Politykierstwo
February 4, 2010 · Drukuj
Że zacznę od anegdoty na te pieskie czasy. Mąż siedzi w fotelu i czyta gazetę. Podchodzi do niego żona i mówi z wyrzutem: – Może byś czasem powiedział jakieś ciepłe słówko? Na co mąż: – Kaloryfer.
To tak á propos zimy tu i w kraju. Zima przejdzie,
a pieskie życie pozostanie. Komu je zawdzięczamy? Głównie politykom – jak głosi powszechna opinia. Tym zimnym politycznym draniom.
Polityczne draństwo ma swoją skalę. Jak nawałnice w skali Bouforta czy sejsmiczne trzęsienia ziemi. Im państwo potężniejsze, tym większe polityczne draństwo. Wielka Brytania przez parę wieków uchodziła za wielkie mocarstwo. Podbijała kontynenty, zniewalała ich ludność, eksploatowała ich ziemię i surowce. Ale uchodziła za kraj wielkiej tolerancji i przyzwoitości. Za model kraju, w którym nie istniała korupcja. Przekupstwa były tu nie do pomyślenia, jak myśleliśmy.
I co się okazało? Na jednym choćby przykładzie? Szereg lat temu mieszkająca u nas młoda Polka, przybyła z PRL-u, zapragnęła tu zostać na stałe. Ale jak? Trzeba jej znaleźć męża z obywatelstwem brytyjskim. Znalazł jej takiego ochotnika za odpłatą znany na emigracji małżeński pośrednik. Suma za tzw. stułę była wielosetna. Kiedy przyszło do rejestracji młodej pary w urzędzie stanu cywilnego, urzędnik zaczął kręcić nosem. Coś wywąchał. Umowny narzeczony zaczął się wahać. Ale umowna narzeczona wzięła sprawę w swoje ręce. Kupiła kilka butelek wódki i magnum szampana. Dotarła z butelkami do owego urzędnika. I ślub się odbył w oznaczonym terminie. Potem, po rozwodzie, zamarzyło jej się mieszkanie. Samorządowe, przydzielane według list. Jako ex-panna po rozwodzie, bez dziecka, nie miała szans. Ale powtórzyła zabieg z butelkami. Tym razem odbiorcą był radny samorządowy. Czyli już niby polityk, bo pochodził z wyborów lokalnych. No i dostała w blokach dwa pokoje z kuchnią i łazienką. Nauczyła się tych korupcyjnych chwytów w PRL-u.
Dziś to już nikogo w tym kraju nie dziwi, że za przekupstwa przekręty, fałszywe dokumenty można tu dostać mieszanie albo dom i tzw. socjal na utrzymanie. Celują w tych praktykach przybysze z byłych brytyjskich kolonii. W tym potencjalni terroryści. Wszyscy o tym wiedzą. Ale urzędu antykorupcyjnego tu nie ustanowiono. Bo któżby się tu przyznał do powszechnej korupcji?
Znacznie większą skalę przybrała tu korupcja polityków. Korupcja kamuflowana obchodzeniem i naciąganiem przepisów finansowych. No i co? No i prawie nic, poza wielką wrzawą medialną. Gdyby nie media, głównie Daily Telegraph, nigdy by tu nikt tych przekrętów nie podejrzewał. Czy powołano tu komisję przesłuchującą publicznie polityków? Nie powołano. Sprawy rozpatrywano we własnym zakresie raczej poufnie. Rozrywek telewizyjnych z indagowaniem świadków i podejrzanych o naciąganie nie było. I nie będzie. Nie godzi się bowiem boleśnie godzić w matkę parlamentów.
Przekręty i wykręty finansowe są niczym wobec matactw w skali wielkiej polityki. A takim matactwem – jak się teraz okazuje – była decyzja przystąpienia do wojny z reżymem Saddama Husajna w Iraku. W rzeczywistości do najazdu zbrojnego na Irak. Bodaj większość z nas uległa argumentom amerykańsko-brytyjskim o legalności tego najazdu. Włącznie z polskim rządem premiera Leszka Millera. Dziś wiemy, że niestety miał rację ówczesny prezydent Francji Jacques Chirac mówiąc, że byłoby lepiej, gdyby Polska milczała. Ale w nas zawrzała krew sarmacka. Urażono naszą narodową godność. Czy rozliczono z tego rząd Leszka Millera? Nie rozliczono i pewnie go nie rozliczą. Awantura iracka pochłonęła tysiące ludzkich istnień, zdewastowała kraj, naraziła Zachód na odium muzułmańskie. Iracki wrzód powoli pęka. W Anglii odbywa się teraz w sprawie legalności tej agresji dochodzenie komisji Lorda Chilcota. Flasze w telewizji, relacje w prasie. Głowy za to nie polecą, kariery polityków są i tak schyłkowe. Na ekranach telewizyjnych nie ma z politykami igrzysk i igraszek. Kilku politycznych gladiatorów szermuje dwuznacznymi argumentami. I tyle.
A w Polsce? Komisja za komisją w telewizji. Przesłuchiwania jak na sali sądowej. Popisy erudycji prawnej śledczych. Świadkowie posiłkowi. POty i potknięcia przesłuchiwanych. Z kim pan był i co pan robił tego i tego dnia tego i teg roku. Czy zna pan Panna X i c pana łączyło z panem Y. Na cmentarzu na stacji bnzynowej, na przyjęciu sylwestrowym i w hotelach. No i w tym Pędzącym Królliku, warszawskim ustroniu restauracyjnym, miejscem rzekomych niecnym korupcyjnych schadzek. KOmisja pod pędzącym królikiem zastępuje komizmem kabarety. A o co chodzi? O przecieki. Nie o przekupstwo, nie o łapówki, nie o narażanie skarbu państwa na straty. Ani rodzin na utratę bliskich. POlski kocioł polityczny kipi furią demokratyczną. Zdrowy to objaw? ZDrowszy od brytyjskiego umiaru demokratycznej dyskrecji? Starej i wybróbowanej w politycznej szermierce przez wieki? Wniosek chyba taki, że nas ponosi demokratyczna młodość i zapał i zapłon polityiczny. I ten typowy dla nas brak umiarkowania. A tu w Wielkiej Brytanii nawet lord goldsmith naczlenhy prokurator, najwyższa prawna instancja, orzekająca w sprawie legalności najazdu na Irak, otrzymeł ponad dwa tysiące funtów na osobistą pomoc prawną. Żeby się dobrze bronił przed komisją bo tak nakazuje tradycja starej demokracji. A my, w naszej młodej demokracji wciąż płacimy byłym ubekomi i przestępcom peerolowskim za ich zbrodnie bez kary.
Nic tak dobrze nie robi na te pieskie czasuy, ja kanegdoty. Do pewnego spotkanego polityka zwraca się dziennikarz mówiąc: – – Przepraszam, ale pańska twarz wydaje mi isę znajoma. –Musiałem ją widzieć w innym miejscu. – Niemożliwe – odparł polityk. – Swoją twarz noszę zawsze na tym samym miejscu. – Oj nie na dłlugo, nie na dłlugo – burknął dziennikarz. Do kolejnej komisji.






Komentarze
Got something to say?