prywatnie, o czym wszyscy uczestnicy wieczoru mogli się przekonać. Był to Jego wieczór autorski, to On był gospodarzem.

Grzegorz Małkiewicz

RuizDayanara-6444-8

Fot. Michał Andrysiak

***

Organizowanie imprez „w tygodniu” ma to do siebie, że zawsze niesie ryzyko niewypału. Wiadomo – w sobotę, niedzielę albo w piątkowy wieczór dużo łatwiej znaleźć wolny czas, by uczestniczyć w jakimś wydarzeniu. Jednak w poniedziałek… Dopiero co na powrót weszliśmy w kierat codzienności. Z trudem dobiliśmy do końca pracowitego dnia. Jesteśmy zmęczeni, często z ledwie zaleczonym, poweekendowym kacem oraz wizją kolejnego odcinka niekończącego się serialu „Jak zabijać siebie”, w którym już jutro mamy zagrać główną rolę. Komu się chce iść w poniedziałek na imprezę… A jednak. Mimo że kolejna odsłona ARTerii odbywała się w „ten najpaskudniejszy dzień tygodnia” – jak dowodzą statystyki, krypta kościoła St. George the Martyr w Borough po raz kolejny zapełniła się gośćmi.

Tegoroczny listopad przeszedł do historii jako jeden z najbardziej deszczowych. Ostatni dzień miesiąca nie był inny od pozostałych. Gdy wysiadałem na stacji metra w Borough z nieba spływały strugi zimnej wody. No, ale czy można narzekać na angielską pogodę w samym sercu brytyjskiej stolicy? Tym bardziej że już za chwilę miałem zapomnieć o deszczu i zimnie, wstąpiwszy w podziemia St. George the Martyr.
Dzięki tradycyjnym psikusom leciwego londyńskiego transportu, który zachowuje się jakby cierpiał na jakąś maszynową odmianę Alzheimera i ciągle zapomina dokąd ma zawieźć swych pasażerów, gubiąc się między stacjami i nie dojeżdżając nigdzie na czas, na imprezę dotarłem nieco spóźniony. I bardzo tego żałuję, bo przegapiłem początek rozmowy, jaką Grzegorz Małkiewicz, redaktor naczelny „Nowego Czasu” przeprowadził z Andrzejem Krauze, gwiazdą owego wydarzenia. Był to wieczór Andrzejkowy i spotkanie z jednym z najbardziej znanych Polakom Andrzejów stanowiło niezapomniane przeżycie. Gdy wieszałem kurtkę w zaaranżowanej w przedsionku szatni, powiedziałem sobie, że nie przegapię już żadnego z towarzyszących wystawie wydarzeń.

Problem jednak w tym, że chcąc być wszędzie, gdzie się coś działo, musiałbym się rozdwoić. Samo witanie się ze spotkanymi tam osobami trwało niemalże pół godziny. Tutaj stoi para znajomych plastyków. Tam rzeźbiarz. Ówdzie – publicysta. Z każdym chciałoby się zamienić chociaż kilka słów. A przecież na scenie również działo się tyle fascynujących rzeczy… Leszek Alexander ze Sławkiem Żakiem zadbali o to, by oprawa muzyczna imprezy była na najwyższym poziomie. Aneta Barcik, Zoe Zak i Dominika Zachman, wraz  towarzyszącymi im muzykami pokazały, że już wkrótce to właśnie one grać będą pierwsze skrzypce w muzycznym życiu Londynu. Nie tylko polonijnym. Mimo młodego wieku, panie pokazały ogromny talent i drzemiący w nich potencjał. Nie znam się na wróżeniu, ale myślę, że można przepowiedzieć im sporą karierę. Jeśli tylko znajdą swoją szansę.

W przerwie między występami na scenie zagościł Włodzimierz Fenrych. Czytelnicy „Nowego Czasu” znają go z serii artykułów, w których przybliża nam obce kultury i religie. Ta sama tematyka poruszana jest w jego książce. Włodek przeczytał kilka obszernych fragmentów, pozyskując grono słuchaczy. Jestem przekonany, że warto byłoby spotkać się z nim na osobnym wieczorze autorskim, gdyż słuchanie krótkich fragmentów mogło zostawić uczucie niedosytu, tym bardziej że w tle toczyły się niekończące się rozmowy. Na szczęście prezentowaną książkę „Czy Jahwe zastępów jest władcą totalnego świata” można było kupić w czasie trwania imprezy.

Jednak tym, co stanowiło motyw przewodni Andrzejkowej ARTerii, była wystawa prac Andrzeja Krauzego. Wszyscy chyba znamy jego talent do obnażania i wyszydzania wszelakich idiotyzmów naszego życia. Satyra w jego wydaniu potrafi być nader zjadliwa. A przy tym język symboli, przy pomocy którego twórca porozumiewa się z odbiorcą, jest na tyle uniwersalny, że potrafi być zrozumiały zarówno dla Polaków, jak i przedstawicieli kultury anglosaskiej po obu stronach oceanów. Nie każdemu udaje się przemawiać w podobny sposób. Nie jestem pewien, czy wielu (czasem znakomitych zresztą) satyryków z Polski zdołałoby tego dokonać.

Pokazane na ARTerii grafiki zostały przygotowane z dużą dbałością. Wyraźnie unikano drażliwych tematów politycznych, skupiając się raczej na czysto artystycznej stronie prac. Myślę, że dobrze się stało, że twórcy wystawy poszli właśnie w tę stronę. Andrzej Krauze to nie tylko komentator naszego życia. To przede wszystkim artysta. Człowiek o bogatym warsztacie oraz ogromnym talencie i dużej wrażliwości.
Gdy opuszczałem imprezę godzinę przed północą, nadal zdawała się ona dopiero rozkręcać. Lanie wosku dopiero się zaczęło, muzycy sprawiali wrażenie, że przygotowanemu przez nich repertuarowi jeszcze daleko do wyczerpania, zaś przybyłe na spotkanie towarzystwo nadal rozmawiało… Ja również czułem się nieco nienasycony. Zosatło mi pocieszenie, że przed nami jeszcze nie jedna ARTeria…

Alex Sławiński

***

Poczułem sie lepiej

RADZIWILL

Fot. Alex Sławiński


Tego poniedziałkowego popołudnia uznałem, że najlepiej nigdzie nie wychodzić. Pogoda typu „wilgotny londyński ziąb”, koszmarny ból głowy przez ponad pół dnia, zbolałe zatoki przymrużyły opuchlizną oczy. Zniechęcenie.

30 listopada, według polskiej tradycji – Andrzejki. Przecież! Andrzejkowa ARTeria w kryptach kościoła na Borough High Street – dzisiaj wieczorem… Pomyślalem jednak, że może lepiej nigdzie nie wychodzić i nie obnosić się ze swoją kiepską kondycją. Mimo to wybrałem się – „tylko na chwilę”.

Samo miejsce od razu mi się spodobało. Bardzo łatwe do znalezienia, przestronne, dość neutralne, a jednak z wyczarowanym klimatem, wprost idealne do organizowania w nim imprez złożonych z kilku różnych prezentacji, uzupełniających się wydarzeń – tak jak tego wieczoru: sztuka graficzna, muzyka, zabawa i wróżba oraz rozmowy, rozmowy, rozmowy… Pomyślałem – tu jest dobra energia. Ludzie bez stresu gawędzą ze sobą, wiele sympatycznych, uśmiechniętych twarzy – uśmiechniętych bynajmniej nie na siłę i nie na pokaz. Gospodarze wieczoru, Teresa i Grzegorz, dyskretnie dbali o to, aby każdy czuł się dobrze.

Z dużym zainteresowaniem obejrzałem wystawę rysunków Andrzeja Krauzego – artysty o randze międzynarodowej, tworzącego dzieła mądre, uniwersalne i dowcipne zarazem. Tych rysunków nie znamy z publikacji prasowych.
Obdarzona oryginalną barwą głosu Dominika Zachman zaśpiewała kilka standardów jazzowych; drobna, niemalże filigranowa, ale dysponująca głosem o dużej sile. Leszek Alexander to niewątpliwie showman, posiadający dużą umiejętność rozbawienia pewnie każdego. Blues dla niego nie ma tajemnic. A do tego – muszę przyznać – ma również kawał głosu. Pomyślałem, jaka szkoda, że takie imprezy nie odbywają się regularnie. Właśnie tutaj, w tej atmosferze. Jak dobrze, że w Londynie są też tacy Polacy (poza wieloma innymi zaletami) – uśmiechnięci, zadowoleni, kochający sztukę.

Moja „chwila” przeznaczona na pobyt w kryptach niezauważalnie przeistoczyła się w parę godzin. Poczułem się lepiej – zauważyłem wracając do domu.

Tomasz Furmanek

***

Wszystko zaprzeczało temu, że to może wypalić. A jednak wypaliło. Była bardzo dobra wystawa i artysta, z którym każdy mógł porozmawiać. Było wino i gawędy. Była część artystyczna i część towarzyska. Ani się spostrzegliśmy, jak minęła północ….

W jednej sali, jasno oświetlonej, urządzono wystawę prac Andrzeja Krauzego. Zwiedzanie zaczynało się od lewej strony i tropem kolejnych rysunków docierało do… baru, gdzie nadworny kucharz „Nowego Czasu” Mikołaj Hęciak serwował sałatkę jarzynową, kabanosy i wino. Druga sala, gdzie punktowe światło rozjaśniało scenę, należała do muzyków. Zanim Leszek Alexander, Sławek Żak, Dominika Zachman, Aneta Barcik i Zoe Zak na dobre rozkręcili imprezę, krótką pogawędkę z bohaterem wieczoru przeprowadził redaktor naczelny „Nowego Czasu”. Dotyczyła miłości, walki z komuną, niewymuszonej satyry politycznej, potyczek z cenzurą, a przede wszystkim wyśmienitego humoru, który obu panów nie opuszczał ani na chwilę. Po tym krótkim i bezpretensjonalnym otwarciu  Krauze i Małkiewicz roztopili się w tłumie. Bo sporą część wieczoru zawłaszczyła sobie strona towarzyska. W ruch poszły kajety, terminarze, wizytówki. Rozproszeni po całym Londynie artyści skorzystali z okazji do wymiany telefonów i adresów mailowych, by czegoś wspólnie dokonać w przyszłości. Zdarzały się momenty, że płomienne dyskusje przygłuszały występujących muzyków.

Dla mnie rewelacją wieczoru była Dominika Zachman. Takiego jazzowo-bluesowego głosu nie słyszałem już dawno. Mury drżały, pękał sufit, a ja słuchałem jak zaczarowany. Niespecjalnie się znam, ale jeżeli ta dziewczyna nie zrobi kiedyś wielkiej kariery, będzie to oznaczało, że przyszło jej żyć i pracować wśród ludzi głuchych.

Liczę, że przy następnej ARTerii objawią się kolejne talenty – plastyczne, muzyczne, literackie, filmowe czy jakiekolwiek inne. Rozproszeni po Londynie, niekoniecznie zajmujący się sztuką zawodowo artyści w pełni zasługują na szansę zaprezentowania swoich prac, pomysłów i możliwości. Szczególne że nie liczą w zamian na wiele. Chcą być wysłuchani, obejrzani, przeżyci.
Marzy mi się ARTeria jako ciąg artystycznych wydarzeń organizowanych nawet co tydzień. Niekoniecznie w krypcie kościoła, ale w klubie, restauracji, pubie. Żeby jedno wydarzenie dotyczyło jednego artysty i żeby był to jego własny wieczór. Ten jedyny.

A póki co, czekam na następną. Są chętni, więc warto.

Jacek Ozaist

Dziękujemy sponsorom – Ambasadzie RP, Instytutowi Kultury Polskiejw Londynie oraz firmie SAMI SWOI. A także Alinie Gaskin, Monice Lidke, Grażynie Maxwell, Julce Renczyńskiej, Ewie Żabickiej, Patrickowi Barrettowi, Maćkowi Szatanowi, Wojtkowi Sobczyńskiemu za techniczną i fizyczną pomoc w przygotowaniu ARTerii oraz Leszkowi Alexandrowi za czuwanie nad całością muzycznej prezentacji i Jazz Cafe za wypożyczenie sprzętu audio.

lanie wosku

Fot. Alex Sławiński

Photos from ‘Andrzejki’ with Andrzej Krauze

December 2, 2009

Pisarze, poeci, artyści i podatki

November 3, 2009

Po wielu artykułach opisujących między innymi rezydenturę podatkową oraz opodatkowanie typowo komercyjnych biznesów, takich jak sklepy, restauracje, hurtownie czy firmy budowlane, w dzisiejszym artykule chciałbym skoncentrować się na  zupełnie innej grupie podatników, jaką są artyści. Przypuszczam, że wśród czytelników „Nowego Czasu” znajdzie się dość spora grupa, która zajmuje się pracą kreatywną na cały etat bądź w jakimś jego wymiarze

›› Czy artyści wiedzą, że mogą korzystać z wielu ulg podatkowych?

›› Czy artyści wiedzą, że mogą korzystać z wielu ulg podatkowych?

Muszę jednak przyznać, że w fachowej literaturze podatkowej nie jest to zbyt popularny temat. Dlaczego? Pewnie dlatego, że to typowa nisza w świecie księgowości i podatków. Co nakłoniło mnie do pisania na ten temat? Po pierwsze kilka lat doświadczenia pracy w dziale specjalizującym się w opodatkowaniu właśnie pisarzy i artystów w jednej z czołowych kancelarii  doradztwa podatkowego w centrum Londynu oraz – po drugie – uczestnictwo w niedawno zorganizowanej przez „Nowy Czas” wystawie ARTeria w Borough.

Wystawa była niewątpliwie wielkim sukcesem, za co, oczywiście, duże słowa uznania dla jej organi-
zatorów. Wśród uczestników znalazło się olbrzymie grono utalentowanych artystów, dla których brytyjskie kodeksy podatkowe oferują pewne ulgi. Warto z nich skorzystać. I właśnie na tym chciałbym się skoncentrować w dzisiejszym artykule.

Na początek wspomnę o czymś, na co sam się natknąłem wśród polskich artystów, pisarzy czy muzyków pracujących w UK. Większość z nich pompuje dużo pieniędzy w swoją działalność artystyczną, bardzo często pracując jednocześnie na pełny etat w innej firmie (niejednokrotnie wykonując prace nie związane z ich zamiłowaniem, wykształceniem czy ambicjami). W sytuacji takiej nie stoi nic na przeszkodzie, aby zarejestrować swoją działalność artystyczną jako self employment. Według kodeksów podatkowych działalność taka jest tak samo rozpatrywana jak każda inna forma biznesu, czyli np. prowadzenie sklepu czy restauracji. Rejestrując działalność jako osoba self employed, potencjalny artysta automatycznie wpada w sidła systemu self assessment, co w skrócie oznacza, że co roku musi przygotowywać i składać w urzędzie skarbowym deklaracje podatkowe. I nawet jeśli nie osiąga się oczekiwanego dochodu, zarejestrowanie się jako self employed daje prawo do wielu odliczeń kosztów prowadzenia takowej działalności (korzystanie z domu jako pracowni, koszty telefonu, internetu, materiałów używanych w pracy artystycznej, TV, przejazdów, magazynowania prac, czasopism, książek, itp. W ciągu roku podatkowego takich kosztów z pewnością uzbiera się sporo i dzięki temu artysta wykazać może stratę ze swojej działalności, na którą w bardzo prosty sposób można uzyskać ulgę podatkową. Jeśli dany artysta pracuje jednocześnie w systemie PAYE,  może ubiegać się o zwrot części zapłaconego już podatku. Uzyskane ze zwrotu podatku środki może zainwestować w swoją twórczość.

Pamiętać jednak należy, że działalność taka musi być komercyjna i nastawiona na osiągnięcie zysku. Jeśli można udowodnić urzędowi skarbowemu, ze jest to działalność komercyjna a nie hobby, to nie ma żadnego problemu z uzyskaniem ulgi podatkowej.

W swojej karierze spotkałem się z artystami, którzy mieli straty z działalności self employed przez pięć i więcej lat (był nawet przypadek, kiedy pisarz miał straty przez 15 lat z rzędu (co oczywiście nie oznacza, że był on złym pisarzem!). Urząd skarbowy może mieć wówczas zapytania, ale jeśli jest na nie dobre wytłumaczenie, to ulga podatkowa jest przyznana. Ci, którzy wydają na swoją działalność twórczą własne oszczędności lub pracują długie godziny w innej firmie po to tylko, by móc realizować swoje własne artystyczne cele i marzenia, powinni z tego skorzystać.

Wśród tych artystów czy pisarzy, którzy utrzymują się tylko i wyłącznie z pracy twórczej dość typową sytuacją jest to, że ich dochód jest nieregularny. Zdarza się bowiem, że artyście stworzenie dzieła może zająć kilka lat, co oznacza, że w jednym roku podatkowym kiedy na przykład rzeźba lub obraz są sprzedane osiąga wysoki dochód, nie mając dużego dochodu w pozostałych latach, kiedy dzieło było tworzone. Podobna sytuacja jest z pisarzami, którzy mając na przykład pomysł na napisanie książki, otrzymują tzw. advance od wydawcy. Advance payment pozwala pisarzowi skoncentrować się tylko i wyłącznie na pisaniu, bez obaw o środki na płacenie bieżących rachunków.

Z punktu widzenia podatków powyższa sytuacja oznacza w skrócie, że dany artysta bądź pisarz zapłaciłby kolosalny podatek w jednym roku fiskalnym (w którym otrzymał pieniądze), po czym nie płaciłby żadnego podatku w kolejnych latach pracując nad swoim dziełem. Biorąc pod uwagę cash flow to raczej niezbyt pożądane rozwiązanie. Lepiej chyba mieć podatek rozłożony na przestrzeni kilku lat tworzenia danego dzieła. Tutaj przychodzi z pomocą mało znany paragraf z kodeksu podatkowego pozwalający na przeprowadzeniu tzw. averaging of profits. Dzięki temu zabiegowi podatek rozłożony zostaje na kilka lat.

Ci artyści lub pisarze, którzy wykonują swój zawód pełnoetatowo i z tego się utrzymują rozważyć powinni zarejestrowanie spółki limited i przetransferowaniu do niej swojej działalności self employment. Wypłacanie sobie ze spółki podstawowej wypłaty oraz dywidend w zakresie podstawowego progu podatkowego oznacza olbrzymie oszczędności podatkowe. Transfer taki powinien być bardzo ostrożnie zaplanowany i przeprowadzony.

Ponadto prowadząc spółkę limited dany artysta może założyć swój prywatny fundusz emerytalny, który opłacany będzie przez jego spółkę. Spółka może sobie wówczas wliczyć w koszty składki emerytalne, a dla właściciela jest to neutralna pozycja podatkowa.

Typowe jest też prowadzenie działalności twórczej z własnego domu. Tutaj również dalsze oszczędności podatkowe są możliwe. Będąc właścicielem domu czy mieszkania artysta może sporządzić umowę ze spółką o wynajem jednego z pokoi dla celów prowadzenia swojej działalności twórczej. Koszt wynajmu jest jednocześnie kosztem spółki na co spółka otrzymuje pełną ulgę podatkową. Oczywiście w sytuacji takiej rozważyć należy pozycję podatku kapitałowego właściciela nieruchomości w sytuacji kiedy dom lub mieszkanie jest sprzedane.

Wiadomo powszechnie, że biznesy, które osiągają obrót w wysokości 68 tys. funtów lub więcej w trakcie kolejnych dwunastu miesięcy działalności powinni uzyskać rejestrację VAT.  Z punktu widzenia podatku VAT płaconego od dochodu (tzw. output VAT),  nie jest aż tak źle jeśli zleceniodawca czy nabywca sztuki jest podmiotem zarejestrowanym na VAT (w większości przypadków może sobie ten VAT odzyskać). Z drugiej strony wiadomo jednak, że prowadząc działalność z domu (co jest bardzo typowe wśród pisarzy czy artystów) bardzo często nie ma zbyt wiele kosztów, które pozwalają na odzyskanie VAT. Tutaj z pomocą przychodzi Flat Rate Scheme – kolejny mało znany przepis podatkowy ułatwiający prowadzenie księgowości i dający możliwość osiągnięcia dalszych oszczędności.

Przedstawiłem kilka raczej mało rozpowszechnionych przepisów, które mogą być bardzo pomocne pisarzom, poetom, artystom. W zależności od danego przypadku, możliwe są jeszcze dalej idące oszczędności. Warto z nich skorzystać.

Krzysztof Wach

Zachęcamy Czytelników do przesyłania pytań na temat prowadzenia własnej firmy, rozliczeń podatkowych itp., na które Krzysztof Wach, specjalista ds. księgowości, chętnie na łamach Nowego Czasu odpowie.  Pytania prosimy kierować do redakcji (redakcja@nowyczas.co.uk) bądź bezpośrednio do autora:
Krzysztof Wach MSc ACCA
Kancelaria Księgowości
i Doradztwa Podatkowego
kjwach@kjwaccountants.co.uk
079600 39267
016896 09551

Arteria Gallery

October 1, 2009

Arteria to ciągły ruch

September 28, 2009

art_14

Londyn jest niczym wielki organizm. Żyje, oddycha, wydala, komunikuje się z innymi organizmami, funkcjonując z nimi w symbiozie lub wrogim pasożytnictwie… Ostatnio jakby trochę chorował. Wciąż kaszle, niedomaga, coś się w nim psuje i rozsypuje. Pośród plątaniny dróg ogromnego Londynu gubimy się, odnajdujemy, mijamy i zderzamy. Śmigamy wzdłuż jego ulic, kolejowych torów, tuneli metra… Owe arterie, transportujące nas – czasem na wielkie odległości – są jak układ krwionośny. Dzięki nim miasto może prawidłowo funkcjonować. Dokładnie tak jak człowiek. Wystarczy kilka korków na drogach lub awaria w metrze, by londyńskie City otarło się o katastrofę. Arterię – drogę łączącą różne punkty – „Nowy Czas” obrał za tytuł najnowszej z organizowanych przez siebie imprez kulturalnych.

Być może w tytule większy nacisk położono na słowo „art”, jednak trwająca od 17 do 19 września wystawa była nie tylko trzydniowym świętem sztuki. Stanowiła również próbę połączenia różnych światów. Prezentowała Polaków mieszkających w Londynie reszcie społeczeństwa, pokazując, że jesteśmy jego integralną częścią. Pod jednym dachem zgromadziła dzieła artystów przemawiających do świata bardzo różnym językiem: malarstwem, grafiką, fotografią, rzeźbą, filmem, muzyką… A także – stanowiła bardzo ważny krok na drodze jednoczenia samej Polonii. Tak bardzo zróżnicowanej i – nierzadko – skonfliktowanej.

art_02ARTeria połączyła również samych twórców. Młodzi zaistnieli na równi z bardziej doświadczonymi. Utytuowani – z jeszcze nieodkrytymi. Mieszały się style, pojęcia, prądy, trendy, białe wino z czerwonym, chipsy z sałatką jarzynową…

Czwartkowy wernisaż mogę uznać za jeden z najbardziej udanych, spośród wszystkich wydarzeń tego typu, w jakich miałem okazję uczestniczyć. I nie piszę bynajmniej tych słów, by podlizać się naczelnemu. Bo nie muszę. Setki osób przewijających się przez miejsce imprezy zostawiły w księdze pamiątkowej wystarczający dowód na to, że nie spływa ze mnie wazelina.

Zaś co do samego miejsca… Gdy dowiedziałem się, gdzie zaplanowano zorganizowanie ARTerii, byłem nieco zaskoczony. Nieczęsto imprezy o podobnym charakterze urządza się w podziemiach kościoła. Jednak – gdy przybyłem na miejsce – moje wątpliwości zniknęły szybciej, niż szynka z polskich sklepów w roku osiemdziesiątym pierwszym. Sale, w których miała odbyć się impreza, były większe i ładniejsze niż te, którymi dysponuje Biuro Wystaw Artystycznych w mieście mojego pochodzenia. Kiedy zaś w czwartkowy wieczór Janusz Kohut i Urszula Mizia zagrali w kościele St. George the Martyr wiedziałem, że nie można było lepiej trafić.

Gdy dokładnie rok wcześniej objeżdżałem Andaluzję, jednym z punktów, które odwiedziłem, była katedra w Kordobie. Słynie ona między innymi z mnogości kolumn podpierających jej strop. Jednakże jest również symbolem współistnienia różnych kultur, bo przez wiele lat służyła za świątynię zarówno muzułmanom, którzy ją wybudowali, jak i chrześcijanom, którzy owe tereny „odbili z rąk niewiernych”. Podobną rolę przez kilka wrześniowych dni pełnił kościół St. George the Martyr. Przez ten czas był nie tylko Domem Bożym, ale też świątynią sztuki. I niezależnie od tego, jaki cel przyświecał osobom przybywającym w owe miejsce, otrzymywały one to samo: ich duch mógł wznieść się aż pod niebiosa.

pawelWernisaże nie muszą charakteryzować się nadętym klimatem stypy po kimś bliskim. W czwartkowy wieczór znalazłem w kościelnej krypcie więcej życia niż w niejednej galerii pełnej słońca i przepychu. Przede wszystkim zaskoczyła mnie liczba przybyłych. Być może większe tłumy spotyka się podczas filmowych premier przy Leicester Square, jednak sale kościoła St. George the Martyr są dużo mniejsze niż Leicester Square i nawet owych kilkaset osób robiło niezły tłum. Jednak w odróżnieniu do kinowych wieczorów z czerwonym dywanem, tutaj artyści nie oddzielali się od widzów barierkami i setką ochroniarzy. Można było do nich podejść, zagadnąć i porozmawiać o ich dziele. Mimo że – ku zaskoczeniu samych organizatorów – impreza była masowa, to jednak nic nie straciła z intymności, jeśli chodzi o możliwość obcowania ze sztuką i jej twórcami.

Większość wystaw ma to do siebie, że rozpoczynają się bardziej lub mniej hucznym wernisażem, a potem trwają, trwają, trwają… aż zdychają. Tym razem organizatorom udało się wybiec poza obowiązujący schemat. Każdy z wieczorów imprezy okraszony był koncertami. Pozwoliło to uniknąć monotonii. O ile bowiem obraz czy rzeźba zazwyczaj trwa w czasie i przestrzeni, raz stworzona praca pozostaje taka sama na wieki, o tyle w świecie muzyki wszystko jest zmienne. Koncert, który odbywa się dzisiaj, już nigdy się nie powtórzy. Dlatego wydaje mi się, że zaproszenie muzyków do współudziału w ARTerii był znakomitym pomysłem. Każdy z przybyłych mógł wielokrotnie uczestniczyć w tej samej imprezie. Niby otoczenie to samo, ale z każdym wykonawcą przestrzeń artystyczna jest jakby inna.

Miałem okazję doświadczyć owej „różności w jedności”. Zupełnie inaczej odbierałem prace wiszące na ścianach i wypełniające przestrzeń sal instalacje po koncercie Kohuta, a inaczej podczas występu eterycznie brzmiącej Moniki Lidke. A jeszcze inaczej zapewne odbierana była sztuka w ciepły piątkowy wieczór, kiedy na tarasie przed wejściem do krypty rozbrzmiewał dźwiękami fusion kwartet Groove Razors Tomasza Żyrmonta, przyciągając znakomitym brzmieniem nawet przechodniów z ulicy. A potem, znów w kryptach, przysłuchiwano się już nocą przy blasku świec mocnemu, operującemu w niskich rejestrach głosowi Dominiki Zachman w repertuarze jazzowych standardów. Po drodze pojawił się jeszcze Sławek Żak w swym poetycko-balladowym repertuarze okraszonym niezwykłym głosem jego córki Zoe. Na sam koniec ARTerii – przy zgaszonych światłach – wystąpił zespół Why Not Here. Swym mocnym dźwiękiem spiął imprezę, niczym klamrą, w jedną całość z równie mocnym rozpoczęciem. Z tą różnicą, że w kościele, gdzie grał Kohut, było podniośle, natomiast ostre, rockowe brzmienia Why Not Here poderwały uczestników wystawy do… tańca.

Wiem, że ARTeria w Borough nie była ostatnim przedsięwzięciem artystycznym „Nowego Czasu”, bo arteria to przecież ciągły ruch!

Alex Sławiński

Echo z krypty

Prawdziwym miejscem dziania się kultury
jest interakcja osób.

Ryszard Kapuściński, „Ten Inny”

Wystawa w krypcie. Czy coś mi to przypomina? Czy znam już to miejsce? Ostatni raz widziałem taką sytuację ponad dwadzieścia lat temu. W czasach stanu wojennego, kiedy artyści i ich sztuka znalazły schronienie w Kościele. Wspomnienie odległe i niewyraźne jak stary film na porysowanej taśmie. I nie chodzi tylko o to, że przeszłość w miarę upływu czasu traci ostrość, ale że rzeczywistość była wtedy jak czarno-biały film. Zło oddzielone od dobra. Szare ulice. Kolorowo było tylko w Pewexie.

Sztuka w tym czasie była traktowana serio. Miejsce implikowało deklarację oporu, polityczną manifestację lub przynajmniej postawę indywidualnego sprzeciwu wobec realności „mniejszego zła” i szansę wyartykułowania „myśli, które pozwolą przetrwać”. Dzisiaj ten fragment polskiej historii sztuki jest zapomniany. Archiwum Janusza Boguckiego, animatora najważniejszych projektów artystycznych lat 80. pracownicy Instytutu Sztuki PAN wyrzucili na śmietnik. Przypominam o tych faktach nie po to, aby epatować ich niepokojącą wymową. Próbuję raczej zbudować własny kontekst wydarzenia w kościele St. George the Martyr w Borough.

Konteksty określają znaczenie, wskazują sens, komunikują zależności. Trudno je lekceważyć. Często sam obserwator, bazując na swych doświadczeniach definiuje sytuację, która staje się wszystkim tym, co zdarzyło się do tej pory, zdarza się teraz lub może się zdarzyć później. Rozwija się wewnętrzna narracja w umyśle widza, powstaje interakcja. Aż nadchodzi moment, by zadać pytanie: jakie znaczenia buduje dzisiaj kontekst krypty i kościoła?

Przecież kościół jest miejscem religii, a galeria jest miejscem sztuki. Czy te dwa obszary mają jakieś wspólne pola? Mówimy o dwóch dziedzinach duchowej aktywności człowieka, które technokratyczna kultura podporządkowała własnej logice rozwoju i produkcji. Religię zredukowała do mitologii; bajki użytecznej w socjologicznej grze utrzymywania społeczeństwa w równowadze, a wytwory sztuki sprowadziła do rangi ekskluzywanego towaru. Czy w sztuce zostało jeszcze coś z duchowości i czy religia może sztuce udzielić mocy, której sama ma już niewiele? A może są to pytania postawione niewłaściwie? I należałoby zapytać nie o kondycję dziedzin, ale kondycję podmiotu, który je tworzy?

Obrazy, rzeźby, wideo. Malarstwo figuratywne, abstrakcja i fotografie. Dziewiętnastu artystów w interesujący sposób zaprezentwanych w poprzedzającym wystawę wydaniu „Nowego Czasu” (dwujęzyczna wkładka pełniła rolę katalogu). Zatrzymuję się przy czterech małych płótnach Tomasza Stando. Znamy z historii kilku artystów, którym udało się rozszczepić promień światła na siatkę kolorów nasyconych głębią nie tylko fizycznych jakości, ale również emocji. Obrazy Tomasza Stando nawiązują do tych poszukiwań. Ich estetyczne wzorce tkwią w twórczości takich malarzy jak Barnett Newman i Mark Rothko. Artysta próbuje nawiązać dialog z ich twórczością. Symboliczna przestrzeń jego obrazów jest trudna do zdefiniowania. Mamy raczej do czynienia z pewną „atmosferą sensu”, niż jego jednoznaczną wykładnią. Czy jest to subiektywny opis świata zmieniony w abstrakcyjny wzór, czy tak jak u Rothko, własna wersja doświadczenia samotnej medytacji wyrażona w wielowarstwowych plamach koloru?

Chodząc po wystawie szukam jednak prac, które byłyby bliżej życia; których autorzy mają odwagę otworzyć drzwi wieży z kości słoniowej, nawet za cenę intymnego zwierzenia, naiwności i odrzucenia estetycznej maski. Trafiam na stare fotografie wklejone w malarską materię. Muszę podejść blisko, jeszcze bliżej. Trudno rozeznać, co to za osoby i jakie miejsca. Na jednym ze zdjęć grupa młodych ludzi w studenckich czapkach. Na innym szkolna fotografia klasy. Jakieś litery i nieczytelne napisy. Czy powinno mieć dla nas znaczenie kto je tutaj zostawił i czy opowiedział nimi „historię”, stworzył „kronikę wydarzeń” lub przesłał „wiadomość”? To obrazy z przeszłości – fotografie rodziny na nowo zobaczone przez Agnieszkę Stando po opuszczeniu Polski. To, co ujęło mnie w jej pracach, to intencja nawiązania bezpośredniego kontaktu z widzem poprzez opowiadanie osobistej historii w sytuacji podobnej do przeglądnia rodzinnego albumu razem z zaproszonymi do domu gośćmi.

Nie sposób omówić w krótkiej prasowej relacji wszystkich wystawionych prac dziewiętnastu artystów. Jak już się jednak okazało, gościnność Rev. Ray Andrews nie wyczerpała się w trakcie trwającego trzy dni festynu radości i dobrej zabawy – tym też (!) było spotkanie w Borough – trzeba więc mieć więc nadzieję, że pojawi się możliwość pełniejszej prezentacji środowiska artystycznego, którego aspiracje i siła wykraczają poza granice polskiej diaspory.

W czasach, kiedy pieniądze obiegając planetę w arteriach elektronicznej sieci wymykają się zwykłemu ludzkiemu doświadczeniu i powoli stają się – w miejsce sztuki i religii – wartością ponadczasową i transcendentną, każda próba zbliżenia sztuki do sacrum jest działaniem in comune, czyli na powszechny użytek i dla wspólnego dobra. Takie projekty jak ARTeria pokazują, że ukrytym potencjałem artystycznego wydarzenia jest spotkanie, dające szansę rozmowy ludziom rozrzuconym w anonimości wielkiego miasta. Czy organizatorzy wykorzystali ten potencjał? Moim zdaniem tak. Z pewnością formułę takich spotkań można wzbogacać i udoskonalać, tak aby stwarzały pretekst do dyskusji  o „rzeczach ważnych”, sztuce, kulturze, problemach organizacji życia artystycznego polskiej społeczności na Wyspach. Nadszedł też już czas na wystawę o wyraziście wyprofilowanym przesłaniu, co pokazałoby, że kształtująca się wokół „Nowego Czasu” grupa artystów manifestuje zarówno swoją obecność i potrzebę wspólnoty, jak i zdolność refleksji.  Ale każda krytyczna uwaga musi zderzyć się z faktami, a te pokazują, że jesteśmy świadkami fascynującego procesu powstawania nie tylko zróżnicowanego i ambitnego środowiska artystów, ale również nowego miejsca otwartego na polską kulturę.

Wojciech Goczkowski


Artyści

September 4, 2009

wasek1_layout-1

agnieszka_stando11Wystawa (tym razem 19 artystów) i koncerty muzyki klasycznej, jazzowej
i folkowej odbędą się w dniach 18-19 września
St George the Martyr
Borough High St
London, SE1 1JA
Wstęp wolny