Patrick J. Barrett ‘Bletchley’
December 23, 2009

Dlaczego muzułmanie modlą się w kierunku qibli?
December 23, 2009
Ablucje przed meczetem w Maroku
Coraz łatwiej w dziesiejszych czasach pojechać na wakacje do krajów muzułmańskich. Można wtedy coś pozwiedzać. Na przykład meczety. Ale co to jest meczet? Co się w takim meczecie robi?
W niektórych krajach meczety można zwiedzać. W niektórych krajach do meczetu wolno wchodzić tylko muzułmanom, zakłada sie bowiem, że jest to miejsce modlitwy, a nie gapienia się. Jednym z krajów, w którym zakazuje się niemuzułmanom wstępu do meczetu jest Dubai. Jest to kraj bardzo liberalny, zwłaszcza w porównaniu z krajami sąsiednimi, tym niemniej jest to kraj z założenia religijny i meczety są tam miejscami modlitwy. Jest jednak w Dubai jeden meczet, do którego nie-muzułmanom nie tylko wolno wejść, ale organizuje się tam specjalne spotkania wyjaśniające co muzułmanin robi w meczecie. Będąc w Dubai poszedłem na takie spotkanie i wszystkiego się dowiedziałem.
Niemniej ważne od tego co muzułmanin robi w meczecie jest to, co robi on przed wejściem do meczetu. Otóż muzułmanin przed wejściem do meczetu musi się umyć. Ale nie wystarczy zwykłe wzięcie prysznica, chodzi o rytualną ablucję. Muzułmanin przed wejściem do meczetu musi umyć ręce, głowię, uszy, nogi – wszystko w należytej kolejności i należytą ilość razy. Zacząć musi od prawej ręki, którą trzykroć myje do łokcia. Potem lewa ręka – trzykroć do łokcia. Kierunek mycia też nie jest bez znaczenia. Potem twarz, uszy, głowa – wystarczy chyba tylko raz. Potem nogi – wpierw prawa noga trzykroć do kolana, potem podobnie lewa. Tylko tak obmyty muzułmanin ma prawo wkroczyć do meczetu.
Z tego wynika, że niezbędnym elementem architektury meczetów winno być źródło wody. Istotnie w wielu meczetach tak właśnie jest. W Iranie na dziedzińcu zabytkowych meczetów jest zwykle sadzawka. W Maroku jest to często fontanna pośrodku dziedzińca albo też i pod dachem, z dwoma zbiornikami wody – jednym na poziomie rąk, drugim szerszym, na poziomie stóp. Ciekawe, że w wielu nowych meczetach na Bliskim Wschodzie tego elementu nie ma, jest natomiast rozbudowana toaleta obok meczetu, tam przed licznymi kranami są miejsca siedzące, by można sobie było wygodnie umyć ręce i nogi.
Zauważyłem przy tym ciekawą rzecz. Osoba wyjaśniająca kładła duży nacisk na dokładność i kolejność mycia poszczególnych kończyn, natomiast przebywając później w Iranie zauważyłem znaczne zredukowanie ablucji przed wejściem do meczetu: ręce i twarz były myte, ale mycie głowy zredukowane było do przesuniecia po niej mokrym palcem, podobnie mycie nóg. Najwyraźniej niektóre szkoły redukują owe ablucje do symbolu. Natomiast fontanny stojące na dziedzińcach marokańskich meczetów skojarzyły mi się z baptysteriami stojącymi w wirydarzach wielu romańskich kościołów w Europie Zachodniej. Ablucja w baptysterium następuje tylko raz w życiu, choć żegnanie się wodą święconą przy wejściu do kościoła też nasuwa pewne skojarzenia. Wchodząc do meczetu muzułmanin oczywiście zdejmuje buty, tak jak Mojżesz przed krzakiem gorejącym. Wiąże się to zwykle z wejściem na dywan, którym wyłożona jest podłoga, choć nie zawsze. W Maroku jest zwyczaj zdejmowania butów już przy wejściu na dziedziniec, który nie jest przykryty dywanami. Są też meczety, w których przestrzeń przykryta dachami jest bardzo niewielka. Takim jest na przykład Dżami Masdżit w Delhi, który wygląda jak wielki dziedziniec otoczony podcieniami, a od strony qibli podcienia są nieco tylko głębsze. Ale zazwyczaj wnętrze meczetu wyłożone jest dywanem, po którym chodzi się boso.
Meczet jest tylko miejscem modlitwy, nie odprawia się w nim żadnych ofiar. Modlitwa też się różni od tego, co za modlitwę powszechnie uznaje się w Europie. W czasie pięciu obowiązkowych modlitw dnia muzułmanin nie prosi o żadne łaski, a jedynie recytuje fragmenty Koranu głoszące chwałę Allaha. Istotna jest kolejność wypowiadanych (głośno lub w myśli) formuł oraz odpowiednie ruchy ciała podczas ich wypowiadania. Zaczyna się od wypowiedzenia formuły Allahu akbar (Allah jest ponad wszystko) unosząc jednocześnie na moment obie ręce na wysokość głowy po obu jej stronach. Następnie recytuje się surę Al-Fatiha (Otwierającą). Co się w tym czasie robi z rękami? Tu panuje spór pomiędzy szkołami szariatu. Szkoła Maliki utrzymuje, że należy trzymać ręce opuszczone wzdłuż ciała, szkoła Hanafi twierdzi, że trzymać zaciśnięte dłonie na wysokości pępka, szkoła Szafi’i – że na wysokości serca, a wedle szkoły Hanbali trzeba je trzymać pośrodku klatki piersiowej. Po surze Al-Fatiha należy wyrecytować inny, dowolny fragment Koranu. Następnie należy się pokłonić w pas opierając ręce na kolanach wypowiadając kolejną formułę. Potem trzeba się wyprostować z kolejną formułką na ustach, a następnie paść na twarz mówiąc kolejną formułkę, tym razem potrzykroć. Następnie na chwilę trzeba się unieść i posiedzieć w milczeniu (tak wedle szkoły Maliki, podczas gdy szkoła Hanafi dodaje tu kolejne zdanie) i znów paść na twarz. Po tym drugim padnięciu można wstać i zacząć wszystko od nowa.
Powyższa sekwencja powinna być powtórzona pięć razy dziennie po dwa lub cztery razy. Nie mają być one odmawiane byle kiedy, tylko w określonych porach dnia. Pierwsza modlitwa dnia, zwana salat as-subh, powinna być odmawiana o brzasku, ale przed wschodem słońca. Druga modlitwa, salat az-zohr odmawiana jest wczesnym popołudniem, kiedy słońce właśnie minie zenit. Salat al-asr odmawiana jest późnym popołudniem, ale musi być przed zachodem słońca. Salat al-maghrib odmawiana jest po zmierzchu, ale zanim zrobi się zupełnie ciemno. Salat al-isha, modlitwa nocna, odmawiana jest przed północą. Istotny jest czas słoneczny, a nie zegarowy, dlatego czas modlitw będzie inny w zależności od położenia na mapie danego miejsca. W krajach muzułmańskich gazety podają godziny przepisowych modlitw w różnych miastach, ale i tak trudno ten czas przeoczyć, bowiem muezzini nawołują do modlitwy z minaretów. Kiedyś sami wchodzili na wieżę, dziś na wieży zainstalowane są głośniki, a muezzin nie musi się już fatygować.
Modlić się można wszędzie, wcale nie trzeba iść do meczetu, tym niemniej jeśli to jest możliwe – wskazana jest modlitwa w grupie. W czasie modlitwy grupowej wierni ustawiają sie rzędami. Teoretycznie powinni być tak blisko siebie, żeby dotykać się ramionami, „żeby diabeł się pomiędzy nich nie wcisnął”. Jedyna przerwa powinna być pomiędzy grupą mężczyzn a grupą kobiet, „żeby zdrożne myśli nie przyszły komuś do głowy”. W meczecie często są odrębne pomieszczenia dla kobiet i dla mężczyzn. Przepisowe jest również odzienie – mężczyzna musi być zakryty przynajmniej od pasa do kolan, kobieta od szyi po kostki (co jest ciekawe wziąwszy pod uwagę, że przed Mahometem Arabowie stawali przed Bogiem tak jak ich Pan Bóg stworzył – pielgrzymi w Mekce obchodzili Kaabę nago; hadisy podają, że dopiero Mahomet zniósł ten zwyczaj i nakazał pielgrzymom ubierać się w białe szaty).
Modlący zawsze zwracają się w kierunku qibli. Qibla to kierunek Mekki, ku temu miastu zwrócone są wszystkie meczety. W każdym meczecie ściana qibli oznaczona jest niewielką wnęką, zwaną mihrab. Ta wnęka może być kunsztownym dziełem sztuki – zawsze abstrakcyjnej. Jest to poza tym bodaj jedyny element architektury wspólny meczetom we wszystkich stylach. Meczety bowiem bardzo się między sobą różnią w zależności zarówno od epoki jak też i kraju, w których powstały.
Najwcześniejszy meczet w Medynie, w którym sam Mahomet prowadził modlitwy, był podobno placem otoczonym murem. Podobnie wyglądały meczety w pierwszym okresie po podbojach arabskich – prostokątny plac otoczony murem, ale także kolumnadą z podcieniami, co w klimacie Bliskiego Wschodu jest bardzo ważne. Ściana qibli miała zwykle te podcienia nieco szersze, na przykład miała pięć rzędów filarów zamiast dwóch. Znakomite przykłady takiego wczesnego meczetu to Al-Aksa w Jerozolimie, meczet Ibn-Tuluna w Kairze czy meczet piątkowy w Kairwanie w Tunezji. Na zachodzie – czyli w Hiszpanii i w Maroku – ewolucja meczetu polegała na rozrastaniu się tej części podcienia od strony qibli, która z czasem stała się pawilonem pokrytym płaskim dachem wspartym lasem arkad. Tak wygląda słynna Mesquita w Kordobie, a także średniowieczne meczety Maroka. W Iranie natomiast muzułmanie przejęli elementy architektury perskiej. Trudno się temu dziwić, bo to przecież nie Arabowie uczyli się budować po persku, tylko Persowie przyjmowali islam i następnie budowali meczety używając znanych sobie metod. Tak więc wnętrze przylegające do ściany qibli przykryte było wielkim sklepieniem, a nie płaskim dachem wspartym kolumnami. Wnętrze to było otwarte w kierunku dziedzińca, na którym była sadzawka służąca do ablucji. Znakomitym przykładem tego stylu jest dwunastowieczny meczet w mieście Yazd w środkowym Iranie. Natomiast Turcy podbiwszy cesarstwo bizantyjskie wyraźnie się wzorowali na architekturze greckiego kościoła, przede wszystkim świątyni Hagia Sophia w Konstantynopolu. To Turcy budowali meczety pomyślane jako zamknięte wnętrza przykryte jedną wielką kolpułą.
Włodzimierz Fenrych
Warszawski fryzjer
December 23, 2009

Elżbieta Piekacz – Mela, podczas wernisażu
Jest fryzjerem z mojej ulicy: z Mokotowskiej. Poczułam, że muszę go uwiecznić, kiedy wróciłam z czteroletniej podróży po Azji. Postanowiłam zrobić ten projekt, cierpliwie pojawiać się w tym samym miejscu, śledzić codzienność. W zakładzie fryzjerskim odbyłam podróż w głąb siebie.
Londyński zakład fryzjerski Fish jest na rogu D’arblay i Poland Street, przy której mieści się Instytut Kultury Polskiej, gdzie przedstawiłam swój projekt „Z życia fryzjera”. Fish wydawał mi się stworzony do takiego projektu, taki „mój”. Weszłam do środka i usłyszałam od menedżerki Vicky: – Nie jesteśmy zainteresowani. Wtedy zaczęłam chodzić po Soho szukając innego miejsca, ale ciągle mijając Fish czułam, że to musi być „tu”. W końcu wpadłam na pomysł zaatakowania ich „od tyłu” a raczej „od środka”. Wysłałam się na służbową delegację i defraudując 45 funtów znalazłam się na miękkim fotelu klienta. – Kawa, herbata, wino? – zapytał rozbrajająco Kris, fryzjer, który miał mnie podciąć, a obciął mnie tak, że Vicky mnie nie poznała. To on poradził mi, bym spróbowała jeszcze raz. I udało się.
Warszawski zakład przestał istnieć kilka miesięcy temu. Pojawił się ktoś, kto miał prawa do kamienicy i zniknął fryzjer „Witold”, szewc, jubiler… Witold się nie poddał, stał się wędrownym fryzjerem, przychodzi teraz do domów swoich klientów. Historia toczy się dalej…
Mój londyński projekt jest spotkaniem ze sobą dwóch pozornie odmiennych światów. Przestrzeń ekspozycyjna w pulsującym życiem zakładzie fryzjerskim w centrum Londynu, z odbitym niczym w kalejdoskopie zapisem codzienności warszawskiego fryzjera, od 60. lat wykonującego ten zawód. Historia starego warszawskiego fryzjera zawieszona tu i teraz jak lustro odbija nas samych – te same odwieczne pragnienia, samotność, nostalgię, zamyślenie, tęsknotę za czymś nieokreślonym i pragnienie miłości.
Elżbieta Piekacz
From the Barber’s Life, Fish Hairdressing, 30 D’arblay Street, Soho, W1F 8RF, wystawa potrwa do 24 grudnia





Pewnego wieczoru u Ronnie Scotta
December 22, 2009
Jazz wśród polskich londyńczyków nie jest najpopularniejszą formą rozrywki, choć działalność Jazz Cafe w piwnicy POSK-u przyczynia się bardzo do wskrzeszenia tych zainteresowań. Najważniejszym jednak miejscem na mapie jazzowej Londynu jest klub Ronnie Scott’s w Soho, 47 Frith Street, W1.
To tutaj właśnie w pierwszym tygodniu grudnia miałem przyjemność posłuchać grania Dennis Rollins Badbone & Co. Nie jest to kompletny przypadek, że znalazłem się tam właśnie tego wieczoru, gdyż chciałem posłuchać młodego i intrygującego muzyka, którego korzenie związane są w dużym stopniu z Polską. Chris Webb, syn dobrze nam znanej malarki Joanny Ciechanowskiej (obecnie współprowadzącej galerię POSK-u ), gra na gitarze basowej i posiada w tym względzie rewelacyjną technikę.
Chris studiował muzykę klasyczną od wczesnych lat swojego jakże młodego życia i był dobrze zapowiadającym się pianistą, zaliczając w swym życiorysie nawet tych samych nauczycieli w szkole w Katowicach skąd wyszedł słynny Krystian Zimmerman.
Doskonałe fundamenty muzyczne, znajomość teorii i kompozycji uzbroiły Krzysia – jak jego nazywa kochająca mama – w niezaprzeczalne zalety, otwierając mu drzwi do współpracy z wieloma grupami, klubami czy studiami nagrań, w których jest aranżerem i głównym motorem muzykowania.
W pierwszej części, na „rozgrzewkę”, wystąpiła Natalie Williams, wokalistka z dobrym głosem i świetnym rudogłowym temperamentem. Widownia jednak zdecydowanie czekała na główny akt i powitała Dennis Rollins Badbone & Co, bo tak nazywa się ta grupa. Gorące oklaski, wyrażone z wielkim entuzjazmem w oczekiwaniu na ich występ, muzycy wynagrodzili gorącymi dźwiękami. Zagrali w stylu funk z dużym afro-karaibskim aspektem, przesuwając się z płynną łatwością stylistyczną od improwizacji przypominających dźwięki z czasów Johna Coltrane’a w Village Vanguard z jednej strony, a z drugiej „funk” zamieniał się w pewnych momentach w dźwięki jakoby przypominające swym charakterem nowoorleańskie zespoły uliczne pomieszane z modernistycznymi interpretacjami Wyntona Marsalisa.
Dla ludzi znających jazz powyższe uwagi mogą wydawać się pełne sprzeczności i tutaj wchodzimy w sedno sprawy, czyli roli sekcji rytmicznej, w której wiodącym motorem jest nasz Chris Webb. Jego wspaniała zdolność cementująca sekcję rytmiczną w jedną pulsującą całość przerywana była od czasu do czasu elektryzującymi solówkami – jego, jak i reszty zespołu. Denis Rollins zaprezentował parę własnych kompozycji, choć program bazował głównie na dobrze sprawdzonych kompozycjach Ellingtona, jak Do not get a round much any more lub It don’t mean a thing if it ain’t got that swing. A swingować oni umieją, zwłaszcza gdy włączał się do gry ich znakomity trębacz.
Denis Rollins jest już liderem-weteranem, o czym świadczy duża liczba płyt, do których polecam się odwołać na stronach www., natomiast jego grupa składa się głównie z dwudziestolatków, z których Chris jest najmłodszy. Sądząc po tym co usłyszałem, czeka ich wszystkich długa i urozmaicona kariera, którą warto śledzić.
Wojciech Antoni Sobczyński
W skład zespołu wchodzą: Dennis Rollins – puzon, James Gardiner-Buteman – saksofon, J. Phelps – trąbka, Johnny Hayes – gitara, Mitch Jones – instrumenty klawiszowe, Chris Webb – gitara basowa, Jack Politt – perkusja.
Krakersy, wino i Święta
December 22, 2009
»Przygotowania do świąt Bożego Narodzenia trwają. Te duchowe, i te bardziej przyziemne. Nie ma chyba drugich takich świąt, które mają tak bogatą oprawę zewnętrzną. Chciałbym zwrócić Państwa uwagę na jeden z elementów tych przygotowań.
Chodzi mi o bardzo szczególny, typowo angielski element. Mianowicie o Christmas crackers. Te w kształcie dużego papierowego cukierka. Najczęściej z papierową koroną, małym motto i mini prezencikiem w środku. Anglicy zapytani o krakersy powiedzą, że są nadal nieodzownym elementem obiadu świątecznego. To nasza tradycja, mówią, nawet jeżeli nie pamiętają skąd ona się wzięła.
A swoje początki krakersy zawdzięczają niejakiemu Thomasowi J. Smithowi z Londynu. W połowie XIX wieku zajmował się on sprzedażą słodyczy. By podnieść wyniki sprzedaży, nadał opakowaniu kształt cukierka i dodał jeszcze karteczki z przesłaniem. Jego pomysł znalazł od razu wielu naśladowców. By wyróżnić się spośród konkurencji, do swoich opakowań Smith dodał mechanizm wybuchowy. Trzask wybuchu imituje dźwięk trzaskającego ognia w kominku – stąd wziął się pomysł. A że długość „cukierka” przekładała się na głośność wybuchu, wraz z powiększeniem jego objętości znalazło się więcej miejsca na mały prezencik. Pomysł prosty, wręcz banalny, a jednak nieustannie cieszy biesiadników.
Innym elementem związanym z czasem przedświątecznym, tym razem bardziej kulinarnym jest grzane wino. Pojawia się na sklepowych półkach tylko w tym bożonarodzeniowym okresie. Można nabyć kubek tego napoju na ulicy, na lokalnych straganach, gdzie można zrobić przed świąteczne zakupy czy w lokalnych pubach.
W sumie istnieje tylko jedna żelazna zasada dotycząca wina grzanego. Do jego przygotowania powinniśmy używać tylko najtańsze rodzaje czerwonego wina. Nieważne jak mierne by ono nie było, poprzez podgrzanie i przyprawy możemy zmienić je w powalający specjał (i nie chodzi tutaj o moc i ilość wypitego trunku, ale o jego bukiet smakowy). Wino wytrawne o pełnym bukiecie straci swoją cierpkość przez podgrzanie i dodanie cukru lub ewentualnie miodu (albo konfitury). Zaś wino o mniej zdecydowanym smaku zyska go przez korzenne przyprawy, jakie dodamy.
Piękno grzanego wina wiąże się nie tylko ze smakiem, ale też z możliwością kreowania tego smaku w dość dowolny sposób. Tak więc nie można powiedzieć, że receptura jest tylko jedna. Istnieje tutaj olbrzymi pluralizm dający też możliwość doskonalenia tajnych sekretów i dodatków świadczących o wyjątkowości osobiście przygotowanego trunku.
Jeden z przepisów brzmi następująco: 1 butelka czerwonego wina, 60g cukru demerara, 4 laski cynamonu, świeżo starta gałka muszkatołowa do smaku, 1 pomarańcza i 2 goździki. Wino podgrzewamy niezbyt szybko w odpowiedniej wielkości garnku. Pomarańcze kroimy w grube plastry. Możemy nadziać je goździkami, ale te i tak wyłowimy łatwo podczas odcedzania. Dodajemy wszystkie składniki razem z cukrem. Czekamy aż cukier się rozpuści. Nie zagotowujemy wina. Doprawiamy do smaku. Jeżeli nie zamierzamy wykorzystać go od razu, możemy je ostudzić i po odcedzeniu przelać z powrotem do butelek. Tak przygotowane winko własnej roboty możemy mieć pod ręką przez cały zimowy okres.
Znajdując podobieństwa pomiędzy kuchnią angielską i polską w okresie świątecznym możemy natknąć się na krem zwany Brandy Butter. Na 6 porcji potrzebujemy 75g masła niesolonego, 75g cukru pudru, 2-3 łyżki brandy i opcjonalnie startą skórkę z połowy pomarańczy. Najprościej połowę cukru można wymieszać w robocie kuchennym z masłem (wyjętym zawczasu z lodówki, by nabrało pokojową temperaturę) i skórką pomarańczową. Następnie dodać brandy i resztę cukru. Masa powinna być nie za luźna i nie za sztywna zarazem. Jeżeli nie dysponujemy robotem kuchennym pozostaje nam użyć siły naszych mięśni i rozetrzeć masło w misce używając drewnianej łyżki lub kuli. Tradycyjnie jest to masa używana jako wykończenie świątecznego deseru, szczególnie Christmas pudding albo mince pies. Podobieństwo z kuchnią polską znajduję właśnie w tym kremie, który w podobnej wersji tylko że z dodatkiem żółtek był stosowany powszechnie, jeszcze nie tak dawno w Polsce. Pamiętam, że pierwsze torty, jakie przygotowywałem, były właśnie na bazie tego rodzaju masy.
W Anglii trudno znaleźć świąteczny stół bez deseru zwanego Christmas pudding. Jest to mieszanka rodzynków, suszonych owoców, przypraw korzennych, cukru, mąki i świeżo zmielonego chleba tostowego. I tutaj należy wspomnieć królową Victorię, tę, która najdłużej rządziła Brytyjską Koroną spośród wszystkich jej władców, a raczej jej męża – księcia Alberta. Dzięki jego zaangażowaniu spożywanie śliwkowego puddingu, czyli plum pudding na stałe zostało wpisało się w świąteczne menu. Tradycyjnie deser ten był przygotowywany w ostatnią niedzielę przed Adwentem, zwaną Stir-Up Sunday. W jego przygotowaniu powinna brać udział cała rodzina, korzystając jednocześnie z przywileju wypowiedzenia życzenia. Zwykło się też zapiekać srebrne monety i inne drobne przedmioty, by przepowiedzieć przyszłość, np. podkowa miała zapewniać powodzenie, a obrączka rychły ślub.
Podobny zestaw produktów jest potrzebny do przygotowania wspomnianych już mince pies.
Z tą różnicą, że bakalie i owoce łączy się z cukrem i rumem tworząc nadzienie, a osobno wyrabia się ciasto półkruche, by następnie wypiec małe, zgrabne babeczki. Poprzestając na tych słodkościach życzę Państwu błogosławionych i spokojnych Świąt Bożego Narodzenia oraz Szczęśliwego Nowego Roku 2010.
Ach ten jazz…
December 22, 2009
Marek Greliak z POSK-iem związany jest od lat 70. Zajmował się różnymi rzeczami: prowadził restaurację, przygotowywał scenografię, był szefem Komisji Kultury aż stał się animatorem polskiej sceny jazzowej w Londynie

Miłośnicy jazzu to specyficzny gatunek ludzi. W każdą sobotę można ich łatwo rozpoznać w holu POSK-u. Przyszli na kolejną porcję jazzu, i jest ich z każdym rokiem coraz więcej. Wieczory w Jazz Cafe stały się stałym punktem w ich kalendarzu. Wracają, bo mogą liczyć na dobrą muzykę, miłą atmosferę i przystępne ceny. – Chcemy utrzymać niską cenę wstępu (5 funtów) – mówi animator klubu Marek Greliak. – Nie każdego stać na chodzenie do Ronnie Scotta – dodaje. – My działamy też na trochę innych zasadach. Motorem tego co robimy jest pasja, a nie profit. Jazz Cafe jest częścią propozycji kulturalnej POSK-u, nie płacimy więc za wynajem i utrzymanie klubu, co jest dużą pomocą. Powstanie Jazz Cafe w POSK-u było prawdziwą rewolucją.
scenograf bez zaplecza
Marek Greliak, związany jest z polskim ośrodkiem na Hammersmith od ponad 30 lat. – W POSK-u zajmowałem się różnymi rzeczami. Zaczynałem w latach 70. od improwizowanej scenografii, zgodnie ze swoim wykształceniem, kiedy jeszcze nie było teatru, a przedstawienia odbywały się w Sali Malinowej. Nietypowa przestrzeń, raczej konferencyjna niż teatralna, prawdziwe wyzwanie. Rekwizyty trzeba było jakoś na własną rękę zdobyć. Scenografia nie kończyła się na pomyśle, nie było zaplecza technicznego, za całość odpowiadał scenograf. Pamiętam jak szukałem sieci do sztuki Szaniawskiego „Żeglarz”. W tym czasie współpracowałem z Urszulą Święcicką i jej Teatrem Nowym, także z ZASP-em. A potem przyszedł czas na działalność kulinarną.
kuchnia i jazz
Marek Greliak razem z Antonim Szymankiewiczem przez 14 lat prowadził restaurację „Łowiczanka”. – Piękne lata – mówi z uśmiechem. – Bardzo sobie ceniłem kontakt z ludźmi, wynagradzający wyczerpującą pracę. Nie traktowałem prowadzenia restauracji jako typowy biznes. Bywalcy „Łowiczanki” pamiętają co było w niej nietypowego. Obiady i jazz w każdą niedzielę, wieczory innych kultur, innych kuchni, przygotowane przez wynajętych specjalnie na te okazje kucharzy.
Taki model wymagał dużego zaangażowania i poświęcenia. – Postanowiłem w końcu zwolnić, podratować trochę zdrowie, odzyskać swój prywatny czas. Odstąpiłem swój udział Antoniemu, pomimo dobrych dochodów.
Z POSK-iem kontaktów jednak nie zrywa. Przez cztery lat jest szefem Komisji Kultury. Od kuchni – tym razem kulturalnej – widzi czego w ofercie POSK-u nie ma. Nie ma jazzu, ale pozostałym członkom Komisji to nie przeszkadza. Po co komu jazz? – Dla mnie było to oczywiste, tym bardziej wtedy, kiedy przestał działać młodzieżowy klub POM. Co można zrobić w piwnicy? Dyskoteka już się nie sprawdzała. Wszędzie w Londynie powstawały nowe miejsca, co drugi pub organizował dyskotekę dla Polaków. Polskiego klubu jazzowego w Londynie nie było.
wszystko albo nic
Pomysł z założenia dobry, ale pewności, że w praktyce wyjdzie, entuzjaści jazzu nie mogli mieć. Marek Greliak postawił wszystko na jedną kartę. Miał doświadczenie w prowadzeniu restauracji i… właśnie klubu jazzowego. Jeszcze w Polsce, w czasach studenckich wyprofilował klub studencki Odnowa w Toruniu na klub jazzowy. Zapraszał muzyków z Warszawy i Krakowa, znał tę formułę i wierzył, że i tym razem się uda, ale tylko wierzył. Najtrudniej było z nieufnymi, z przełamaniem stereotypów, a potem przyszła kolej na generalny remont pomieszczeń, które zalała powódź. Pieniądze z ubezpieczalni nie wystarczyły, POSK dodatkowymi funduszami nie dysponował. Z pomocą przyszły władze lokalne. – Przedstawiłem projekt klubu jazzowego Brytyjczykom. Miał to być wprawdzie polski klub, ale muzyka przełamuje przecież bariery – językowe, narodowościowe, każde. Z klubu jazzowego mogą korzystać wszyscy. Brytyjczycy pomogli.
Klub zaczął swoją działalność trzy lata temu. Nie od razu jednak zaistniał na londyńskiej mapie jazzowej. Musieli szukać muzyków, przekonywać, zapraszać ich z Polski, co jest stosunkowo drogie (przeloty, zakwaterowanie, honoraria). Po każdym jednak udanym koncercie renoma klubu rosła. Ludzie wracali, przyprowadzali nowych, i nie byli to bynajmniej tylko Polacy. Sam spotkałem na koncercie Jarka Śmietany turystę z dalekiej Japonii. Znał wszystkie standardy jazzowe, ale Śmietana go zaskoczył jazzowymi interpretacjami polskich szlagierów muzyki rozrywkowej. Szczególne uznanie japońskiego słuchacza zyskała „Ta ostatnia niedziela”.
– Lubię poznawać gości Jazz Cafe osobiście – mówi Marek Greliak – dlatego często wybieram rolę biletera, żeby mieć możliwość bezpośredniej rozmowy, poznać gusty naszych bywalców, dowiedzieć się skąd przyszli, gdzie o nas usłyszeli. Takie informacje bardzo pomagają w prowadzeniu klubu. Dzięki temu wiem, że mamy już sporo stałych bywalców.
Jakościowy i ilościowy postęp widać na przykładzie organizowanego jesienią Festiwalu Jazzu Wschodnioeuropejskiego. Pierwszy odbył się po roku działalności klubu. Wystąpiły na nim cztery zespoły. W tym roku było ich czternaście.
może być tylko lepiej
– Po trzech latach Jazz Cafe w POSK-u jest już znanym miejscem w kręgach jazzowych – mówi Marek Greliak. Zauważył nas „Jazz Forum” w Polsce, jesteśmy na wszystkich stronach internetowych informujących o imprezach jazzowych w Londynie, informacje o imprezach w Jazz Cafe podaje też najważniejszy magazyn londyński Time Out. – Czyli nie trzeba już bać się o frekwencję, o to czy zagra jakiś ciekawy muzyk? – pytam prowokacyjnie. – Tego typu niepewność mamy już za sobą. Z ulgą mogę dodać, że nasz kalendarz jest w zasadzie wypełniony na następne dwa lata. Nie szukamy muzyków, to oni się do nas zgłaszają.
– Bardzo dobrym posunięciem było też rozszerzenie formuły festiwalu. Przedstawiliśmy jazz z Europy Środkowo-Wschodniej, dzięki temu dowiedzieli się o nas Węgrzy, Słowacy, których już gościmy co tydzień. Powoli tworzy się międzynarodowa rodzina połączona wspólną pasją. Nie mówiłem więc nic na wyrost rozmawiając z Brytyjczykami, że nasz projekt jest otwarty i że będzie mógł z niego skorzystać każdy, niezależnie od narodowości. ciekawą propozycją jest też Big Band Night w ostatni piątek miesiąca.
Pierwszym Big Bandem w Jazz Cafe jest niewątpliwie Marek Greliak, ale sam chyba wszystkiego nie robisz? – Całe szczęście nie muszę, zresztą kto by temu podołał? Pracujemy wspólnie z Jasiem Serafinem. Przychodzą też do nas ludzie starsi i młodsi i pytają czy nie mogą w czymś pomóc. Na stałe współpracuje z klubem od siedmiu do ośmiu wolontariuszy, należą też do rady programowej.
– Ty jednak czuwasz nad całością i bywa tak, że prowadzenie klubu koliduje z pracą zawodową. Nagłe wezwanie na lotnisko, gdzie czas masz nienormowany. Musisz być wypoczęty i uśmiechnięty. Pracujesz w sektorze wydzielonym dla VIP-ów, często są to głowy państw. – Zwykle można te dwie aktywności pogodzić, chociaż dzisiejszemu wyzwaniu nie sprostałem. Z POSK-u wyszedłem o drugiej w nocy, o czwartej rano miałem powitać premiera Niezależnego Państwa Samoa. Dostałem kartkę z jego nazwiskiem – Tuilaepa Lupesoliai Sailele Malielegaoi. Próbowałem zapamiętać. Nic z tego, musiałem bronić się zwrotem „ekscelencjo”. – Brakuje czasu na sen – podpowiadam. – Kiedyś to odeśpię – uśmiecha się Marek.
Wszystkiemu winien cały ten jazz. Nieuleczalna pasja i bakcyl pracy społecznej. Ale warto, kiedy widzi się efekty tej pracy. Do POSK-u przychodzą nowi ludzi. Scena Jazz Cafe stworzyła regularną szansę występów dla polskich muzyków i wokalistek mieszkających w Londynie. – Oni – opowiada Marek – podobnie jak my, nie utrzymują się z muzyki, ale jazz w nich siedzi. Przychodzą, śpiewają, grają, są częścią coraz większej rodziny. Mamy już trzy damy polskiego jazzu (Aleksandra Kwaśniewska, Dominika Zachman, Monika Lidke) i polskiego króla bluesa Leszka Alexandra, który zajmuje się też nagłośnieniem wszystkich koncertów w naszym klubie.
– Czy pozostaniecie tylko przy jazzie, czy może planujecie coś więcej? Zauważyłem że ostatnio z Jazz Cafe korzysta Scena Poetycka. – W teatrze zaczynałem, do teatru mnie ciągnie. Zakupiliśmy profesjonalne oświetlenie teatralne dzięki pomocy Konsulatu RP, co pozwoli na wykorzystanie wszystkich możliwości tego miejsca, idealnego dla małych form teatralnych, spotkań autorskich czy wieczorów poetyckich. W styczniu odbędzie się tutaj finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, a wcześniej, na zakończenie roku oczywiście zabawa sylwestrowa.
A w przyszłym roku może być tylko lepiej. Gratuluję i dziękuję za rozmowę człowiekowi-orkiestrze polskiej sceny jazzowej w Londynie.
Grzegorz Małkiewicz
Dwa oblicza bezdomności
December 22, 2009
W Londynie ludzi bezdomnych jest sporo. Teraz w większości są to cudzoziemcy z A10 – jak się określa obywateli dziesięciu nowo przyjętych do Unii państw. W przeciwieństwie do Brytyjczyków zwykle nie przysługuje im pomoc państwa, bo albo nigdy nie zarejestrowali się w Home Office (jako zatrudnieni) czy w Inland Revenue (jako samozatrudnieni), albo pracowali zbyt krótko (o państwowe zasiłki można się ubiegać po roku pracy). W ciągu dnia najczęściej nie rzucają się w oczy, w większości wyglądają jak przeciętni ludzie na londyńskiej ulicy. Niekiedy gorzej, niekiedy nawet lepiej…

Z przychodzących do Manna Centre w pobliżu London Bridge bezdomnych 40 proc. pochodzi z krajów A10, trudno się więc dziwić, że przed wejściem od razu natrafiłem na Polaków. Jeden z nich, Paweł, znalazł się na ulicy pół roku temu. Na samym początku ktoś mu powiedział, by jak najszybciej wygrzebał się z tego bagna, bo z czasem będzie mu coraz trudniej. Niestety, miał rację.
Paweł wcześniej pracował jako kucharz, ma dwu i pół letnie doświadczenie w tym zawodzie. Jak twierdzi, mógłby spokojnie znaleźć pracę, ale już mu się nie chce. Patrząc na niego trudno przypuszczać, że może być bezdomnym. Czyste spodnie, ładny płaszcz, krótko ostrzyżone włosy. Ot, zwykły człowiek, jakiego możemy spotkać codziennie na swojej drodze w brytyjskiej stolicy. Z tą różnicą – o której nie wiemy – że Paweł noce spędza w autobusach, które kursują na długich trasach bądź w squatach. Raz, jadąc bez biletu, na uzasadnienie, że jest bezdomny, policjantka uśmiechnęła się i powiedziała, żeby spojrzał w lustro zanim zacznie głupoty opowiadać.
– To nie jest tak, że nie ma pracy. Praca jest. Jeśli ktoś chce pracować, to zawsze ją znajdzie. Ale wejdź tu, do środka i zapytaj, kto chce pracę, odpowiedzą może dwie, trzy osoby.
Paweł budzi się kiedy ma ochotę, nigdzie mu się nie spieszy. – Najpierw idę do ośrodka (np. Manna Centre) umyć się i zjeść śniadanie – opowiada. – Ważne jest, żeby dbać o siebie i jakoś wyglądać. W ośrodku można także dostać czyste ubrania – dodaje. – Nie muszę wstawać rano, iść do pracy, gdzie jakiś baran będzie mi mówił co mam robić i zarabiać marne grosze.
Skąd zatem bierzecie pieniądze? – pytam nieco zdumiony. – To zależy – odpowiada Paweł. – Po alkohol to wystarczy iść do marketu i wynieść parę butelek. W niektórych sklepach ochrona dobrze wie, że wynosimy flaszki. – Ja raz wyniosłem 14 butelek wódki jednego dnia – dodaje Marek, kolega Pawła. – Zdarzało się wpaść, ale wtedy zwykle tylko zabierają ci alkohol i wypuszczają. A jeśli już nawet wezmą cię na komisariat to nic wielkiego się nie stanie.
Marek wpadł już kilkakrotnie. Najpierw dostał od policji tzw. „żółtą kartę”, następnym razem była czerwona. Później grozili mu deportacją. Wpadał jeszcze parę razy i zawsze kończyło się na ostrzeżeniach. Ze sklepów wynoszą nie tylko alkohol, ale wszystko to, na co jest akurat popyt – np. perfumy, płyty dvd etc. Mają swoich odbiorców, którzy chętnie zapłacą tylko połowę ceny za dany towar.
Kolejnym sposobem na zarobienie są tzw. „strzały”. Strzały to nic innego jak proszenie ludzi o „parę groszy”. W strzelaniu specjalistą jest Marek. – Podchodzę do człowieka, mówię: I’m homeless, give me 50 p. please, czyli tyle, co w sumie znam po angielsku i zwykle dają mi, i to więcej niż proszę. Bo przecież nikt ci nie da tylko 50 p. Pewnego razu jedna Murzynka dała mi aż 50 funtów. Dziennie średnio udaje mi się zebrać właśnie około 50 funtów. Czyli tyle, na ile trzeba pracować cały dzień.
Z policją również nie ma tutaj większych problemów. Funkcjonariusze są bardzo życzliwi i traktują każdego z szacunkiem. – Raz, gdy zasnąłem na ławce w parku, podeszła do mnie para policjantów – opowiada Marek – i zapytali się, czy wszystko w porządku. Pokazałem im, że jest mi zimno. Policjantka poszła do radiowozu i po chwili przyniosła mi ciepły koc i mnie nim okryła. Zdarzyło się również, że kupili mi kanapki i napój, gdy byłem głodny. Nawet gdy wpadnę podczas kradzieży, funkcjonariusze są dla mnie OK. Zawsze dadzą mi adwokata i tłumacza. Mogę się napić ciepłej herbaty. – Jak widzisz – stwierdza Paweł – wszystko sprzyja, aby się od tego nie uwalniać.
Milena Koczaska, która pracuje jako doradca w Manna Centre i pomaga bezdomnym, ma o bezdomności w Londynie odmienne zdanie.
– Pomagam tym, którzy sami chcą sobie pomóc, nikogo nie zmuszam. Mimo to ludzi, którzy potrzebują tej pomocy i chcą wyjść na tzw. „prostą”, jest naprawdę sporo. Miesięcznie zajmuję się około 70. osobami, które z różnych powodów znalazły się na ulicy i najczęściej nie mają pracy – twierdzi Milena. – Pomagam między innymi w znalezieniu pracy, mieszkania, w powrotach do kraju, w uzyskaniu zasiłków, a czasami także w odzyskiwaniu dowodu tożsamości. Zdarza się często, że zgłaszają się do nas osoby, które zostały oszukane lub okradzione z wszelkich dokumentów. Wtedy wnioskuję do polskiego konsulatu (jeśli sprawa dotyczy Polaka) o wydanie nowego paszportu. Na szczęście konsulat często nas wpiera i wydaje pozwolenie na wyrobienie paszportu nieodpłatnie. Współpracujemy także z zimową noclegownią dla osób bezdomnych – The Robes Project, która działa od listopada do marca, a także z Reconnecion Project, którego celem jest wspieranie bezdomnych Polaków w powrocie do Polski, jeśli wyrażą taką potrzebę.
Milena pomaga w znalezieniu pracy tym, którzy naprawdę tego chcą. – Niektórzy bezdomni przychodzą już o 6 rano i czekają w kolejce do 8.30, aby zapisać się na listę i móc uzyskać pomoc czy poradę, więc absolutnie nie mogę powiedzieć, że im na niczym nie zależy. Jeśli osobie bezdomnej udaje się znaleźć pracę i wciąż pozostaje na ulicy, istnieje pewna możliwość uzyskania pomocy w wynajęciu pokoju. Muszę jednak najpierw poznać daną osobę i być pewna, że naprawdę jej na tym zależy oraz że faktycznie zaczęła pracować – podkreśla Milena.
Niedawno kilkoro podopiecznych Mileny znalazło pracę w nowo otwartej fabryce w zachodnim Londynie. Naprawdę wiele można zdziałać, ale niezbędne jest zaangażowanie obu stron. Czasami wystarczy pomóc napisać i wysłać CV, poszukać wspólnie ofert pracy, wykonać kilka rozmów telefonicznych, aby znów zacząć pracować.
Wielu podopiecznych z Manna Centre ma kilkuletnie doświadczenie w różnych zawodach, tyle tylko że nie potrafi obsługiwać internetu, napisać CV oraz często nie posiada funduszy na przeprowadzenie rozmów telefonicznych oraz na dojazd do potencjalnego pracodawcy.
Milena wie, że są również tacy, którym odpowiada życie bezdomnego, którzy łamiąc prawo i popadając w uzależnienia powoli rujnują swoje życie.
– Niestety, im częściej ktoś popada w konflikt z prawem, powiększając tym samym swoją kryminalną kartotekę, tym trudniej mu później cokolwiek osiągnąć i stanąć na własnych nogach. Dlatego ważne jest, aby mimo różnych potknięć przyjść i porozmawiać, bowiem zawsze można spróbować coś naprawić, tak aby później, zaczynając nowe życie, mieć tzw. czyste konto.
Krzepiące jest to, że Milena widzi owoce swojej pracy. To, że ktoś z jakiegokolwiek powodu wylądował nagle na ulicy nie przekreśla jego dalszego życia. Wiele spraw można wyprostować. Udaje się znaleźć takim osobom pracę, uzyskać zasiłki, a czasem i zakwaterowanie.
– Pewnego bezdomnego Polaka poszukiwała przez dwa lata rodzina z Polski – wspomina Milena. Pomogłam mu nawiązać z nimi kontakt i po kilku tygodniach mężczyźnie udało się wrócić do kraju. Inny z kolei został oszukany przez swojego pracodawcę i okradziony, gdy spędził pierwszą noc na ulicy. Udało nam się załatwić wszystkie formalności związane z odzyskaniem dowodu tożsamości, a następnie pomogliśmy znaleźć mu pracę i dach nad głową.
Jak więc widać problem bezdomności w Londynie ma dwa zupełnie różne oblicza. Niektórzy nie chcą walczyć o lepsze życie, czy to z przyzwyczajenia czy „wygody”, żyjąc na marginesie i w ciągłym konflikcie z prawem. Mimo że są tego świadomi, nie chcą się zmieniać. Są jednak i tacy, którzy mimo wręcz beznadziejnej sytuacji starają się iść pod prąd i z pomocą innych walczyć o powrót do normalnego życia. Właśnie pomoc takim ludziom sprawia, że praca w ośrodkach typu Day Centre ma sens.
Witold Ratajewski
Milena Koczaska:
Składając oferty pracy bardzo często zdarza się, że bezdomni nie są w stanie dostarczyć potencjalnemu pracodawcy kontaktowego numeru telefonu. Ośrodka nie stać niestety na zakup telefonów komórkowych dla swoich podopiecznych. W centrum dziennie przebywa około 200 osób. Jeśli ktoś posiada stary telefon komórkowy lub karty sim, których nie używa i mógłby je nam ofiarować, bylibyśmy bardzo wdzięczni. Trafią one do tych, którzy naprawdę chcą sobie pomóc. Ponadto często zajmujemy się sprawami natury prawnej, więc każda pomoc profesjonalnego prawnika również będzie nieoceniona. Jeśli ktoś chciałby wspomóc Manna Centre dostarczając ubrania, środki czystości, ręczniki itd. bardzo prosimy o wcześniejszy kontakt telefoniczny.
•
Jeśli chcesz pomóc, skontaktuj się z Mileną Koczaską z Manna Day Centre, od poniedziałku do piątku w godz. od 14.00 do 16.00
Tel: 020 7403 1931
a10worker@mannasociety.org.uk
Adres: Manna Day Centre, 6 Melior Street, London SE1 3QP
O. Ray Andrews (na zdjęciu powyżej), proboszcz kościoła St. George the Martyr w Borough, który z otwartymi ramionami przyjmuje uczestników organizowanych przez „Nowy Czas” ARTerii, znany jest z ogromnej życzliwości nie tylko dla Polaków, ale również wszystkich „obcych”, których przyjmuje pod swoje skrzydła.
Dużo czasu i energii poświęca również bezdomnym. W niedzielę dożynkową (Harvest Sunday) parafianie St. George the Martyr przynieśli do kościoła produkty żywnościowe, które następnie przekazano bezdomnym właśnie z Manna Centre. Teraz, przed Bożym Narodzeniem, poprosił wiernych, by nie wysyłali do siebie indywidualnie kartek świątecznych, a zebrane datki przekazali do centrum dla bezdomnych. Jednak najbardziej spektakularnym wyczynem, jakiego dokonał na rzecz ludzi pozbawionych dachu nad głową było zjechanie po linie z 30-piętrowej Guy’s Hospital Tower – najwyższego w Londynie budynku, gdzie można uprawiać tego typu sport. W mijającym roku ponad 100 osób oddało się powodującemu u niektórych zawrót głowy sportowi, wspierając różnego rodzaju organizacje charytatywne. Wśród nich był ojciec Ray, który zjechał po linie z Guy’s Hospital Tower w lipcu. – Było to trochę przerażające, ale z drugiej strony niezwykle ekscytujące doświadczenie. Udało mi się dzięki temu zebrać około 1500 funtów, które przekazałem organizacji charytatywnej Robes Project działającej na rzecz bezdomnych – powiedział „Nowemu Czasowi” ojciec Ray. (tb)
Nowy Czas w PDF 20(136)
December 22, 2009
Ostro jak brzytwą
December 22, 2009
Z Tomaszem Żyrmontem, pianistą jazzowym, założycielem i liderem zespołu Groove Razors, rozmawia Alex Sławiński
Masz bardzo dobry rok za sobą…
– Zaczęło się bardzo ciekawie już na samym początku roku. Jednego dnia grałem z Tonym Kofim, a już następnego był występ z Piotrem Wojtasikiem, w marcu zagraliśmy z Adamem Bałdychem. Na wiosnę rozpoczęliśmy działania z Groove Razors. Zaczęliśmy od mniejszych, bardziej kameralnych miejsc, ale potem udało się zagrać koncerty w bardziej prestiżowych klubach. Bardzo ważnym dla mnie wydarzeniem był Eastern European Jazz Festival, który odbywał się w POSKu. Zagraliśmy też w czasie Arterii Nowego Czasu na Borough. Ostatnio zagrałem też kilka koncertów z Fusion Power Band, w bardzo znanym w mieście muzycznym klubie Troy Bar na Shoredith. Przełomem okazało się rozpoczęcie nagrań do naszej płyty kilka miesiecy temu. Całą uwagę skupiam ostatnio na Groove Razors, na komponowaniu i nagraniach.
Czemu akurat Londyn? A nie np. Nowy Jork, Nowy Orlean czy kilka innych miejsc, które bardziej kojarzą z muzyką jazzową?
– Kiedy tutaj przyjechałem, początkowo nie grałem zbyt wiele, ale obserwowałem rynek
i scenę muzyczną, wkręciłem się w mały interes i sprzedawałem fortepiany. Starałem się „rzucać uchem” wszędzie, gdzie tylko coś ciekawego się działo, złapałem kilka dobrych kontaktów z muzykami z lokalnej sceny i wtedy padła decyzja o rozpoczęciu studiów w Guildhall School of Music and Drama, która mieści się w Barbican Art Centre, chyba największym w Europie centrum artystycznym. Atmosfera tego miejsca bardzo mną zakręciła. Wiedziałem zresztą wcześniej o znakomitej renomie tej szkoły. Ma ona świetnych wykładowców, zaplecze i odpowiadający mi program, który uznawał mój polski licencjat z Akademii Muzycznej w Katowicach i pozwoliła mi wskoczyć na kolejny etap edukacji. W Guildhall brałem udział w licznych warsztatach z gwiazdami jazzu, jak Joshua Redman, Danilo Perez, Phil Markowitz, Bobo Stenson czy Christian McBride. Może Londyn nie kojarzy się z jazzem,aż tak jak Nowy Jork, ale jest bez wątpienia stolicą europejskiej muzyki i jej produkcji. Odbywają się tutaj wspaniałe festiwale, koncerty i jam sessions codziennie w kilku miejscach. Można więc wybrać zawsze coś ciekawego, nie wpadając w rutynę i monotonię, spotykając w klubach wybitnych jazzmanów z całego świata. Owa aura wielokulturowości sprawia, że jest to magiczne miejsce i daje niesamowite możliwości rozwoju. Właśnie to sprawiło, że postanowiłem zostać tutaj. W czasie studiów udało mi się nawiązać sporo nowych kontaktów. Dużo wówczas jamowałem z muzykami o różnych korzeniach, wywodzących się z ciekawych muzycznych nurtów. Narodziło się wtedy wiele projektów, które stworzyły moją świadomość muzyczną. Londyn poszerzył zresztą mój horyzont na wielu innych płaszczyznach. Jeśli chodzi o sztukę, kuchnię i kultury to wszystko przeplata się w jednym miejscu, co nadaje miastu niesamowtego aromatu. Fuzja rozmaitych smaków, kolorów, dźwięków, a przede wszystkim pięknych zabytków i licznych atrakcji spaja miasto w wyjątkową całość.
Zaczynając swą karierę muzyczną w Polsce miałeś z pewnością okazję poznać naszą krajową scenę. Na czym polegają różnice między graniem w Polsce i w UK?
– W Polsce mamy wielu wybitnych, światowej klasy muzyków i jazz na bardzo wysokim poziomie. Jeżeli chodzi o muzykę, to jest ona w pewnym sensie naszą wizytówką. Mamy w jazzowym dorobku sporo wielkich nazwisk, jak Krzysztof Komeda, Tomasz Stańko, Michał Urbaniak, Leszek Możdżer czy zespoły Simple Acoustic Trio i Walk Away. Brytyjska scena jazzowa jest również bardzo dobrze rozwinięta i otwarta, między innymi przez swoją wielokulturowość. Przyciąga ostatnio również polskich jazzmanów. Myślę, że Polacy grają z sercem, emocjami i charakterem. Brakuje nam może jedynie tego tutejszego miksu i zróżnicowania. Na Wyspie można spotkać muzyków praktycznie z całego świata. Oni – grając – wplatają swoje muzyczne korzenie, zamiłowania, uczucia, co wpływa na to, że muzyka bywa bardzo żywa, różnorodna, prawdziwa i nie jest szufladkowana. Tutaj muzycy są bardzo otwarci na współpracę. Nieważne, czy jest to gwiazda, czy też osoba stawiająca pierwsze kroki, muzycy bardzo się wspierają, odstępują sobie koncerty, a wspólne granie często jest formą twórczej rekreacji. Najczęściej moje wieczorne wypady na miasto kończą się tym, że jamujemy ze sobą
w klubach i rozmawiamy o muzyce. Muzyka na żywo jest tutaj grana na każym kroku. Począwszy od pubów, stacji metra, kafejek na Covent Garden czy wzdłuż bulwaru nad Tamizą, kończąc na pretiżowych klubach i salach koncertowych. Uszy same się otwierają na dźwięki. Miasto ma swój niepowtarzalny rytm i „gra we wszystkich tonacjach”.
Jazz uchodzi za muzykę raczej trudną. Zarówno w odbiorze, jak i wykonaniu. Dlaczego wybrałeś akurat ten gatunek?
– Zawsze interesowała mnie muzyka pełna barw, przestrzeni, która nie toleruje barier ani
narzucania swoich zamkniętych reguł. Uważam, że właśnie jazz jest najbardziej otwartą formą muzyczną. Pozwala mi w największym stopniu wyrazić siebie, własne emocje. Opowiedzieć o swoich przygodach życiowych, przez dźwięk nawiązać bliższy kontakt ze słuchaczem i tworzyć na bieżąco. W każdej dziedzinie trzeba włożyć wiele wysilku, aby iść do przodu i rozwijać się. Regularnie ćwiczę na fortepianie. Sam i z zespołem. Ważne jest też, żeby ciągle słuchać, chodzić na koncerty, jamować i chwytać inspiracje. A potem przełożyć to wszystko na własny dźwięk.
Wymieniłeś wiele znanych postaci, z którymi miałeś okazję się zetknąć. Jaki wpływ miały te spotkania na to co robisz?
– Na pewno występy z takimi muzykami jak Tony Kofi, który jest członkiem World Saxophone Quartet czy koncert z Piotrem Wojtasikiem w Londynie lub udział w różnych festiwalach muzycznych nadały mi nowego sensu, pozwoliły uwierzyć w siebie, we własne możliwości. Samo zagranie z tymi muzykami było wielkim wyróżnieniem. Otworzyło też wiele drzwi, pomogło wejść do wielu klubów i nawiązać lepsze kontakty z menagerami. Pozwoliło mi też rozwinąć się. Granie z muzykami bardziej doświadczonymi jest naprawdę świetną szkołą. Muzyka przecież to nie teoria, nie materiały i tego typu sprawy, tylko właśnie kontakt z innymi muzykami, granie dla publiczności i forma abstrakcyjnej komunikacji. A czym wyższa jest to półka i wyższe wyzwanie, tym większe kroki stawiamy, by dojść kiedyś do tego poziomu. Niedawno zagrałem na jamie u Ronnie Scotta na Soho, więc już teraz wierzę, że pewnego dnia zagram tam koncert.
Udało ci się stworzyć tu własny zespół.
– Skład Groove Razors formował się od dłuższego czasu, a pomysł stworzenia bandu pojawił się na jam session w POSKu, w Jazz Cafe. Tam poznałem perkusistę Lauriego Lowe. Jest to muzyk młodego pokolenia, ale już zdążył wypracować sobie nazwisko. Podczas tego samego jamu poznałem świetnego gitarzystę Robina Aristorenasa. Początkowo nie grał on na stałe w naszym zespole, ale szukaliśmy różnych opcji. Po roku muzycznych działań Groove Razors nabrało ostatecznego kształtu. Obecnie gramy jako kwintet. Ja jestem liderem i piszę większość materiału. Od samego początku w naszym składzie jest Laurie. Na basie gra Włoch Lorenzo Basignani, Robin Aristoterens pochodzi z Filipin. To bardzo uzdolniony gitarzysta, któremu również udało się już zostać rozpoznawalnym muzykiem na londyńskiej scenie. Zaś jeżeli chodzi o wykonywanie tematów i nakręcanie nas do tworzenia groovu, na pierwszym planie jest u nas Alan Short. Pochodzi z Ameryki, ale wychowywał się we Włoszech. Jak więc widać, mamy międynarodowy skład, każdy daje coś ze swojej kultury. Gościnnie zagrali już z nami: genialny polski skrzypek Adam Bałdych pochodzący z mojego rodzinnego Gorzowa Wielkopolskiego. Parę razy gościł u nas też feneomenalny Rick James na basie, a także Marek Tomaszewski na saksofonie altowym oraz Colin Courtney na tenorze i EWI. Z Groove Razors wykonujemy głównie muzykę fussion i nu-jazz. Te kierunki najbardziej nas inspirują, a dynamitem, który to wszystko odpala jest nasze życie i koncerty w Londynie. Uwielbiamy grać na żywo. Wiele improwizujemy na koncertach. Każdy z nich jest inny. Na to, co zagramy, duży wpływ ma otoczenie, aura w klubie i to, jak publika nas odbiera. Grając staramy się stworzyć pewien rodzaj opowieści-malowidła. Nasza muzyka jest ekspresją emocji, opartą na groovie zawieszonym w przestrzeni barw i rytmu. Te emocje przekazujemy publiczności, która oddaje nam swój ładunek. Bardzo nas nakręca, kiedy gramy i widzimy ich interakcję.
Już wkrótce zagracie kolejny koncert…
– Tak. Koncert obędzie się 22 grudnia w Charlie Wright’s International na Old Street. Jest to jeden z najbardziej pretiżowych klubów muzycznych tutaj, na Wyspie. Znany jest również wśród zagranicznych muzyków. Gorąco zapraszamy, zaczynamy o 21.00. Liczymy też na polskąpubliczność. Zagramy tam w naszym stałym kwintecie. Ale chciałbym również zaprosić na nasz kolejny występ 30 stycznia do Jazz Cafe w POSK-u, gdzie wystąpi z nami gościnnie Australijczyk Jono McNeal, którego poznałem na jamie na Shoredith. Pojawi się on również na naszej płycie, nad którą właśnie pracujemy.
Tomasz Zyrmont zaprasza na strony: www.myspace.com/zyrmont
www.myspace.com/grooverazors
Patrick J. Barrett ‘Deptford Bridge’
December 18, 2009







Komentarze