W siódmym niebie nienawiści

February 4, 2010 · Drukuj

dyzurny

Od dawna już obserwuję toczącą się w internecie nie wiadomo gdzie zrodzoną wojenkę, jaką Polacy w kraju wypowiedzieli emigracji. To, co dzieje się na forach, co wypisuje w komentarzach pod publikowanymi przez portale doniesieniami, jest z jednej strony ambarasujące, z drugiej zaś – niepokojące i skandaliczne. Widząc, co ludzie wypisują, przypominam sobie piosenkę Lady Pank, cytowaną w tytule. Komu nie odpowiadają emigranci? Komu zależy na podsycaniu nienawiści? I wreszcie – kto na niej buduje swój kapitał i kto traci?

Z początku – czytając co poniektóre wystąpienia – gotów byłem wpadać w paranoję teorii spiskowych. – Przecież to niemożliwe – mówiłem sobie – by Polacy wypisywali o sobie podobne okropieństwa. Nie wiedziałem jednak, kogo oskarżać o próbę siania zamętu. Bliżej nie sprecyzowaną, acz złowróżbną żydomasonerię? Środowiska okołokremlowskie? Jakieś inne grupy rządowo-wywiadowcze? New World Order? Jednak po pewnym czasie zauważyłem, że same portale internetowe, zamiast prób zażegnania eskalacji wzajemnej niechęci, nie raz same próbują jeszcze bardziej zaostrzyć problem. Często publikują ewidentnie tendencyjne artykuły sugerujące, że emigranci to składająca się głównie z degeneratów i wykolejeńców bezduszna, bezmyślna swołocz. Zupełnie, jakby w Polsce takich było brak.

Portale mogą mieć swój interes w sianiu zamętu. Im więcej głupków wypisuje dyrdymały na forach, zmuszając innych do dementowania, tym większy ruch. A im większy ruch – tym bardziej staje się on atrakcyjny dla potencjalnych reklamodawców. Bo przecież ma sto milionów klepnięć na godzinę…
Ale – wróćmy do źródła problemu, czyli internetowych oszołomów. Według toku myślenia, jakim idą co poniektórzy „forumowicze”, gdybym z jakiejkolwiek przyczyny (chęci zdobycia lepszej pracy albo wykształcenia, rozpoczęcia kariery czy chociażby poznania przyszłej towarzyszki życia) przejechał ponad 700 kilometrów z jednego krańca Polski na drugi, pewnie wszystko byłoby w porządku. Gorzej, jeśli miałbym ruszyć się chociażby kilka kilometrów poza granicę kraju (która – na dobrą sprawę – już nie istnieje). Wtedy dla niektórych staję się zdrajcą, nieudacznikiem oraz – obowiązkowo – „zmywakiem”.

Tak naprawdę owe steki inwektyw napędzane są długo hodowanymi kompleksami i frustracjami tych, którzy podejmują się internetowej dyskusji. Czasem, pod maską ironii, czy przewrotności, ludzie skrywają nienawiść do wszystkich i wszystkiego. Dokąd owe szaleństwo ma prowadzić? Tego akurat nie wiem. Ale zdaję sobie sprawę z faktu, że im głębiej się w nie pogrążamy, tym bardziej nas wszystkich niszczy.

Czy ci, którzy tak plują na „wyjechanych”, zastanowili się choć przez chwilę, dlaczego emigranci zdecydowali się na swój desperacki krok? Oczywiście – nie piszę tu o garstce bandytów uciekających przed polskim systemem prawa. Mam na myśli milionowe rzesze tych, którzy musieli zostawić znajome miejsca i swoich bliskich, by z dala od domu rozpocząć nowe, normalne życie. To nie oni są „zdrajcami ojczyzny”, jak często możemy przeczytać na forach. Bo czy nie jest dokładnie na odwrót? To właśnie ci ludzie bardzo często czują się zdradzeni przez własną ojczyznę. Byli wyzyskiwani przez złodziejski system fiskalno-ubezpieczeniowy i mamieni przez polityków, rozczarowani brakiem godziwej pracy i nadziei na własny kąt. Wielu z nich do dziś ma w Polsce rodziny, którym pomaga przetrwać, śląc ciężko zarobione przez siebie pieniądze, a tym samym – napędzając polską gospodarkę. I właśnie ci ludzie są nazywani przez zgraję szczekaczy zdrajcami.

Człowiek zamieszczający w internecie pełne nienawiści posty ma mentalność pańszczyźnianego chłopa albo PGR-owskiego wyrobnika. Zdaje sobie sprawę z beznadziei, w jakiej się znalazł, jest wściekły na swoje mierne położenie i wie, że nie może z niego uciec. Dlatego gotów jest kąsać na prawo i lewo, niczym złapane w potrzask zwierzę. Często owa ślepa kąsanina kończy się ugryzieniem ręki, która mogłaby nieść pomoc. W swym prymitywnym odruchu niszczenia wszystkiego dokoła, ów człowiek nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że zamiast osiągnąć cokolwiek, tylko pogarsza swoją sytuację. Bo wzajemna nienawiść między stojącymi po obu stronach granicznej barykady Polakami jeszcze bardziej rośnie. Jest niczym zatwardziały komunista, który w imię szukania ukrytego acz bliżej nie sprecyzowanego wroga ludu, cały lud terroryzuje, samemu ostatecznie stając się jego wrogiem.

Ludzie wypisujący bzdury na internetowych forach, zdają się być ostatnimi pogrobowcami zdechłego ponad dwadzieścia lat temu systemu. Systemu, którego – na dobrą sprawę – nawet nie doświadczyli. Gdyż albo ich jeszcze wtedy na świecie nie było, albo sikali dopiero w pieluchy, wystane przez ich rodziców w długich kolejkach. I kto tu – tak naprawdę – jest owym (jakże często przywoływanym przez „prawdziwych Polaków”) nieudacznikiem? Ci, którzy znaleźli w sobie wystarczająco dużo odwagi, by rozpocząć nowe, nienaznaczone garbem przeszłości życie, czy też ci, którzy pozostali w kraju, skomląc i wylewając na innych swoje frustracje?

Tym bardziej smutnym wydaje się fakt, że przecież większość z osób decydujących się na emigrację, starała się uniknąć nie tylko wizji dożywotniej biedy w kraju. Ale także – ostatnio wręcz przede wszystkim – uciekała od zacofania, zakłamania, obskurantyzmu, nihilizmu, powszechnej zawiści i zapiekłej nienawiści. Plag, które od wielu lat przetaczają się przez Polskę, niszcząc mieszkających w niej ludzi.

Czy to właśnie „otake Polske” walczyły tysiące Polaków, którym marzył się wolny kraj? Zakompleksioną, ziejącą nienawiścią do wszystkiego i wszystkich, podłą, głupią i prymitywną? Zresztą, czy to jeszcze jest Polska? A może już Wolska – jakiś pokraczny twór z niezbyt udanej wersji hymnu Lech Kaczyńskiego? Kraina nieziszczalnych, gierkowsko-tuskowych cudów, którymi karmi się kolejne pokolenia otumanionych mas?

Stek obelg wylewanych na emigrantów na różnych polskojęzycznych forach może boleć. Spośród osiedlających cię w Wielkiej Brytanii Polaków, stosunkowo niewielka grupa doświadczyła niechęci ze strony miejscowej ludności. Większość Brytyjczyków już dawno zrozumiała, że nie „kradniemy im” pracy, lecz bardzo często wykonujemy te zajęcia, których miejscowa ludność po prostu by się nie podjęła. A nawet jeśli konkurujemy z Brytyjczykami na rynku pracy, co zdarza się coraz częściej, zazwyczaj potrafimy udowodnić, że jesteśmy po prostu od nich lepsi. Wbrew obiegowej opinii – niekoniecznie dlatego, że możemy pracować za niższe stawki, ale przede wszystkim, dzięki wyższym kwalifikacjim, lepszej jakości pracy i elastyczności.

Alex Sławiński

Komentarze

Got something to say?