Konserwowa garsonka

February 24, 2010

Przyglądam się ostatnio różnym sposobom, w jaki ludzie się ze sobą komunikują, i z przerażeniem stwierdzam, że coraz mniej rozumiem. Ale może to jest właśnie nowy sposób komunikowania się? Niby prosty i oczywisty, a jednak tak bardzo zagmatwany i skomplikowany, iż trudno się w tym wszystkim połapać. Przyznaję się, że jakoś przeszła mi koło nosa nowa rzeczywistość, która zupełnie niepostrzeżenie powstała… z niczego. Początkowo nikt sobie tym specjalnie głowy nie zawracał, teraz mówią o tym wszyscy: piszą gazety, pracodawcy śledzą skrupulatnie poczynania swoich pracowników, a znajomi co chwilę podsyłają zaproszenia. Któregoś wieczoru i ja uległem. Założyłem sobie profil (a może jest to tylko konto?) na Facebooku.

Dziwnie się tam czuję. Po miesiącu w sieci mam ponad tysiąc znajomych, z których znam tylko trzy osoby. Z resztą nawet nigdy słowa nie zamieniłem. Obejrzałem zdjęcie, potwierdziłem request i już jestem friend. Na internetowej tablicy widnieją ładnie poukładani obok siebie: zdjęcie przy zdjęciu, nazwisko przy nazwisku, prawdziwa kolekcja piękności mniejszych lub większych z całego świata.Niektórzy nie piszą nic, inni podają, gdzie chodzili do szkoły, w jakiej firmie pracują, prawie dokładne cv. Wystarczy jedno kliknięcie myszką i już wiem o nich znacznie więcej: katalog zdjęć, który może przyprawić o zawrót głowy. Młodzieńcze lata, szkoła, praca, ale głównie ostatnia impreza, popijawa w metrze.

Każdy na Facebooku ma swoją tablicę, na której może wypisywać, co chce, i każdy z długiej listy friends będzie mógł się z wypowiedzią zapoznać.

– Potrzebna garsonka w kolorze ogórków małosolnych na piątek! – ogłasza się Lalka z Barcelony. Później pod ogłoszeniem pojawią się pytania od zaniepokojonych przyjaciół Lalki. Olga z Wrocławia pyta: A konserwowa może być? Lalka odpowiada, że jak nic nie znajdzie do piątku, to pomyśli.

Angelo (z Miami) zamieszcza dramatyczny apel: – Jaki prezent na Walentynki może sprawić swojej baby? Następnego dnia czeka na niego z trzydzieści odpowiedzi i sugestii. Angelo nie jest zachwycony.–  Chcę czegoś innego niż inni. Myślałem o tym, że może striptiz w zabawnych ciuchach, ale przecież jakiś prezent też muszę mieć, prawda?

Zupełnie inny problem ma Kristine: If the heart is the strongest muscle, then why is it so easy to break?

Zazdroszczę im tego, że mają tak dużo wolnego czasu, by godzinami siedzieć przed ekranem komputera i pielęgnować swoje wirtualne znajomości. Lalka chwaliła się ostatnio, że na Facebook poświęca ponad trzydzieści godzin w tygodniu. Półtora dnia? Może niewiele, a może ja po prostu robię się już stary? Dla mnie nadal ważniejsze są spotkania face to face, najlepiej przy piwie, w jednym z setek londyńskich pubów, które lubię coraz bardziej.

W pubie też trzeba umieć się komunikować. Czasem jest to dziecinnie proste, bo ludzie sami podchodzą i zagadują, a czasem nie. Wówczas trzeba wiedzieć, gdzie być. I to wcale nie znaczy, w jakim pubie. Jest takie miejsce, w którym komunikować się jest znacznie łatwiej. Miejsce to nazywa się… palarnia. Jedni wychodzą na papierosa, bo lubią zapalić. Dla innych jest to okazja, by uciec od znajomych, dla jeszcze innych to prawdziwe pole do… manewrów. Z których może coś wyjść lub nie. W internecie trzeba umieć się komunikować, bo czy tego chcemy, czy nie, tam na zawsze pozostanie po nas ślad. I nawet po latach łatwo będzie sprawdzić, czy Lalce udało się znaleźć konserwową garsonkę. Tylko czy wtedy będzie z tego dumna?
Uważajcie na siebie, a najlepiej idźcie na piwo.

V. Valdi

Fawley Court Old Boys Association Report

February 18, 2010

In the autumn of last year, a few old boys from Fawley Court began to work together to stop the sale of Fawley and to preserve this place for the Anglo-Polish community. An appeal was sent to His Holiness Pope Benedict XVI and to Her Majesty Queen Elizabeth II; liaison with the press was initiated and we contacted the founders of Divine Mercy College. We found confirmation in legal documents that the owners of Fawley Court are the Polish Community in Great Britain and not the Congregation of Marian Fathers – who are only custodians of this property, blessed as a place for Poles by the most outstanding personalities of the last millennium – His Eminence Cardinal Wyszynski and His Eminence Metropolitan of Cracow Karol Wojtyla, later HH Pope John Paul II. At that time we also began correspondence with the Charity Commission. We have received two replies in which we were informed that they are considering starting an investigation.

At the beginning of this year we constituted the Fawley Court Old Boys Network as an association led by Mirek Malevski (Miroslaw Malewski) in order to intervene more effectively in the recovery of Fawley Court. We contacted other old boys from Divine Mercy College through the press and via the internet and began to put on pressure on both church and government authorities. Letters were sent to His Eminence Archbishop Vincent Nichols, Head of the Catholic Church in Britain and to the representatives of the government and the opposition: Gordon Brown MP (Prime Minister), David Cameron MP (Leader of the Conservative Party), Sir Malcolm Rifkind MP, Nick Clegg MP (Leader of the Liberal Party), Paul Goodman MP (MP for Fawley Court), John Denham MP (Secretary of State for Communities and Local Government). We began cooperation with the East European Support Network and with Liberty. Representations were made to the Attorney General and to the Ministry of Justice. The first significant article in the British press appeared in Private Eye (8/01/2010). With the help of the editors of Nowy Czas we are continuing our appeal for support and inform the Polish community of current affairs – e.g. the matter of the Museum of The Rev.Jozef Jarzembowski, which was given to Divine Mercy College and unlawfully removed abroad by the Marian Fathers. Recently we have initiated liaison with police authorities.

We ask all old boys from Fawley Court for contact at fawleyoldboys@yahoo.co.uk or by letter, and we ask the Polish community for help in the recovery of Fawley Court and its Museum in order to preserve forever this our national heritage in Great Britain, for the dissemination of faith and education to the new generation from this place, according to the will of the founders.

The support and enthusiasm from all quarters (Polish and British) has exceeded our expectations. We are confident that we shall recover this part of Poland outside Poland and ask everyone for strong support of our activities.

Krzysztof Jastrzembski (Secretary, Fawley Court Old Boys)

ATTENTION

People who have, had, or in the last few years had to remove remains or ashes from the crypt of St.Anne’s Church at Fawley Court please contact urgently: Fawley Court Old Boys, 82 Portobello Rd, Notting Hill, London W11 2 QD, tel: 0207727 5025, fax 0208 896 2043, email  fawleyoldboys@yahoo.co.uk or  kristof@talktalk.net

Raport Koła Byłych Wychowanków Fawley Court

February 18, 2010

Na jesieni ubiegłego roku kilku byłych wychowanków Fawley Court rozpoczęło współpracę w celu wstrzymania sprzedaży Fawley Court i zachowania tego miejsca dla polsko-brytyjskiej społeczności. Wysłany został apel do Jego Świątobliwości Papieża Benedykta XVI i Jej Królewskiej Mości Elżbiety II, nawiązaliśmy łączność z prasą i z założycielami szkoły Divine Mercy College. W dokumentach prawnych znaleźliśmy potwierdzenie, że właścicielem Fawley Court jest polska społeczność w Wielkiej Brytanii, a nie Zgromadzenie Księży Marianów – jedynie kustoszy tej posiadłości, poświęconej przez najznamienitsze osobistości ostatniego millennium – Jego Eminencję Kardynała Wyszyńskiego i Jego Eminencję Metropolitę Krakowskiego Karola Wojtyłę, później Papieża Jana Pawła II, jako miejsce dla Polaków. W tym okresie rozpoczęliśmy też korespondencję z Charity Commission. Otrzymaliśmy już dwie odpowiedzi, w których poinformowano nas, że rozważana jest możliwość rozpoczęcia śledztwa.

Na początku tego roku utworzyliśmy stowarzyszenie Fawley Court Old Boys Network pod przewodnictwem Mirosława Malewskiego (Mirek Malevski), aby skuteczniej interweniować w sprawie odzyskania Fawley Court. Poprzez prasę i internet nawiązaliśmy kontakt z innymi wychowankami Divine Mercy College i zaczęliśmy wywierać nacisk na władze kościelne i świeckie. Wysłaliśmy listy do Jego Eminencji Arcybiskupa Vincenta Nicolsa, zwierzchnika Kościoła katolickiego w Wielkiej Brytanii, oraz do przedstawicieli rządu i opozycji: Gordona Browna MP (premiera), Davida Camerona MP (przywódcy Partii Konserwatywnej), Sir Malcolma Rifkinda MP (posła), Nicka Clegga MP (przywódcy liberałów), Paula Goodmana MP (posła z Fawley Court), Johna Denhama MP (Sekretarza Stanu ds. Społeczności i Samorządów Lokalnych); zaczęliśmy współpracować z East European Support Network i z organizacją Liberty. Złożyliśmy sprawozdanie u Prokuratora Generalnego (Attorney General) i w Ministerstwie Sprawiedliwości (Ministry of Justice). Pierwszy znaczący artykuł w prasie brytyjskiej na temat Fawley Court ukazał się w Private Eye (8.01.2010); z pomocą redakcji Nowego Czasu kontynuujemy apel o poparcie społeczności polskiej i informujemy o sprawach bieżących – np. kwestii Muzeum im. Ks. Jarzębowskiego, które było darowane szkole Divine Mercy College i bezprawnie wywiezione przez księży marianów poza granice Wielkiej Brytanii. Ostatnio nawiązaliśmy kontakt z  władzami policyjnymi.

Prosimy wszystkich wychowanków Fawley Court o kontaktowanie się z nami drogą mailową: fawleyoldboys@yahoo.co.uk albo listownie, oraz o pomoc społeczeństwa w odzyskaniu Fawley Court i Muzeum w celu zachowania na zawsze dla polskiej społeczności naszego dziedzictwa narodowego na terenie Wielkiej Brytanii, by w miejscu tym nadal szerzyć wiarę i oświatę wśród nowych pokoleń, zgodnie z wolą założycieli.

Entuzjazm i poparcie ze wszystkich stron (Polonii i Anglików) dla Fawley Court Old Boys przekracza nasze oczekiwania. Jesteśmy pewni, że odzyskamy ten kawałek Polski poza Polską i nadal prosimy wszystkich o dalsze silne wspieranie naszych działań.

Krzysztof Jastrzębski
(Sekretarz,
Fawley Court Old Boys)

„Obrażanie” Polaków, czyli medialne manipulacje

February 16, 2010

I znów w polskim środowisku mieliśmy aferę o obrażanie rodaków, tym razem za sprawą aktorki Joanny Kańskiej. Posypały się inwektywy, a na niektórych polskich stronach internetowych nawet groźby pozbawienia życia skierowane do niej i jej syna! Skoro nawet ciężkim przestępcom daje się możliwość obrony, poprosiłem Joannę Kańską o wyjaśnienie tej dla niej przykrej, a dla nas niepokojącej sprawy.

Kańska zagrała ostatnio w telewizyjnym serialu Material Girl, a niepisany zwyczaj w aktorskim środowisku głosi, iż nie powinno się odmawiać udzielania wywiadów, zwłaszcza przy premierach filmowych lub teatralnych. Wywiadów udziela się za darmo, co najwyżej gwiazda może zażądać wynajęcia na czas wywiadu apartamentu w luksusowym hotelu oraz szampana… Kańska tego zażądać nie mogła, gdy zwróciła się do niej młoda dziennikarka (polecona przez agencję) z prośbą o wywiad. Przyjęła ją więc we własnym domu. Dziennikarka była bardzo miła, niezwiązana na stałe z żadną gazetą, toteż Kańska chętnie z nią rozmawiała, prawie dwie godziny, m.in. o swojej roli, serialu i karierze. W pewnym momencie dziennikarka zapytała ją o ogólne wrażenia z pobytu w Wielkiej Brytanii. Joanna odpowiedziała szczerze, iż po przyjeździe z komuny Londyn wydawał jej się rajem na ziemi, a obecnie dostrzega złe aspekty życia w tym mieście i kraju.

Trzeba przyznać, że jest w tym dużo racji. Z jednej strony przestępczość znacznie wzrosła, jest większy brud, a na niektórych ulicach przelewają się tłumy, że wręcz trudno się przecisnąć. Z drugiej zaś część przybyszy wykorzystuje liberalny brytyjski system socjalny. I o tym właśnie mówiła Joanna – nie konkretnie o Polakach, lecz o części imigrantów z różnych krajów, niemających skrupułów w pobieraniu zasiłków i domaganiu się komunalnych mieszkań. Niemal każdy, kto dłużej mieszka w tym kraju, spotkał się z tym zjawiskiem.

Zapytana o Polaków odpowiedziała, iż ci, którzy osiedli tu po wojnie, nie domagali się pomocy od państwa, zorganizowali własne szkoły, budowali polskie kościoły i starali się włączyć w brytyjską społeczność. A o nowo przybyłych powiedziała to, co wszyscy wiemy: przeważająca większość ciężko i dobrze pracuje (polscy budowlańcy cieszą się zasłużoną sławą), lecz jest garstka obiboków psujących nam opinię (jak zresztą w każdej narodowości, w brytyjskiej również). Ale – jak wiadomo – jedno zgniłe jabłko zatruje całą beczkę, a o tych złych więcej się mówi niż o dobrych. Tak jest zawsze i wszędzie. Każdy, kto normalnie patrzy na świat, w tego rodzaju wypowiedzi nie dopatrzyłby się niczego niewłaściwego.

Opinie Kańskiej dotyczyły ogółu przybyszy, a nie wyłącznie Polaków. „Sympatyczna” dziennikarka poszła z wywiadem do brukowca The Sun, który świetnie płaci. W szmatławcu zatarli rączki: a to gratka! Przed wyborami polska aktorka krytykuje rodaków i imigrację, co jak najbardziej odpowiada większości czytelników tej gazety. Z premedytacją wycięto więc całą część wywiadu o serialu i pracy Joanny, zostawiając natomiast spreparowane fragmenty o negatywnych skutkach najazdu cwaniaków. Dla zwiększenia efektu redakcja dała sensacyjny tytuł oraz komentarz nad tytułem. I co wyszło? Zamiast reklamy serialu ostra krytyka Polaków. Niektóre zdania dodano (np. liczby o przybyszach zza wód, których Joanna nie znała), inne tak poprzestawiano, by wyszło, że sprawa dotyczy niemal wyłącznie naszych rodaków.

Brak dziennikarskiej etyki w gazecie mianującej się jako rodzinna, która prawie na każdej stronie ma sex and crime, nie powinien dziwić (jeśli taka jest typowa brytyjska rodzina, to biada nam), a przeinaczanie i wyolbrzymianie faktów zdarza się tam na każdym kroku. Dziwi natomiast, jak szybko Polacy dali się złapać na tak grubymi nićmi szytą robotę. Chyba pierwszy do ataku ruszył Goniec Polski, tłumacząc (niezbyt dokładnie) angielski tekst i – choćby tylko z grzeczności – nie zwracając się do Kańskiej o jakiś komentarz. A obrzydliwe obelgi i groźby, jakie artykuł wywołał, świadczą o ich autorach.

Właściwie sprawa nadaje się tylko do sądu, ale kto ją wygra z potentatem, jakim jest The Sun? Na proces może sobie pozwolić ktoś naprawdę zamożny. Przeciętny człowiek nie, zwłaszcza że za dziennikiem Murdocha stoi cały sztab adwokatów gotowych wykorzystać każdy kruczek, by The Sun nie musiał płacić odszkodowań. Jedynie co zrobiono, to zdjęto artykuł ze stron internetowych gazety.
Z całej tej afery wysuwają się dwa wnioski: po pierwsze, nawet w najbardziej niewinnej rozmowie nie wolno wypowiadać się w sprawach, które dadzą się wykorzystać politycznie; po drugie, nie można osądzać ludzi zbyt pochopnie, zwłaszcza gdy się ma do czynienia z goniącym za sensacją szmatławcem podkręcającym niezdrowe emocje.

Stefan Gołębiowski

Read more > Felietony…

W siódmym niebie nienawiści

February 4, 2010

dyzurny

Od dawna już obserwuję toczącą się w internecie nie wiadomo gdzie zrodzoną wojenkę, jaką Polacy w kraju wypowiedzieli emigracji. To, co dzieje się na forach, co wypisuje w komentarzach pod publikowanymi przez portale doniesieniami, jest z jednej strony ambarasujące, z drugiej zaś – niepokojące i skandaliczne. Widząc, co ludzie wypisują, przypominam sobie piosenkę Lady Pank, cytowaną w tytule. Komu nie odpowiadają emigranci? Komu zależy na podsycaniu nienawiści? I wreszcie – kto na niej buduje swój kapitał i kto traci?

Z początku – czytając co poniektóre wystąpienia – gotów byłem wpadać w paranoję teorii spiskowych. – Przecież to niemożliwe – mówiłem sobie – by Polacy wypisywali o sobie podobne okropieństwa. Nie wiedziałem jednak, kogo oskarżać o próbę siania zamętu. Bliżej nie sprecyzowaną, acz złowróżbną żydomasonerię? Środowiska okołokremlowskie? Jakieś inne grupy rządowo-wywiadowcze? New World Order? Jednak po pewnym czasie zauważyłem, że same portale internetowe, zamiast prób zażegnania eskalacji wzajemnej niechęci, nie raz same próbują jeszcze bardziej zaostrzyć problem. Często publikują ewidentnie tendencyjne artykuły sugerujące, że emigranci to składająca się głównie z degeneratów i wykolejeńców bezduszna, bezmyślna swołocz. Zupełnie, jakby w Polsce takich było brak.

Portale mogą mieć swój interes w sianiu zamętu. Im więcej głupków wypisuje dyrdymały na forach, zmuszając innych do dementowania, tym większy ruch. A im większy ruch – tym bardziej staje się on atrakcyjny dla potencjalnych reklamodawców. Bo przecież ma sto milionów klepnięć na godzinę…
Ale – wróćmy do źródła problemu, czyli internetowych oszołomów. Według toku myślenia, jakim idą co poniektórzy „forumowicze”, gdybym z jakiejkolwiek przyczyny (chęci zdobycia lepszej pracy albo wykształcenia, rozpoczęcia kariery czy chociażby poznania przyszłej towarzyszki życia) przejechał ponad 700 kilometrów z jednego krańca Polski na drugi, pewnie wszystko byłoby w porządku. Gorzej, jeśli miałbym ruszyć się chociażby kilka kilometrów poza granicę kraju (która – na dobrą sprawę – już nie istnieje). Wtedy dla niektórych staję się zdrajcą, nieudacznikiem oraz – obowiązkowo – „zmywakiem”.

Tak naprawdę owe steki inwektyw napędzane są długo hodowanymi kompleksami i frustracjami tych, którzy podejmują się internetowej dyskusji. Czasem, pod maską ironii, czy przewrotności, ludzie skrywają nienawiść do wszystkich i wszystkiego. Dokąd owe szaleństwo ma prowadzić? Tego akurat nie wiem. Ale zdaję sobie sprawę z faktu, że im głębiej się w nie pogrążamy, tym bardziej nas wszystkich niszczy.

Czy ci, którzy tak plują na „wyjechanych”, zastanowili się choć przez chwilę, dlaczego emigranci zdecydowali się na swój desperacki krok? Oczywiście – nie piszę tu o garstce bandytów uciekających przed polskim systemem prawa. Mam na myśli milionowe rzesze tych, którzy musieli zostawić znajome miejsca i swoich bliskich, by z dala od domu rozpocząć nowe, normalne życie. To nie oni są „zdrajcami ojczyzny”, jak często możemy przeczytać na forach. Bo czy nie jest dokładnie na odwrót? To właśnie ci ludzie bardzo często czują się zdradzeni przez własną ojczyznę. Byli wyzyskiwani przez złodziejski system fiskalno-ubezpieczeniowy i mamieni przez polityków, rozczarowani brakiem godziwej pracy i nadziei na własny kąt. Wielu z nich do dziś ma w Polsce rodziny, którym pomaga przetrwać, śląc ciężko zarobione przez siebie pieniądze, a tym samym – napędzając polską gospodarkę. I właśnie ci ludzie są nazywani przez zgraję szczekaczy zdrajcami.

Człowiek zamieszczający w internecie pełne nienawiści posty ma mentalność pańszczyźnianego chłopa albo PGR-owskiego wyrobnika. Zdaje sobie sprawę z beznadziei, w jakiej się znalazł, jest wściekły na swoje mierne położenie i wie, że nie może z niego uciec. Dlatego gotów jest kąsać na prawo i lewo, niczym złapane w potrzask zwierzę. Często owa ślepa kąsanina kończy się ugryzieniem ręki, która mogłaby nieść pomoc. W swym prymitywnym odruchu niszczenia wszystkiego dokoła, ów człowiek nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że zamiast osiągnąć cokolwiek, tylko pogarsza swoją sytuację. Bo wzajemna nienawiść między stojącymi po obu stronach granicznej barykady Polakami jeszcze bardziej rośnie. Jest niczym zatwardziały komunista, który w imię szukania ukrytego acz bliżej nie sprecyzowanego wroga ludu, cały lud terroryzuje, samemu ostatecznie stając się jego wrogiem.

Ludzie wypisujący bzdury na internetowych forach, zdają się być ostatnimi pogrobowcami zdechłego ponad dwadzieścia lat temu systemu. Systemu, którego – na dobrą sprawę – nawet nie doświadczyli. Gdyż albo ich jeszcze wtedy na świecie nie było, albo sikali dopiero w pieluchy, wystane przez ich rodziców w długich kolejkach. I kto tu – tak naprawdę – jest owym (jakże często przywoływanym przez „prawdziwych Polaków”) nieudacznikiem? Ci, którzy znaleźli w sobie wystarczająco dużo odwagi, by rozpocząć nowe, nienaznaczone garbem przeszłości życie, czy też ci, którzy pozostali w kraju, skomląc i wylewając na innych swoje frustracje?

Tym bardziej smutnym wydaje się fakt, że przecież większość z osób decydujących się na emigrację, starała się uniknąć nie tylko wizji dożywotniej biedy w kraju. Ale także – ostatnio wręcz przede wszystkim – uciekała od zacofania, zakłamania, obskurantyzmu, nihilizmu, powszechnej zawiści i zapiekłej nienawiści. Plag, które od wielu lat przetaczają się przez Polskę, niszcząc mieszkających w niej ludzi.

Czy to właśnie „otake Polske” walczyły tysiące Polaków, którym marzył się wolny kraj? Zakompleksioną, ziejącą nienawiścią do wszystkiego i wszystkich, podłą, głupią i prymitywną? Zresztą, czy to jeszcze jest Polska? A może już Wolska – jakiś pokraczny twór z niezbyt udanej wersji hymnu Lech Kaczyńskiego? Kraina nieziszczalnych, gierkowsko-tuskowych cudów, którymi karmi się kolejne pokolenia otumanionych mas?

Stek obelg wylewanych na emigrantów na różnych polskojęzycznych forach może boleć. Spośród osiedlających cię w Wielkiej Brytanii Polaków, stosunkowo niewielka grupa doświadczyła niechęci ze strony miejscowej ludności. Większość Brytyjczyków już dawno zrozumiała, że nie „kradniemy im” pracy, lecz bardzo często wykonujemy te zajęcia, których miejscowa ludność po prostu by się nie podjęła. A nawet jeśli konkurujemy z Brytyjczykami na rynku pracy, co zdarza się coraz częściej, zazwyczaj potrafimy udowodnić, że jesteśmy po prostu od nich lepsi. Wbrew obiegowej opinii – niekoniecznie dlatego, że możemy pracować za niższe stawki, ale przede wszystkim, dzięki wyższym kwalifikacjim, lepszej jakości pracy i elastyczności.

Alex Sławiński

BAL(ANGA) NA CAŁEGO

February 2, 2010

NC_Arteria_bal_2Tylu pięknych kobiet zgromadzonych w jednym miejscu nie widziałem już dawno. Ale nie tylko wdzięki pań sprawiły, że Szalenie Snobistyczny Bal Artystyczny wspominać będę długo i z rozrzewnieniem. To był najlepszy bal karnawałowy, w jakim uczestniczyłem od momentu, gdy moja noga stanęła na brytyjskiej ziemi. A przecież „zaliczyłem” już niejedną imprezę. Więc jeśli was tam nie było, wasza strata.

Kolejne odsłony ARTerii pokazywały różne jej twarze. Nic dziwnego, że jej pomysłodawcy nadali jej kobiecą nazwę. Gdyż jest zmienna niczym wiosenna pogoda i kobiecy nastrój. Jednak jest coś, co łączy je wszystkie. Zawsze – bez szumnego nagłośnienia – pojawiają się na niej tłumy. Niezależnie, czy jest to koncert czy wystawa. Czy też – jak to miało miejsce w piątkowy wieczór, 22 stycznia – Szalenie Snobistyczny Bal Artystyczny.

Wyszło na to, że jestem snobem niesamowitym, gdyż zjawiłem się na imprezie jako jeden z pierwszych i opuściłem ją dopiero, gdy ruszyło poranne metro. Miałem więc okazję przywitać się i zabawić z każdym, kogo znałem i z wieloma, których poznałem. Wszystko dzięki DJ-owi Tomaszowi Koronie, który grał, ach, jak on grał… Dla wszystkich (a przekrój wiekowy był spory).

AREK+MIREK+JOLABoży Atleta Mirek Malevski z powabnymi kobietami – żoną i zakonnicą

Jedną z pierwszych atrakcji wieczoru był znakomity występ utalentowanego pianisty jazzowego Tomasza Żyrmonta i saksofonisty Marka Tomaszewskiego. Panowie zagrali na powitanie, łagodnie wprowadzając towarzystwo w imprezowy nastrój.

Wydarzeniem towarzyszącym balowi była wystawa prac Caroliny Khouri. Urodzona w Libanie, wychowana w Polsce i mieszkająca w Anglii artystka potrafiła przykuć uwagę nie tylko intrygującymi  pracami (duży format, ostry skrót, mocne pociągnięcia pędzlem i wyraziste plamy koloru), ale też swoją osobowością. W czasie wieczoru każdy mógł z nią porozmawiać i jestem przekonany, że nie tylko na mnie zrobiła ona duże wrażenie. No, ale co by to była za ARTeria bez Artystów?

Jak można było wyczytać z reklamującego wydarzenie plakatu, przygotowanego przez Ewę Obrochtę, zaproszono: artystów, prawie artystów, niby artystów, plagiatorów, bigamistów, hochsztaplerów, mile widziani byli też urzędnicy. I wszyscy  – jeśli mnie wzrok nie mylił – tam się pojawili. Czasami „pod postacią własną” (to kolejny cytat z plakatu), albo przebrani za kogoś zupełnie innego.

Pojawił się więc wyperukowany sędzia, biskup z nader ponętną zakonnicą, a nawet… sam „Nowy Czas”, który „przebrał” się za ARTerię. Była też cała grupa medyków, którzy… w istocie okazali się medykami z polskiej przychodni MEDYK. Jeden z panów doktorów talentów wszelkich nawet zagrał i zaśpiewał. Sam, i z wiernie towarzyszącą każdej ARTerii Dominiką Zachman, która brawurowo wykonała z towarzyszeniem calej sali hymn wieczoru: „Niech żyje bal”. Wszystkich poprzebieranych i tak nie wymienię, bo miejsca by zabrakło, ale – niezależnie od tego, jak kto wyglądał – wszyscy sprawiali wrażenie, że bawią się znakomicie. W swoim zachwycie nad jakością zabawy nie jestem gołosłowny – dostałem z redakcji maile z komentarzami uczestników. Lektury było na dobre pół godziny.

DJ_KORONA copyDJ Tomasz Korona

O to, by każdy mógł poczuć ducha imprezy zadbano już na progu krypty. Gospodarze witali przybyłych zmrożoną polską wódką. Od razu zrobiło się gorąco. A żeby nikomu zbytnio w głowę nie poszło, podano balowiczom ciepłe i zimne przekąsek. Niestety – jako zdeklarowany wegetarianin – nie mogłem rozkoszować się zachwalanymi przez wielu krokietami i – jak powszechnie komentowano – iście królewskim bigosem. Jednak pochłaniając pączki, górę sałatki, zdołałem napełnić swój żołądek niczym Dyzma na swym pierwszym balu.

Przy okazji okazało się, że Mikołaj Hęciak, „nadworny kucharz” „Nowego Czasu” (jego MAnię Gotowania znaleźć można w każdym numerze pisma) oprócz posiadania taletów kulinarnych, umie też „poloneza wodzić”. Z wielką wprawą robił za wodzireja. A i tancerzy zgromadziło się tylu, że sala pomieścić ich nie mogła w kółeczkach dla panów i dla pań i znów dla panów i znów dla pań. – Kto to jest? – zapytała mnie po występie Agaty Rozumek pewna pani. – Ależ mamy tu utalentowaną młodzież! – krzyknęła i zniknęła w kolejnym obrocie.

Zresztą – tańce i hulanki trwały aż do świtu. Czasami przekształcając się w wyjątkowo interesujący performance, był to w końcu bal artystyczny. Nawet ja, choć zazwyczaj wyciągnąć na parkiet się nie daję, szurnąłem kilka razy przez salę, aż sam się sobie dziwiłem.

Niejeden z balowiczów chciałby powtórzenia tej imprezy. Nie tylko wyczytałem to w licznych komentarzach, ale też dowiedziałem się z rozmów prowadzonych na balu, jak i po nim. Wiem też, że będzie im to dane, bowiem – jeszcze niejedna ARTeria przed nami.

A tych, którzy chcieliby jeszcze raz powspominać najbardziej snobistyczny bal artystyczny współczesnego Londynu, zapraszam do galerii na stronie „Nowego Czasu” – nowyczas.co.uk. Kto wie? Może siebie tam odnajdziecie?

Alex Sławiński

ROZUMEK KAROLINA+OBRAZ copyAgata Rozumek (L) Carolina Khouri (R)

For more pictures from the Ball click here

Nowozelandzka Przygoda

January 29, 2010

NZ1Biorąc do ręki globus, łatwo sprawdzimy, że Londyn i leżący w Nowej Zelandii Auckland znajdują się niemalże dokładnie po przeciwnych stronach świata. Różnica czasu pomiędzy obydwoma miastami wynosi dwanaście godzin, zaś podróż w jedną stronę zajmie ponad dobę. Bilety do najtańszych też nie należą, jednak wyprawa do Nowej Zelandii warta jest poniesionych trudów i kosztów.
Lot do Hong Kongu trwał dwanaście godzin. Tam następny samolot i – znów niemalże pół doby w powietrzu. Z góry miałem okazję zobaczyć australijskie wybrzeże, wzdłuż którego lecieliśmy przez jakiś czas. Zaś podchodząc do lądowania – panoramę Auckland, miasta, którego widok nawet z lotu ptaka pozostawia niezapomniane wrażenia.

Jeśli podróżowaliście do Wielkiej Brytanii przed wejściem Polski do UE, to pewnie wiecie, jakim horrorem było wtedy spotkanie z urzędnikiem imigracyjnym. Na lotnisku w Nowej Zelandii wcale nie jest lepiej. Oprócz dokładnej spowiedzi na temat celu wizyty i długości pobytu oraz konieczności odpowiedzi na wnikliwe pytania, gdzie dokładnie zamierzam się zatrzymać, skontrolowano dokładnie mój bagaż podręczny. Nowozelandzkie przepisy są bardzo restrykcyjne jeśli chodzi o wwożenie na teren kraju różnorakich produktów pochodzenia zwierzęcego i roślinnego. Specjalne bramki i wyszkolone psy, biegające po torbach kręcących się na bagażowej karuzeli, sprawdzają nie tylko czy nie przewozimy narkotyków lub kostek semtexu, ale także kanapek z szynką, owoców czy chociażby kwiatów dla ukochanej.

Chroniąc własną gospodarkę

Dzieje się tak nie bez powodu. Nowozelandzka przyroda jest kompletnie bezbronna jeśli chodzi o „najeźdźców” z zewnątrz. Przed przybyciem Europejczyków w te strony jedynymi ssakami występującymi na wyspach były nietoperze. Dziś szczury, króliki, psy i przywiezione z Australii oposy stanowią plagę, którą nie wiadomo jak zwalczyć. Wprawdzie epidemia, jaka wybuchła parę lat temu wśród królików poważnie ograniczyła ich liczbę, jednak bezpańskie psy i koty do dziś są głównym czynnikiem powodującym zmniejszanie się populacji ptaka kiwi, będącego symbolem kraju. W świecie roślinnym sytuacja jest podobna. Europejskie chwasty wypierają rodzimą roślinność, zaś przywleczone nie wiadomo skąd algi sieją spustoszenie w jeziorach Wyspy Południowej.

Kolejnym zagrożeniem dla (tym razem gospodarczej) równowagi kraju są napływający masowo imigranci. Wprawdzie Nowa Zelandia nadal dynamicznie się rozwija i potrzebuje rąk do pracy, jednak tamtejszy rynek oczekuje na specjalistów. Nisko wykwalifikowana siła robocza, głównie z Azji, nie jest w stanie zapewnić krajowi odpowiedniego tempa wzrostu. Co więcej – bezrobotni przybysze, z licznymi rodzinami, stają się dodatkowym obciążeniem dla nowozelandzkiego podatnika. Stąd konieczność restrykcyjnych kontroli wjazdowych.

Gdy jednak przejdziemy już przez wszystkie procedury graniczne, jeden z najpiękniejszych zakątków świata staje przed nami otworem. W Nowej Zelandii znajdziemy wszystko: zapierające dech w piersiach góry i morze z pięknymi plażami, lodowce i tropikalną roślinność, industrialną nowoczesność największych miast i maoryską tradycję…

Pierwszy przystanek

Najlepszym sposobem na zwiedzanie kraju jest wynajęcie samochodu i jazda dokąd oczy poniosą. Albowiem wszędzie znajdziemy coś ciekawego. Paliwo jest w Nowej Zelandii dużo tańsze niż w Anglii, noclegi w licznych hotelikach i schroniskach również, tak więc beztroskie jeżdżenie po kraju nie powinno nadmiernie obciążyć naszej kieszeni jeśli wydatki będziemy planować z rozsądkiem.

Dla większości turystów pierwszym przystankiem jest zazwyczaj Auckland. To największe, najnowocześniejsze, multikulturowe miasto jest najbardziej rzucającą się w oczy wizytówką kraju. W porównaniu z nim znajdujące się na przeciwległym końcu wyspy Wellington jest senną mieściną, do której ludzie nie zapuszczają się zbyt często jeśli nie mają poważnego powodu. A przecież to właśnie Wellington jest stolicą – przynajmniej z administracyjnego punktu widzenia. Bo tak naprawdę, gdy przybywającego do Nowej Zelandii turystę spytamy o stolicę kraju, z pewnością większość bez wahania wymieni Auckland, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, jaki błąd popełnia.

I nic w tym dziwnego. Wellington, z jego niemalże prowincjonalną atmosferą w niczym nie przypomina cztery razy większego, nowoczesnego, szybko rozwijającego się Auckland. To tu właśnie skupia się życie artystyczne i kulturalne kraju. Tu również, górując ponad nowoczesnymi biurowcami, stoi Sky Tower – najwyższa budowla południowej półkuli. Stąpanie po szklanej podłodze zawieszonego ćwierć kilometra nad ziemią tarasu widokowego przyspiesza bicie serca nawet tym, którzy twierdzą, że nie wiedzą co to lęk wysokości. Z kolei wielbiciele mocnych wrażeń będą mieli okazję wpompować nieco adrenaliny do żył skacząc ze Sky Tower na linie.

NZ2Ekstremalnie i zwyczajnie

Zresztą nie tylko w Auckland można sobie zafundować podobne przeżycia. Nowa Zelandia uchodzi za światową stolicę sportów ekstremalnych. Pośród wspaniałych widoków, jakie oferuje wyspiarski kraj, skok na bungee to jedyne w swoim rodzaju doświadczenie. W wielu miejscach kraju turysta może sobie również zafundować rafting. Jest to spływ pontonem wzdłuż wartkiej, górskiej rzeki, w której roi się od wirów, wodospadów i wystających z wody ostrych kamieni. Wypadnięcie z pontonu prosto do lodowatej wody nie należało do najprzyjemniejszych wydarzeń mojego życia, ale zjazd w dół siedmiometrowego wodospadu jest wrażeniem, którego łatwo się nie zapomina.

Miłośnicy wspinaczki górskiej również nie powinni czuć się zawiedzeni. Na obu głównych wyspach kraju znajdują się malownicze pasma górskie. Najwyższy szczyt kraju, Mount Cook, wznosi się na ponad 3 tys. metrów nad poziom morza. Otaczające go góry są niewiele tylko niższe, zaś w oddzielających je dolinach przez cały rok zalegają lodowce. Nic więc dziwnego, że nazwano je Alpami Południowymi. Góry wyrastają miejscami prosto z oceanu. Jadąc z Christchurch, największej miejscowości Wyspy Południowej do Picton, portowego miasta, do którego zawijają promy z Wyspy Północnej, po jednej stronie, zaledwie kilkadziesiąt metrów od drogi, są malownicze morskie plaże, zaś po drugiej – górskie szczyty. Na zboczach, zamienionych w wielkie pastwiska – tysiące owiec. Złośliwi mawiają, że Nowa Zelandia ma 44 mln mieszkańców, z czego cztery miliony to ludzie, zaś reszta – barany. Choć tak naprawdę ostatnimi laty zamiast owiec coraz częściej można ujrzeć tam krowy. Jak mówili mi lokalni farmerzy – krowi biznes jest bardziej opłacalny.

Jednak dobrze rozwinięte rolnictwo kraju to nie tylko hodowla. Nowa Zelandia jest też liczącym się producentem jabłek i ich przetworów, oraz – co chyba nie dziwi – owoców kiwi. Jadąc przez kraj często zastanawiałem się, czy slangową nazwę swej nacji (Kiwis) Nowozelandczycy tak naprawdę nie zawdzięczają owocom, a nie osławionym ptakom, bo wymierającego nielota w czasie swej wyprawy nie zobaczyłem ani razu, a plantacje kiwi niemalże na każdym kroku. Z daleka do złudzenia przypominały uprawy winorośli. Bo pamiętajmy, że Nowa Zelandia jest również coraz bardziej liczącym się w świecie producentem wina.

Najlepszym miesiącem na wizytę w tym kraju jest marzec – najazd turystów już się kończy, temperatury stają się bardziej znośne, zaś przyroda jest najpiękniejsza właśnie o tej porze roku. A właśnie dla przyrody, dla widoków warto przebyć taki szmat drogi. Nie bez powodu twórcy ekranizacji „Władcy Pierścieni” wybrali tę krainę, by „udawała” Śródziemie. Albowiem tu właśnie znajdziemy wszystkie części składowe tolkienowskiego świata. Wielkie, trawiaste równiny, nieprzebyte lasy, góry, gejzery i wulkany. Jadąc z północy na południe zauważamy powolną zmianę szaty roślinnej. Tropikalne, palmowe gaje ustępują z wolna lasom liściastym, w których najbardziej rzucającym się w oczy elementem są eukaliptusy. Ich wysokie pnie, z korą obłażącą długimi płatami, pozwalają wiszącym wyżej niż u pozostałych drzew jasnozielonym koronom na znakomity dostęp do światła słonecznego. Wprawdzie również w Londynie znajdziemy w przydomowych ogródkach pojedyncze eukaliptusy zasadzone przez botaników-amatorów, te jednak swym wyglądem w niewielkim stopniu przypominają okazy z południowej półkuli. Im zaś dalej na południe, tym bardziej roślinność przypomina tę, którą znamy z naszej europejskiej strefy klimatycznej.

na czterech kółkach

Przez Nową Zelandię podróżuje się szybko. Wielkie terenowe smoki z napędem na cztery koła rzadko jeżdżą tam wolniej niż 100 km/h, nawet na górskich serpentynach. Podobnie i olbrzymie osiemnastokołowce, przypominające te, które oglądaliśmy w filmie „Konwój”. Sieć kolejowa kraju nie jest najlepiej rozwinięta, więc transport odbywa się w głównej mierze drogami. Ciężarówki gnają więc masowo przez kraj, gotowe staranować wszystko, co porusza się wolniej od nich.

W Nowej Zelandii (wyłączywszy okolice Auckland, Wellington i Christchurch) nie ma autostrad w europejskim rozumieniu tego słowa. State Highway, czyli główna arteria kraju prowadząca z północy na południe to wąska droga, z jednym tylko pasem dla każdego kierunku ruchu. Dodatkowy pas, służący do wyprzedzania, pojawia się co kilkanaście kilometrów. Tak więc – nie chcąc być zawalidrogą – należy dostosować swoją prędkość do ogólnie przyjętej.

Nie jest to łatwe. Szczególnie w górach. Moja wynajęta toyota nie trzymała się drogi tak pewnie jak należące do tubylców „offroady”, poza tym jako turysta, chcąc choć trochę obejrzeć kraj wlokłem się osiemdziesiątką. Często więc tworzył się za mną ogonek z pięciu, sześciu pojazdów. Wedle nowozelandzkich standardów to już niezły korek. Dzięki takiemu ekspresowemu tempu udało mi się przebyć wzdłuż Północnej Wyspy w ciągu pięciu dni. Na szybką jazdę można sobie pozwolić, gdyż prawie nigdzie nie ma kamer kontrolujących prędkość, natężenie ruchu jest niewielkie, zaś drogi dobrze utrzymane.

Jazda samochodem może być początkowo nieco kłopotliwa. Podobnie jak w większości krajów Azji i Pacyfiku – w Nowej Zelandii jeździ się po lewej stronie drogi, więc ktoś, kto już przywykł do prowadzenia pojazdów w Wielkiej Brytanii, teoretycznie nie powinien mieć większych problemów. Teoretycznie. Bowiem chociażby fakt, iż kolumna kierownicy skonstruowana jest tak, że przełącznik kierunkowskazów i wycieraczek znajdują się po odwrotnych stronach niż to jest powszechnie przyjęte, nieco działa na nerwy. Ale dość szybko można się do tego przyzwyczaić i nie włączać wycieraczek przy każdej próbie skrętu.

W każdej, nawet w najmniejszej (a takie tam przeważają) mieścince były jakieś atrakcje. A to olbrzymie jezioro w Taupo, a to gorące źródła w Rotorua, a to wreszcie możliwość kupienia świeżych i tanich, „organicznych” owoców i warzyw wprost od farmerów wykładających swoje towary na stoiskach przy drodze.

Małe, senne mieścinki są rajem dla tych, których zmęczył już codzienny wyścig szczurów, panujący w nowoczesnych metropoliach i chcą odnaleźć trochę spokoju. Na trasie mojej wycieczki spotkałem wielu Brytyjczyków, którzy w poszukiwaniu owego spokoju wynieśli się ze swego kraju. Prowadzą tam swoje sklepiki, knajpy i hoteliki i niewiele ich obchodzi szaleństwo odległego świata. Bo też spacerując ulicami nowozelandzkich miasteczek można zapomnieć nie tylko o świecie, ale i o upływie czasu. Jest sennie, ale nie gnuśnie. Nowozelandczycy to ludzie bardzo energiczni, którzy nigdy nie wyglądają na znudzonych. Są też znacznie bardziej niż Anglicy otwarci i przyjacielscy, chociaż – bez wylewności.

NZ3

Maoryskim zwyczajem

Jednym z powodów mojej podróży na antypody był ślub znajomych. Była to impreza bardzo różniąca się od tego, co znamy z Wielkiej Brytanii. Zamiast krótkiego spotkania przy szampanie, wziąłem udział w wielkim, obliczonym na setkę gości, dwa dni trwającym weselu, które bardzo kojarzyło mi się z polską tradycją ludową. Bo też było na ludowo. Po maorysku. Być w Nowej Zelandii i nie spotkać się z maoryską kulturą to tak jak pojechać do Paryża i nie widzieć wieży Eiffla.

Ceremonii ślubnej opisywać nie będę, wspomnę jedynie, że odbywała się ona pod gołym niebem, na wielkiej łące, oryginalnie będącej pastwiskiem, na czas imprezy „wypożyczonej” od właścicieli, czyli jednego z lokalnych rodów. Miejsce to przekształcono w pole namiotowe, na którym mieszkaliśmy i imprezowaliśmy przez następnych kilka dni. Wystarczał pięciominutowy spacer (połączony ze „skokami przez płotki” oddzielające od siebie poszczególne pastwiska), by dotrzeć na dziewiczą, piaszczystą plażę. Wielkie wrażenie zrobiła na mnie weselna kolacja, przygotowana w tradycyjny, maoryski sposób. Jadło (w tym największe, jakie dotąd widziałem homary nałapane parę godzin wcześniej – jak twierdzili organizatorzy), zakopano w ziemnym dole, w którym rozpalono ogień. Przemówieniom, jedzeniu, piciu i… kolejnym przemówieniom nie było końca. Pośród obfitości jadła i napitku łatwo było się zapomnieć. Jednakże samej imprezy – co chyba oczywiste – zapomnieć się nie da. Dzięki serdeczności organizatorów i uczestników czułem się jakbym był w swojej rodzinie.

Po weselu zostałem jeszcze kilka dni w tym pięknym kraju. Poświęciłem je na zwiedzanie Wyspy Południowej. Jest ona większa od północnej, ale mieszka tu nie więcej niż jedna czwarta populacji kraju. Jej centralną część zajmują posępne, prawie niezamieszkałe Alpy Południowe. Jedynym większym miastem jest Christchurch, leżący na wschodnim wybrzeżu. Z miasta nad morze jedzie się godzinkę, mijając malownicze wzniesienia. Mnie jazda zajęła nieco więcej, gdyż w jednym z miejsc trwały prace remontowe drogi. Na kilkusetmetrowym odcinku uwijała się spora grupa robotników kładących nawierzchnię. Ruch odbywał się wahadłowo po jednym tylko pasie, co opóźniło nieco przejazd. Jednak gdy parę godzin później wracałem do Christchurch, robotnicy zniknęli, a jezdnia była zrobiona. Przyzwyczajony do tego, że w Londynie prace przy najmniejszej nawet dziurze w drodze trwają tygodniami, nie mogłem się nadziwić tempu, w jakim odbył się remont.

Zresztą – różnic pomiędzy tym, co europejskie, a tym, co nowozelandzkie jest więcej. Weźmy choćby pieniądze. Wprawdzie siła nabywcza lokalnej waluty jest znacznie mniejsza niż funta (wymienia się mniej więcej jak 1 do 3), jednak jakość wykonania banknotów jest dużo wyższa. Albowiem są one zrobione z plastikowej folii, co powoduje, że trudniej je podrobić. Są też znacznie trwalsze od papierowych odpowiedników. Owa wytrzymałość na zniszczenie jest w wilgotnym, podzwrotnikowym klimacie kraju cechą bardzo pożądaną. Nic więc dziwnego, że coraz więcej państw regionu Pacyfiku przechodzi na takie właśnie foliowe pieniądze. Jeśli będziecie w Nowej Zelandii nie zdziwcie się, że kupując cokolwiek nie otrzymacie reszty wyliczonej co do centa – najmniejszym nominałem jest dziesięciocentówka, zaś kasy przy sumowaniu po prostu zaokrąglają końcową wartość.

Społeczność tego kraju bardzo poważnie traktuje lokalną tradycję, zwyczaje i historię (szczególnie tę sprzed okresu przybycia Brytyjczyków). Kraj przeszedł niedawno zmianę flagi narodowej. Znaną do tej pory, niebieską, z Union Jack w lewym górnym rogu i krzyżem południa zastąpiła czarna, z gałązką srebrnej paproci – symbolu kraju. Czarny kolor stał się barwą reprezentacyjną. Najlepiej wiedzą o tym fani sportu, którym All Blacks jednoznacznie kojarzą się z nowozelandzką drużyną narodową.

Zaskoczeniem była dla mnie cena domów. Podczas gdy w Londynie za 100 tys. funtów nie kupi się nawet najmniejszej kawalerki w najlichszej dzielnicy, za równowartość tej sumy można w nowozelandzkim countryside dostać dom z trzema sypialniami, sporym ogrodem i garażem na dwa samochody. I mimo że ostatnimi czasy ceny dość szybko idą w górę, nadal – w porównaniu ze średnią europejską – zdają się być bardzo atrakcyjne. Dlatego kto wie, może zamiast myśleć o kupnie domu w Polsce czy Zjednoczonym Królestwie, niektórzy inwestorzy zastanowią się nad kupnem nieruchomości w innym końcu świata, gdzie rynek nadal dynamicznie się rozwija i suma zwrotu z takiego nabytku może być za parę lat znacznie większa niż tutaj?

Krótki pobyt w Nowej Zelandii z pewnością nie dał mi szansy poznania wszystkich osobliwości tego kraju. Dlatego wiem, że wybiorę się tam kiedyś jeszcze, do czego serdecznie namawiam czytelników „Nowego Czasu”.

Tekst i zdjęcia: Alex Sławiński

Siema w Londynie

January 19, 2010

Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy zagrała w Londynie po raz pierwszy od kilku lat. Ostatnimi czasy brytyjska stolica jakoś nie miała szczęścia do tej imprezy. Koncerty odbywały się w Bristolu, Edynburgu, Birmingham, Peterborough i wielu innych miejscach na Wyspach, jednak Londyn długo nie mógł poszczycić się komitetem organizacyjnym na tyle sprawnym, by przeprowadzić inicjatywę od początku do końca.

W końcu jednak złą passę udało się przerwać. Orkiestra grała przez całe dwa dni. Zaś o to, by przebiegła jak najsprawniej, zadbały dwa komitety, zjednoczone pod hasłem: „Jedno miasto. Jedna Orkiestra. Dwa zaprzyjaźnione sztaby! Dwa dni imprezy!”.

Organizatorem WOŚP w zachodniej części Londynu było stowarzyszenie Poland Street. Chyba dobrze się stało, że to właśnie oni postanowili zadbać o należytą oprawę  wydarzenia, gdyż – mając już całkiem sporą praktykę w przeprowadzaniu imprez masowych – dali radę z dopięciem wszystkiego na ostatni guzik.

Sobotnie popołudnie, 9 stycznia, klub Walkabout przy Shepherd’s Bush Green i półtysięczna rzesza widzów. W czasie, gdy w Polsce dopiero przygotowywano się do niedzielnych imprez, w Londynie WOŚP grała na całego.

Od samego początku było międzynarodowo. Występy rozpoczął zespół taneczny The Cuban School of Art z pokazami i lekcją salsy. Potem zrobiło się bardziej rockowo. Pochodzący z Coventry Soulride zmienił nieco swój skład, jednak zmiany wokalu i perkusisty pozytywnie wpłynęły na brzmienie kapeli. Publiczność również sprawiała wrażenie, że mocniejsze granie przypadło jej do gustu.

W krótkiej przerwie między występami było losowanie nagród. To spowodowało, że następny wykonawca wyszedł na scenę z lekkim opóźnieniem, które w trakcie trwania wieczoru jeszcze się powiększało.

wielka_orkiestra

Gdy kolejny zespół wyskoczył przed publiczność z repertuarem z filmu o przygodach Pana Kleksa, wydawało się, że widzowie wygwizdają muzyków już po pierwszych taktach. Jednak muzyka tylko z pozoru była infantylna. Kiedy dobrze się zagra, to nawet dziecinne teksty mogą wypaść naprawdę nieźle. Zaś publika potrafi oszaleć nawet przy „Witajcie w naszej bajce”.
W Walkabout wszyscy znakomicie się bawili przy występujących kolejno: NAS – African Drums, DobraMind (zespół nie bez powodu ma taką nazwę – jest naprawdę dobry) i długo oczekiwanej Aleksandrze Kwaśniewskiej z Stylus Dust (wcześniej tego wieczora piosenkarka dała występ w leżącej nieopodal restauracji Tatra, która również wspierała tegoroczny finał WOŚP – tam też fani Aleksandry mogą nabyć jej nową płytę).

Licytacje, konkursy i puszczana przez DJ-a muzyka wypełniały przerwy pomiędzy występami kolejnych wykonawców i nie wiadomo kiedy wybiła jedenasta. Według planów o tej porze impreza powinna mieć się już ku końcowi. Ale mało kto myślał o opuszczeniu lokalu. I nic dziwnego, bo przed publicznością pojawiły się „gwiazdy wieczoru”: Why Not Here i Bright Colour Vision. Już pierwszy kawałek w wykonaniu Why Not Here poderwał słuchaczy do skoków przy scenie. Potem było jeszcze lepiej.

Jeśli w przyszłym roku ten sam komitet organizacyjny zajmie się przygotowaniem WOŚP w Londynie, efekt może być jeszcze lepszy.
Sobotnie występy przy Shepherd’s Bush stanowiły jedynie część atrakcji przygotowanej przez Poland Street tegorocznej Orkiestry.

W niedzielę swoje podwoje otworzyła Jazz Cafe. Dzień w POSK-u podzielono na dwa bloki: rodzinny i koncertowy. W pierwszej części odbyły się warsztaty dla dzieci, występ zespołu Orlęta oraz pokaz judo. Można było także pobujać się przy piosenkach biesiadnych, śpiewać wspólnie z harcerzami z ZHP (oprócz śpiewania harcerze włączyli się również w zbiórkę pieniędzy) oraz obejrzeć występ zespołów folklorystycznych – Tatry i Żywiec.

Drugą część programu zdominowali muzycy. Na scenie pojawili się Gabor i Ewa (gitara i wiolonczela) z muzyką hiszpańską. Wystąpili również: Ewa Becla, Monika Lidke Band, Aleksandra Zembroń i Leszek Aleksander. Zdaniem organizatorów, największą popularnością cieszył się blok rodzinny, a frekwencja w godzinach szczytu wyniosła około 250 osób.

W trakcie dwóch dni imprezy udało się zebrać 11.263,21 funtów. Około połowę tych pieniędzy ofiarodawcy wrzucili do puszek harcerzy i ponad czterdziestu wolontariuszy. Reszta pochodzi ze zlicytowanych przedmiotów oraz pieniędzy wpłacanych online i telefonicznie. A także z biletów, sprzedaży polskiego piwa (w klubie Walkabout),  loterii, puszek wystawionych w sklepach oraz rysunków dzieci.

Koordynator sztabu we wschodnim Londynie Bartosz Ciepaj z piosenkarką Aleksandrą Kwaśniewską, która swoimi występami wsparła sztaby zarówno we wschodnim jak i zachodnim Londynie (Fot. Hubert Petka)

Koordynator sztabu we wschodnim Londynie Bartosz Ciepaj z piosenkarką Aleksandrą Kwaśniewską, która swoimi występami wsparła sztaby zarówno we wschodnim jak i zachodnim Londynie (Fot. Hubert Petka)

Nie gorzej wypadł finał WOŚP we wschodnim Londynie, zorganizowany przez komitet pod kierownictwem Dawida Rygielskiego i Bartosza Ciepaja, wspieranego między innymi przez stowarzyszenie Polish Professionals in London oraz Polish City Club. Zebrał on w sumie ponad 8000 funtów (z czego około 6400 w samym Londynie i 1700 w filii sztabu w Brighton).

Większość imprez zorganizowanych na wschodzie Londynu odbyła się w Bedroom Bar w Shoreditch. Około godz. 13.00 rozpoczęto muzyczne i plastyczne warsztaty dla dzieci. Zaś tuż po godz. 18.00 odbyła się aukcja charytatywna. Wystawiono między innymi prace młodych polskich artystów tworzących w Londynie, a także biografię Boba Marleya The Untold Story z autografem autora, płyty i bilety na koncerty ufundowane przez Buch I.P. (firma podarowała również fanty na aukcje organizowane przez sztab zachodniego Londynu). W tym samym czasie w sąsiedniej Comedy Cafe rozpoczął się blok muzyczny, w czasie którego wystąpiły różne zespoły brytyjskie.

W kwestowanie na rzecz Orkiestry włączył się nawet były premier RP, Kazimierz Marcinkiewicz. Przekazał on pamiątkową koszulkę ze swoim autografem, którą jeden z licytujących zakupił za £60. Finałowym fantem okazał się lunch z premierem i jego małżonką, za który dwóch licytujących zapłaciło łącznie 510 funtów.

Z pewnością cieszy fakt, że po latach niemocy i braku umiejętności zorganizowania Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w Londynie przez kogokolwiek, wreszcie udało się doprowadzić do tego, by ze stolicy Wielkiej Brytanii popłynęło chóralne: Siema! Być może dobrze się stało, że nad sprawnym przebiegiem imprezy czuwały dwa niezależne komitety. Dzięki temu każdy z nich mógł skupić się na realizacji swojej części projektu. Chociaż być może w przyszłym roku komitetom uda się połączyć siły i – wykorzystując zdobyte podczas XVIII Finału doświadczenie – przeprowadzą wspólną, naprawdę wielką – na miarę Wielkiej Orkiestry – imprezę. Gdyż – jak pisał wieszcz – „jedność większa od dwóch”

Alex Sławiński

„Private Eye” o Fawley Court

January 8, 2010

Wpływowy i opiniotwórczy brytyjski magazyn „Private Eye” opublikował 8 stycznia br. w stałej kolumnie „Nooks and Corners” materiał na temat próby sprzedaży Fawley Court. Ten satyryczny dwutygodnik jest lekturą obowiązkową posłów do parlamentu, księgowych, prawników, gdyż bezlitośnie wydobywa na światło dzienne wiele skandali życia publicznego. „Nowy Czas”, który od początku śledzi i relacjonuje sprawy związane z próbą bulwersującej sprzedaży Fawley Court przez księży Marianów, zamieszcza pełne tłumaczenie oraz faksymile angielskiego tekstu.

•••

strona_Private EyeFawley Court, w pobliżu Henley-on-Thames, to posiadłość wymarzona. Zabytek klasy I, położony w imponującym, zaprojektowanym w XVIII wieku parku z posągami, świątyniami, sztucznymi ruinami. Jego tereny przylegają do Tamizy w miejscu, gdzie odbywają się regaty Henley.

Projekt tej niezwykle okazałej, zbudowanej z cegły rezydencji wciąż przypisuje się Christopherowi Wrenowi, choć jest prawie pewne, że nie był on jego autorem. Posiadłość wybudowana w 1684 roku dla kupca kolonialnego Williama Freemana, w 1770 została poddana całkowitej modernizacji. Wnętrza pałacowe zaprojektował wtedy James Wyatt. W 1853 roku posiadłość została kupiona przez Edwarda Mackenzie, który dobudował jedno skrzydło do głównego gmachu. Sto lat później jego potomkowie sprzedali Fawley Court – w czasie wojny zarekwirowany i (jak to zwykle bywa w takich sytuacjach) mocno zapuszczony.

W roku koronacji [królowej Elżbiety II – red.] Fawley Court został kupiony przez społeczność polską w Anglii na potrzeby szkoły. Nabyli go Polacy, którzy walczyli przeciwko nazistowskiej inwazji własnego kraju, a po wojnie nie mogli do niego wrócić, gdyż opanowany został przez imperium sowieckie.

Fawley Court, przekazany ojcom Marianom jako jego opiekunom, stał się waźnym centrum życia katolickiego Polaków. W 1971 roku na terenie pałacowym zbudowano kościół św. Anny, ufundowany głównie przez księcia Radziwiłła, który został tam pochowany. Ten niezwykły kościół, ze strzelistym, pokrytym miedzią dachem, zaprojektowany przez George’a Jarosza, został wpisany na listę zabytków klasy II.

Źle zaczęło dziać się w roku 1986, kiedy zamknięto szkołę – Kolegium Miłosierdzia Bożego. Od tego czasu budynek wykorzystywany był jako centrum konferencyjne i wypoczynkowe. Teraz księża Marianie mówią, że nie są w stanie w dalszym ciągu utrzymywać tej posiadłości i chcą ją sprzedać. W 2008 roku, po tajnych i zakończonych fiaskiem negocjacjach z przedstawicielami Polonii, budynek z przylegającym do niego terenem został wystawiony na sprzedaż, oferta pojawiła się w folderze wydanym na lśniącym papierze przez Marriotts of Oxford [agentów nieruchomości – red.].

Wielu spośród półtoramilionowej polskiej społeczności jest bardzo oburzonych, czują się oszukani i uważają, że księża Marianie są tylko i wyłącznie opiekunami Fawley Court i nie mają moralnego prawa do sprzedaży tej posiadłości, która została zakupiona i przez lata utrzymywana była przez Polaków i ich angielskich przyjaciół. Polska Misja Katolicka wraz z innymi organizacjami polonijnymi zamierzała wykupić Fawley Court, by miejsce to nadal służyło jako centrum polskiego życia kulturalnego, szkoła biznesu lub szkoła dla polskich dzieci w Wielkiej Brytanii – projekt znalazł poparcie polskiego rządu. Oferta, w wysokości 14 mln funtów, została jednak odrzucona przez powierników trustu, księży Marianów, którzy mają nadzieję uzyskać ze sprzedaży 22 mln.

Cała sprawa wygląda dość mętnie; krążą pogłoski, że kupnem Fawley Court zainteresowała się niejaka Aida Hersham, określona przez Catholic Herald jako perska spadkobierczyni i osoba ze świata towarzyskiego. Pani Hersham, była żona agenta nieruchomości z Mayfair i przyjaciółka mieszkającego obecnie w Monaco naszego magnata Philipa Greena, jest właścicielką nieruchomości w Londynie, Nowym Jorku i na Isle of Man. Jest to bez wątpienia osoba wpływowa: urzędnicy ds. planowania z urzędu rejonowego Wycombe dołożyli wszelkich starań, by sprzedaż doszła do skutku. A poseł z Henley, John Howell, arogancko zlekceważył troskę, jaką wyrażają przedstawiciele polskiej społeczności co do losów tej posiadłości. Mimo to, do wymiany kontraktu jeszcze nie doszło.

Wolne wejście do budynku i na teren wokół niego, które było do tej pory przywilejem każdego, może być zabronione, ale obecność katolickiego kościoła na 50-akrowym terenie będzie z pewnością dla nowego właściciela problemem – szczególnie teraz, kiedy kościół wpisany został na listę zabytków klasy II i nie może być zrównany z ziemią. Jednakowoż dwaj księża-powiernicy, Jasiński i Gowkielewicz, najzagorzalsi orędownicy sprzedaży Fawley Court, zwrócili się do biskupa Northampton o desakralizację kościoła. Założyli również ogrodzenie i bramki uniemożliwiające wiernym dostęp do kościoła, grożąc policją tym, którzy próbowaliby wkroczyć nielegalnie na teren prywatny. Dążą też do wykopania szczątków założyciela szkoły w Fawley Court, otaczanego wielką czcią ojca Józefa Jarzębowskiego, który – zgodnie z jego życzeniem – pochowany jest obok kościoła.

Pojawia się też pytanie o muzeum Fawley Court. W ciągu lat przekazano szkole wiele cennych, zabytkowych przedmiotów. Między innymi pierwsze polskie wydanie Biblii, wiele obrazów i rzadką kolekcję starej broni. Wszystko to zniknęło i pozbywający się wartościowych przedmiotów księża-powiernicy nie są chętni do udzielania informacji, gdzie te obiekty muzealne obecnie się znajdują. Uczestnicy kampanii przeciwko sprzedaży Fawley Court zadają też pytanie, co stało się z 200 tys. funtów zebranymi  dziesięć lat temu przez ojców Marianów wśród polskiej społeczności na potrzeby nowej szkoły, która nigdy nie powstała.

Przeciwnicy sprzedaży Fawley Court wysłali list do Charity Commission argumentując, że jest ona niezgodna z Charity Act z 1993 roku. Zwracają też uwagę na to, że nie można pominąć interesu donatorów – wielu z nich już w podeszłym wieku i kiepskiej kondycji fizycznej – którzy przekazali znaczące datki/fundusze na ręce ojców Marianów na koszty utrzymania i zachowania Fawley Court, wraz z ogołoconym teraz muzeum, jako centrum życia religijnego, kulturalnego i naukowego. Zwracają się więc z prośbą o kontrolę rocznych sprawozdań i rozliczeń ojców Marianów. Do tematu powrócimy.

PILOTI

Tłumaczenie ©Teresa Bazarnik, Nowy Czas, Londyn, 8 stycznia 2010

Dwa oblicza bezdomności

December 22, 2009

W Londynie ludzi bezdomnych jest sporo. Teraz w większości są to cudzoziemcy z A10 – jak się określa obywateli dziesięciu nowo przyjętych do Unii państw. W przeciwieństwie do Brytyjczyków zwykle nie przysługuje im pomoc państwa, bo albo nigdy nie zarejestrowali się w Home Office (jako zatrudnieni) czy w Inland Revenue (jako samozatrudnieni), albo pracowali zbyt krótko (o państwowe zasiłki można się ubiegać po roku pracy). W ciągu dnia najczęściej nie rzucają się w oczy, w większości wyglądają jak przeciętni ludzie na londyńskiej ulicy. Niekiedy gorzej, niekiedy nawet lepiej…

bez1
Z przychodzących do Manna Centre w pobliżu London Bridge bezdomnych 40 proc. pochodzi z krajów A10, trudno się więc dziwić, że przed wejściem od razu natrafiłem na Polaków. Jeden z nich, Paweł, znalazł się na ulicy pół roku temu. Na samym początku ktoś mu powiedział, by jak najszybciej wygrzebał się z tego bagna, bo z czasem będzie mu coraz trudniej. Niestety, miał rację.
Paweł wcześniej pracował jako kucharz, ma dwu i pół letnie doświadczenie w tym zawodzie. Jak twierdzi, mógłby spokojnie znaleźć pracę, ale już mu się nie chce. Patrząc na niego trudno przypuszczać, że może być bezdomnym. Czyste spodnie, ładny płaszcz, krótko ostrzyżone włosy. Ot, zwykły człowiek, jakiego możemy spotkać codziennie na swojej drodze w brytyjskiej stolicy. Z tą różnicą – o której nie wiemy – że Paweł noce spędza w autobusach, które kursują na długich trasach bądź w squatach. Raz, jadąc bez biletu, na uzasadnienie, że jest bezdomny, policjantka uśmiechnęła się i powiedziała, żeby spojrzał w lustro zanim zacznie głupoty opowiadać.

– To nie jest tak, że nie ma pracy. Praca jest.  Jeśli ktoś chce pracować, to zawsze ją znajdzie. Ale wejdź tu, do środka i zapytaj, kto chce pracę, odpowiedzą może dwie, trzy osoby.
Paweł budzi się kiedy ma ochotę, nigdzie mu się nie spieszy. – Najpierw idę do ośrodka (np. Manna Centre) umyć się i zjeść śniadanie – opowiada. – Ważne jest, żeby dbać o siebie i jakoś wyglądać. W ośrodku można także dostać czyste ubrania – dodaje. – Nie muszę wstawać rano, iść do pracy, gdzie jakiś baran będzie mi mówił co mam robić i zarabiać marne grosze.

Skąd zatem bierzecie pieniądze? – pytam nieco zdumiony. – To zależy – odpowiada Paweł. – Po alkohol to wystarczy iść do marketu i wynieść parę butelek. W niektórych sklepach ochrona dobrze wie, że wynosimy flaszki. – Ja raz wyniosłem 14 butelek wódki jednego dnia – dodaje Marek, kolega Pawła. – Zdarzało się wpaść, ale wtedy zwykle tylko zabierają ci alkohol i wypuszczają. A jeśli już nawet wezmą cię na komisariat to nic wielkiego się nie stanie.

Marek wpadł już kilkakrotnie. Najpierw dostał od policji tzw. „żółtą kartę”, następnym razem była czerwona. Później grozili mu deportacją. Wpadał jeszcze parę razy i zawsze kończyło się na ostrzeżeniach. Ze sklepów wynoszą nie tylko alkohol, ale wszystko to, na co jest akurat popyt – np. perfumy, płyty dvd etc. Mają swoich odbiorców, którzy chętnie zapłacą tylko połowę ceny za dany towar.

Kolejnym sposobem na zarobienie są tzw. „strzały”. Strzały to nic innego jak proszenie ludzi o „parę groszy”. W strzelaniu specjalistą jest Marek. – Podchodzę do człowieka, mówię: I’m homeless, give me 50 p. please, czyli tyle, co w sumie znam po angielsku i zwykle dają mi, i to więcej niż proszę. Bo przecież nikt ci nie da tylko 50 p. Pewnego razu jedna Murzynka dała mi aż 50 funtów. Dziennie średnio udaje mi się zebrać właśnie około 50  funtów. Czyli tyle, na ile trzeba pracować cały dzień.

Z policją również nie ma tutaj większych problemów. Funkcjonariusze są bardzo życzliwi i traktują każdego z szacunkiem. – Raz, gdy zasnąłem na ławce w parku, podeszła do mnie para policjantów – opowiada Marek – i zapytali się, czy wszystko w porządku. Pokazałem im, że jest mi zimno. Policjantka poszła do radiowozu i po chwili przyniosła mi ciepły koc i mnie nim okryła. Zdarzyło się również, że kupili mi kanapki i napój, gdy byłem głodny. Nawet gdy wpadnę podczas kradzieży, funkcjonariusze są dla mnie OK. Zawsze dadzą mi adwokata i tłumacza. Mogę się napić ciepłej herbaty. – Jak widzisz – stwierdza Paweł – wszystko sprzyja, aby się od tego nie uwalniać.

Milena Koczaska, która pracuje jako  doradca w Manna Centre i pomaga bezdomnym, ma o bezdomności w Londynie odmienne zdanie.

– Pomagam tym, którzy sami chcą sobie pomóc, nikogo nie zmuszam. Mimo to ludzi, którzy potrzebują tej pomocy i chcą wyjść na tzw. „prostą”, jest naprawdę sporo. Miesięcznie zajmuję się około 70. osobami, które z różnych powodów znalazły się na ulicy i najczęściej nie mają pracy – twierdzi Milena. – Pomagam między innymi w znalezieniu pracy, mieszkania, w powrotach do kraju, w uzyskaniu zasiłków, a czasami także w odzyskiwaniu dowodu tożsamości. Zdarza się często, że zgłaszają się do nas osoby, które zostały oszukane lub okradzione z wszelkich dokumentów. Wtedy wnioskuję do polskiego konsulatu (jeśli sprawa dotyczy Polaka) o wydanie nowego paszportu. Na szczęście konsulat często nas wpiera i wydaje pozwolenie na wyrobienie paszportu nieodpłatnie. Współpracujemy także z zimową noclegownią dla osób bezdomnych – The Robes Project, która działa od listopada do marca, a także z Reconnecion Project, którego celem jest wspieranie bezdomnych Polaków w powrocie do Polski, jeśli wyrażą taką potrzebę.

Milena pomaga w znalezieniu pracy tym, którzy naprawdę tego chcą. – Niektórzy bezdomni przychodzą już o 6 rano i czekają w kolejce do 8.30, aby zapisać się na listę i móc uzyskać pomoc czy poradę, więc absolutnie nie mogę powiedzieć, że im na niczym nie zależy. Jeśli osobie bezdomnej udaje się znaleźć pracę i wciąż pozostaje na ulicy, istnieje pewna możliwość uzyskania pomocy w wynajęciu pokoju. Muszę jednak najpierw poznać daną osobę i być pewna, że naprawdę jej na tym zależy oraz że faktycznie zaczęła pracować – podkreśla Milena.

Niedawno kilkoro podopiecznych Mileny znalazło pracę w nowo otwartej fabryce w zachodnim Londynie. Naprawdę wiele można zdziałać, ale niezbędne jest zaangażowanie obu stron. Czasami wystarczy pomóc napisać i wysłać CV, poszukać wspólnie ofert pracy, wykonać kilka rozmów telefonicznych, aby znów zacząć pracować.

Wielu podopiecznych z Manna Centre ma kilkuletnie doświadczenie w różnych zawodach, tyle tylko że nie potrafi obsługiwać internetu, napisać CV oraz często nie posiada funduszy na przeprowadzenie rozmów telefonicznych oraz na dojazd do potencjalnego pracodawcy.

Milena wie, że są również tacy, którym odpowiada życie bezdomnego, którzy łamiąc prawo i popadając w uzależnienia powoli rujnują swoje życie.

– Niestety, im częściej ktoś popada w konflikt z prawem, powiększając tym samym swoją kryminalną kartotekę, tym trudniej mu później cokolwiek osiągnąć i stanąć na własnych nogach. Dlatego ważne jest, aby mimo różnych potknięć przyjść i porozmawiać, bowiem zawsze można spróbować coś naprawić, tak aby później, zaczynając nowe życie, mieć tzw. czyste konto.

Krzepiące jest to, że Milena widzi owoce swojej pracy. To, że ktoś z jakiegokolwiek powodu wylądował nagle na ulicy nie przekreśla jego dalszego życia. Wiele spraw można wyprostować. Udaje się znaleźć takim osobom pracę, uzyskać zasiłki, a czasem i zakwaterowanie.

– Pewnego bezdomnego Polaka poszukiwała przez dwa lata rodzina z Polski – wspomina Milena. Pomogłam mu nawiązać z nimi kontakt i po kilku tygodniach mężczyźnie udało się wrócić do kraju. Inny z kolei został oszukany przez swojego pracodawcę i okradziony, gdy spędził pierwszą noc na ulicy. Udało nam się załatwić wszystkie formalności związane z odzyskaniem dowodu tożsamości, a następnie pomogliśmy znaleźć mu pracę i dach nad głową.

Jak więc widać problem bezdomności w Londynie ma dwa zupełnie różne oblicza. Niektórzy nie chcą walczyć o lepsze życie, czy to z przyzwyczajenia czy „wygody”, żyjąc na marginesie i w ciągłym konflikcie z prawem. Mimo że są tego świadomi, nie chcą się zmieniać. Są jednak i tacy, którzy mimo wręcz beznadziejnej sytuacji starają się iść pod prąd i z pomocą innych walczyć o powrót do normalnego życia. Właśnie pomoc takim ludziom sprawia, że praca w ośrodkach typu Day Centre ma sens.

Witold Ratajewski

DSCN3739mmMilena Koczaska:

Składając oferty pracy bardzo często zdarza się, że bezdomni nie są w stanie dostarczyć potencjalnemu pracodawcy kontaktowego numeru telefonu. Ośrodka nie stać niestety na zakup telefonów komórkowych dla swoich podopiecznych. W centrum dziennie przebywa około 200 osób. Jeśli ktoś posiada stary telefon komórkowy lub karty sim, których nie używa i mógłby je nam ofiarować, bylibyśmy bardzo wdzięczni. Trafią one do tych, którzy naprawdę chcą sobie pomóc. Ponadto często zajmujemy się sprawami natury prawnej, więc każda pomoc profesjonalnego prawnika również będzie nieoceniona. Jeśli ktoś chciałby wspomóc Manna Centre dostarczając ubrania, środki czystości, ręczniki itd. bardzo prosimy o wcześniejszy kontakt telefoniczny.


Jeśli chcesz pomóc, skontaktuj się z Mileną Koczaską z Manna Day Centre, od poniedziałku do piątku w godz. od 14.00 do 16.00
Tel: 020 7403 1931
a10worker@mannasociety.org.uk

Adres: Manna Day Centre, 6 Melior Street, London SE1 3QP

Abseil09005O. Ray Andrews (na zdjęciu powyżej), proboszcz kościoła St. George the Martyr w Borough, który z otwartymi ramionami przyjmuje uczestników organizowanych przez „Nowy Czas” ARTerii, znany jest z ogromnej życzliwości nie tylko dla Polaków, ale również wszystkich „obcych”, których  przyjmuje pod swoje skrzydła.
Dużo czasu i energii poświęca również bezdomnym. W niedzielę dożynkową (Harvest Sunday) parafianie St. George the Martyr przynieśli do kościoła produkty żywnościowe, które następnie przekazano bezdomnym właśnie z Manna Centre. Teraz, przed Bożym Narodzeniem, poprosił wiernych, by nie wysyłali do siebie indywidualnie kartek świątecznych, a zebrane datki przekazali do centrum dla bezdomnych. Jednak najbardziej spektakularnym wyczynem, jakiego dokonał na rzecz ludzi pozbawionych dachu nad głową było zjechanie po linie z 30-piętrowej Guy’s Hospital Tower – najwyższego w Londynie budynku, gdzie można uprawiać tego typu sport. W mijającym roku ponad 100 osób oddało się powodującemu u niektórych zawrót głowy sportowi, wspierając różnego rodzaju organizacje charytatywne. Wśród nich był ojciec Ray, który zjechał po linie z Guy’s Hospital Tower w lipcu. – Było to trochę przerażające, ale z drugiej strony niezwykle ekscytujące doświadczenie. Udało mi się dzięki temu zebrać około 1500 funtów, które przekazałem organizacji charytatywnej Robes Project działającej na rzecz bezdomnych – powiedział „Nowemu Czasowi” ojciec Ray. (tb)

Next Page »