Galeria Andrzeja Krauzego

February 16, 2010

wieczorem

Galeria: Komentarz Andrzeja Krauze

January 25, 2010

krauze 2010

Andrzejkowa arteria w relacji na cztery głosy

December 7, 2009

monika

***

Nie przypadkiem mówi się o kimś „polityczne zwierzę”. – Dlaczego nie ma rysunków politycznych Krauzego? – zapytał mnie jeden z uczestników wystawy. Popatrzyłem z sympatią, sam się do tego stada zaliczam. Chcieliśmy jednak, by tym razem było inaczej – egzystencjalnie i metafizycznie. Naga, surowa kondycja człowieka, jego troski, marzenia, tęksnoty, potknięcia, aspiracje, słabości i cnoty. Jak to narysować? Poetom nie zawsze udaje się takie stany opisać. Niejeden rysownik też łamie na takich tematach pióro. Ale są poeci i rysownicy, którym talent pomaga uzyskać metaforyczny skrót. Takim poetą-rysownikiem jest Andrzej Krauze, który poza komentowaniem bieżących wydarzeń porusza się w stworzonym przez siebie świecie symboli. Takiego nie wszyscy znają, takiego chcieliśmy pokazać. Andrzej Krauze kameralny. Taki jest też prywatnie, o czym wszyscy uczestnicy wieczoru mogli się przekonać. Był to Jego wieczór autorski, to On był gospodarzem.

Grzegorz Małkiewicz

RuizDayanara-6444-8

Fot. Michał Andrysiak

***

Organizowanie imprez „w tygodniu” ma to do siebie, że zawsze niesie ryzyko niewypału. Wiadomo – w sobotę, niedzielę albo w piątkowy wieczór dużo łatwiej znaleźć wolny czas, by uczestniczyć w jakimś wydarzeniu. Jednak w poniedziałek… Dopiero co na powrót weszliśmy w kierat codzienności. Z trudem dobiliśmy do końca pracowitego dnia. Jesteśmy zmęczeni, często z ledwie zaleczonym, poweekendowym kacem oraz wizją kolejnego odcinka niekończącego się serialu „Jak zabijać siebie”, w którym już jutro mamy zagrać główną rolę. Komu się chce iść w poniedziałek na imprezę… A jednak. Mimo że kolejna odsłona ARTerii odbywała się w „ten najpaskudniejszy dzień tygodnia” – jak dowodzą statystyki, krypta kościoła St. George the Martyr w Borough po raz kolejny zapełniła się gośćmi.

Tegoroczny listopad przeszedł do historii jako jeden z najbardziej deszczowych. Ostatni dzień miesiąca nie był inny od pozostałych. Gdy wysiadałem na stacji metra w Borough z nieba spływały strugi zimnej wody. No, ale czy można narzekać na angielską pogodę w samym sercu brytyjskiej stolicy? Tym bardziej że już za chwilę miałem zapomnieć o deszczu i zimnie, wstąpiwszy w podziemia St. George the Martyr.
Dzięki tradycyjnym psikusom leciwego londyńskiego transportu, który zachowuje się jakby cierpiał na jakąś maszynową odmianę Alzheimera i ciągle zapomina dokąd ma zawieźć swych pasażerów, gubiąc się między stacjami i nie dojeżdżając nigdzie na czas, na imprezę dotarłem nieco spóźniony. I bardzo tego żałuję, bo przegapiłem początek rozmowy, jaką Grzegorz Małkiewicz, redaktor naczelny „Nowego Czasu” przeprowadził z Andrzejem Krauze, gwiazdą owego wydarzenia. Był to wieczór Andrzejkowy i spotkanie z jednym z najbardziej znanych Polakom Andrzejów stanowiło niezapomniane przeżycie. Gdy wieszałem kurtkę w zaaranżowanej w przedsionku szatni, powiedziałem sobie, że nie przegapię już żadnego z towarzyszących wystawie wydarzeń.

Problem jednak w tym, że chcąc być wszędzie, gdzie się coś działo, musiałbym się rozdwoić. Samo witanie się ze spotkanymi tam osobami trwało niemalże pół godziny. Tutaj stoi para znajomych plastyków. Tam rzeźbiarz. Ówdzie – publicysta. Z każdym chciałoby się zamienić chociaż kilka słów. A przecież na scenie również działo się tyle fascynujących rzeczy… Leszek Alexander ze Sławkiem Żakiem zadbali o to, by oprawa muzyczna imprezy była na najwyższym poziomie. Aneta Barcik, Zoe Zak i Dominika Zachman, wraz  towarzyszącymi im muzykami pokazały, że już wkrótce to właśnie one grać będą pierwsze skrzypce w muzycznym życiu Londynu. Nie tylko polonijnym. Mimo młodego wieku, panie pokazały ogromny talent i drzemiący w nich potencjał. Nie znam się na wróżeniu, ale myślę, że można przepowiedzieć im sporą karierę. Jeśli tylko znajdą swoją szansę.

W przerwie między występami na scenie zagościł Włodzimierz Fenrych. Czytelnicy „Nowego Czasu” znają go z serii artykułów, w których przybliża nam obce kultury i religie. Ta sama tematyka poruszana jest w jego książce. Włodek przeczytał kilka obszernych fragmentów, pozyskując grono słuchaczy. Jestem przekonany, że warto byłoby spotkać się z nim na osobnym wieczorze autorskim, gdyż słuchanie krótkich fragmentów mogło zostawić uczucie niedosytu, tym bardziej że w tle toczyły się niekończące się rozmowy. Na szczęście prezentowaną książkę „Czy Jahwe zastępów jest władcą totalnego świata” można było kupić w czasie trwania imprezy.

Jednak tym, co stanowiło motyw przewodni Andrzejkowej ARTerii, była wystawa prac Andrzeja Krauzego. Wszyscy chyba znamy jego talent do obnażania i wyszydzania wszelakich idiotyzmów naszego życia. Satyra w jego wydaniu potrafi być nader zjadliwa. A przy tym język symboli, przy pomocy którego twórca porozumiewa się z odbiorcą, jest na tyle uniwersalny, że potrafi być zrozumiały zarówno dla Polaków, jak i przedstawicieli kultury anglosaskiej po obu stronach oceanów. Nie każdemu udaje się przemawiać w podobny sposób. Nie jestem pewien, czy wielu (czasem znakomitych zresztą) satyryków z Polski zdołałoby tego dokonać.

Pokazane na ARTerii grafiki zostały przygotowane z dużą dbałością. Wyraźnie unikano drażliwych tematów politycznych, skupiając się raczej na czysto artystycznej stronie prac. Myślę, że dobrze się stało, że twórcy wystawy poszli właśnie w tę stronę. Andrzej Krauze to nie tylko komentator naszego życia. To przede wszystkim artysta. Człowiek o bogatym warsztacie oraz ogromnym talencie i dużej wrażliwości.
Gdy opuszczałem imprezę godzinę przed północą, nadal zdawała się ona dopiero rozkręcać. Lanie wosku dopiero się zaczęło, muzycy sprawiali wrażenie, że przygotowanemu przez nich repertuarowi jeszcze daleko do wyczerpania, zaś przybyłe na spotkanie towarzystwo nadal rozmawiało… Ja również czułem się nieco nienasycony. Zosatło mi pocieszenie, że przed nami jeszcze nie jedna ARTeria…

Alex Sławiński

***

Poczułem sie lepiej

RADZIWILL

Fot. Alex Sławiński


Tego poniedziałkowego popołudnia uznałem, że najlepiej nigdzie nie wychodzić. Pogoda typu „wilgotny londyński ziąb”, koszmarny ból głowy przez ponad pół dnia, zbolałe zatoki przymrużyły opuchlizną oczy. Zniechęcenie.

30 listopada, według polskiej tradycji – Andrzejki. Przecież! Andrzejkowa ARTeria w kryptach kościoła na Borough High Street – dzisiaj wieczorem… Pomyślalem jednak, że może lepiej nigdzie nie wychodzić i nie obnosić się ze swoją kiepską kondycją. Mimo to wybrałem się – „tylko na chwilę”.

Samo miejsce od razu mi się spodobało. Bardzo łatwe do znalezienia, przestronne, dość neutralne, a jednak z wyczarowanym klimatem, wprost idealne do organizowania w nim imprez złożonych z kilku różnych prezentacji, uzupełniających się wydarzeń – tak jak tego wieczoru: sztuka graficzna, muzyka, zabawa i wróżba oraz rozmowy, rozmowy, rozmowy… Pomyślałem – tu jest dobra energia. Ludzie bez stresu gawędzą ze sobą, wiele sympatycznych, uśmiechniętych twarzy – uśmiechniętych bynajmniej nie na siłę i nie na pokaz. Gospodarze wieczoru, Teresa i Grzegorz, dyskretnie dbali o to, aby każdy czuł się dobrze.

Z dużym zainteresowaniem obejrzałem wystawę rysunków Andrzeja Krauzego – artysty o randze międzynarodowej, tworzącego dzieła mądre, uniwersalne i dowcipne zarazem. Tych rysunków nie znamy z publikacji prasowych.
Obdarzona oryginalną barwą głosu Dominika Zachman zaśpiewała kilka standardów jazzowych; drobna, niemalże filigranowa, ale dysponująca głosem o dużej sile. Leszek Alexander to niewątpliwie showman, posiadający dużą umiejętność rozbawienia pewnie każdego. Blues dla niego nie ma tajemnic. A do tego – muszę przyznać – ma również kawał głosu. Pomyślałem, jaka szkoda, że takie imprezy nie odbywają się regularnie. Właśnie tutaj, w tej atmosferze. Jak dobrze, że w Londynie są też tacy Polacy (poza wieloma innymi zaletami) – uśmiechnięci, zadowoleni, kochający sztukę.

Moja „chwila” przeznaczona na pobyt w kryptach niezauważalnie przeistoczyła się w parę godzin. Poczułem się lepiej – zauważyłem wracając do domu.

Tomasz Furmanek

***

Wszystko zaprzeczało temu, że to może wypalić. A jednak wypaliło. Była bardzo dobra wystawa i artysta, z którym każdy mógł porozmawiać. Było wino i gawędy. Była część artystyczna i część towarzyska. Ani się spostrzegliśmy, jak minęła północ….

W jednej sali, jasno oświetlonej, urządzono wystawę prac Andrzeja Krauzego. Zwiedzanie zaczynało się od lewej strony i tropem kolejnych rysunków docierało do… baru, gdzie nadworny kucharz „Nowego Czasu” Mikołaj Hęciak serwował sałatkę jarzynową, kabanosy i wino. Druga sala, gdzie punktowe światło rozjaśniało scenę, należała do muzyków. Zanim Leszek Alexander, Sławek Żak, Dominika Zachman, Aneta Barcik i Zoe Zak na dobre rozkręcili imprezę, krótką pogawędkę z bohaterem wieczoru przeprowadził redaktor naczelny „Nowego Czasu”. Dotyczyła miłości, walki z komuną, niewymuszonej satyry politycznej, potyczek z cenzurą, a przede wszystkim wyśmienitego humoru, który obu panów nie opuszczał ani na chwilę. Po tym krótkim i bezpretensjonalnym otwarciu  Krauze i Małkiewicz roztopili się w tłumie. Bo sporą część wieczoru zawłaszczyła sobie strona towarzyska. W ruch poszły kajety, terminarze, wizytówki. Rozproszeni po całym Londynie artyści skorzystali z okazji do wymiany telefonów i adresów mailowych, by czegoś wspólnie dokonać w przyszłości. Zdarzały się momenty, że płomienne dyskusje przygłuszały występujących muzyków.

Dla mnie rewelacją wieczoru była Dominika Zachman. Takiego jazzowo-bluesowego głosu nie słyszałem już dawno. Mury drżały, pękał sufit, a ja słuchałem jak zaczarowany. Niespecjalnie się znam, ale jeżeli ta dziewczyna nie zrobi kiedyś wielkiej kariery, będzie to oznaczało, że przyszło jej żyć i pracować wśród ludzi głuchych.

Liczę, że przy następnej ARTerii objawią się kolejne talenty – plastyczne, muzyczne, literackie, filmowe czy jakiekolwiek inne. Rozproszeni po Londynie, niekoniecznie zajmujący się sztuką zawodowo artyści w pełni zasługują na szansę zaprezentowania swoich prac, pomysłów i możliwości. Szczególne że nie liczą w zamian na wiele. Chcą być wysłuchani, obejrzani, przeżyci.
Marzy mi się ARTeria jako ciąg artystycznych wydarzeń organizowanych nawet co tydzień. Niekoniecznie w krypcie kościoła, ale w klubie, restauracji, pubie. Żeby jedno wydarzenie dotyczyło jednego artysty i żeby był to jego własny wieczór. Ten jedyny.

A póki co, czekam na następną. Są chętni, więc warto.

Jacek Ozaist

Dziękujemy sponsorom – Ambasadzie RP, Instytutowi Kultury Polskiejw Londynie oraz firmie SAMI SWOI. A także Alinie Gaskin, Monice Lidke, Grażynie Maxwell, Julce Renczyńskiej, Ewie Żabickiej, Patrickowi Barrettowi, Maćkowi Szatanowi, Wojtkowi Sobczyńskiemu za techniczną i fizyczną pomoc w przygotowaniu ARTerii oraz Leszkowi Alexandrowi za czuwanie nad całością muzycznej prezentacji i Jazz Cafe za wypożyczenie sprzętu audio.

lanie wosku

Fot. Alex Sławiński

Photos from ‘Andrzejki’ with Andrzej Krauze

December 2, 2009

Profile: Andrzej Krauze

November 26, 2009

KRAUZEblurb

ALAN RUSBRIDGER (Editor of The Guardian):

“When I started editing The Guardian’s comment page in the late 1980s we decided to move from illustrating page with a photograph and to try illustration instead. This was easier said than done. At that time in Britain there were very few illustrators up to the task.

Enter Andrzej Krauze, large, enthusiastic and instantly likeabe Polish artist whose work was just beginning to attract a following in London. From the moment he drew first illustration for the page I knew my problems were over. Andrzej was exactly what I needed. He was quick in every sense of the word. He would read the article he was illustrating and instantly grasp the central argument and how to capture it dramatically in line and ink. Within an hour the finished, art work would arrive. In emergencies he would drop everything and rush into the office or fax over drawings at all hours of day or night.

Even with the most abstract themes Andrzej was never fazed. Drawing initially in black and white and recently in colours as well he would always succeed in finding a powerfull symbol to project the piece. In time his use of line has become bolder. There is often a fierce bite hidden in the visual allegory he chooses.

In the course of dozen years Andrzej has established himself as a leading member of The Guardian ’s team of illustrators and cartoonists. More than that, he has helped introduce an inteligence and sophistication into serious British illustration. He now has many admirers and many imitators. Broadsheet illustration in Britain will, in some subtle way, never quite be the same again.”

maski

ANDRZEJ OSĘKA:

“(…) Wśród rysunków Andrzeja Krauzego z dziennika „The Guardian” znajduje się taki, który przedstawia pewną wizję stosunków między Wyspami a Kontynentem. Po jednej stronie wody – będącej niewątpliwie kanałem La Manche – siedzi przy stoliku lew brytyjski i celebruje swą „cup of tea” z ciasteczkami. Po drugiej stronie szczerzą kły zachłanne człekozwierzęta, wśród których jest ktoś w hełmie ze swastyką i ktoś w papasze z gwiazdą. Wyciągają łapy po cisteczka lwa.

Paradoksalnie – występuje w tej scenie wątek autobiograficzny: jakiś czas temu sam artysta przewęddrował przez kanał La Manche. Kiedyś żył wśród dzikich stworów Kontynentu, w jego osobliwszej części. Rysował wówczas (w pewnym sensie znane mu z autopsji) kudłate wilki ze świńskimi ryjami, sprawujące władzę nad stadami owiec. Tworzył metaforyczny obraz realnego socjalizmu, który pokazywał po kawałku w warszawskim tygodniku „Kultura” przez owe wilki cenzurowanym i kontrolowanym (chociaż nigdy do końca).
To są właściwie dwa zupełnie inne światy – ten, który Krauze miał wokół siebie, publikując w latach siedemdziesiątych w warszawskim tygodniku, i ten, na który dzisiaj patrzy w Londynie. Pierwszy świat – poddany ciśnieniu wydumanej ideologii, wiecznie wrzący od niepokoju, terroryzowany przez sowieckie imperium. Drugi – wolny od stuleci, stabilny, o wielkich parlamentarnych tradycjach. Czy można przejście z jednej rzeczywistości w drugą, przeżyć – nie zatraciwszy się jako artysta? Andrzejowi Krauzemu to się udało. Przeżył i ma się dobrze. Może dlatego, że żywiołem zawsze były dla niego nie wydarzenia polityczne, lecz ludzkie sprawy – a te pozostają mniej więcej podobne, mimo zmiany realiów. Ludzie się do realiów, do okoliczności życiowych bardzo przytomnie przystosowują, używając tysięcy najrozmaitszych sposobów. O tym właśnie między innymi mówią rysunki Andrzeja Krauzego. (…)”

ANDRZEJ KRAUZE:

“Nie potrafię nie rysować. W moim przypadku doszło do jakiejś dewiacji ewolucyjnej. Odnoszę wrażenie, że moja dłoń nie kończy się na palcach. Ich przedłużeniem jest Pan Pióro. Bez niego czuję się nieswojo.”

Andrzej Krauze studied at the Warsaw Academy of Fine Art, and in 1971, while still a student, he began contributing cartoons to the satirical magazine Szpilki. After leaving the Academy he continued contributing to Szpilki and began work as political cartoonist on the weekly magazine Kultura. In 1982 he settled in London. He contributes regulary to The Guardian, Rzeczpospolita, Wprost, New York Times, International Herald Tribune, Sunday Telegraph, Bookseller, New Scientist, Modern Painters and others (among them Nowy Czas). His drawings, watercolours and theatre posters are represented in many private and public collections. In 1985 he was appointed Visiting Lecturer at the Royal College of Art.

Crossroads in colour

Komentarz Andrzeja Krauzego

June 17, 2009

mysliwy

Komentarz Andrzeja Krauzego

March 15, 2009

chcieliscie-dyskusji1

March 9, 2009

Komentarz Andrzeja Krauzego

January 27, 2009

Komentarz Andrzeja Krauzego

January 19, 2009

Next Page »