Sztuka dla sztuki? Nie! Marihuany
July 19, 2009
Plantatorzy – mówi o nich Jacek, artysta malarz pasjonujący się aranżowaniem wnętrz, który nadał temu domowi nowego blasku. – Tak ich teraz czasem z żoną nazywamy, oczywiście żartobliwie – dodaje. Jacek w Polsce ukończył malarstwo na Akademii Sztuk Pięknych. W Londynie mieszka z żoną Sarą od ośmiu lat. Utrzymują się z projektowania i renowacji wnętrz. Zajęcie to jest nie tylko źródłem dochodu, ale przede wszystkim ich wielką pasją. Projektują, nadzorują prace remontowe, kupują meble i wyposażenie, a później wynajmują mieszkania i zarządzają nimi.

Wszystko zaczęło się od domu w południowym Londynie, który para wynajęła od pewnego Irlandczyka. Znajomość ta nie tylko zaowocowała przyjaźnią, ale też doprowadziła do obopólnej współpracy, bo Jacek z Sarą odnawiają teraz i opiekują się innymi nieruchomościami, które posiada Irlandczyk, podnosząc ich wartość rynkową i funkcjonalną. Podczas remontowania domu w Herne Hill wprowadzono kilka konstrukcyjnych zmian likwidując jedną ze ścian maleńkiej kuchni, otwierając znacznie przestrzeń i uzyskując miejsce na dodatkową toaletę, która była niezbędna w przypadku aż czterech sypialni. Prace trwały ponad dwa miesiące. Zielone ściany, białe akcesoria oraz ciemnobrązowe, stare meble stworzyły przyjazną dla oka atmosferę odnowionego wnętrza.
CISZA PO BURZY
Ten dwukondygnacyjny dom pochodzący z przełomu XIX i XX wieku to uroczy biały budynek z czerwoną dachówką, murkiem, z żeliwną bramką i żywopłotem po obu stronach wejścia, usytuowany na cichej ulicy z rzędami równie uroczych domków. Po wejściu do środka szczypiący w nos smród sprawia, że chce się natychmiast zawrócić.
– Teraz w domu nie ma nic, ale kiedy wchodziło się do niego wcześniej, to naprawdę szczęka opadała. Był klasyczny, ale jednocześnie nowoczesny – Jacek przywołuje dawny wygląd mieszkania. – Były tam ładne stare meble, które kupiliśmy wcześniej i część z nich sami odrestaurowaliśmy. Jedna stara komoda, olbrzymia i ciężka, której teraz fragmenty znalazłem na górze, bardzo dobrze grała z resztą wnętrza. Nie wiem, czy została rozebrana czy połamana, ale właśnie tej komody najbardziej mi szkoda – była piękna i pasowała idealnie do salonu.
W tym samym salonie stoi teraz tylko stara sofa i mały stoliczek, bardzo zakurzone. Na kominku jest stare lustro, a przy nim widać jeszcze kępki zasuszonych liści marihuany. Na podłodze sześć worków z ziemią i kilkanaście butli z przeróżnymi chemikaliami – nawozami, odżywkami, środkami owadobójczymi, biały żyrandol z Ikei. Z sufitu zwisa pełno drutów, na których suszono dojrzałe kwiatostany. Wokół każdego okna i drzwi błyszczy taśma izolacyjna.
– Teraz mieszkanie jest już uprzątnięte, ale tutaj, gdzie widać resztki taśmy, wokół drzwi, była folia. Umieszczono ją wokół każdego okna, również na podłodze, wszystko było pokryte folią. To były takie naparowane inkubatory. Oni zbudowali tutaj przecież cały system nawadniający – opowiada Jacek.
MISTRZOWSKA ORGANIZACJA
Na drugim piętrze smród jest o wiele bardziej intensywny i tak jak na parterze, wszędzie widać resztki taśmy i drutów. Jaśniejsze, prostokątne ślady na drewnianej podłodze pokazują, gdzie wcześniej stały stare, masywne szafy. W łazience jest jeszcze więcej butelek z chemikaliami, a nad wanną, która służyła jako miska do mieszania odżywek i nawozów zawieszono pompę, która nawadniała wszystkie rośliny poprzez węże przechodzące do każdego pomieszczenia. Węże doprowadzono do każdego z nich z osobna poprzez dziury wywiercone w ścianach i podłodze/suficie. Plantatorzy dopilnowali również, aby rośliny miały odpowiednią wentylację. We wszystkich pomieszczeniach w ścianie lub na suficie jest dziura o średnicy około 30 centymetrów.
– Przez te dziury przechodził na samą górę aż do strychu kanał wentylacyjny, taka gruba srebrna elastyczna rura pokryta folią – mówi Sara.
Chińczycy popisali się nie lada sprytem w dziedzinie kamuflażu. Wszystkie żaluzje były opuszczone, zasłaniając folię, natomiast trzy okna w wykuszu w salonie nie były osłonięte z osobna, lecz zostały odgrodzone od reszty pokoju ścianą z folii. W tę odgrodzoną przestrzeń przeciągnęli kabel z żarówką i tekturowym abażurem, który dawał niezbyt ostre światło sugerujące, iż ktoś tam mieszka.
Zaskakującą fachowością wykazali się też w przypadku elektryczności. W każdym pokoju zainstalowano panele z bezpiecznikami, kontaktami i zegarami umożliwiającymi czasowe włączanie się światła. Było tam mnóstwo żarówek o ogromnej mocy i mnóstwo termometrów. Prąd ściągnęli bezpośrednio z ulicy, zakładając osobny rachunek na jednego z lokatorów. Rachunek ten wynosi 7318 funtów za okres trzech tygodni.
– Elektryk musiał być mistrzem – to, że cała ta instalacja się nie spaliła przy tym natężeniu jest naprawdę niesamowite. Nasz znajomy elektryk – mówi Jacek – który pomagał nam to wszystko rozmontować powiedział, że użyli zegarów, które stosuje się tylko przy dużych mocach.
Jakby tego było mało, firma dostarczająca prąd ostatecznie odcięła jego dostęp do domu, a ponowne podłączenie potrwa ponad dziesięć tygodni i będzie kosztowało kilka tysięcy funtów.
KROK PO KROKU
Ogłoszenie dotyczące wynajmu Jacek i Sara zamieścili na gumtree.com oraz w gazecie Loot. 1 kwietnia do mieszkania wprowadzili się Chińczycy: trzech mężczyzn i kobieta. Wszyscy mieli referencje i paszporty.
Jak doszło więc do całej afery? Sara twierdzi, że absolutnie niczego podejrzanego nie zauważyli.
– Wszyscy mieli pracować jako kucharze w bardzo dobrych restauracjach w Londynie. Wszystkie referencje sprawdziłam osobiście i wszystko było ok, więc nie miałam żadnych podejrzeń. W każdym razie depozyt i 1700 funtów za czynsz zapłacili gotówką, kolejny również wpłacili na czas, więc my też nie chcieliśmy szukać problemu tam, gdzie go nie ma.
– Jeszcze jakoś na początku maja spotkaliśmy się z nimi, żeby odebrać dokumenty i wszystko było w porządku, oni eleganccy, a mieszkanie czyste i uporządkowane jak pod linijkę, na barku stał kosz z owocami. Zero podejrzeń – dodaje Jacek.
Dwa tygodnie później Sara urodziła dziecko, więc nie było czasu ani okazji do dalszych oględzin. A z drugiej strony nie było powodów do podejrzeń. Dopiero po dwóch miesiącach pojawiły się problemy. 10 czerwca Jacek z Sarą zorientowali się, że nie otrzymali trzeciej wpłaty za czynsz, która miała wpłynąć 1 czerwca. Zadzwonili do wynajmujących i usłyszeli, że tamci właśnie wracają z Chin i wszystko uregulują. Ale później telefonu już nie odebrali.
Jacek i Sara pojechali więc do domu zbadać sprawę, ale nie weszli do środka, bo jeden z zamków został zmieniony. Dowiedzieli się później od sąsiadki, że przez policję. Jak się okazało, policja odkryła plantację marihuany podczas jednego z patrolów – pootwierane drzwi i okna wzbudziły ich podejrzenia. Pozostałości po uprawie Jacek i Sara ujrzeli przez jedną z powyginanych żaluzji.
– Wszędzie były porozstawiane doniczki, straszny sajgon, więc był to niezły szok. Nie wchodziliśmy do środka, bo nie wiedzieliśmy, czy cała praca jest w trakcie, czy może znajdziemy tam na przykład zabitego Chińczyka…
Sara i Jacek poinformowali właściciela i daremnie próbowali przez tydzień uzyskać od policji klucz do zmienionego zamka. W tym czasie ktoś już jednak zdążył włamać się do pustego mieszkania przez tylnie drzwi.
– Był to wielki szok. Po prostu straszna rzeźnia – mówi stanowczym głosem Jacek. – Tam musiało w pewnym momencie przebywać kilkanaście osób na raz i musieli pracować jak mrówki, żeby to wszystko zbudować. Potrzeba było do tego mnóstwo pracy. A wszystko to wydarzyło się przecież zaledwie w przeciągu trzech, czterech tygodni.
Sara przyznaje, że szkoda jej tego domu, który według niej ma coś w sobie. A Jacek dodaje: – Nie czułem złości, jak to zobaczyłem, ale troszkę mnie to podłamało, bo jednak szkoda całej naszej pracy. Trwała ona ponad dwa miesiące. Ale najbardziej zaskoczyła mnie ilość pracy, którą oni musieli włożyć w całą tę konstrukcję, a przy tym ta „chińskość” tej roboty. Ale nie da się ukryć, że dali radę.
Przed uprzątnięciem sceny zdarzeń w każdym pokoju nie było niczego poza czarnymi, kwadratowymi doniczkami z resztkami sadzonek – w każdym, oprócz kuchni, w której stała kanapa i mały stolik, małej toalety na dole, która zmagazynowała 20 worków ziemi, oraz łazienki, która posłużyła za laboratorium. Doniczki były poupychane gdzie tylko się dało je wcisnąć. Hodowcy wykazali się absolutnym profesjonalizmem w montażu i organizacji całej plantacji.
Podczas sprzątania na piętrze Sara zauważyła, że sufit lekko się osunął w jednej z sypialni. Okazało się, że na strychu umieszczono kolejne 90 doniczek wraz ze starymi meblami, które swoim ciężarem wygięły sufit.
– Największym szokiem było dla mnie to, że wszystkie meble, które były masywne i ciężkie, zapakowali właśnie na strych, który nigdy wcześniej nie był używany, po to, żeby ich nie wystawiać na zewnątrz i nie wzbudzać podejrzeń. I że zdołali się z tym wszystkim tak szybko uwinąć – dziwi się Jacek.
W całym domu doniczek było około 400, tyle samo było roślin. W przypadku tak profesjonalnie zorganizowanej plantacji – nawadnianej, nawożonej, docieplanej i wietrzonej jedna roślina może wyprodukować 50, jeśli nawet nie 100 gramów marihuany. Przyjmując ten najniższy próg można oszacować, iż Chińczycy wyprodukowali około (co najmniej!) 20 tysięcy gramów trawy. To ponad 110 tysięcy funtów zarobku.
– Znalazłem tam nawet taki specjalny nawóz, umożliwiający roślinie ponowne zakwitnięcie – dodaje Jacek.
Plantatorzy byli doskonale przygotowani na każdą ewentualność, doskonale wiedzieli, co robią i jak się za to zabrać, a następnie po prostu zniknęli bez śladu. W sprawie toczy się śledztwo, jednak policja niespecjalnie się tym interesuje. Chińczycy tymczasem pewnie zbierają kolejne plony.
NA DOBRY POCZĄTEK
Wnętrze będzie ponownie odnawiane. – Mamy ogromny sentyment do tego domu – mówi Jacek. – Odnawiane go będzie wielką przyjemnością. Zrobimy teraz wszystko troszkę inaczej.
Zapytany o kolor ścian mimo wszystko z przekonaniem utrzymuje, iż w tamtej przestrzeni najlepiej prezentuje się kolor zielony. Jako miłośnik rzeczy znalezionych zatrzymał również dwa plastikowe chińskie bożki.
Imiona osób występujących w reportażu zostały zmienione
Tekst: Magdalena Jackiewicz
Zdjęcia: Zofia Noga, Paweł Wąsek
Czy POSK-owi grozi zagłada?
July 11, 2009
Z Markiem Laskiewiczem, działaczem polonijnym, ekonomistą i historykiem-hobbystą rozmawia Maciej Psyk.
Po 2004 roku nowa fala imigrantów z Polski była znacznie liczniejsza niż ta, która zamieszkała tu po II wojnie . Czy Pana zdaniem te „fale” są ze sobą zintegrowane?
– Chciałbym aby tak było. Jestem przekonany, że jest to w naszym wspólnym interesie. Dorobek emigracji niepodległościowej powinien być kumulowany i przekazywany w naturalnej sztafecie pokoleń. Naturalne jest dla mnie, że tzw. „fale” powinny działać razem, zwłaszcza w tych ostojach polskości, które zostały zbudowane przed wstąpieniem Polski do Unii Europejskiej. Różnice wieku między Polakami na Wyspach nie powinny odgrywać większej roli niż ma to miejsce we wszystkich zdrowych społeczeństwach to znaczy nie powinny być źródłem podziałów. W praktyce wydaje mi się, że jest wiele różnych oznak, że w naszej społeczności nie jest to do końca prawda. Z przyczyn historycznych istnieją odmienne środowiska i na pewno nie jest wszystko robione, aby to przezwyciężyć.

Marek Laskiewicz
Co poza wiekiem różni te pokolenia Polaków i ich środowiska?
– Wychowanie w dwóch różnych światach – w etosie przedwojennym, który w prostej linii miał kontynuację wśród Polonii brytyjskiej i w dzisiejszym świecie konsumpcyjnym, poprzedzonym także okresem PRL-u. Nawet używana polszczyzna jest wyraźnie inna. Przekłada się to na pewien ekskluzywizm niektórych działaczy starszego pokolenia i zabójcze przekonanie o własnej wyższości. Muszę powiedzieć, że jestem stanowczo przeciwny takiej elitarności. Prowadzi to do przekonania, że to środowisko samo w sobie jest nośnikiem kultury wysokiej a inne – kultury masowej. To gorszące założenie. Nie jest dla mnie problemem, że młodzi ludzie bawią się w dyskotekach a innego dnia przychodzą do POSK-u uczestniczyć w wydarzeniach kulturalnych. Odnoszę wrażenie, że wiele osób miałoby problem, by się pod tym podpisać. Podczas prezesury pani Ewy Brzeskiej ten problem stał się szczególnie wyraźny. Niektórym osobom odmawiano członkostwa w POSK-u z powodów, których nie udało mi się poznać.
Kandydował Pan na prezesa POSK-u. Jakie zmiany chciał Pan wprowadzić?
– Chciałem pomóc przezwyciężyć ten cichy lecz dający się odczuć podział na młodych i starych. Pierwsze co chciałem zrobić to zaprosić do członkostwa w POSK-u jako osoby indywidualne stu wyróżniających się liderów społeczności polskiej młodego i średniego pokolenia. Zrobić radykalny krok naprzód i te członkostwa wręcz rozdać. Otworzyć podwoje dla wszystkich istniejących grup i organizacji powstałych w ciągu ostatnich pięciu lat, zmagających się z problemami lokalowymi, finansowymi i innymi. Dać im to czego potrzebują, a nie to co chcemy, by reprezentowali. Tylko tak można uratować POSK jako żywe, dynamiczne i samowystarczalne centrum polskości w Wielkiej Brytanii. Niestety mój program nie spotkał się z aprobatą. Tymczasem dreptanie w miejscu działa na niekorzyść nas wszystkich i może w ciągu kilku lat doprowadzić do powolnej śmierci tej instytucji.
Czy to Pańskim zdaniem realne zagrożenie?
– Dziś wydaje się to nierealne, ale wszystko zmierza ku temu, że w nieodległej przyszłości POSK podzieli los Fawley Court. Jego sprzedaż też wydawała się niemożliwa, a jednak stała się faktem. Musi to być dzwonkiem ostrzegawczym i sygnałem, że to samo może stać się z POSK-iem. Będą listy otwarte, protesty, prośby – a to wszystko nic nie da. POSK zostanie sprzedany za cenę rynkową i tak zniknie symbol Polonii powojennej. Droga do tego scenariusza jest wyraźnie zarysowana. Jeżeli finanse POSK-u nie zostaną uzdrowione grozi mu bankructwo w ciągu kilku lat. To zaś nie będzie miało miejsca bez wprowadzenia mojego planu – bez względu na to pod czyim kierownictwem. Przeciwnie, pogrążanie się w samozadowoleniu i przekonaniu o świetlanej przyszłości bez wprowadzenia głębokich reform tylko przybliża twarde zderzenie z rzeczywistością.
Proszę więc powiedzieć co Pana tak niepokoi. W jaki sposób może dojść do upadku POSK-u?
– Od wielu lat POSK wykazuje stratę netto. W ciągu pięciu lat 2003-2007 stracił łącznie 2 mln 422 tys. 991 funtów, a otrzymał 2 mln 620 tys. 15 funtów. Strata w 2008 roku wynosiła 350 tys. funtów. Rekordowy był rok 2003 kiedy deficyt wyniósł 696 tys. funtów. To są oczywiście oficjalne dane dostępne członkom Rady POSK-u. Deficyt ten jest pokrywany z darowizn, głównie zapisów testamentowych. Innymi słowy, POSK istnieje jeszcze tylko dlatego, że umierają ludzie, którzy go zbudowali. Co jest dość perwersyjnym powodem do optymizmu. Kiedy dochody z testamentów i innych donacji spadną nastąpi katastrofa.
Zapowiedziałem, że jeśli zostanę wybrany zrobię wszystko, by zrównoważyć budżet a donacje wykorzystywać tylko na rozwój działalności, a nie finansowanie wydatków. Mam nadzieję, że mój kontrkandydat pan Lalko poradzi sobie ze stojącymi przed nim wyzwaniami.
Miał Pan zastrzeżenia co do transparentności finansów w tej instytucji. Z jakiego powodu?
– Teoretycznie zarząd POSK-u wybiera Rada złożona z 51 osób. W praktyce kontrola zarządu przez Radę jest, a przynajmniej była, czysto iluzoryczna. Ja jako członek Rady nie mogłem się dowiedzieć z kim, na jaki okres i na jaką kwotę podpisane są umowy handlowe. Nie można takich informacji ukrywać przed Radą pod pretekstem tajemnicy handlowej, bo wówczas kontrolna funkcja Rady staje się fikcją. A tak było w poprzedniej kadencji.
Sprawy finansowe były tematem jeśli nie tabu to przynajmniej w wyłącznej gestii zarządu. Na tym zarząd nie tylko nie zyskuje, ale traci, bo może to być okazją do domysłów i spekulacji. Nieprzejrzysty system refundowania wydatków doprowadził do nadużyć nawet w parlamencie brytyjskim, mimo wolnej prasy i kilkuset lat demokracji. Proszę sobie wyobrazić na jakie pokusy narażeni są członkowie zarządu POSK-u wydając co roku setki tysięcy funtów w sytuacji o wiele mniejszej kontroli. Skandal z wydatkami posłów doprowadził do reformy systemu refundacji kosztów. Więcej transparentności to dobra droga na uniknięcie pokusy nadużyć. Dotyczy to też innych fundacji i organizacji polonijnych, które dysponują sporym majątkiem praktycznie poza kontrolą. Na przykład Stowarzyszenie Polskich Kombatantów w ciągu kilku ostatnich lat sprzedało większość istniejących domów kombatanta. Na co były potrzebne te pieniądze – a mówimy o kwocie co najmniej kilku milionów funtów? Na co zostały wydane?
To nie są środki prywatne więc w myśl prawa sprawa jest publiczna, a jednak szczegółowe informacje nie są publicznie dostępne. Co jest dodatkowym powodem powściągliwości w kontaktach z osobami spoza jednorodnego i zaufanego środowiska. Ostatecznie brak transparentności zwiększa alienację, zagraża demokracji i potęguje istniejące problemy.
Ostatni taki piknik?
June 30, 2009
Przyjeżdżamy nieco spóźnieni. Z drogi widać długie szeregi zaparkowanych samochodów, a przed pałacem w Fawley Court długą kolejkę do ustawionych na trawie stołów, przy których jak pszczoły w ulu uwijają się mamy z komitetu rodzicielskiego wydając co kto sobie zażyczy, a ojcowie przy grillach przysmażają co tylko się da. Wypełniają się piknikowe talerze podpieczonymi na ruszcie pachnącymi kiełbasami i hamburgerami, bigosem przygotowanym przez siostry zakonne, sałatkami i rozmaitymi dodatkami. A na koniec coś słodkiego. Jest kawa, herbata, no i oczywiście polskie piwo i angielski pimms’.
Godną PRL-u kolejkę udaje nam się ominąć. Może na emigracji nie jesteśmy czwartą władzą, bo wydaje się, że tu nawet pierwszej nie ma, ale jakieś przywileje prasa jednak ma. Dostajemy więc pełne talerze z pachnącymi piknikowymi specjałami poza kolejką. Szczęściarze, czy oszuści? – zastanawiają się pewnie ci, przed którymi długi czas oczekiwania, zanim uda im się zaspokoić podrażniony wspaniałymi zapachami apetyt.
Trudno się dziwić, że kolejka taka długa, skoro na doroczny piknik sobotniej Szkoły Przedmiotów Ojczystych im. Tadeusza Kościuszki na Ealingu sprzedano prawie 500 biletów. Jest to jedna z wielu cyklicznych imprez, wspierająca budżet największej polskiej szkoły sobotniej na Wyspach.
Dzieci w kolejce mało. Ich zapachy nie drażnią, wolą piłki, skakanki, hoola-hopy, niczym nie skrępowane szaleństwo w wielkiej przestrzeni parku wokół zabytkowego pałacu Falwey Court. A przecież wciąż czekają na nie jeszcze inne atrakcje.
Z pełnymi piknikowymi talerzami siadamy przy ukrytym w zieleni stoliczku.
– Mam tu gdzieś dzieciom malować buzie – podchodzi do nas nieśmiało jeden z rodziców. Sam, jak się okazuje, nauczyciel matematyki w angielskiej szkole. Stefan Siciński, choć urodzony tutaj, dba jednak, by jego dzieci nie zapomniały skąd się wywodzą. Posyła więc swoich synów do polskiej szkoły, a sam, kiedy tylko może, udziela się w pracach komitetu rodzicielskiego.
– Proszę się nie martwić, właśnie kończymy, za chwilę stolik będzie do pana dyspozycji.
Tak się staje i niebawem wokół pałacu biegają kotki-Justynki, żabki-Oliwie, pantery-Anie, motylki-Asie, co świadczy o dużej wyobraźni i talentach plastycznych malarzy dziecięcych buzi.
Jeśli jeszcze kiedykolwiek będę uczestniczyć w pikniku zorganizowanym przez tę szkołę, wiem, że na pewno wykupię los na loterię. Choć zwykle nie mam szczęścia, nagrody w tej loterii to nie nikomu niepotrzebne odpadki-szkaradki, ale zafundowane – dzięki staraniom rodziców – przez dobre marki kosmetyki, urządzenia elektroniczne itp. itd. Ci, których los okazał się szczęśliwy, na pewno swojej
Zorganizowanie takiej imprezy to wysiłek wielu ludzi. – Zaczynamy przygotowania co najmniej miesiąc wcześniej, ale na dwa tygodnie przed to już bardzo intensywna praca – opowiada Andrzej Rumun, przewodniczący komitetu rodzicielskiego, urodzony w Wielkiej Brytanii. Jego ojciec – Jacek – był założycielem chóru w tej samej szkole. Jak widać przywiązanie do korzeni to w rodzinie Rumunów ważna rzecz. Zresztą nie tylko w tej rodzinie. W szkole na Ealingu wiele dzieci to trzecie pokolenie Polaków na Wyspach. Ale są też takie, które przyjechały tu całkiem niedawno.
– Dziś już od ósmej rano pracujemy tutaj na miejscu, żeby wszystko było odpowiednio przygotowane – kontynuuje Andrzej Rumun. Ale dzięki pracy społecznej wielu rodziców, fundusz szkoły jest w zdrowej kondycji, mamy zabezpieczenie finansowe, gdyby na przykład trzeba było wynająć inne miejsce na prowadzenie zajęć.
Piknik jest rzeczywiście dobrze zorganizowany, widać, że wszyscy znakomicie się czują. Jest to bez wątpienia nie tylko zasługa organizatorów, ale również miejsca. Schodzący aż do Tamizy piękny park wokół pałacu Fawley Court daje ogromne możliwości wyboru spędzenia czasu na świeżym powietrzu. Jedni się opalają, inni w dużych grupach gawędzą w cieniu drzew. Ktoś zajdzie do kościoła pomodlić się przez chwilę w skupieniu. To tu, to tam rozgrywają się różne mecze, zawody, wyścigi. Przy scenie zorganizowanej na konkurs młodych szkolnych talentów – Pop Idol (wygrał Damian Jung) – gra muzyka. Trudno wyobrazić sobie lepsze warunki i nie czuć się jednocześnie uprzywilejowanym. Wiele osób, które przyjechały tego dnia do Fawley Court, zdaje sobie z tego sprawę.
– To wielka szkoda, że tracimy to miejsce. Ale nam, Polakom, brakuje profesjonalizmu w tym co robimy. Im dłużej tu jestem, tym bardziej to widzę. Mówię oczywiście o ogóle, bo są indywidualne przypadki osób, które osiągają duży sukces. To miejsce potrzebuje pomysłu na dobre wykorzystanie i sprawnego zarządzania. Ale szkoda, że zaczęło się o tym mówić, kiedy było już za późno. My czujemy wielki żal – mówi Grzegorz Zawodny. Do Fawley Court przyjeżdżają od wielu lat. Najpierw z grupą modlitewną, a teraz już ze swoimi uroczymi bliźniaczkami. – Gdyby było społeczne zaangażowanie, sprawy potoczyłyby się pewnie inaczej – dodaje żona Grzegorza, Justyna.
Odbijam w bok ze ścieżki wiodącej od Tamizy w kierunku kościoła św. Anny. Na miejscu, gdzie w Zielone Świątki zwykle rozstawiano ławki dla wiernych, rozgrywa się mecz. Zastanawiam się, kto z kim walczy o zwycięstwo. Próbuję wyodrębnić drużyny. Jedyne rozróżnienie, jakie jestem w stanie zauważyć, to ci rozebrani do pasa lub nie. – Goli przeciwko ubranym? – pytam naiwnie. – Nie! Rodzice kontra dzieci! – ktoś krzyczy do mnie w biegu. – Kto wygrywa? – krzyczę również. – Na razie remis! – No i dobrze, niech tak zostanie – myślę sobie. Przecież nie chodzi o bezwzględne współzawodnictwo, lecz o dobrą, wspólną zabawę.
– A siostra w tym roku nie kopie? – zauważam siedzącą na ławeczce siostrę Teresę ze Zgromadzenia Sióstr Zmartwychwstanek na Ealingu, która w zeszłym roku znalazła się na pierwszej stronie „Nowego Czasu”, uchwycona obiektywem sprawnego fotografa w momencie oddawania precyzyjnego strzału. – Już kopałam – słyszę, i natychmiast czuję rozczarowanie. – Tym razem spóźniliście się.
No tak, takich okazji nie powinno się przegapić. Siadam więc na ławeczce pod drzewem obok siostry Teresy, która obserwując rozgrywający się mecz, przywołuje wspomnienia odwracając kartki swojego długiego życia. – To dobrze, że jest takie miejsce, gdzie Polacy mogą mieć poczucie swojej tożsamości i dumy – mówię, a siostra idąc mi w sukurs na to: – Syn mojego brata ciotecznego, kiedy poszedł do szkoły i powiedziano mu, że jest Brytyjczykiem, bo przecież urodził się w Wielkiej Brytanii, odpowiedział: czy koń, który urodził się w kurniku staje się kurą?
No właśnie, każdy pewnie na to pytanie odpowie sobie sam.
Teresa Bazarnik
Burmistrz Stefan
May 27, 2009
Udało się, pomimo korków spowodowanych protestami Tamilów przed parlamentem. Wchodzę punktualnie do okazałego magistratu londyńskiej gminy Islington. – Jestem umówiony z burmistrzem Stefanem Kasprzykiem – informuję, z zachowaniem oficjalnej formy, dyżurnego portiera. – A, ze Stefanem – pada serdeczne potwierdzenie. – Proszę siadać. Portier wykonuje kilka telefonów, do magistratu wchodzą urzędnicy. Po chwili wpada burmistrz. Przestronnymi korytarzami idziemy do jego gabinetu, w którym pozostanie jeszcze przez kolejne dwa dni. Roczna kadencja dobiega końca.
Do gabinetu najważniejszej osoby w magistracie wchodzimy bezpośrednio z korytarza, nie ma sekretarki, nie było też wpisywania na listę gości. Jak dotąd wszystko pozbawione zwykłej w takich sytuacjach formalności. I nagle, dobrze czytelny już styl sprawowania władzy przez tego burmistrza jakby zderzył się ze splendorem jego gabinetu. Wszystkie ściany od podłogi do sufitu pokryte dębową boazerią, w nią wtopione monumentalne drzwi i jeszcze większe okna. – Piękny gabinet – zauważam. – Piękny, ale konserwacja jest stosunkowo tania, wystarczy od czasu do czasu przetrzeć drewno – jakby usprawiedliwiająco reaguje na moją uwagę burmistrz Kasprzyk. Ta niezwykłość wystroju z minionej epoki, zdaniem burmistrza, spełnia nadal swoją podstawową i pozytywną, rolę – nadaje funkcji publicznej należną rangę.
– Zapraszałem tu różnych ludzi, często dzieciaki, dla których było to duże przeżycie – słyszę komentarz.
– Ten okazały Town Hall gminy Islington powstał na początku XX wieku z inicjatywy konserwatywnych radnych, co nie znaczy przecież, że powinni korzystać z niego tylko radni z Partii Konserwatywnej. Korzystają wszyscy, ma służyć społeczności, a nie budowniczym, bo w takim celu powstał.
Ta dygresja Stefana Kasprzyka była częścią naszej rozmowy o dorobku polskiej emigracji. Co zrobić z piękną spuścizną tych, którzy zakładali polskie ośrodki na obcej ziemi? Sprzedawać, bo tych, którzy je budowali jest coraz mniej? Nie wchodząc w indywidualne przypadki burmistrz Kasprzyk uważa, że sprzedaż jest najgorszym rozwiązaniem.
– Cele się nie zmieniły, jest społeczność, młodzi Polacy, i ośrodki te powinny im służyć. Co z tego, że to nie oni je budowali?
Historia Polaków na Wyspach to również rodzinna historia Stefana Kasprzyka. Syberia, armia gen. Andersa, trudne początki w Anglii. Takie były koleje życia jego rodziców. Stefan Kasprzyk urodził się po wojnie w Wielkiej Brytanii, w Islington. Jest więc Brytyjczykiem i Polakiem. – Nigdy nie miałem problemów z tożsamością. Jestem Brytyjczykiem i Polakiem. Co w tym dziwnego? Brytyjczykami są Anglik, Szkot, Walijczyk, dlaczego nie Polak? Oczywiście w czasach mojej młodości nie było to tak oczywiste jak teraz, w wieloetnicznym Londynie – w samym Islington mieszkańcy mówią w trzystu językach.
Przez ponad cztery pierwsze lata swojego życia był jednak tylko Polakiem. Jego pierwszym językiem był polski, wychowywał się w polskim domu. Kiedy zaczął chodzić do angielskiej szkoły o jego polskie korzenie zadbali wychowawcy szkoły sobotniej przy parafii na Devonii. Rozmawiamy po polsku.
Podobnie jak wielu Polaków urodzonych na Wyspach na żonę wybiera Polkę z kraju.
Stefan Kasprzyk cały czas mieszka w Islington, pracuje jako technik w BBC, jest działaczem związkowym, wstępuje do Partii Liberalnych Demokratów. – Politycznego wyboru dokonałem wcześnie, jeszcze w szkole, mieliśmy wybrać partię polityczną i bronić jej programu na potrzeby debaty uczniowskiej. Mnie przypadła partia liberałów, przeczytałem program, który od razu mi odpowiadał, i tak już zostało.
Siedem lat temu liberałowie w Islington poprosili Stefana Kasprzyka o udział w lokalnych wyborach.
– Miałem być tzw. „wypełniaczem”, w tym okręgu nie mieliśmy szans z laburzystami. Koledzy powtarzali: „Wybór ci nie grozi, musisz tylko przedstawić wyborcom nasz program”. Przedstawiłem i wygrałem.
W ten sposób Stefan Kasprzyk został radnym w swojej dzielnicy, a po siedmiu latach grono radnych wybrało go na burmistrza, na roczną kadencję. Chociaż burmistrz w strukturze samorządowej nie ma realnej władzy, jak na przykład prezydent polskiego miasta czy burmistrz Londynu wybierany w wyborach bezpośrednich, to jednak jest najbardziej widocznym i rozpoznawalnym przedstawicielem gminy. Jest w dalszym ciągu radnym, a bycie burmistrzem jest jakby dodatkową funkcją wymagającą dużego poświęcenia.
– Byłem dumny z tego wyboru, nie byłem wprawdzie pierwszym Polakiem na tak zaszczytnym stanowisku, niemniej jednak…
– Nie musi Pan rozwijać tej myśli – wchodzę mu w słowo – udział Polaków w brytyjskim życiu publicznym, a tym bardziej odniesiony w nim sukces nie jest częstym zjawiskiem.
Po wstąpieniu Polski do Unii sytuacja powoli się zmienia. Polityka na szczeblu lokalnym nabiera coraz większej rangi. W wyborach liczy się każdy głos, dlatego aktywność polityków w polskim środowisku nie jest tylko kurtuazyjną obecnością.
– Ale politycy przestaną się Polakami interesować, kiedy zauważą, że jest to martwy elektorat – zauważa burmistrz Kasprzyk. – Z kolei uzyskane poparcie (bez względu na partię polityczną) przełoży się na konkretne rzeczy. Niestety Polacy, chociaż stanowią dużą grupę społeczną, nie potrafią korzystać ze struktur demokratycznych.
– W Islington, podobnie jak w innych miejscach Wielkiej Brytanii, widzimy i słyszymy naszych rodaków na ulicy, ale nie ma ich w statystykach. Znacznie mniejsze grupy etniczne potrafią zadbać o swój interes, Polacy wolą radzić sobie sami, a przecież władze lokalne nie są tylko po to, żeby dbać o czystość ulic i kontrolę ruchu ulicznego.
– Chcemy współpracować z naszymi wyborcami, po to nas wybie-
rają – podkreśla burmistrz Kasprzyk. A moi wyborcy to przede wszystkim Brytyjczycy – dodaje. Nie może być automatycznego przełożenia, że ja jako Polak zadbam o interesy Polaków. Polacy muszą sami te interesy sprecyzować i wystąpić publicznie o wsparcie.
Plany na przyszłość? – Za dwa dni niewiele się zmieni. Pozostaję w magistracie, do następnych wyborów samorządowych jestem radnym, a jest to trochę więcej niż zwykła praca. Przy największym nawet oddaniu pojawia się zmęczenie, a z nim pytanie – kandydować, czy nie? Takie dylematy rozstrzygnęła jednak moja żona – niech wyborcy zdecydują. Sąd wyborców dla polityka samorządowego to sprawa najważniejsza, ich mandat zobowiązuje.
– Przed kolejnymi wyborami czeka mnie dużo pracy, dlatego jadę na krótki urlop. Trzeba trochę odpocząć. Muszę też zawieźć do Polski ojca, co jest zawsze dla nas dużym przeżyciem i źródłem satysfakcji. Polska tak bardzo się zmienia. Polacy mają po tylu latach niewoli możliwość wyboru miejsca zamieszkania. Z takiego wyboru skorzystają ci na Wyspach. Moim zdaniem ponad 30 proc. pozostanie na stałe tutaj i przedłuży naszą obecność i wkład w życie brytyjskie.
Grzegorz Małkiewicz
Fundacje, fundacje…
May 10, 2009
Polski Londyn posiada wiele fundacji. Ile ich jest naprawdę, jakimi dysponują kapitałami i odsetkami, jak funkcjonują? Przypatrzmy się przynajmniej ich bieżącej sytuacji na przykładzie tych największych.
Ostatnia reforma prawna, której wyniki zawiera dokumentacja Charities Act 2006 (The Act) – weszła w życie w latach 2007-2008, stworzyła nowe możliwości działania istniejącym od dawna jak i nowo zakładanym fundacjom. Przede wszystkim pozwala na większą elastyczność ich funkcjonowania i zapobiega biurokracji. Pozwala też na zmianę definicji celów i statutu. Daje nowe możliwości administrowania aktywami, ustala sprawy procedury zamykania i konsolidacji z instytucjami o podobnej działalności. Mamy obecnie do dyspozycji legalne struktury – Charitable Incorporated Organization (CIO).
Prawo charytatywne, rozwijające się na przestrzeni ostatnich trzech wieków, nie zawsze było dostosowane do czasów najnowszych. Nowoczesne uwarunkowania wymagają bardziej precyzyjnego zdefiniowania np. tego, co to znaczy for charity lub for public benefit. The Act w 13 punktach mieści wszystko to, co prawo uznaje za cel charytatywny. Ubezpiecza działalność fundacji dla pożytku publicznego, to znaczy w sposób dokładniejszy niż poprzednio zabezpiecza społeczność przed nadużyciami. Tym samym wpływa na wzrost społecznego zaufania. Dwa słowa angielskie: accountability i transpasrency najlepiej określają, czego nie należy lekceważyć: ,,odpowiedzialności wobec’’ i ,,przejrzystości’’ działań.
Około 13000 większych instytucji charytatywnych (Charities), poprzednio zwolnionych z prezentacji danych w Charities Commission Register, obecnie musi podlegać temu rejestrowi.
Weźmy pod lupę wybrane fundacje w dwu sporządzonych przeze mnie na podstawie danych Charity Commission (CC), załączonych tutaj tabelach. Wiele równie ważnych (około 20) fundacji zostało tu pominiętych. W tabelach uwidocznione są: ochrona kapitału i dyscyplina wydatków, jak również dynamika dochodów poszczególnych fundacji. Głębszą ocenę danych pozostawiam czytelnikom.
Fundacje, które mają wielokrotne opóźnienia w składaniu prezentacji mogą być skreślone z rejestru CC. W wyjątkowych przypadkach, jeżeli opóźnienia spowodowane były ważnymi przyczynami Charity Commision jest liberalna. Kryteria stawiane kandydatom na powierników są zdefiniowane w The Act.
Warunki polskiego środowiska w Wielkiej Brytanii narzucają dodatkowe wymagania. Powinnością każdej fundacji jest zdobywanie funduszy (fundraising) – The Act precyzuje więc i warunki wzbogacania fundacji, określa też reguły postępowania powierników. Nie jest wskazane, by te same osoby były powiernikami w kilku fundacjach, może to powodować konflikty interesu.
Nowym szczegółem, który wprowadza The Act, jest rodzaj zabezpieczenia dla każdej fundacji w postaci sygnału zwanego gwizdkiem alarmowym (whistleblowing). Prawo i etyka zawodowa wymagają od Auditors, Accountants i Examiners sygnalizowania wykroczeń, jeżeli takie zaistniały w fundacji.
Na podstawie załączonych tabeli spróbujmy oszacować wybrane fundacje.
The POSK Foundation
powstała pod nazwą Fundacja Przyszłości POSK-u. Analiza danych tej fundacji wskazuje spadek jej dochodów. Słaba ochrona kapitału spowodowała obniżenie z około £3 mln do dzisiejszego stanu funduszy – około £2 mln Wszystkie dochody procentowe zostały zużyte na potrzeby POSK-u. Tym niemniej jest to fundacja o dużej przyszłości, istnienie jej ściśle wiąże się z nowelizowaniem jej statutu i z rozwojem POSK-u.
The Fifth Polish Kresowa Infantry Division Widows Orphans & Invalids Relief Fund (5DSK)
jedna z najstarszych fundacji o szlachetnych celach uwidocznionych w nazwie. Jej inicjatorem był gen. Nikodem Sulik. Słabą ochronę kapitału fundacji można tłumaczyć dążeniem powierników do zaspokojenia potrzeb 5DSK w ciągu ostatnich 20 lat. The Charities Act 2006 daje możliwości reformy celów lub fuzji z fundacją o podobnych celach. Fundacja posiada 12 powierników.
The Polish Education Society (Polska Macierz Szkolna za Granicą – PMSZ)
jest to stosunkowo młoda fundacja obejmująca majątek PMSZ, o wydajnej kulturze ochrony kapitału, posiadająca dyscyplinę wydatków. Jej niedostatkiem wydaje się mała liczba powierników (trzech). Warto śledzić jej postępy.
Polish Cultural Foundation ( Polska Fundacja Kulturalna – PFK)
istnieje od 1950 r., jest właścicielem ,,Dziennika Polskiego i Dziennika Żołnierza’’. Fundacja o wielkich potrzebach. Lata 2002-2005 wykazały błędną politykę finansową, personalną i wydawniczą. Kiedy PFK groził upadek, powiernicy złożyli rezygnacje. Fundacja ma duże osiągnięcia wydawnicze (ponad 500 opublikowanych książek autorów emigracyjnych i krajowych).
The Polonia Aid Foundation Trust (PAFT)
fundacja powstała w 1987 r. Pozytywna ochrona kapitału (gorzej jest z jej dyscypliną dotrzymywania dat obowiązujących wobec CC). PAFT regularnie wspomaga ,,Dziennik Polski’,’ Bibliotekę Polską w Londynie i Zjednoczenie Polskie w Wielkiej Brytanii. Udziela kwartalnie dotacje m.in. na działalność dydaktyczno-oświatową i naukową, na inicjatywy wydawnicze i artystyczne. Posiada 10 powierników. Jedyna to fundacja, która regularnie podaje do wiadomości publicznej w ,,Dzienniku Polskim’’ wysokość dotacji na poszczególne cele. Nie wspomaga działalności politycznej i gospodarczej.
M. B. Grabowski Fund (Fundacja Mateusza B. Grabowskiego)
fundusz założony przez londyńskiego aptekarza w 1975 r. Świecka fundacja zasłużona dla niesienia kultury polskiej w społeczność angielską, w której na ośmiu powierników jest czterech księży. Warto zauważyć, że od 1986 r. fundacja dotuje School of Slavonic and East European Studies. M.B. Grabowski stworzył wspaniały instrument do promowania polskiej kultury i nauki. Z wielkim niepokojeniem obserwuję dalsze losy tej fundacji.
Children’s Health Centre (Warsaw) Fund
celem fundacji jest wspomaganie Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie. Ze względu na to, że fundacja odznacza się niską dyscypliną przestrzegania dat (compliance history) oraz przekazuje mało danych w swoich sprawozdaniach do CC – trudno ocenić jej działalność. Wielu z zainteresowaniem śledzi funkcjonowanie tej fundacji.
Polish Air Force Association Charitable Trust 1995 – PAFA (Fundacja Stowarzyszenia Lotników Polskich 1995)
fundacja o specyficznych celach: pomoc byłym żołnierzom Polskich Sił Powietrznych oraz ich rodzinom, kształcenie na studiach doktoranckich z aerodynamiki, dotowanie publikacji o polskim lotnictwie w Wielkiej Brytanii. Wspiera też wiele instytucji, miedzy innymi ,,Dziennik Polski’’. Obecnie można zauważyć niską ochronę kapitału tej fundacji. Jeżeli chodzi o przyszłość, biorąc pod uwagę szybko malejącą liczbę kombatantów, fundacja podjęła kroki w kierunku przygotowań zakończenia działalności. Trwają konsultacje z Charity Commission.
Polish Social and Cultural Association Limited (Polski Ośrodek Spoleczno-Kulturalny – POSK)
stowarzyszenie charytatywne odpowiedzialne za sprawne funkcjonowanie jednego z najbardziej żywotnych ośrodków społeczności polskiej w Wielkiej Brytanii. W wyniku darów i spadków POSK skutecznie balansuje swoje finanse.
Koszty utrzymania ośrodka są duże. Na jego utrzymanie nie wystarczają dochody z działalności komercyjnej. Jeżeli ofiarność naszego społeczeństwa nie zawiedzie, możemy przepowiadać długą i pomyślną przyszłość POSK-u.
The Medical Aid for Poland Fund (MAPF)
fundacja o dużych zasługach. Powstała w okresie stanu wojennego. Cele fundacji odzwierciedlone są w nazwie. Charakteryzuje się wysoką kulturą ochrony kapitału, regularnym i w odpowiednim czasie udostępnianiem danych do Charity Commission. MAPF posiada tylko czterech powierników. Na ten fundusz pracuje sklep (MAPF) charytatywny na Ealingu.
The Polish Ex-Combatants Association Trust Fund (Stowarzyszenie Polskich Kombatantów w Wielkiej Brytanii – SPK )
fundacja o szerokich celach, podobnie jak PAFT odznacza się dużą ofiarnością wobec potrzebujących. Posiada pozytywną kulturę ochrony kapitału. Jest szczególnie zasłużona w akcji ratowania ,,Dziennika Polskiego’’. Niskie zasoby kapitału sprawiają, że dalsze losy tej fundacji mogą niepokoić.
Polish Women’s Benevolent Association Ltd (PWBA, Zjednoczenie Polek)
zasłużona organizacja o dużym wachlarzu celów. Zjednoczenie obecnie koncentruje się na pracy charytatywnej na Kresach II RP i dla Polaków w Wielkiej Brytanii. Odznacza się dobrą kulturą ochrony kapitału oraz dyscypliną przestrzegania dat. PWBA nie ma płatnych pracowników.
Marian Fathers Charitable Trust (MFCT)
młoda fundacja (powiernictwo Zgromadzenia Księży Marianów ) w ciągu stosunkowo krótkiego okresu oo. marianie dzięki polskim wiernym zgromadzili znaczne fundusze. Oprócz realizowania własnych celów w Wielkiej Brytanii fundacja wspomaga misje w Afryce, w Ameryce Płd., w byłym Związku Sowieckim, w Polsce i na ziemiach IIRP. Odznacza się znaczną kulturą ochrony kapitału oraz dużą dyscypliną przestrzegania dat Charity Commission. Dane w tabeli nie uwzględniają planowanej sprzedaży nieruchomości w Fawley Court.
Fundusz Zjednoczenia Polskiego w Wielkiej Brytanii (FZP)
jedna z najmłodszych fundacji o skromnym zasobie kapitału. Głównym jej celem jest wspomaganie działalności Zjednoczenia Polskiego. Potencjalnie FZP ma warunki na stały rozwój zasobów kapitałowych. Warto zaznaczyć, że jednym z celów Zjednoczenia jest reprezentowanie interesów społeczności polskiej na Wyspach Brytyjskich.
The Polish Benevolent Fund ( PBF)
najstarsza polska fundacja charytatywna, fundacja Polskiej Misji Katolickiej w Anglii i Walii. Skład powierników (3 świeckich i 5 księży). Jest również jedną z najzasobniejszych fundacji. Duża kultura ochrony kapitału wzbogaca jej zasoby. Ostatnio powstała nowa fundacja: The Polish Catholic Mission (Polska Misja Katolicka) z początkowym kapitałem £100. Skład osobowy powierników jest taki sam jak PBF.
The Relief Society for Poles Trust (Towarzystwo Pomocy Polakom, TPP)
ma swoje korzenie w Polskim Czerwonym Krzyżu okresu wojennego. Posiada szerokie cele charytatywne. Według Raport of Trusties koordynuje siedem grup charytatywnych w Anglii. Raport dla CC nie podaje szczegółów tej działalności. Nowych powierników fundacja wybiera spośród członków Towarzystwa lub wolontariuszy. TPP obecnie posiada pięciu powierników.
Veritas Catholic Education, Welfare and Cultural Foundtion (Veritas Foundation)
fundacja koncentrująca siły i zasoby na promocji kultury katolickiej. Ma znaczące osiągnięcia na polu publikacji dotyczących wyznania rzymskokatolickiego. Wspiera tygodnik ,,Gazeta Niedzielna’’ oraz Veritas Printing & Publishing Ltd (VPP).
The Polish Institute and Sikorski Muzeum (Instytut Polski i Muzeum im. Gen. Sikorskiego)
znana i zasłużona instytucja o szeroko zakrojonych celach w wobec historii wojskowości z uwzględnieniem wkładu Polskich Sił Zbrojnych z okresu II wojny światowej pod dowództwem gen. Sikorskiego. Historyczne znaczenie tej instytucji jest doceniane w darach i spadkach przekazywanych na jej konto przez polską społeczność. Instytucja odznacza się dobrze rozumianą kulturą ochrony kapitału.
Polish University Abroad (Polski Uniwersytet na Obczyźnie – PUNO)
fundacja zarejestrowana w 1988 r. Uczelnia o długich tradycjach, prowadzi działalność w zakresie nauk humanistycznych i społecznych oraz kursy komputerowe. Organizuje cykle wykładów, seminaria, sympozja i konferencje. Obecnie ma niefortunnie niski zasób kapitału oraz niską kulturę jego ochrony.
***
Kończąc ten krótki przegląd warto zauważyć, że wiele polskich fundacji posiada zbieżne cele, a więc i możliwości fuzji, duże zastrzeżenia budzi polityka personalna w doborze powierników niektórych fundacji. Dzieje się tak, gdy na przykład w dwu lub kilku fundacjach o tych samych lub konkurujących ze sobą celach te same osoby są powiernikami.
Niepokoi też, że zbyt często selekcja nowych powierników ograniczona jest do zawężonych kręgów. W wielu przypadkach przydałaby się lustracja zarówno nowych kandydatów, jak i działających powierników. Prawdopodobnie wpłynęłoby to na wzrost funduszy ze źródeł prywatnych.
Biorąc pod uwagę obecną sytuację ekonomiczną Wielkiej Brytanii, dochody prawie wszystkich fundacji, także polskich – spadną, co ujemnie odbije się na ich działalności. Interesujące podsumowanie dochodów i rozchodów 19 fundacji dają tabele. Kapitał fundacyjny polskiego Londynu, podsumowując najogólniej, wynosi kilkadziesiąt milionów funtów. The Act 2006 w licznych przypadkach funkcjonowania fundacji przychodzi z pomocą, ale wykorzystanie różnych możliwości operowania kapitałem i odsetkami zależy głównie od dobrej woli i wizji powierników. O wymienionych wyżej fundacjach obszerniej traktuje dokumentacja The Charities Commission, a w wielu przypadkach także „Encyklopedia polskiej emigracji i Polonii”.
Ryszard M. Żółtaniecki
Studentem być, ale gdzie?
March 22, 2009
Szumnie przyjęty projekt pod nazwą „Pakt dla wiedzy” i strategia dla edukacji na lata 2007-2013 zgodnie stwierdzają, że studia w Polsce powinny być płatne. Nie wiadomo tylko od kiedy i ile. Choć bezpłatne kształcenie jest często tylko z nazwy „darmowe”, wielu polskich studentów nie czeka na kolejną reformę szkolnictwa wyższego, tylko pakuje plecak i rusza na studia zagranicę.
Znasz li ten (k)Raj?
March 2, 2009
W dobie coraz poważniejszego kryzysu finansowego część mieszkających na Wyspach Polaków zastanawia się nad powrotem do kraju. W końcu skoro całą Europę, ba, wręcz cały cywilizowany świat czekają najcięższe – być może – chwile od zakończenia II wojny światowej, to może lepiej ich nadejścia oczekiwać wśród „swoich”? [Czytaj dalej]
Dublińczycy to nie „Londyńczycy”
February 23, 2009
Większość polskich mediów podchodzi do zjawiska nowej emigracji niczym ślepcy do słonia w buddyjskiej przypowieści. Dotykając wyłącznie jego kła stwierdzają, że słoń podobny jest do ogromnej marchwi… W ten sposób upowszechnia się mit Polaka pracującego na irlandzkim zmywaku albo kryminalny wizerunek emigrantów lansowany przez telewizyjny serial „Londyńczycy”. [Czytaj dalej]
Racja stanu
December 7, 2008
Kolejna prasowa bzdura. Kolejny protest bezradnych Polaków. Może więc nie przyjechaliśmy tu tylko po to, by zarobić jak najwięcej funtów, może gdzieś po drodze uda nam się dokonać tego, czego nie udało się żołnierzom II wojny światowej, ich żonom i rodzinom, a także Janowi Karskiemu, Władysławowi Bartoszewskiemu, Normanowi Dawiesowi i innym powiernikom polskiej prawdy historycznej, która w zasadzie nie jest niczym innym, jak naszą prywatną, wewnętrzną polską racją stanu.
O żesz, Mojżesz
December 3, 2008
Donald Tusk, któremu nie od dzisiaj marzy się bycie Mojżeszem polskiej diaspory, przywiózł nam w walizce „Powrotnik” oraz „PLan na powrót”. Dyrektor Departamentu Migracji w MPiPS Janusz Grzyb ogłosił, że za premierem niebawem może ruszyć w drogę do kraju nawet pół miliona emigrantów. Po raz kolejny ktoś zapomniał zapytać o zdanie na ten temat samych zainteresowanych, czyli nas. A wciskając nam do ręki plan powrotu nie mówi się, czy mamy do czego i po co wracać…
Sama wizyta Donalda Tuska w Londynie, a także jej echa w polskich mediach wywołują wśród emigrantów żywiołowe reakcje.
- Szczerze mówiąc to nawet premiera rozumiem – mówi Ola, specjalistka bankowa z Southampton. – Chce się czymś za wszelką cenę wykazać, a w kraju nie jest to takie łatwe. Każdy widzi czy jest praca i za ile, każdy widzi ile kosztuje żywność w sklepach… Nie da się ludziom wmówić, że ich szara codzienność nagle, jak zaczarowana, zmieniła się w wymarzony raj. Co innego z emigrantami. Na spotkaniu można im próbować wcisnąć, że w kraju wszystko się zmienia na lepsze… Potem wystarczy, że ktoś z rządu rzuci kolejną, wyssaną z palca cyfrę wracających i już mamy gotowy i całkiem niedrogi sukces!
Andrzej, były nauczyciel z technikum mechanicznego, po nocach prowadzi tira po drogach południowej Anglii. Pracuje dla niewielkiej firmy logistycznej z okolic Southampton. Chociaż do kolejnych rewelacji o masowym exodusie Polaków z Anglii stara się podchodzić bez emocji, nad tymi jednak trudno mu zapanować.
- Ja rozumiem, że rząd potrzebuje dobrej propagandy. Wszystko w porządku, to polityka i nikt nie oczekuje, by była czysta. Ale z drugiej strony, dlaczego naszym kosztem ktoś sobie robi dobrze? Czy jednak naprawdę urzędnikowi z ministerstwa tak trudno zrozumieć, że gdy się tak w kółko krzyczy, że pół miliona Polaków opuszcza Anglię, to w końcu znajdzie się ktoś, kto uwierzy? Może na przykład dyrektor marketu ASDA uzna, że skoro nie ma Polaków w Southampton, to nie trzeba już sprowadzać żywności i polskiego piwa do polskiego kącika w naszym markecie. Albo może planująca budżet na następny rok dyrektorka szkoły w polskiej dzielnicy Shirley uzna, że skoro już nie będzie Polaków, to i znikną polskie dzieci, których dzisiaj w jej szkole uczy się około 30 proc. A skoro ich nie będzie, to może wymazać z niezbędnych wydatków etaty polskich asystentów nauczycieli? Banki nie będą mieć polskich klientów, więc nie potrzebni im polskojęzyczni konsultanci… I tak można wymieniać długo. To takie, może skromne, ale bardzo bolesne skutki czyjegoś politycznego egoizmu.
W dniu wizyty premiera rządowy doradca Michał Boni w wywiadzie dla stacji telewizyjnej, dość mocno ciągnięty za język przez dziennikarkę o detale aktualnej fali powrotów z emigracji wykręcił się zręcznym sformułowaniem, że fala powrotów jest teraz większa niż fala wyjazdów.
I tu jest właśnie nowość, bo chyba po raz pierwszy media, zamiast bezmyślnie powtarzać rewelacje o setkach tysięcy rzekomo wracających do kraju, w większości odniosły się do kolejnych powrotowych rewelacji sceptycznie. A więc cytowana w reportażu pani socjolog trafnie zauważyła, że jeśli nawet kryzys dotknie część Polonusów i jeśli nawet część z nich zostanie bez pracy, to niby czemu mają wrócić zaraz do Polski, skoro zasiłek dla szukających pracy w Anglii jest czterokrotnie wyższy niż zasiłek dla bezrobotnych w Polsce. Inna stacja pokazała młodego, legitymującego się znakomitym angielskim człowieka, który po kilku latach pracy kelnera na Wyspach wrócił do Polski skuszony obietnicami, że przecież pracodawcy na niego czekają i zaraz zacznie pracę w swoim wykształconym zawodzie, za godziwe pieniądze. Nie krył przed kamerami rozczarowania. A szczególnie silne wrażenie robiło jedno jego zdanie: „Teraz już wiem, ze emigranci wcale tu nie są nikomu potrzebni”.
Dyrektora Janusza Grzyba zacytował między innymi Onet na swoim, dedykowanym emigrantom portalu onet.eu. Znamienne są komentarze internautów. Zdecydowana większość do wypowiedzi odnosi się krytycznie. Zacytujmy: „Tak jest. Pół miliona wraca POjutrze. Kolejne pięć milionów w przyszły piątek”; „POdjąłem decyzję. Pół miliona naszych obywateli wróci wkrótce do Polski. A wraz z nimi Anglicy, Walijczycy, Szkoci…”; „Tak, już lecę! Do biedy, marazmu, już się pakuję…”; „Odliczyć mnie od tego miliona, bo ja na pewno nie wrócę”; „Ja też wrócę. Po zakupy i z powrotem, ha ha ha”… I tak można w nieskończoność.
Premierowi Tuskowi marzy się exodus. Warto jednak przypomnieć sobie Biblię. Mojżesz wyprowadzał Izraelitów z Egiptu, kraju ucisku i krzywd, by poprowadzić ich do Kanaan, ziemi miodem i mlekiem płynącej. Wysłani przez patriarchę zwiadowcy przynieśli niedowiarkom kiść winogron tak ogromną, że musieli ją dźwigać na podtrzymywanym na ramionach kiju.
Może i kiedyś jakiś premier wyprowadzi z Wysp pół miliona emigrantów, najpierw jednak musi pokazać im taką winorośl. Prawdziwą, a nie papierowy „Winogronnik”.
Grzegorz Borkowski






Komentarze