Nowozelandzka Przygoda
January 29, 2010
Biorąc do ręki globus, łatwo sprawdzimy, że Londyn i leżący w Nowej Zelandii Auckland znajdują się niemalże dokładnie po przeciwnych stronach świata. Różnica czasu pomiędzy obydwoma miastami wynosi dwanaście godzin, zaś podróż w jedną stronę zajmie ponad dobę. Bilety do najtańszych też nie należą, jednak wyprawa do Nowej Zelandii warta jest poniesionych trudów i kosztów.
Lot do Hong Kongu trwał dwanaście godzin. Tam następny samolot i – znów niemalże pół doby w powietrzu. Z góry miałem okazję zobaczyć australijskie wybrzeże, wzdłuż którego lecieliśmy przez jakiś czas. Zaś podchodząc do lądowania – panoramę Auckland, miasta, którego widok nawet z lotu ptaka pozostawia niezapomniane wrażenia.
Jeśli podróżowaliście do Wielkiej Brytanii przed wejściem Polski do UE, to pewnie wiecie, jakim horrorem było wtedy spotkanie z urzędnikiem imigracyjnym. Na lotnisku w Nowej Zelandii wcale nie jest lepiej. Oprócz dokładnej spowiedzi na temat celu wizyty i długości pobytu oraz konieczności odpowiedzi na wnikliwe pytania, gdzie dokładnie zamierzam się zatrzymać, skontrolowano dokładnie mój bagaż podręczny. Nowozelandzkie przepisy są bardzo restrykcyjne jeśli chodzi o wwożenie na teren kraju różnorakich produktów pochodzenia zwierzęcego i roślinnego. Specjalne bramki i wyszkolone psy, biegające po torbach kręcących się na bagażowej karuzeli, sprawdzają nie tylko czy nie przewozimy narkotyków lub kostek semtexu, ale także kanapek z szynką, owoców czy chociażby kwiatów dla ukochanej.
Chroniąc własną gospodarkę
Dzieje się tak nie bez powodu. Nowozelandzka przyroda jest kompletnie bezbronna jeśli chodzi o „najeźdźców” z zewnątrz. Przed przybyciem Europejczyków w te strony jedynymi ssakami występującymi na wyspach były nietoperze. Dziś szczury, króliki, psy i przywiezione z Australii oposy stanowią plagę, którą nie wiadomo jak zwalczyć. Wprawdzie epidemia, jaka wybuchła parę lat temu wśród królików poważnie ograniczyła ich liczbę, jednak bezpańskie psy i koty do dziś są głównym czynnikiem powodującym zmniejszanie się populacji ptaka kiwi, będącego symbolem kraju. W świecie roślinnym sytuacja jest podobna. Europejskie chwasty wypierają rodzimą roślinność, zaś przywleczone nie wiadomo skąd algi sieją spustoszenie w jeziorach Wyspy Południowej.
Kolejnym zagrożeniem dla (tym razem gospodarczej) równowagi kraju są napływający masowo imigranci. Wprawdzie Nowa Zelandia nadal dynamicznie się rozwija i potrzebuje rąk do pracy, jednak tamtejszy rynek oczekuje na specjalistów. Nisko wykwalifikowana siła robocza, głównie z Azji, nie jest w stanie zapewnić krajowi odpowiedniego tempa wzrostu. Co więcej – bezrobotni przybysze, z licznymi rodzinami, stają się dodatkowym obciążeniem dla nowozelandzkiego podatnika. Stąd konieczność restrykcyjnych kontroli wjazdowych.
Gdy jednak przejdziemy już przez wszystkie procedury graniczne, jeden z najpiękniejszych zakątków świata staje przed nami otworem. W Nowej Zelandii znajdziemy wszystko: zapierające dech w piersiach góry i morze z pięknymi plażami, lodowce i tropikalną roślinność, industrialną nowoczesność największych miast i maoryską tradycję…
Pierwszy przystanek
Najlepszym sposobem na zwiedzanie kraju jest wynajęcie samochodu i jazda dokąd oczy poniosą. Albowiem wszędzie znajdziemy coś ciekawego. Paliwo jest w Nowej Zelandii dużo tańsze niż w Anglii, noclegi w licznych hotelikach i schroniskach również, tak więc beztroskie jeżdżenie po kraju nie powinno nadmiernie obciążyć naszej kieszeni jeśli wydatki będziemy planować z rozsądkiem.
Dla większości turystów pierwszym przystankiem jest zazwyczaj Auckland. To największe, najnowocześniejsze, multikulturowe miasto jest najbardziej rzucającą się w oczy wizytówką kraju. W porównaniu z nim znajdujące się na przeciwległym końcu wyspy Wellington jest senną mieściną, do której ludzie nie zapuszczają się zbyt często jeśli nie mają poważnego powodu. A przecież to właśnie Wellington jest stolicą – przynajmniej z administracyjnego punktu widzenia. Bo tak naprawdę, gdy przybywającego do Nowej Zelandii turystę spytamy o stolicę kraju, z pewnością większość bez wahania wymieni Auckland, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, jaki błąd popełnia.
I nic w tym dziwnego. Wellington, z jego niemalże prowincjonalną atmosferą w niczym nie przypomina cztery razy większego, nowoczesnego, szybko rozwijającego się Auckland. To tu właśnie skupia się życie artystyczne i kulturalne kraju. Tu również, górując ponad nowoczesnymi biurowcami, stoi Sky Tower – najwyższa budowla południowej półkuli. Stąpanie po szklanej podłodze zawieszonego ćwierć kilometra nad ziemią tarasu widokowego przyspiesza bicie serca nawet tym, którzy twierdzą, że nie wiedzą co to lęk wysokości. Z kolei wielbiciele mocnych wrażeń będą mieli okazję wpompować nieco adrenaliny do żył skacząc ze Sky Tower na linie.
Ekstremalnie i zwyczajnie
Zresztą nie tylko w Auckland można sobie zafundować podobne przeżycia. Nowa Zelandia uchodzi za światową stolicę sportów ekstremalnych. Pośród wspaniałych widoków, jakie oferuje wyspiarski kraj, skok na bungee to jedyne w swoim rodzaju doświadczenie. W wielu miejscach kraju turysta może sobie również zafundować rafting. Jest to spływ pontonem wzdłuż wartkiej, górskiej rzeki, w której roi się od wirów, wodospadów i wystających z wody ostrych kamieni. Wypadnięcie z pontonu prosto do lodowatej wody nie należało do najprzyjemniejszych wydarzeń mojego życia, ale zjazd w dół siedmiometrowego wodospadu jest wrażeniem, którego łatwo się nie zapomina.
Miłośnicy wspinaczki górskiej również nie powinni czuć się zawiedzeni. Na obu głównych wyspach kraju znajdują się malownicze pasma górskie. Najwyższy szczyt kraju, Mount Cook, wznosi się na ponad 3 tys. metrów nad poziom morza. Otaczające go góry są niewiele tylko niższe, zaś w oddzielających je dolinach przez cały rok zalegają lodowce. Nic więc dziwnego, że nazwano je Alpami Południowymi. Góry wyrastają miejscami prosto z oceanu. Jadąc z Christchurch, największej miejscowości Wyspy Południowej do Picton, portowego miasta, do którego zawijają promy z Wyspy Północnej, po jednej stronie, zaledwie kilkadziesiąt metrów od drogi, są malownicze morskie plaże, zaś po drugiej – górskie szczyty. Na zboczach, zamienionych w wielkie pastwiska – tysiące owiec. Złośliwi mawiają, że Nowa Zelandia ma 44 mln mieszkańców, z czego cztery miliony to ludzie, zaś reszta – barany. Choć tak naprawdę ostatnimi laty zamiast owiec coraz częściej można ujrzeć tam krowy. Jak mówili mi lokalni farmerzy – krowi biznes jest bardziej opłacalny.
Jednak dobrze rozwinięte rolnictwo kraju to nie tylko hodowla. Nowa Zelandia jest też liczącym się producentem jabłek i ich przetworów, oraz – co chyba nie dziwi – owoców kiwi. Jadąc przez kraj często zastanawiałem się, czy slangową nazwę swej nacji (Kiwis) Nowozelandczycy tak naprawdę nie zawdzięczają owocom, a nie osławionym ptakom, bo wymierającego nielota w czasie swej wyprawy nie zobaczyłem ani razu, a plantacje kiwi niemalże na każdym kroku. Z daleka do złudzenia przypominały uprawy winorośli. Bo pamiętajmy, że Nowa Zelandia jest również coraz bardziej liczącym się w świecie producentem wina.
Najlepszym miesiącem na wizytę w tym kraju jest marzec – najazd turystów już się kończy, temperatury stają się bardziej znośne, zaś przyroda jest najpiękniejsza właśnie o tej porze roku. A właśnie dla przyrody, dla widoków warto przebyć taki szmat drogi. Nie bez powodu twórcy ekranizacji „Władcy Pierścieni” wybrali tę krainę, by „udawała” Śródziemie. Albowiem tu właśnie znajdziemy wszystkie części składowe tolkienowskiego świata. Wielkie, trawiaste równiny, nieprzebyte lasy, góry, gejzery i wulkany. Jadąc z północy na południe zauważamy powolną zmianę szaty roślinnej. Tropikalne, palmowe gaje ustępują z wolna lasom liściastym, w których najbardziej rzucającym się w oczy elementem są eukaliptusy. Ich wysokie pnie, z korą obłażącą długimi płatami, pozwalają wiszącym wyżej niż u pozostałych drzew jasnozielonym koronom na znakomity dostęp do światła słonecznego. Wprawdzie również w Londynie znajdziemy w przydomowych ogródkach pojedyncze eukaliptusy zasadzone przez botaników-amatorów, te jednak swym wyglądem w niewielkim stopniu przypominają okazy z południowej półkuli. Im zaś dalej na południe, tym bardziej roślinność przypomina tę, którą znamy z naszej europejskiej strefy klimatycznej.
na czterech kółkach
Przez Nową Zelandię podróżuje się szybko. Wielkie terenowe smoki z napędem na cztery koła rzadko jeżdżą tam wolniej niż 100 km/h, nawet na górskich serpentynach. Podobnie i olbrzymie osiemnastokołowce, przypominające te, które oglądaliśmy w filmie „Konwój”. Sieć kolejowa kraju nie jest najlepiej rozwinięta, więc transport odbywa się w głównej mierze drogami. Ciężarówki gnają więc masowo przez kraj, gotowe staranować wszystko, co porusza się wolniej od nich.
W Nowej Zelandii (wyłączywszy okolice Auckland, Wellington i Christchurch) nie ma autostrad w europejskim rozumieniu tego słowa. State Highway, czyli główna arteria kraju prowadząca z północy na południe to wąska droga, z jednym tylko pasem dla każdego kierunku ruchu. Dodatkowy pas, służący do wyprzedzania, pojawia się co kilkanaście kilometrów. Tak więc – nie chcąc być zawalidrogą – należy dostosować swoją prędkość do ogólnie przyjętej.
Nie jest to łatwe. Szczególnie w górach. Moja wynajęta toyota nie trzymała się drogi tak pewnie jak należące do tubylców „offroady”, poza tym jako turysta, chcąc choć trochę obejrzeć kraj wlokłem się osiemdziesiątką. Często więc tworzył się za mną ogonek z pięciu, sześciu pojazdów. Wedle nowozelandzkich standardów to już niezły korek. Dzięki takiemu ekspresowemu tempu udało mi się przebyć wzdłuż Północnej Wyspy w ciągu pięciu dni. Na szybką jazdę można sobie pozwolić, gdyż prawie nigdzie nie ma kamer kontrolujących prędkość, natężenie ruchu jest niewielkie, zaś drogi dobrze utrzymane.
Jazda samochodem może być początkowo nieco kłopotliwa. Podobnie jak w większości krajów Azji i Pacyfiku – w Nowej Zelandii jeździ się po lewej stronie drogi, więc ktoś, kto już przywykł do prowadzenia pojazdów w Wielkiej Brytanii, teoretycznie nie powinien mieć większych problemów. Teoretycznie. Bowiem chociażby fakt, iż kolumna kierownicy skonstruowana jest tak, że przełącznik kierunkowskazów i wycieraczek znajdują się po odwrotnych stronach niż to jest powszechnie przyjęte, nieco działa na nerwy. Ale dość szybko można się do tego przyzwyczaić i nie włączać wycieraczek przy każdej próbie skrętu.
W każdej, nawet w najmniejszej (a takie tam przeważają) mieścince były jakieś atrakcje. A to olbrzymie jezioro w Taupo, a to gorące źródła w Rotorua, a to wreszcie możliwość kupienia świeżych i tanich, „organicznych” owoców i warzyw wprost od farmerów wykładających swoje towary na stoiskach przy drodze.
Małe, senne mieścinki są rajem dla tych, których zmęczył już codzienny wyścig szczurów, panujący w nowoczesnych metropoliach i chcą odnaleźć trochę spokoju. Na trasie mojej wycieczki spotkałem wielu Brytyjczyków, którzy w poszukiwaniu owego spokoju wynieśli się ze swego kraju. Prowadzą tam swoje sklepiki, knajpy i hoteliki i niewiele ich obchodzi szaleństwo odległego świata. Bo też spacerując ulicami nowozelandzkich miasteczek można zapomnieć nie tylko o świecie, ale i o upływie czasu. Jest sennie, ale nie gnuśnie. Nowozelandczycy to ludzie bardzo energiczni, którzy nigdy nie wyglądają na znudzonych. Są też znacznie bardziej niż Anglicy otwarci i przyjacielscy, chociaż – bez wylewności.
Maoryskim zwyczajem
Jednym z powodów mojej podróży na antypody był ślub znajomych. Była to impreza bardzo różniąca się od tego, co znamy z Wielkiej Brytanii. Zamiast krótkiego spotkania przy szampanie, wziąłem udział w wielkim, obliczonym na setkę gości, dwa dni trwającym weselu, które bardzo kojarzyło mi się z polską tradycją ludową. Bo też było na ludowo. Po maorysku. Być w Nowej Zelandii i nie spotkać się z maoryską kulturą to tak jak pojechać do Paryża i nie widzieć wieży Eiffla.
Ceremonii ślubnej opisywać nie będę, wspomnę jedynie, że odbywała się ona pod gołym niebem, na wielkiej łące, oryginalnie będącej pastwiskiem, na czas imprezy „wypożyczonej” od właścicieli, czyli jednego z lokalnych rodów. Miejsce to przekształcono w pole namiotowe, na którym mieszkaliśmy i imprezowaliśmy przez następnych kilka dni. Wystarczał pięciominutowy spacer (połączony ze „skokami przez płotki” oddzielające od siebie poszczególne pastwiska), by dotrzeć na dziewiczą, piaszczystą plażę. Wielkie wrażenie zrobiła na mnie weselna kolacja, przygotowana w tradycyjny, maoryski sposób. Jadło (w tym największe, jakie dotąd widziałem homary nałapane parę godzin wcześniej – jak twierdzili organizatorzy), zakopano w ziemnym dole, w którym rozpalono ogień. Przemówieniom, jedzeniu, piciu i… kolejnym przemówieniom nie było końca. Pośród obfitości jadła i napitku łatwo było się zapomnieć. Jednakże samej imprezy – co chyba oczywiste – zapomnieć się nie da. Dzięki serdeczności organizatorów i uczestników czułem się jakbym był w swojej rodzinie.
Po weselu zostałem jeszcze kilka dni w tym pięknym kraju. Poświęciłem je na zwiedzanie Wyspy Południowej. Jest ona większa od północnej, ale mieszka tu nie więcej niż jedna czwarta populacji kraju. Jej centralną część zajmują posępne, prawie niezamieszkałe Alpy Południowe. Jedynym większym miastem jest Christchurch, leżący na wschodnim wybrzeżu. Z miasta nad morze jedzie się godzinkę, mijając malownicze wzniesienia. Mnie jazda zajęła nieco więcej, gdyż w jednym z miejsc trwały prace remontowe drogi. Na kilkusetmetrowym odcinku uwijała się spora grupa robotników kładących nawierzchnię. Ruch odbywał się wahadłowo po jednym tylko pasie, co opóźniło nieco przejazd. Jednak gdy parę godzin później wracałem do Christchurch, robotnicy zniknęli, a jezdnia była zrobiona. Przyzwyczajony do tego, że w Londynie prace przy najmniejszej nawet dziurze w drodze trwają tygodniami, nie mogłem się nadziwić tempu, w jakim odbył się remont.
Zresztą – różnic pomiędzy tym, co europejskie, a tym, co nowozelandzkie jest więcej. Weźmy choćby pieniądze. Wprawdzie siła nabywcza lokalnej waluty jest znacznie mniejsza niż funta (wymienia się mniej więcej jak 1 do 3), jednak jakość wykonania banknotów jest dużo wyższa. Albowiem są one zrobione z plastikowej folii, co powoduje, że trudniej je podrobić. Są też znacznie trwalsze od papierowych odpowiedników. Owa wytrzymałość na zniszczenie jest w wilgotnym, podzwrotnikowym klimacie kraju cechą bardzo pożądaną. Nic więc dziwnego, że coraz więcej państw regionu Pacyfiku przechodzi na takie właśnie foliowe pieniądze. Jeśli będziecie w Nowej Zelandii nie zdziwcie się, że kupując cokolwiek nie otrzymacie reszty wyliczonej co do centa – najmniejszym nominałem jest dziesięciocentówka, zaś kasy przy sumowaniu po prostu zaokrąglają końcową wartość.
Społeczność tego kraju bardzo poważnie traktuje lokalną tradycję, zwyczaje i historię (szczególnie tę sprzed okresu przybycia Brytyjczyków). Kraj przeszedł niedawno zmianę flagi narodowej. Znaną do tej pory, niebieską, z Union Jack w lewym górnym rogu i krzyżem południa zastąpiła czarna, z gałązką srebrnej paproci – symbolu kraju. Czarny kolor stał się barwą reprezentacyjną. Najlepiej wiedzą o tym fani sportu, którym All Blacks jednoznacznie kojarzą się z nowozelandzką drużyną narodową.
Zaskoczeniem była dla mnie cena domów. Podczas gdy w Londynie za 100 tys. funtów nie kupi się nawet najmniejszej kawalerki w najlichszej dzielnicy, za równowartość tej sumy można w nowozelandzkim countryside dostać dom z trzema sypialniami, sporym ogrodem i garażem na dwa samochody. I mimo że ostatnimi czasy ceny dość szybko idą w górę, nadal – w porównaniu ze średnią europejską – zdają się być bardzo atrakcyjne. Dlatego kto wie, może zamiast myśleć o kupnie domu w Polsce czy Zjednoczonym Królestwie, niektórzy inwestorzy zastanowią się nad kupnem nieruchomości w innym końcu świata, gdzie rynek nadal dynamicznie się rozwija i suma zwrotu z takiego nabytku może być za parę lat znacznie większa niż tutaj?
Krótki pobyt w Nowej Zelandii z pewnością nie dał mi szansy poznania wszystkich osobliwości tego kraju. Dlatego wiem, że wybiorę się tam kiedyś jeszcze, do czego serdecznie namawiam czytelników „Nowego Czasu”.
Tekst i zdjęcia: Alex Sławiński
Galeria: Komentarz Andrzeja Krauze
January 25, 2010

UPDATED: More photos from Arteria 2010 ball
January 25, 2010
Za wielkiego Titanica!
January 25, 2010
Zwodowany został 31 grudnia 1911 roku. RMS Titanic, jeden z największych liniowców pasażerkich początku XX wieku. Tragiczna historia jego czterodniowej podróży do Nowego Jorku, zakończonej śmiercią 1504 osób, była tematem kilku filmów. Przeglądając kopie dzienników pokładowych i relacje ocalałych świadków poznamy prawdziwą historię tego dziewiczego rejsu.

Prace nad Titanikiem, bliźniaczą jednostką Olimpika (obie nazwy nawiązują do mitycznych tytanów) zaczęły sie wiosną 1909 roku na zlecenie firmy White Star. Liniowce te miały o 100 stóp długością pobić największe wówczas na świecie statki pasażerskie Lusitanię i Mauretanię, konkurencyjnych linii Cunard. Obydwa giganty miały rozwijać prędkość do 24 węzłów przy wyporności 47 tysięcy BRT. W grudniu 1911 roku kadłub Titanika był gotowy. Zwodowano go i na gotowych nadbudówkach zamontowano cztery wielkie kominy. W chwili zwodowania Titanic był największym parowym statkiem na świecie. W swoją dziewiczą podróż do Nowego Jorku liniowiec wyruszył 10 kwietnia 1912 roku z najgłębszego portu pasażerskiego Wielkiej Brytanii – Southampton. Następnego dnia, u wybrzeży Francji przejął 150 pasażerów z pokładu mniejszej Nomadiki i udał się do irlandzkiego portu Queenstown. Potężny kilwater liniowca zassał mocno mniejszą jednostkę New York, która pod wpływem siły zerwała cumy. Po tym szokującym wydarzeniu część pasażerów wykorzystała godzinną przerwę w podróży, by zsiąść na ląd i zrezygnować. Wielu z nich ta decyzja uratowała życie. Po godzinie Titanic, z 1311 pasażerami i 897 członkami załogi na pokładzie wyruszy w drogę do Nowego Jorku.
Pijmy za wielkiego Titanica!
Pogłoska głosi, że twórcy Titanica wszem i wobec zapewniali o jego niezatapialności. W rzeczywistości to raczej producenci jego ogromnych, wodoszczelnych grodzi rozprzestrzeniali takie przekonanie, które zresztą okazało się złudne. Oglądając listę pasażerów liniowca i porównując ją z listą załogi każdy zdrowo myślący i żyjący w pierwszej dekadzie XXI wieku człowiek musi zadać sobie pytanie – komu opłaciło się zatrudnić 897 pracowników, kupić górę węgla i zainwestować trzy lata pracy w stoczniach i górę pieniędzy, by przewieźć 1311 pasażerów? Odpowiedzią jest struktura sprzedanych biletów. Zwróćmy uwagę, że aż 329 pasażerów podróżowało 1 klasą. A różnice w cenach biletów między klasą pierwszą a trzecią były ogromne. Dla porównania – zwykły bilet w tej ostatniej kosztował wówczas około 5 funtów, czyli równowartość miesięcznej pensji palacza na Titanicu! Bilet za apartament w klasie pierwszej nawet ponad 200 funtów, czyli fortunę, której palacz nie mógł zarobić nawet w rok! Mieszkańcy pierwszej klasy cieszyli się komfortowymi już nie kajutami, lecz wręcz apartamentami z własnymi kominkami, fortepianami, kasami pancernymi do przechowywania klejnotów… I śmiało można założyć, że to właśnie oni byli głównym źródłem przychodów armatora.
W trakcie krótkiej podróży nie brakowało momentów, gdy pasażerom pierwszej klasy, ot, chociażby ucztujących wspólnie z kapitanem i oficerami w głównej jadalni dawano do zrozumienia, że są wybrańcami losu. Panowało przekonanie, że Titanic jest cudem techniki, niezawodnym i niepokonanym. Jeden z ocalałych, Thomas Whitheley, 18-letni steward, tydzień po katastrofie, zwierząjąc się dziennikarzowi na łóżku szpitalnym tak oto opisywał uroczysty dinner w wieczór poprzedzający katastrofę:
„Stół kapitana stał w centrum jadalni. Nieco na prawo był stół państwa Astor oraz stół chirurga okrętowego, pana O’Loughlina, który zwykł jadać ze swoim asystentem. Rozmowa zdawała się być na początku nieco wymuszona. Prowadził ją głównie kapitam Smith, od czasu do czasu pan Astor coś wtrącał. Aż wreszcie doszło do tematu prędkości Titanica. Zdaje się, że padły jakieś zakłady. I wtedy kapitan powstał z kieliszkiem szampana w dłoni i zawołał: Wypijmy za wielkiego Titanica! i wszyscy chętnie spełnili ten toast. Myślę, że wszyscy byli święcie przekonani, że we wtorkowy wieczór, najpóźniej w środę rano statek dotrze do Nowego Jorku i już cieszyli się na ogromny bankiet, który zostanie ogłoszony z okazji pobicia rekordu prędkości”.
Dinner skończył się około dziewiątej wieczorem. Panowie przenieśli się do palarni, a panie udały się na spacer po pokładzie lub do swoich apartamentów. Thomas jeszcze przez godzinę sprzątał z kolegami jadalnię. Po czym zmęczony padł na łóżko. Z ciężkiego i zasłużonego snu wyrwał go koło godziny 11.30 wstrząs. Była noc, 14 kwietnia 1912 roku. To liniowiec uderzył burtą w górę lodową.
To nic groźnego!
Pasażerka trzeciej klasy, 24-letnia Amy Stanley, która podróżowała do USA, by zacząć pracę pokojówki, w późniejszym liście do rodziców tak opisała moment tuż po zderzeniu: „W nocy, gdy statek uderzył w górę lodową akurat pisałam list. Było około 11.30. Założyłam kurtkę i wyszłam na pokład zapytać stewarda co się stało. Powiedział, że nic ważnego, że to tylko silniki się zatrzymały i poprosił mnie oraz kilka innych zgromadzonych na pokładzie kobiet, by wróciły do kabin i poszły spać. Ja jednak nie posłuchałam. Im dłużej stałam na pokładzie, tym bardziej byłam pewna, że stało się coś strasznego. Mieszkałam razem z młodą pielęgniarką i 11-letnią dziewczynką, ktora samotnie podróżowała, by dołączyć do rodziców, którzy na nią czekali w Nowym Jorku. Wróciłam do kabiny i pomogłam im się ubrać. Wtedy wróciliśmy na pokład i próbowałyśmy się dostać jak najszybciej do szalup.”
Jednym z pasażerów Titanica był 47-letni Jackob Astor, magnat hotelowy z Nowego Yorku, wymieniony we wspomnieniach stewarda uczestnik ostatniej na Titanicu wieczerzy. Quasi-naukowiec i weteran wojny amerykańsko-hiszpańskiej, wynalazca hamulca rowerowego. Ten absolwent Harvardu odziedziczył ogromną fortunę, którą spożytkował budując hotele w Nowym Jorku, w tym słynną Astorię. Po rozpadzie pierwszego małżeństwa poślubił 18-letnią Medeleine Force. Rejs Titanikiem do Nowego Jorku kończył ich wielomiesięczną podróż poślubną, którą spędzili m.in. w Egipcie i Paryżu. Tak oto chwilę wypadku wspomina Medeleine: „Poczuliśmy wstrząs i Jackob poszedł zobaczyć, co się stało. Wrócił i powiedział, że uderzyliśmy w górę lodową, ale to nic ważnego.”
Astor do tego stopnia lekceważył zagrożenie, że – chociaż ewakuacja już się zaczęła i pasażerowie pierwszej klasy gromadzili się na pokładzie – on zabrał Medeleine na spacer do siłowni, gdzie jeździli na mechanicznych koniach. A chcąc ją dodatkowo uspokoić noszonym w kieszeni scyzorykiem rozciął znalezioną na pokładzie kamizelkę ratunkową, by pokazać, jak solidnie jest wypełniona. Dopiero kwadrans przed drugą w nocy, kiedy statek był już mocno zanurzony, zaprowadził żonę do łodzi ratunkowej nr 4. Zapytał, czy też może wsiąść – gdyż jego małżonka, jako osoba bardzo delikatna, potrzebuje stałej opieki. Jednak pierwszy oficer, Charles Lightoller odmówił, wskazując, że w pierwszej kolejności będą ewakuowane koniety i dzieci. Wówczas widzieli sie po raz ostatni.

Na stronie obok: Najbardziej znane zdjęcie Titanica, kwiecień 1912 roku, doki w Southampton, i… ten sam dok, latem ubiegłego roku – na „miejscu Titanica” cumuje liniowiec Norwegian Jad; na dole: szalupa z rozbitkami z Titanica – zdjęcie zrobione z pokładu Carpatii. Może wśród nich jest Hrabina Rothes?
Nie mogłem oderwać wzroku
28-letni William Barrett był starszym palaczem w kotłowni nr 6. Swoje przeżycia opisał reporterowi Daily Sketch. Ukazały się w numerze z 8 maja 1912 roku.
„Właśnie rozmawiałem z Heskethem (jeden z palaczy), kiedy poczułem wstrząs i doszedł do mnie hałas jakby krążącego wokoło grzmotu. Telegraf okrętowy pokazał czerwone pole „stop”, więc powtórzyłem komendę. Wszystko działo się szybko. Woda już wdzierała się do kotłowni. Próbowaliśmy zamykać i wygaszać paleniska. Było za późno. Zanim wodoszczelne grodzie się zatrzasnęły (były sterowane z mostka), zdążyłem do przedziału nr 5 uciec tylko ja i Hestekth. Tam poza mną było także trzech inżynierów. Zgasło światło…”
Barrett dalej wspomina, że w przedziale pojawiło się kilkunastu strażaków, którzy gasili pożar kotłowni. Harvey, jeden ze wspommnianych inżynierów wysłał kilku strażaków po lampy, jednak światło wróciło po chwili. Woda podnosiła się w błyskawicznym tempie. William z kilkoma innymi osobami opuścił kotłownię. Ostania rzecz, jaką pamięta to inżynier Shepherd, krzyczący, by wchodził szybko po drabinie. „Ja jednak nie mogłem oderwać wzroku od podnoszącej się wody, jakby było w niej coś hipnotyzującego”.
Nadchodzi śmierć
Wobec zbliżającej się śmierci nie wszyscy zachowali równie zimną krew jak pułkownik Astor. Zrodziła się panika. Amy Stanley wspomina w dalszym ciągu: „Na pokładzie spotkałyśmy dwóch mężczyzn, nawet nie znam ich imion. Zaprowadzili nas do relingów i dopilnowali, byśmy trafiły do łodzi ratunkowych. Kiedy byłam już w środku i łódź była opuszczana, jakiś mężczyzna z pierwszej klasy, ogromny, ważący na oko 16 kamieni, skoczył na nią z pokładu nieomal zatapiając nas wszystkich.”
Podczas podróży sąsiedni pokój na pokładzie trzeciej klasy zajmowała 35-letnia Stanton Abbott, która podróżowała z dwoma synami, 16-letnim Rossmorem i 13-letnim Eugenem. Na pokładzie ewakuacyjntm był za duży tłok, by mogli dostać się do szalup. Wciąż starali trzymać się razem. Kiedy Rufa Titanica uniosła sie do góry i oczywiste się stało, ze statek lada chwila zatonie, Stanton i jej synowie ratowałi się, skacząc z ogromnej wysokości do wody. Przeżyli skok, ale tylko Stanton uniknęła śmierci z powodu hipotermii i wreszcie trafiła do szalupy i na pokład Carpatii, gdzie odnalazła Amy Stanley, byłą sąsiadkę. Tej opowiedziała szczegóły swojej ucieczki. Nikomu więcej nie potrafiła powiedzieć ani słowa. Amy wspomina: „Kiedy znaleźli się w wodzie, wciąż starali trzymać się razem. Potem pamiętała już tylko ogromny chłód i sen, z którego ocknęła się w łodzi ratunkowej. Włosy na głowie zamarzły jej w wielką skorupę.”
Szok, który przeżyli ocalali z katastrofy sprawił, że wielu z nich do końca życia milczało na temat tamtych wydarzeń. Tak było np. z emigrantem szwedzkim Einarem Carlsonem. W 1912 roku jako 21-latek podróżował do Stanów Zjednoczonych za pracą. Jedne źródła podają, że rejestrując się jako pasażer trzeciej klasy podał, że jest żołnierzem zawodowym, inne że nauczycielem. Historię jego ucieczki z tonącego giganta poznała jedynie jego babcia, która przytoczyła ją jednemu z dziennikarzy w ogromnym skrócie. „Einar nigdy nie chciał rozmawiać o tej nocy na Titanicu. Jedyne co o tym wiemy, to to, że nie był w stanie ocalić niczego ze swojego skromnego dobytku i że jako pasażer trzeciej klasy miał ogromne kłopoty z dostaniem się do łodzi ratunkowej. Ostatecznie ześlizgnął się do opuszczanej łodzi ratunkowej po linie. Miał potworne otarcia od liny na dłoniach, ramionach i nogach. Obserwował potem moment przełamania się i zatonięcia okrętu. Zapamiętał go jako gigantyczny rozbłysk świateł, coś jak fajerwerki.”
Carlson na stałe osiadł w Nebrasce. Do końca życia przez cały kwiecień, co roku, miewał koszmary senne o Titanicu.
A orkiestra grała dalej
Powszechnie dziś znane są opowieści o bohaterstwie okrętowej orkiestry i kapitana. Ośmioosobowy zespół muzyczny (mylnie w filmach pokazywany jako kwartet) tworzyli: Theodore Brailey, Roger Bricoux, John Clarke, Wallace Hartley, John Hume, Georges Krins, Parcy Taylor i John Woodward. Według relacji świadków, do samego końca tragedii starali się uspakajać ewakuowanych grając popularne ragtaimy. Do dzisiaj trwają spory co zagrali na sam koniec. Prawdopodobnie był to któryś z popularnych hymnów religijnych: „Nearer, My God, to Thee” , „Autumn” lub „Aughton”. Muzyków na wielkie liniowce zatrudniała agencja C.W. and F.N. Black z Liverpoolu. W 1912 roku zwyczajowa gaża wynosiła 6 funtów i 10 shillingów miesięcznie.
Nie do końca wiadomo, jak w krytycznym momencie zachował się kapitan, Edward John Smith. W filmach zazwyczaj pokazywany jest jako romantyczna postać, kapitan starej daty, który idzie na dno ze swoim statkiem, nieporuszenie wpatrując się z mostka kapitańskiego we wzbierającą wodę . Jak było naprawdę? Żaden ze świadków nie pamięta. Ale także nikt nie pamięta, aby kapitan podjął jakąkolwiek próbę zadbania o własną skórę. Wiemy, że po wspomnianej kolacji z pasażerami pierwszej klasy, poszedł spać. Obudzony około 11.40, czyli tuż po uderzeniu w górę lodową, przeprowadził błyskawiczną inspekcję uszkodzeń, po której wydał rozkaz przygotowania łodzi ratunkowych. Był to jego ostatni rozkaz w życiu. Ewakuacją pokierował już pierwszy oficer, Charles Lightoller. Kapitan najprawdopodobniej zaszył się na mostku, niezdolny poradzić sobie z rozmiarami zbliżającej się tragedii. Zdawał sobie sprawę z tego, że łodzi ratunowych nie wystarczy dla wszystkich pasażerów. Być może także dopadła go zgryzota z powodu uchybień, które przyczyniły się do katastrofy. Jak dzisiaj wiadomo, uchodzący za znakomitego i doświadczonego kapitana Smith zignorował komunikaty o zbliżających się górach lodowych oraz gwałtownym spadku temperatury wody i powietrza. Prawdopodobnie ważniejsze dlań było zdobycie lauru za pobicie rekordu prędkości w kursie liniowca przez Atlantyk.
Przekonanie o solidności Titanica było silniejsze niż ostrożność. Zapewnienia producentów grodzi wodoszczelnych o niezatapialności statku zrobiły swoje. Grodzie rzeczywiście były znakomicie skonstruowane i wykonane, nikt jednak w symulacjach nie wziął pod uwagę prawdopodobieństwa, że przy otarciu burtą o górę lodową może powstać szczelina wzdłuż kilku kolejnych sekcji kadłuba. A z tym już nawet najsolidniejsze grodzie sobie nie poradzą, Statek po prostu stracił wyporność, przełamał się na pół i zatonął w około dwie godziny od kolizji z górą lodową.
Hrabina u steru
Kolejną romantyczną bohaterką tragedii Titanica była uwielbiana przez Anglików 33-letnia wówczas hrabina Lucy Noel Rothes. Śmiało można powiedzieć, ze pod względem popularności była w swoich czasach odpowiedniczką księżnej Diany. Zawsze w awangardzie mody i dobrego smaku, była ozdobą każdego liczącego się w wyższych kręgach balu czy przyjęcia. A jednak owej pamiętnej nocy pokazała swoje drugie oblicze. Jak wynika ze wspomnień świadków, kiedy znalazła sie w szalupie, widząc apatię i przerażenie współuczestników, wzięła ratunek w swoje ręce. Najpierw chwyciła za wiosło, by zachęcić innych, zamarzających rozbitków do wiosłowania, potem stanęła przy sterze szalupy. Nie spoczęła nawet na pokładzie Carpatii, gdzie zajęła się ofiarami tragedii, wyziębionymi, rannymi. Nawet w nowojorskim porcie nie opuściła pokładu dopóki nie upewniła się, że każdy z współtowarzyszy tragedii otrzymał należną pomoc.
Wiadomo, że nadawany z pokładu Titanica sygnał o ratunek (na zmianę tradycyjny CQD i nowy sygnał SOS) przechwyciło kilka statków, jednak jedynie należąca do konkurencyjnych linii Carpatia była na tyle blisko, by podjąć jakąkolwiek rozsądną akcję. Na miejsce przybyła dopiero po czterech godzinach, kiedy statek dawno był na dnie. Z 2208 osób przebywających na pokładzie liniowca ocałało jedynie 704 – rozbitkowie z szalup.
Titaniki polskiego wybrzeża
Tragedia Titanica działa na wyobraźnię mas, podsycana przez autorów książek, reżyserów i scenarzystów Hollywood. Nie łudźmy się jednak, że to najokrutniejsza i największa morska katastrofa. Nie przymierzając – trzy większe zdarzyły się w okolicach polskiego wybrzeża, pomiędzy plażą w Ustce i Helem. Było to zimą 1945 roku, podczas panicznej ucieczki niemieckich mieszkańców Pomorza przed nadciągającą Armią Czerwoną. 30 stycznia z portu gdyńskiego wypłynął statek MS Wilhelm Gustloff z… dziesięcioma tysiącami załogi i pasażerów! Wśród nich byli świeżo upieczeni absolwenci szkoły podwodniackiej, ranni żołnierze z frontu wschodniego, 400 dziewcząt z pomocniczego korpusu oraz kilka tysięcy cywili, uchodźców z Pomorza i Prus Wschodnich. Tuż po godzinie 21 statek został trafiony trzema torpedami radzieckiej łodzi podwodnej S-13. Jako pierwsze zginęły dziewczęta i ranni, którzy przebywali w zaadoptowanej na pływający szpital ładowni. Właśnie w nią trafiła pierwsza torpeda i nieszczęśnicy natychmiast znaleźli sie pod lodowatą wodą. Kolejne tysiące zginęły w niespełna godzinę. Ewakuacja była niemożliwa, gdyż żurawie łodzi pozamarzały. Prowadzący akcję ratunkową torpedowiec uratował jedynie około 400 osób. Dwa tygodnie później radziecka flota zatopiła kolejny statek z uchodźcami – MS Steuben (3500 ofiar), a w kwietniu 1945 na dno poszedł liniowiec MS Goya (około 7000 ofiar).
Grzegorz Borkowski
Fot.: internet, Grzegorz Borkowski
Karnawał
January 20, 2010
»Karnawał w pełni. Dlaczego myśląc o karnawale często na myśl przychodzi nam Wenecja. Wyjątkowe miasto, z bogatą historią. Dawniej w czasach swojej świetności miasto-państwo. Dziś nieodmiennie kojarzone z karnawałem i gondolami.
Wenecja, leżąca w basenie Morza Śródziemnego, czasy swojej świetności ma już za sobą, ale przyzwyczajona do bogactwa i wystawnego trybu życia nadal przyciąga i intryguje tysiące turystów.
Karnawałowy obraz Wenecji podsuwa nam sugestię, że wszystko co z nią jest związane, w tym jedzenie, musi być wykwintne i świąteczne. Kuchnia wenecka w dużej mierze opiera się na rybach i owocach morza, śledzie w tamtych wodach nie występują. Natomiast znajdziemy tam wszystko to, co dla nas brzmi egzotycznie: ośmiornice duże i małe, wszelkiej maści małże i inne owoce morza, sardynki czy ryby nie występujące w Morzu Bałtyckim, takie jak monkfish (żabnica, inaczej zwana diabłem morskim), red snapper (lutjanus). Bardzo popularną rybą w tym regionie są sardynki. Są ze śledziami bliskimi krewniakami i należą do tej samej rodziny, a nazwa sardynki pochodzi od wyspy Sardynia, gdzie tychże rybek jest bez liku. Ponieważ wciąż jednak przebywam na świątecznym urlopie w Polsce, podam przepis na łatwą do przygotowania sałatkę śledziową. Bazując na podanej poniżej proporcji ilość sałatki powinna wystarczyć dla czterech osób jako starter lub zakąska. Łatwo jest więc przeliczyć ile potrzebujemy składników, jeżeli planujemy większą liczbę gości. 1 duży filet śledzia marynowanego, 1 puszka groszku konserwowego, 1 jabłko, 2 małe ziemniaki sałatkowe, majonez i jogurt naturalny, sól i pieprz do smaku. Chleb tostowy biały lub ciemny. Wszystkie składniki kroimy w niedużą kostkę. Majonez mieszamy z jogurtem naturalnym w stosunku 2:1 i doprawiamy solą i pieprzem. Chleb zapiekamy w tosterze, a gotowe tosty przekrawamy na pół.
Wracając do kuchni weneckiej – wcale nie dziwi fakt, że ryby królują w menu weneckich restauracji i barów. Oczywiście nie brakuje też potraw z przeróżnych mięs i typowo jarskich dań, ale ryby to numer jeden. I choć wspomnieliśmy, że gatunkowo są one inne, niż te wyławaine z Bałtyku, ale sposób przyrządzania jest bardzo podobny i można być zaskoczonym jak dużo potraw rybnych jest smażonych i podawanych w bardzo prosty sposób. Jedno, co jest ważne – ryby i owoce morza muszą być pierwszej świeżości. Sarde In Saor – sardynki w marynacie przypominają polskie śledzie marynowane.
W obydwu przepisach ryby smaży się obtoczone w mące, podsmaża cebulę, polewa octową zalewą i cierpliwie czeka, jeżeli nie kilka dni to chociaż kilka godzin. Rodzynki czy orzeszki piniowe można dołączyć jako dodatek. Przepis ten można również wykorzystać do przyrządzenia krewetek czy langusty, trochę droższej, ale jakże miłej dla podniebienia wersji tego dania.
Natychmiast trzeba też dodać, że Wenecja jako część Włoch dzieli podobne tradycje kulinarne z innymi regionami tego kraju. Nie zabraknie tam więc przeróżnych dań z makaronem we wszelkiej postaci, różnych odmian risotto, gnocci czy polenty. I jak zawsze uwieńczeniem posiłku będą desery, wśród których nie może zabraknąć tiramisu czy zabaione. To ostatnie tradycyjnie było podawane nowożeńcom, by dodać im sił na noc poślubną.
Osobnym rozdziałem w lokalnym menu będą kanapki i przekąski zwane cicchetti. Raczej mało znane, a odpowiadające hiszpańskim tapas. Ale o nich opowiem w następnym numerze. Na zakończenie tego odcinka wspomnę jeszcze o alkoholach. Najpopularniejszy w Wenecji było i jest prosecco, czyli włoski odpowiednik szampana. Pity osobno lub jako składnik wielu drinków. Jednym z najpopularniejszych zaś koktajlów będzie spritz. I można powiedzieć, że odmian tego napoju jest tyle, co samych Wenecjan. Na tegoroczne bale karnawałowe proponuję jednak poniższą kombinację. Prosecco z wodą sodową na kostkach lodu, przystrojone plasterkiem pomarańczy i zieloną oliwką, z dodatkiem campari (ziołowy wermut) albo aperolu w ilości 60ml na każdy kieliszek. Taki drink powinien być miłym dodatkiem do karnawałowej zabawy. Prosecco jest też wdzięcznym alkoholem w łączeniu z różnymi owocami. I nie chodzi tutaj tylko o truskawki, ale brzoskwinie czy bardziej egzotyczne owoce, takie jak granaty. Generalnie zasada jest jedna i prosta. Wybrane owoce przetwarza się w puree, jeżeli posiadają one pestki lub nasiona należy dodatkowo przepuścić je przez drobne sitko. Zależnie od owoców możemy dodać odrobinę cukru lub soku z cytryny, by poprawić smak. I tak dla przykładu drink zwany bellini to prosecco wzbogacone o puree z brzoskwiń i przybrane świeżymi malinami (1malina na kieliszek, 150 g brzoskwiniowego puree i 240 ml alkoholu na 2 porcje). Wszystkim Czytelnikom Nowego Czasu życzę szampańskiej zabawy na karnawałowych balach i powodzenia
w 2010!!!
Mikołaj Hęciak
Współczesny doktor Judym
January 20, 2010
Istnieje przepaść między wizerunkiem pozytywnego Polaka-emigranta, a rzeczywistym jego obrazem. Chcemy być w tym kraju, w którym osiedliliśmy się na czas długi lub krótki – dobrze notowani i życzliwie traktowani. Jak zmienić obraz Polaka w Wielkiej Brytanii na lepszy? Oczywiście, popularyzować piękne sylwetki i przykłady. W biografiach takich, jak młodego lekarza ze Śląska Opolskiego, ogniskują się nasze nadzieje i oczekiwania.
Damian Łaba, członek Royal College of Physcians
Lekarz staje się obywatelem świata przez uniwersalność swojego zawodu i sztuki medycznej – mówi Damian Łaba. Smukły, wysoki, w dobrze skrojonym garniturze, przestępuje progi Royal College of Physicians, by odebrać dyplom członka akademii, tej najbardziej prestiżowej medycznej instytucji na świecie.
– To nie tylko honor i przywilej – mówi Damian – ale również zielone światło dla kariery zawodowej. Od założenia w 1518 roku pod auspicjami króla Henryka VIII, Royal College of Physicians przeszedł wiele transformacji i wyłonił się jako instytucja na miarę XXI wieku. Jest profesjonalną organizacją, reprezentującą ponad dwadzieścia tysięcy lekarzy z całego świata, której celem jest poprawa i utrzymanie wysokiego standardu opieki nad pacjentem. Inne zadania College’u to edukacja, wspomaganie lekarzy i udostępnianie kontaktu z najnowszymi osiągnięciami medycyny światowej. Lekarz musi się ciągle rozwijać – to główne motto akademii.
– Zdobyłem mały Mont Everest – uśmiecha się młody lekarz. To mobilizuje do zdobywania kolejnych szczytów.
Kiedy pytam go o drogę, jaką przebył, i czy było warto, jego twarz lekko poważnieje.
– Są dwie równoległe kalkulacje – mówi pragmatyczny medyk. – Trzyetapowe egzaminy, które lekarz musi przejść i pozytywnie zaliczyć są nie tylko trudne, ale i bardzo kosztowne. Zaliczenie za pierwszym podejściem jest ulgą finansową i zdecydowanie chroni przed wrzodami żołądka. Wielu bierze dodatkowe kursy dokształcające, aby podołać wysokim wymaganiom. Poprzeczka jest często za wysoka dla rodowitych Anglików, a cóż dopiero dla cudzoziemca, który zawsze będzie się zmagał z językiem. Tylko najlepsi biorą udział w ceremonii przyjęcia do Royal College of Physicians. Koszt finansowy tego wysiłku można mierzyć w wielu tysiącach funtów, a za tym ciągnie się jeszcze długa lista wyrzeczeń osobistych – wyznaje Damian. Mija długa chwila milczenia, której nie przerywam…
– Przyjechałem do Londynu z małego miasta Krapkowice na Opolszczyźnie pierwszego dnia po przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej. Pamiętam ojca, który mówił, że mężczyzna musi mieć w swoim życiu jakąś misję, w którą się angażuje, która wykracza nawet poza dom i rodzinę. Miałem w kieszeni dyplom Akademii Medycznej w Poznaniu, zaliczony roczny staż w szpitalu, ale bez żadnych perspektyw na zrobienie specjalizacji. A przecież miałem tak dużo do zaoferowania – energię, ambicje i kwalifikacje. Powtarzałem sobie, że wewnątrz każdy mężczyzna jest wojownikiem, ale decyzję, żeby walczyć, musi podjąć sam. Bałem się, ale ciągnęło mnie do miejsc, gdzie medycyna korzysta z najnowszych osiągnięć nauki i techniki i daje pełne możliwości rozwoju. Świadomość tego, że reprezentuję swój kraj, dom rodzinny i polską medycynę, podnosiła mnie na duchu w trudnych momentach zwątpienia, jak i nie pozwalała na moralny czy zawodowy kompromis.
To, że miesiącami pracowałem za darmo w szpitalu psychiatrycznym – zatrudniłem się jako pielęgniarka po to, aby poznać od podszewki system opieki szpitalnej – nie było żadnym kompromisem, ale moim wyborem i drogą do osiągnięcia celu. Natomiast jak już straciłem jedną trzecią masy ciała, uratowała mnie angielska gastronomia – podejmowałem pracę w pubach, kuchniach i barach.
– Wejście w świat angielskiej medycyny wydaje mi się naturalną koleją mojego losu. Czułem, że chcę być tam, gdzie geografia miejsca koresponduje z geografią mojego serca. Od listopada 2007 jestem związany z Norfolk and Norwich University Hospital, gdzie robię specjalizację z medycyny wewnętrznej i medycyny stanów nagłych. Moje zainteresowania medycyną są wszechstronne. Lekarzem była również moja babcia i jako mały chłopiec często towarzyszyłem jej i obserwowałem relacje lekarz-pacjent. Babcia mówiła, że kiedy wiesz, co chcesz robić w życiu i kim chcesz być, to tak jakbyś się rodził po raz drugi. – To ja chcę być prawdziwym lekarzem! – krzyczałem do babci. Głęboko interesują mnie zagadnienia etyki medycznej i szczególnego posłannictwa profesji medycznej. Nie jest to bowiem zwykłe zajęcie, ale misja i powołanie życiowe – ważne i wyjątkowe. W sztuce wykonywania tego zawodu lekarz musi łączyć bycie dobrym lekarzem z byciem dobrym człowiekiem. Bo wady ludzkie łatwo przenoszą się na to, co wykonujemy zawodowo.
– Miarą wartości społecznej lekarza jest jego wkład w zmniejszenie cierpienia. Metafizyka śmierci i proces umierania fascynowały mnie od dawna i rozwinąłem badania nad aspektami medycyny paliatywnej. Przywołam tutaj ładną metaforę: zegary, które mierzą upływający czas ludzki mają wiele wskazówek. Zegar biologiczny człowieka, który lekarz odczytuje jest najokrutniejszy, bo odmierza cierpienie, starość i śmierć. Lekarz pojawia się w tym kontekście jako główna – czasem jedyna – nadzieja dla pacjenta. Obecnie intrygującym zjawiskiem jest tocząca się otwarta wojna między medycyną ortodoksyjną, a holistycznymi koncepcjami postrzegania człowieka i jego zdrowia. Nie ulega wątpliwości, że coraz więcej lekarzy skłania się w stronę alternatywnej medycyny opierającej się na metafizycznym związku ciała i ducha (body, mind and soul). Myślę, że współczesna, sekularystyczna kultura zuboża egzystencjalny wymiar zaangażowania i powołania lekarza. Przy kuflu Guinnessa mógłbym o tym jeszcze długo opowiadać – śmieje się Damian.
– Uważam za absolutną konieczność zawodową poszerzanie horyzontów myślowych i stałe dokształcanie się. A humanistyczno-filozoficzną ogładę zdobywałem w polskim środowisku w Londynie. Przyjeżdżałem tutaj jako nastolatek do swojej „przyszywanej” cioci, Reginy Wasiak-Taylor, która delikatnymi sposobami wymuszała na mnie uczestnictwo w wieczorach literackich i wykładach PUNO. Pozostały mi w pamięci spotkania z takimi ludźmi jak: Józef Garliński, Mieczysław Paszkiewicz, Marian Pankowski, Tomasz Łychowski. Moja edukacja i obycie kulturalne odbywały się nieświadomie, a owoce tych przeżyć „stroiły” mój moralny i etyczny kompas. Podczas przyjazdów do Londynu, POSK był moim drugim domem, gdzie między talerzem pierogów i szarlotką słuchałem o tolerancji, poszanowaniu inności drugiego człowieka, o formule życia esencjonalnego i o tym, że nie ma ziemi wybieranej, że jest tylko ziemia przeznaczona. Niewątpliwie był to dla mnie ważny uniwersytet życia i za to dziękuję polskiemu Londynowi.
Patrzę na przystojną sylwetkę Damiana i myślę, że można go wziąć za gwiazdę magazynów mody, a nie pracowitego i poważnego medyka. Pytam, co mu mogę życzyć na przyszłość i już nie zaskakuje mnie jego odpowiedź: – U progu Nowego Roku życzę sobie i wszystkim lekarzom, by mieli siłę serca i umysłu, by gotowi byli służyć bogatym i biednym, dobrym i złym, przyjaciołom i wrogom,
i aby w pacjencie swoim widzieli cierpiącego bliźniego – kończy naszą rozmowę Damian.
Grażyna Maxwell
Krótka opowieść o Zosi i Henrim
January 20, 2010
Na gmachu Royal Academy of Arts przy Piccadilly jeden z banerów informuje o wystawie pod tytułem Wild Thing. Zauważyłem cztery nazwiska: Epstein, Gill, Gaudier, Brzeska.
Brzeska? Kto? Polska artystka, o której zapomniał świat? Tak, zapomniał, ale artystką nie była. Trochę pisała, dużo czytała, zarabiała na życie opiekując się dziećmi. Ale nade wszystko była przyjaciółką francuskiego rzeźbiarza Henriego Gaudiera. Mieszkali razem w Londynie – ona czterdziestoletnia Polka z przeszłością kilku związków, on niedoświadczony dwudziestolatek, początkujący artysta. Henri dodał jej nazwisko (w odmianie żeńskiej) do swojego, jako symbol ich związku, jedyny, bo ślubu nigdy nie wzięli. Nie przeszkadzały mu ewentualne trudności związane z wymową, co tak często jest przyczyną zmiany nazwiska przez artystów polskiego pochodzenia.
Na banerze wymienione są więc nazwiska trzech artystów-rzeźbiarzy, prekursorów modernizmu, którzy tworzyli w Londynie na początku XX wieku: Jacob Epstein, Eric Gill i Henri Gaudier-Brzeska. Trzy różne temperamenty, wspólny krąg zainteresowań i wymagań stawianych twórczości. Każdy z nich zrywa z wiktoriańską praktyką robienia odlewów. Rzeźba ma być wykuta w surowym materiale. Koniec z pozorem i pretensjonalną estetyką.
Henri Gaudier od dziecka pochłonięty był magią rysowania, wykazywał też zdolności językowe, dzięki czemu w wieku 16 lat otrzymał stypendium w Bristolu. Dla francuskiego chłopca z Orleanu, którego surowy ojciec, z zawodu stolarz, karcił fizycznie za najmniejsze przewinienie, wyjazd na roczny pobyt w obcym kraju musiał być prawdziwym wyzwoleniem, ale też i wyzwaniem. W Bristolu Henri poza nauką języka głównie rysuje. Jest samoukiem, wykonuje tygodniowo setki rysunków. Tak już pozostanie, kiedy wróci do Francji. Nie zrezygnuje też ze zdobytej wolności. Zamiast powrotu do rodziców, zamieszkuje w Paryżu, bez środków do życia, pochłonięty pasją tworzenia. Nie stać go jeszcze na podjęcie prób rzeźbiarskich. Nie starcza pieniędzy na jedzenie, jest osłabiony – trudno w takiej sytuacji myśleć o wynajęciu pracowni, kupieniu drogich narzędzi i materiałów. W tym czasie chodzi do biblioteki St. Geneieve, gdzie rysuje przebywające tam osoby.
Do biblioteki przychodzi też Zofia Brzeska – osoba samotna, boleśnie przeżywająca kolejne rozstanie. Jest na krawędzi popełnienia samobójstwa. Nie rozmawiają ze sobą. Dopiero po jakimś czasie przebywanie w jednym pomieszczeniu i częsty kontakt wzrokowy ośmiela Henriego do nawiązania rozmowy. Rozmawiają po angielsku. Zofia zna dobrze angielski, jakiś czas przebywała w USA, czyta nawet Szekspira w oryginale. Mają inne doświadczenia, ale podobną wrażliwość i w swojej samotności ogromną potrzebę przebywania z drugim człowiekiem. Henri przyzna później, że po raz pierwszy ktoś chciał go wysłuchać. Nabrał do Zofii takiego zaufania, że pożyczył jej swój bardzo intymny dziennik, w którym żalił się na samotność i brak zrozumienia.
Stają się sobie coraz bardziej bliscy. Zosia odwiedza Henriego w jego wynajętym pokoju. Czytają wspólnie sonety Szekspira, Henri rysuje jej portrety. W końcu postanawiają razem wyjechać i zamieszkać w Londynie. Pod jednym warunkiem, zastrzega Zosia – pozostaną w związku platonicznym.
Liczyli na korzystniejsze układy w Londynie, na pracę zapewniającą minimum finansowego zabezpieczenia bez konieczności sięgania po amerykańskie oszczędności Zosi. Henri znajduje zatrudnienie w biurze, Zosia musi wyjechać do Felixstowe. Codziennie ze sobą korespondują. Na podstawie listów Henriego mógłby powstać ciekawy przewodnik po Londynie. Pracuje, jeździ, zwiedza, i w końcu udaje mu się wynająć pracownię w Putney. Ale z pieniędzmi sobie nie radzi. Dostaje wypłatę i od razu wszystko wydaje na materiały. Jak wcześniej w Paryżu, nie dojada, jest osłabiony, pisze do Zosi, że razem z kotem żywią się mlekiem i jajkami, i dodaje z przekąsem, że jego organizm zaczyna reagować na tę dietę coraz mniej przychylnie.
Mimo nieustannych problemów, osiągnięcia Henriego są niebywałe. W krótkim okresie powstają jego najważniejsze dzieła, niezwykle dojrzałe, aż trudno uwierzyć, że wyszły spod dłuta dwudziestolatka. Jednak sytuacja finansowa młodego artysty nie poprawia się. Żyje w skrajnej nędzy, wspomagany finansowo przez Zosię.
Henri tworzy, jakby wiedział, że zostało mu mało czasu. Jest niecierpliwy, pełen energii i nowych pomysłów, z których coraz bardziej wyłania się jego indywidualny styl. Poznaje londyńskich artystów o bardzo podobnych zainteresowaniach, ale zbiorowym wizjom nie ulega. Jest niczym żywioł. To o nim Ezra Pound, jeden z najwybitniejszych poetów XX wieku, powiedział: I met wild thing, co wykorzystali kuratorzy wystawy w Royal Academy of Arts.
Ezra Pound stara się pomóc Henriemu finansowo zamawiając u niego swoje popiersie. Powstają dwie prace, które można zobaczyć na wystawie.
Ale największym wsparciem dla Henriego jest związek z Zosią. Nadal platoniczny, niczym wzorowany na poezji prowansalskiej – związek skonsumowany jest śmiercią, jest końcem uczucia, końcem pożądania. O czystość tego związku bardziej jednak dbała Zosia. Kiedy lekarz oświadczył, że najlepszym lekarstwem na zaburzenia psychiczne Henriego będzie wizyta w domu publicznym, Zosia finansuje zasugerowaną przez lekarza terapię, która kończy się na… rozmowie rzeźbiarza z prostytutką. Za rozmowę Henri oczywiście płaci.

Zosia podczas prawdziwej eksplozji twórczej Henriego przebywa głównie w Felixstowe. W licznych listach młody rzeźbiarz opisuje swoje zmagania z brutalną rzeczywistością, duchowe dylematy, kreśli kierunki poszukiwań i donosi o swoich postępach w nauce języka polskiego. Do Zosi zwraca się per Mama, Mamuśka, Matka, Zosik, podpisując się „Pik”. W listach są zabawne rysunki i polskie zdania robiącego językowe postępy Francuza. Henri często pisze o idealnej miłości, o tym niezwykłym związku, który ich łączy. Czy jest to związek matki i syna, na co wskazują powtarzające się zwroty? Czy może brata i siostry, jak często sami utrzymywali wynajmując wspólnie pokój w Londynie? Każda odpowiedź będzie niepełna.
W 1914 roku mieszkają razem. Zosia dogląda skromnego gospodarstwa, nic jednak nie wskazuje na poprawę ich losu. W końcu wybucha I wojna światowa. Henri wraca do Francji i zamiast na front trafia do więzienia za wcześniejszą dezercję (uniknął poboru do wojska wyjeżdżając do Anglii). Ucieka z więzienia i przedostaje się do Londynu.
Mógł wrócić do pracy twórczej, wrócił jednak na front. Wykazuje się brawurową odwagą, szybko awansuje. W jednym z listów prosi Zosię o rękę. Zosia przyjmuje jego oświadczyny, ale listu nie wysyła. 15 czerwca 1915 roku jest już za późno – Henri Gaudier-Brzeska zginął na froncie w okolicach Neuville St. Vaast. Miał 24 lata.
Po śmierci Henriego Zosia zorganizowała jego pierwszą indywidualną wystawę w Londynie, wstęp do katalogu napisał Ezra Pound. Zmarła dziesięć lat później w zakładzie dla obłąkanych. Do końca życia nie mogła pogodzić się z utratą Henriego.
Grzegorz Małkiewicz
O muzeum Ojca Józefa Jarzębowskiego w Fawley Court
January 19, 2010

Po uzyskaniu dyplomu magistra wychowania fizycznego w 1960 roku w Belgii, wyjechałem w kilka miesięcy później do Anglii, gdzie w styczniu 1961 roku rozpocząłem swą karierę pedagogiczną, będąc zatrudniony jako sportsmaster i wychowawca w Kolegium Bożego Miłosierdzia w Fawley Court, kolegium prowadzonym przez Ojców Marianów w Henley nad Tamizą. Z małą przerwą, z powodu odbycia służby wojskowej, pracowałem tam do lipca 1965 roku.
Podczas swego pobytu w Fawley Court miałem między innymi przywilej poznać i pracować z Ojcem Józefem Jarzębowskim. Ten nieprzeciętny człowiek wywarł na mnie od samego początku bardzo wielkie wrażenie, tak jako duchowny jak i pedagog. Coś niezwykłego promieniowało od niego i budziło respekt. Imponował mi swą głęboką religijnością, pogodą ducha, szeroką wiedzą i doświadczeniem, a przede wszystkim swą miłością do bliźniego i do młodzieży. Uczniowie po prostu uwielbiali go.
Ojciec Józef – tak go nazywano – miał kilka pasji. Głęboko wierzący i oddany Bogu, kochał się w literaturze, poezji, historii, a szczególnie w historii Polski. Był wielkim znawcą okresu rozbiorów Polski, zwłaszcza powstań z XIX wieku. Napisał kilka książek o powstaniach. Pisał także wiersze, zarazem religijne jak i patriotyczne.
Ten nieprzeciętny erudyta miał jeszcze inną pasję – zbierał Polonica wszędzie tam, gdzie tułaczka wiodła go po świecie i gdzie los go poprowadził, a zjechał przecież całą Syberię, był w Japonii, w Stanach Zjednoczonych i Meksyku, i już tam zbierał Polonica i inne cenne pamiątki. Tę pasję pielęgnował w Polsce jeszcze przed II wojną światową. Wówczas założył swoje pierwsze muzeum historyczne na warszawskich Bielanach, w kolegium prowadzonym przez OO. Marianów, gdzie był wychowawcą.
Toteż nic dziwnego, że kiedy powstała polska szkoła w Fawley Court w 1953 roku, to i tam założył muzeum. Nie znam takiej drugiej szkoły, gdzie uczniowie mogliby równocześnie uczyć się historii, literatury i sztuki, i mieć na miejscu bezpośredni dostęp do bezcennych dokumentów z dawniejszej, jak i najnowszej historii Polski, do oryginalnych rękopisów polskich pisarzy, poetów czy też do dzieł znanych malarzy.
Pozwólcie, że wymienię kilka eksponatów, które mogłem widzieć i podziwiać w muzeum podczas mego pobytu w Fawley Court, następnie kilkakrotnie później, a ostatnio jeszcze pod koniec lat dziewięćdziesiątych. W zbiorach tych znajdował się polski tzw. „Kodeks Łaskiego” oraz cenna stara Biblia – dwa XVI-wieczne unikaty. Były tam też rzadkie rękopisy, inkunabuły, liczne oryginalne dokumenty z podpisami i pieczęciami królów polskich oraz papieży.
Były także eksponowane zbroje, jak i bogate zbiory najrozmaitszej broni pochodzące z różnych epok, począwszy od XVI wieku aż po dzień dzisiejszy. Ojciec Jarzębowski zgromadził tam m.in. bardzo bogatą kolekcję szabli, która była regularnie wzbogacana przez różne donacje prywatnych kolekcjonerów polskich żyjących na emigracji.
W kolekcji muzeum w Fawley Court znajdowały się miedzioryty, rysunki oraz obrazy najwybitniejszych polskich malarzy, były też pierwsze, oryginalne, XIX-wieczne wydania „Pana Tadeusza” Adama Mickiewicza w różnych językach oraz oryginalne rękopisy słynnych pisarzy i poetów polskich.
Były także rzadkie stare mapy Polski oraz cenne jedwabne pasy słuckie noszone przez szlachtę w poprzednich wiekach. Były różne memorabilia, tzn. pamiątki z XIX-wiecznych powstań polskich – m.in. okulary Romualda Traugutta, powstańca styczniowego powieszonego na warszawskiej cytadeli przez carską władzę.
Można także było oglądać pamiątki z I i II wojny światowej: odznaczenia, mundury, m.in. mundur „Błękitnego Generała” – Józefa Hallera oraz jeden z dwu pierścieni, które nosił Generał z okazji słynnych Zaślubin z Morzem w 1920 roku. Wtedy to, na czele swego pułku kawalerii, gen. Józef Haller uroczyście wkroczył konno w fale Bałtyku i wrzucił doń „zaślubinowy pierścień” na pamiątkę odzyskania przez Polskę dostępu do morza.
Były też liczne przedmioty, dokumenty, zdjęcia z czasów zsyłek na Syberię, Bitwy o Wielką Brytanię, zdobycia Monte Cassino czy innych walk oręża polskiego, były najrozmaitsze militaria oraz ołtarze polowe, które towarzyszyły żołnierzowi polskiemu na frontach II wojny światowej.
Warto też wspomnieć o gablotce z przestrzeloną i zakrwawioną koszulką 13-letniego Romka Strzałkowskiego, ucznia poznańskiej szkoły podstawowej, który zginął śmiercią tragiczną od kuli komunistycznej podczas marszu protestacyjnego w Poznaniu w 1956 roku. Koszulka ta została potajemnie wywieziona z Polski i trafiła do naszego muzeum. Można byłoby jeszcze wymienić wiele, wiele innych cennych pamiątek i eksponatów.
W styczniu ubiegłego roku miałem okazję oglądać reportaż zrealizowany przez TV Polonia, zatytułowany „Od Fawley Court do Lichenia”. Bardzo mnie wstrząsnęła wiadomość, że muzeum Ojca Józefa Jarzębowskiego zostało zlikwidowane i przewiezione do Polski. Jest to niepowetowana strata dla całej polskiej emigracji, a szczególnie dla Polonii angielskiej, która liczy sobie dzisiaj kilkaset tysięcy – niektórzy twierdzą, że nawet ponad milion – osób. Polonia straciła unikatowy skarb, który pieczołowicie przechowywany był od ponad pół wieku w Fawley Court. Mało jest poza granicami kraju takich bogatych ośrodków muzealnych, gdzie można na bieżąco zetknąć się z tak bogatymi zbiorami mówiącymi nam o kulturze i historii polskiej.
Jestem bardzo rozgoryczony likwidacją muzeum Ojca Józefa Jarzębowskiego, jak i próbą sprzedażą polskiego ośrodka w Fawley Court. Chociaż mieszkam w Belgii, to często przyjeżdżałem do Fawley Court, zwłaszcza podczas zjazdów polonijnych w okresie Zielonych Świąt. Nawiasem mówiąc, moi dwaj synowie także mieli okazję uczyć się w Kolegium Bożego Miłosierdzia w latach osiemdziesiątych.
Fawley Court i muzeum O. Jarzębowskiego to dorobek całej Polonii angielskiej, który zostaje dzisiaj zaprzepaszczony. Nie możemy się na to zgodzić!
Włodzimierz Bryndza
Belgia

Sala Marmurowa Fawley Court, już ogołocona ze wspaniałych obrazów, rzeźb i wartościowych eksponatów (Fot. Marek Wezdenko)
Od Redkacji: W mowie pogrzebowej red. Grocholski powiedział, że „pamięć o Kustoszu Muzeum Polskiej Kultury i Historii będzie żyć w jego spuściźnie i żywym pomniku: szkole, muzeum bibbliotece”. Nie ma już szkoły, nie ma biblioteki, muzeum ogołocone z cennych eksponatów, grób Ojca Józefa, znajdujący się przy kościele św. Anny w Fawley Court, ma być usunięty z tego miejsca, a szczątki kapłana, który przez całe swe życie walczył o podtrzymanie ducha polskości na emigracji – wykopane i przeniesione na cmentarz komunalny w Henley.
Jeśli chcielibyście Państwo zgłosić sprzeciw wobec planów księży Marianów dotyczących ekshumacji grobu i przeniesienia szczątków Ojca Józefa Jarzębowskiego, należy zgłosić sprzeciw listownie do:
Mr Paul Ansell
Coroners & Burials Division
Ministry of Justice
102 Petty France
London SW1H 9AJ
lub pocztą elektroniczną na adres:
Paul.Ansell@justice.gsi.gov.uk

Ojciec Józef Jarzębowski przy zdobytych przez siebie eksponatach muzelanych. Obok popiersie cesarza Komodusa (jako chłopca, II wiek). Gdzie teraz znajduje się ta rzeźba? (Fot. Archiwum prywatne)
Franciszek Smuda: Nie będzie drugiej szansy
January 19, 2010
Po burzliwym okresie organizacyjnym wreszcie rozpoczyna Pan właściwą pracę. Czy ze sztabem szkoleniowym takim, jakiego Pan sobie życzył, czy takim, jaki musiał mieć?
Z takim, jaki chciałem, nikt mi nie podpowiadał. Powiedziałem, że jak nie ten człowiek, to ten – i tak było.
Co zatem zdecydowało o takim wyborze drugiego trenera?
Nie było innych wolnych trenerów mających pewne doświadczenie. Znam Jacka Zielińskiego jako piłkarza – jest człowiekiem porządnym i lojalnym aż do bólu. Więc jeśli nie mógł Tomek Wałdoch, to stawiałem na Jacka, i to był mój wybór. Zresztą Jacek, jak wspominałem, ma trochę wyciszać mnie, co wynika z jego całkowicie odmiennej natury niż moja.
Przed Panem bardzo eksperymentalny wyjazd – i rywale, i nasza kadra, czego Pan oczekuje po tym turnieju?
Mam kadrę młodych chłopaków, tak jak chciałem, i oni potrzebują teraz dużo gier. Egzotycznych rywali to już w piłce nie ma. Dla wielu to my jesteśmy egzotycznym przeciwnikiem. Pamiętajmy, że jesteśmy na 59. miejscu na świecie. Moim celem nie jest wygrać Puchar Króla, ale mam nadzieję, że uda mi się wyselekcjonować dwóch-trzech piłkarzy, z którymi będziemy współpracować w przyszłości.
Trochę jest to jednak niefortunny okres, jeśli chodzi o selekcję. Czy można w tym czasie poznać prawdziwe umiejętności i formę tych zawodników?
Z trenerami pierwszoligowymi ustaliłem plan zajęć dla wybranej grupy piłkarzy i oni już od świąt idą tym cyklem przygotowawczo-treningowym. Wszyscy mają być przygotowani. U mnie nie ma miejsca na alibi na brak formy. Jeśli nie wykorzystasz swojej szansy, już nie będziesz miał drugiej.
Jak Pan ocenia swoich najbliższych turniejowych rywali?
Dla tej drużyny teraz nie ma to żadnego znaczenia. Singapur, Tajlandia czy Dania to wystarczająco silni rywale na tę kadrę. Teraz mamy przede wszystkim jak najwięcej zgrupowań i wspólnych gier. Dlatego potrzebuję jak najszybciej ustalić stabilną kadrę i z nimi grać mecz po meczu aż do perfekcji.
Czy są już znani przyszli rywale Polaków?
Dopiero po 7 lutym, gdy będą znane wyniki losowania eliminacji do ME 2012, będziemy rozmawiali z ewentualnymi przyszłymi rywalami.
Czy ma Pan jeszcze na oku do powołania jakiś Polaków tzw. „zagranicznych”?
Mogliśmy teraz powołać tylko piłkarzy z kraju, gdyż wiele lig cały czas gra albo za chwilę wznowi rozgrywki. Gramy tam trzy mecze i wszyscy mają pokazać albo potwierdzić swoją przydatność dla kadry. Mam nadzieję, że w tych meczach można będzie naprawdę zobaczyć, co prezentują ci piłkarze – zrobimy porządną, dokładną selekcję każdego. Najważniejsze dla mnie są umiejętności piłkarskie zawodnika. Dla nikogo nie zamykam kadry, ale chcę piłkarzy, którzy mają umiejętności naprawdę ponadprzeciętne, dla przeciętniaków miejsca nie ma.
Czy organizacyjnie wszystko jest już dopięte na ostatni guzik?
Wszystko jest perfekcyjnie przygotowane. Już pojechali pierwsi ludzie, by na miejscu przypilnować wszystkiego.
Rozmawiał:
Ryszard Drewniak
Siema w Londynie
January 19, 2010
Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy zagrała w Londynie po raz pierwszy od kilku lat. Ostatnimi czasy brytyjska stolica jakoś nie miała szczęścia do tej imprezy. Koncerty odbywały się w Bristolu, Edynburgu, Birmingham, Peterborough i wielu innych miejscach na Wyspach, jednak Londyn długo nie mógł poszczycić się komitetem organizacyjnym na tyle sprawnym, by przeprowadzić inicjatywę od początku do końca.
W końcu jednak złą passę udało się przerwać. Orkiestra grała przez całe dwa dni. Zaś o to, by przebiegła jak najsprawniej, zadbały dwa komitety, zjednoczone pod hasłem: „Jedno miasto. Jedna Orkiestra. Dwa zaprzyjaźnione sztaby! Dwa dni imprezy!”.
Organizatorem WOŚP w zachodniej części Londynu było stowarzyszenie Poland Street. Chyba dobrze się stało, że to właśnie oni postanowili zadbać o należytą oprawę wydarzenia, gdyż – mając już całkiem sporą praktykę w przeprowadzaniu imprez masowych – dali radę z dopięciem wszystkiego na ostatni guzik.
Sobotnie popołudnie, 9 stycznia, klub Walkabout przy Shepherd’s Bush Green i półtysięczna rzesza widzów. W czasie, gdy w Polsce dopiero przygotowywano się do niedzielnych imprez, w Londynie WOŚP grała na całego.
Od samego początku było międzynarodowo. Występy rozpoczął zespół taneczny The Cuban School of Art z pokazami i lekcją salsy. Potem zrobiło się bardziej rockowo. Pochodzący z Coventry Soulride zmienił nieco swój skład, jednak zmiany wokalu i perkusisty pozytywnie wpłynęły na brzmienie kapeli. Publiczność również sprawiała wrażenie, że mocniejsze granie przypadło jej do gustu.
W krótkiej przerwie między występami było losowanie nagród. To spowodowało, że następny wykonawca wyszedł na scenę z lekkim opóźnieniem, które w trakcie trwania wieczoru jeszcze się powiększało.

Gdy kolejny zespół wyskoczył przed publiczność z repertuarem z filmu o przygodach Pana Kleksa, wydawało się, że widzowie wygwizdają muzyków już po pierwszych taktach. Jednak muzyka tylko z pozoru była infantylna. Kiedy dobrze się zagra, to nawet dziecinne teksty mogą wypaść naprawdę nieźle. Zaś publika potrafi oszaleć nawet przy „Witajcie w naszej bajce”.
W Walkabout wszyscy znakomicie się bawili przy występujących kolejno: NAS – African Drums, DobraMind (zespół nie bez powodu ma taką nazwę – jest naprawdę dobry) i długo oczekiwanej Aleksandrze Kwaśniewskiej z Stylus Dust (wcześniej tego wieczora piosenkarka dała występ w leżącej nieopodal restauracji Tatra, która również wspierała tegoroczny finał WOŚP – tam też fani Aleksandry mogą nabyć jej nową płytę).
Licytacje, konkursy i puszczana przez DJ-a muzyka wypełniały przerwy pomiędzy występami kolejnych wykonawców i nie wiadomo kiedy wybiła jedenasta. Według planów o tej porze impreza powinna mieć się już ku końcowi. Ale mało kto myślał o opuszczeniu lokalu. I nic dziwnego, bo przed publicznością pojawiły się „gwiazdy wieczoru”: Why Not Here i Bright Colour Vision. Już pierwszy kawałek w wykonaniu Why Not Here poderwał słuchaczy do skoków przy scenie. Potem było jeszcze lepiej.
Jeśli w przyszłym roku ten sam komitet organizacyjny zajmie się przygotowaniem WOŚP w Londynie, efekt może być jeszcze lepszy.
Sobotnie występy przy Shepherd’s Bush stanowiły jedynie część atrakcji przygotowanej przez Poland Street tegorocznej Orkiestry.
W niedzielę swoje podwoje otworzyła Jazz Cafe. Dzień w POSK-u podzielono na dwa bloki: rodzinny i koncertowy. W pierwszej części odbyły się warsztaty dla dzieci, występ zespołu Orlęta oraz pokaz judo. Można było także pobujać się przy piosenkach biesiadnych, śpiewać wspólnie z harcerzami z ZHP (oprócz śpiewania harcerze włączyli się również w zbiórkę pieniędzy) oraz obejrzeć występ zespołów folklorystycznych – Tatry i Żywiec.
Drugą część programu zdominowali muzycy. Na scenie pojawili się Gabor i Ewa (gitara i wiolonczela) z muzyką hiszpańską. Wystąpili również: Ewa Becla, Monika Lidke Band, Aleksandra Zembroń i Leszek Aleksander. Zdaniem organizatorów, największą popularnością cieszył się blok rodzinny, a frekwencja w godzinach szczytu wyniosła około 250 osób.
W trakcie dwóch dni imprezy udało się zebrać 11.263,21 funtów. Około połowę tych pieniędzy ofiarodawcy wrzucili do puszek harcerzy i ponad czterdziestu wolontariuszy. Reszta pochodzi ze zlicytowanych przedmiotów oraz pieniędzy wpłacanych online i telefonicznie. A także z biletów, sprzedaży polskiego piwa (w klubie Walkabout), loterii, puszek wystawionych w sklepach oraz rysunków dzieci.

Koordynator sztabu we wschodnim Londynie Bartosz Ciepaj z piosenkarką Aleksandrą Kwaśniewską, która swoimi występami wsparła sztaby zarówno we wschodnim jak i zachodnim Londynie (Fot. Hubert Petka)
Nie gorzej wypadł finał WOŚP we wschodnim Londynie, zorganizowany przez komitet pod kierownictwem Dawida Rygielskiego i Bartosza Ciepaja, wspieranego między innymi przez stowarzyszenie Polish Professionals in London oraz Polish City Club. Zebrał on w sumie ponad 8000 funtów (z czego około 6400 w samym Londynie i 1700 w filii sztabu w Brighton).
Większość imprez zorganizowanych na wschodzie Londynu odbyła się w Bedroom Bar w Shoreditch. Około godz. 13.00 rozpoczęto muzyczne i plastyczne warsztaty dla dzieci. Zaś tuż po godz. 18.00 odbyła się aukcja charytatywna. Wystawiono między innymi prace młodych polskich artystów tworzących w Londynie, a także biografię Boba Marleya The Untold Story z autografem autora, płyty i bilety na koncerty ufundowane przez Buch I.P. (firma podarowała również fanty na aukcje organizowane przez sztab zachodniego Londynu). W tym samym czasie w sąsiedniej Comedy Cafe rozpoczął się blok muzyczny, w czasie którego wystąpiły różne zespoły brytyjskie.
W kwestowanie na rzecz Orkiestry włączył się nawet były premier RP, Kazimierz Marcinkiewicz. Przekazał on pamiątkową koszulkę ze swoim autografem, którą jeden z licytujących zakupił za £60. Finałowym fantem okazał się lunch z premierem i jego małżonką, za który dwóch licytujących zapłaciło łącznie 510 funtów.
Z pewnością cieszy fakt, że po latach niemocy i braku umiejętności zorganizowania Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w Londynie przez kogokolwiek, wreszcie udało się doprowadzić do tego, by ze stolicy Wielkiej Brytanii popłynęło chóralne: Siema! Być może dobrze się stało, że nad sprawnym przebiegiem imprezy czuwały dwa niezależne komitety. Dzięki temu każdy z nich mógł skupić się na realizacji swojej części projektu. Chociaż być może w przyszłym roku komitetom uda się połączyć siły i – wykorzystując zdobyte podczas XVIII Finału doświadczenie – przeprowadzą wspólną, naprawdę wielką – na miarę Wielkiej Orkiestry – imprezę. Gdyż – jak pisał wieszcz – „jedność większa od dwóch”
Alex Sławiński






Komentarze