Złe miłego początki?

November 30, 2009

W dwóch pierwszych spotkaniach pod wodzą nowego trenera, reprezentacja Polski zanotowała porażkę i zwycięstwo. Nasi piłkarze musieli uznać wyższość Rumunów, którzy pokonali nas 1:0. W drugiej potyczce kadra Smudy odniosła swoje pierwsze zwycięstwo, pokonali Kanadę również różnicą jednego gola.

Mimo wielkich oczekiwań i zapowiedzi debiut Franciszka Smudy nie wypadł okazale. Spotkanie rozegrane zostało w Warszawie na stadionie Legii. W związku z modernizacją obiektu, mecz mogło obejrzeć zaledwie kilka tysięcy widzów. Spotkanie było prowadzone w umiarkowanym tempie. W szybkim rozgrywaniu piłki przeszkadzała murawa stadionu, która przypominała klepisko. Na zły stan trawy narzekali po meczu zarówno trenerzy jak i piłkarze obu drużyn.
Swoją szansę na zdobycz bramkową miał Ireneusz Jeleń, jednak bramkarz Rumunów obronił jego strzał. W drugiej połowie spotkania jedyną bramkę meczu zdobył klubowy kolega Jelenia z Auxerre – Daniel Niculae. Rumuński napastnik w 59 minucie spotkania oddał strzał tuż sprzed linii pola karnego, piłka po rykoszecie wpadła do siatki bezradnie interweniującego Tomka Kuszczaka.

Po stracie gola na boisku zarysowała się lekka przewaga naszej reprezentacji. Drużyna Smudy stworzyła więcej sytuacji bramkowych niż Rumuni, jednak żadnej z nich nie udało się wykorzystać. Najlepsze okazje do zdobycia bramki miał wprowadzony w drugiej połowie Sławomir Peszko, w ostatniej minucie spotkania zdołał on minąć bramkarza, jednak na przeszkodzie znów stanęli rumuńscy defensorzy. Za najlepszego zawodnika tego spotkania należy uznać Kamila Kosowskiego, który przez całe spotkanie był aktywny i jako jeden z nielicznych brał na siebie ciężar gry. Sam Smuda porażkę w debiucie skomentował słowami „Złe miłego początki”.

Trzy dni później biało-czerwoni zagrali na stadionie w Bydgoszczy przeciw Kanadzie. W wyjściowym składzie reprezentacji doszło do kilku zmian, z powodu kontuzji z kadry wypadli Jakub Błaszczykowski i Ireneusz Jeleń. Od pierwszych minut spotkania w poczynaniach naszych piłkarzy widać było chęć zwycięstwa i wolę walki. Optyczna przewaga biało-czerwonych została udokumentowała golem w 18 minucie spotkania. Po dośrodkowaniu Ludovica Obraniaka, Kosowski zgrał piłkę głową do Macieja Rybusa a ten sytuacyjnym strzałem lewą nogą pokonał bramkarza rywali. Tym samym młody pomocnik Legii, dla którego był to dopiero drugi mecz w kadrze, przełamał niemoc strzelecką reprezentacji, która trwała niemalże 400 minut. Pozostały czas meczu upłynął pod znakiem ciągłych ataków reprezentacji Polski i groźnych kontrataków Kanadyjczyków. Mecz mógł się podobać kibicom, którzy w liczbie 10 tysięcy wypełnili bydgoski stadion. Polacy powinni zdobyć jeszcze kilka bramek, niestety zawiodła skuteczność. Nasza reprezentacja wypracowała sobie kilkanaście rzutów rożnych, groźne strzały z dystansu oddawali Peszko i Dudka a w ostatniej minucie meczu, Patryk Małecki, tuż po wejściu na boisko oddał strzał, który odbił się od słupka kanadyjskiej bramki. Mecz zakończył się zwycięstwem Polaków 1:0. Warto odnotować debiut 19-letniego bramkarza Arsenalu Londyn – Wojciecha Szczęsnego, który zastąpił w przerwie spotkania Tomasza Kuszczaka

Oglądając pierwsze dwa spotkania pod wodzą Smudy, widać poprawę gry drużyny narodowej. Biorąc pod uwagę całkiem dobre występy piłkarzy młodych (Sadlok, Szczęsny, Rybus czy Małecki), możemy być umiarkowanymi optymistami.

Maciej Ciszek

Profile: Andrzej Krauze

November 26, 2009

KRAUZEblurb

ALAN RUSBRIDGER (Editor of The Guardian):

“When I started editing The Guardian’s comment page in the late 1980s we decided to move from illustrating page with a photograph and to try illustration instead. This was easier said than done. At that time in Britain there were very few illustrators up to the task.

Enter Andrzej Krauze, large, enthusiastic and instantly likeabe Polish artist whose work was just beginning to attract a following in London. From the moment he drew first illustration for the page I knew my problems were over. Andrzej was exactly what I needed. He was quick in every sense of the word. He would read the article he was illustrating and instantly grasp the central argument and how to capture it dramatically in line and ink. Within an hour the finished, art work would arrive. In emergencies he would drop everything and rush into the office or fax over drawings at all hours of day or night.

Even with the most abstract themes Andrzej was never fazed. Drawing initially in black and white and recently in colours as well he would always succeed in finding a powerfull symbol to project the piece. In time his use of line has become bolder. There is often a fierce bite hidden in the visual allegory he chooses.

In the course of dozen years Andrzej has established himself as a leading member of The Guardian ’s team of illustrators and cartoonists. More than that, he has helped introduce an inteligence and sophistication into serious British illustration. He now has many admirers and many imitators. Broadsheet illustration in Britain will, in some subtle way, never quite be the same again.”

maski

ANDRZEJ OSĘKA:

“(…) Wśród rysunków Andrzeja Krauzego z dziennika „The Guardian” znajduje się taki, który przedstawia pewną wizję stosunków między Wyspami a Kontynentem. Po jednej stronie wody – będącej niewątpliwie kanałem La Manche – siedzi przy stoliku lew brytyjski i celebruje swą „cup of tea” z ciasteczkami. Po drugiej stronie szczerzą kły zachłanne człekozwierzęta, wśród których jest ktoś w hełmie ze swastyką i ktoś w papasze z gwiazdą. Wyciągają łapy po cisteczka lwa.

Paradoksalnie – występuje w tej scenie wątek autobiograficzny: jakiś czas temu sam artysta przewęddrował przez kanał La Manche. Kiedyś żył wśród dzikich stworów Kontynentu, w jego osobliwszej części. Rysował wówczas (w pewnym sensie znane mu z autopsji) kudłate wilki ze świńskimi ryjami, sprawujące władzę nad stadami owiec. Tworzył metaforyczny obraz realnego socjalizmu, który pokazywał po kawałku w warszawskim tygodniku „Kultura” przez owe wilki cenzurowanym i kontrolowanym (chociaż nigdy do końca).
To są właściwie dwa zupełnie inne światy – ten, który Krauze miał wokół siebie, publikując w latach siedemdziesiątych w warszawskim tygodniku, i ten, na który dzisiaj patrzy w Londynie. Pierwszy świat – poddany ciśnieniu wydumanej ideologii, wiecznie wrzący od niepokoju, terroryzowany przez sowieckie imperium. Drugi – wolny od stuleci, stabilny, o wielkich parlamentarnych tradycjach. Czy można przejście z jednej rzeczywistości w drugą, przeżyć – nie zatraciwszy się jako artysta? Andrzejowi Krauzemu to się udało. Przeżył i ma się dobrze. Może dlatego, że żywiołem zawsze były dla niego nie wydarzenia polityczne, lecz ludzkie sprawy – a te pozostają mniej więcej podobne, mimo zmiany realiów. Ludzie się do realiów, do okoliczności życiowych bardzo przytomnie przystosowują, używając tysięcy najrozmaitszych sposobów. O tym właśnie między innymi mówią rysunki Andrzeja Krauzego. (…)”

ANDRZEJ KRAUZE:

“Nie potrafię nie rysować. W moim przypadku doszło do jakiejś dewiacji ewolucyjnej. Odnoszę wrażenie, że moja dłoń nie kończy się na palcach. Ich przedłużeniem jest Pan Pióro. Bez niego czuję się nieswojo.”

Andrzej Krauze studied at the Warsaw Academy of Fine Art, and in 1971, while still a student, he began contributing cartoons to the satirical magazine Szpilki. After leaving the Academy he continued contributing to Szpilki and began work as political cartoonist on the weekly magazine Kultura. In 1982 he settled in London. He contributes regulary to The Guardian, Rzeczpospolita, Wprost, New York Times, International Herald Tribune, Sunday Telegraph, Bookseller, New Scientist, Modern Painters and others (among them Nowy Czas). His drawings, watercolours and theatre posters are represented in many private and public collections. In 1985 he was appointed Visiting Lecturer at the Royal College of Art.

Crossroads in colour

Dwa lata „normalnych” rządów

November 26, 2009

tusk

Takiego pospolitego ruszenia obywatelskiego, jak w poprzednich wyborach parlamentarnych Polska dawno nie uświadczyła. W sprzeciwie wobec apodyktycznych rządów poprzedniej ekipy, Polacy głosowali na przedstawicieli Platformy Obywatelskiej, bo jak dzisiaj można sądzić, trzeba było zrobić wszystko, by w Sejmie zapanowała jakakolwiek większość. Byleby nie PiS-owska. Ekipa Donalda Tuska obiecywała normalność, obiecywała spokój i ludzkie podejście do wielu nurtujących społeczeństwo problemów. Jak ocenić minione dwa lata? W moim przekonaniu o żadnych cudach nie ma mowy, ale też nie można dzisiaj bezkrytycznie ganić gabinetu Tuska za wszystko co złe.

Witamy nowe

Kto by kiedyś pomyślał, że dwa lata rządów Prawa i Sprawiedliwości na tyle dadzą się we znaki Polakom, że z takim entuzjazmem rzucą się do urn wyborczych, by zmienić rządzących. A jednak. Uczynili to, frekwencja wyborcza była wręcz historyczna, a rządy Platformy Obywatelskiej powitano jako coś nowego, świeżego. Trudno jednak powiedzieć, by Polacy pokładali wówczas w rządzie Tuska jakieś niesamowite nadzieje i wierzyli bezgranicznie i bezkrytycznie w zapowiadane przez niego cuda. Chyba nie o to chodziło w zmianie rządzących. Pamiętajmy, że nowe pokolenie Polaków nie jest tak naiwne, jakby się jeszcze wielu wydawało. Współczesne pokolenie 18-latków, to osoby, które o czasach PRL-u uczą się na lekcjach historii. Sami poznają życie, sami wyciągają wnioski, a bazowanie niektórych partii na straszeniu przeszłością nie ma racji bytu. Nowoczesne społeczeństwo – jak pokazują przykłady Niemiec, Holandii czy Francji – to społeczeństwo, które patrzy w przyszłość, a przeszłość przynajmniej stara się tolerować. W Polsce zaczyna być tak samo. I nie należy uważać takiego zjawiska za szczególnie naganne. W 2007 roku ruszył do urn rocznik 89. Ile ten rocznik wie o PRL-u? Jakie zna realia? Nowe, wolne. Myślących „inaczej” niż dotąd w Polsce przybyło.

Klęska czy sukces

Donald Tusk z jednej strony może mówić o niesamowitym szczęściu, jakie spotkało jego gabinet. Z drugiej o pechu jakich mało. Platforma Obywatelska obejmując rządy w Polsce trafiła na okres konsumpcji środków unijnych. Złośliwi mogą dzisiaj powiedzieć, że nawet małpa zanotowałaby dziś sukces, bo nie sztuka wydać pieniądze, sztuką jest je pozyskać. Rzeczywistość w kraju pokazuje jednak, że trzeba również umiejętnie wydać pieniądze. A niestety nie wszystkie regiony w kraju mają do tego dryg.

Trzeba było szybko opracować regionalne programy operacyjne, a więc programy wydatkowania przyznanych poszczególnym województwom środków, należało dokładnie opracować programy centralne, z których również wypłacane są pieniądze Unii Europejskiej, należało również zapanować nad tym wydawaniem.
Jeśli więc chodzi o działania rządu w zakresie wykorzystania unijnych pieniędzy, wdrażania unijnych programów, trudno dziś czynić z tego tytułu zarzut Tuskowi. Ministerstwo Rozwoju Regionalnego jest w stanie w miarę szybko dojść do porozumienia z samorządami, szczególnie z tymi, w których rządzi Platforma Obywatelska. Nie ma niepotrzebnych starć, nie widać też, by jakieś znaczące przedsięwzięcia były blokowane. W regionach powstają kolejne inwestycje; drogi, wiadukty, hale sportowe, baseny, centra turystyczne, parki naukowo-technologiczne, itd.

Inaczej sprawa się ma w przypadku działów, z którymi dotąd żadne rządy sobie nie poradziły. I tu mówimy o reformie emerytalnej, o reformie w służbie zdrowia, o zarobkach w administracji, o płacach w służbach mundurowych, o sytuacji w sferze służb specjalnych czy o sytuacji w wojsku. Żenujące dla kraju są doniesienia żołnierzy z Afganistanu, którzy mówią o brakach w sprzęcie, o ich słabej przydatności. Żenujące dla kraju są manewry związane z prywatyzacją potężnych zakładów. I tu mamy stocznie i nieudaną próbę ich sprzedaży Katarczykom. W tym przypadku ciężko było mówić o jakiejkolwiek profesjonalnej próbie załatwienia problemu. Raz, że wszystko odbywało się w mediach, dwa, że minister skarbu zachowywał się jak przedstawiciel handlowy jakiejś średniej wielkości firmy. Trzy, że nic z tego nie wyszło, a Katarczycy nie raczyli nas nawet poinformować, dlaczego odpuścili sobie inwestowanie w Polsce. Dramat w kilku aktach.

Co do służby zdrowia, no cóż. Ciężko powiedzieć, by wysiłki minister Ewy Kopacz przynosiły jakieś wymierne efekty. Lekarze jak zwykle skarżą się na niskie zarobki, choć rządzący coraz rzadziej boją się ujawniać ich faktyczne dochody, a tu kwoty sięgają do 40-60 tys. złotych miesięcznie na jednego lekarza (wykwalifikowanego, z długoletnim stażem pracy) w placówkach publicznych. Pacjenci wielkich zmian nie odczuli, bo nadal podczas wizyty u lekarzy pierwszego kontaktu dowiadują się, że ze swoją dolegliwością mogą się stawić za dwa, trzy miesiące na specjalistyczne badania. Kolejki do sanatoriów są liczone w latach, a z obowiązkowego ubezpieczenia zdrowotnego niebawem będzie można dostać chyba tylko refundację syropów na kaszel.

Z emeryturami też nie jest najlepiej. Owszem, teraz są jeszcze wypłacane, ale widmo załamania się systemu emerytalnego jest coraz poważniejsze i coraz głośniej się o tym mówi. Co jednak zaskakuje, nie próbuje się ograniczyć biurokratycznej machiny ZUS-owskiej, ale próbuje się jeszcze w jakiś sposób wyciągnąć pieniądze od ludzi.

Z zapowiedzi dotyczących ułatwień w zakresie działalności gospodarczej nie wynikło nic. Fiskus jest równie przyjazny światowi biznesu, jak Jarosław Kaczyński Donaldowi Tuskowi. Wiadomo, że w ciągu dwóch lat nie sposób zmienić mechanizmów utrudniających życie,  ale z pewnością nie można dziś powiedzieć, że w tym kierunku rozpoczęto jakieś konkretne działania. Powołano sejmową komisję Przyjazne Państwo, która pod wodzą kontrowersyjnego Janusza Palikota zaczęła zbierać absurdy tego kraju, komisja przedstawiła setki rozwiązań, ale została potraktowana marginalnie nawet przez liderów PO. Znów mamy stricte polskie myślenie: wszyscy wiedzą jak jest, ale żeby to zmienić…

Kryzys nie tylko gospodarczy

Pod względem gospodarczym gabinet Donalda Tuska może mówić o niesamowitym pechu. Trafił na kryzys gospodarczy i tu stawanie nawet na głowie nie pozwoliło na dalsze obiecywanie cudów. Choć winni jesteśmy ukłon dla ministra finansów – w Polsce postać niekoniecznie kochana i wielbiona, ale faktycznie będąca w stanie chłodno ocenić sytuację i w ciekawy sposób utrzymać kraj na powierzchni, gdy inni pogrążają się w długach.
Politycznie natomiast Donald Tusk ma problem. Mistrz PR-u, jak jeszcze niedawno mówiono o Tusku, dzisiaj boryka się z kiepściutkim PR-em. W rządzie na skutek afery hazardowej poleciały głowy partyjnych prominentów. Wcześniej zaliczono wpadkę z ministrem sprawiedliwości. Przepędzono Zbigniewa Ćwiąkalskiego, by zastąpić go Andrzejem Czumą. Ale tu już po kilku dniach było głośno o problemach ministra za oceanem. Z ministrem sportu też Tusk się męczył, by ostatecznie odwołać go za aferę hazardową. Znikła Julia Pitera, niegdyś szefowa polskiej Amnesty International. Trafiła do rządu, by walczyć z korupcją, ale zamilkła, a jej inicjatywy częściej były rozpatrywane w ramach politycznych żartów. Z doborem współpracowników Tusk nie zawsze trafiał w dziesiątkę. Ale cóż, takie rzeczy w polskiej polityce nie są niczym szczególnym.

Podsumowując dwa lata rządów Donalda Tuska ciężko dzisiaj mówić, że jest wybitnym mężem stanu, że jego rządy są niesamowite, a nieomylność godna pozazdroszczenia. Tak nie jest. Nie jest jednak też tragicznie, czy dramatycznie jak ocenia to opozycja. Ot, po prostu, jest rząd, który funkcjonuje, nie szkodzi obywatelom, ale też ich nie rozpieszcza. Taki dozorca kraju?

Przemysław Kobus

Spotkanie z Martyną, czyli przygoda w zasięgu ręki

November 25, 2009

Pisze książki, prowadzi programy telewizyjne, szefuje gazecie, bierze udział w rajdach, ścigając się z najlepszymi i… podróżuje. Po całym świecie. W ciągu kilku lat zdążyła zdobyć prawie całą „koronę ziemi” i już szykuje się do kolejnej wyprawy. Nim jednak znów ruszy w daleki świat, znalazła chwilę, by przybyć do Londynu i spotkać się w POSK-u z rodakami, opowiadając o swojej życiowej pasji. O kim mowa? Pewnie już się domyśliłeś, Czytelniku. W piątkowy wieczór, 13 listopada, w Sali Malinowej Polskiego Ośrodka Społeczno-Kulturalnego, odbyło się spotkanie z Martyną Wojciechowką.

DSCF7270

Takiego tłumu mury szacownej instytucji dawno już nie oglądały. Gdy przybyłem do POSK-u, spotkanie właśnie się rozpoczynało. Wszystkie krzesła były zajęte, zaś ci, dla których zabrakło miejsc siedzących, stali pod ścianą słuchając opowieści o dalekich krajach i pokonywaniu barier.

Okazją do spotkania było niedawne otwarcie brytyjskiej siedziby MK Tramping w Brighton. Firma oferuje turystom wyprawy w niemal wszystkie zakątki świata. Zaś Martyna znakomicie sprawdza się jako jej promotorka.

Jednakże promocja firmy była jedynie tłem, być może tylko pretekstem do opowieści, w której słuchacze zabrani zostali na wyprawę w nieznane. Nie tylko palcem po mapie. Ale – przede wszystkim – duchowo.

Bo wyprawy to nie tylko wycieczki, dalekie wyjazdy. To również spotkanie z samym sobą. Opowieści o pokonywaniu własnych słabości, realizacji celów i marzeń Martyna poświęciła bardzo wiele uwagi. Piękne widoki? Dziewicza przyroda? Ucieczka w nieznane? Tak. Jak najbardziej. Ale życie to także ból i trudy. Pokazując zebranym slajdy i filmy ze swych dalekich wyjazdów, podróżniczka sporo o tym mówiła.

Jestem przekonany, że ci, którzy przybyli owego wieczoru do POSK-u, mieli co opowiadać później swoim bliskim i znajomym. O samochodowych rajdach, odnajdywaniu się w świecie mediów i polskich celebrities… no i poznawaniu świata.

Trudno byłoby mi wszystko zrelacjonować. Jednak miałem szansę z nią porozmawiać.

Czy jesteś zadowolona z dzisiejszego spotkania?

– Tak. Jestem w pewien sposób poruszona panującą atmosferą. Przede wszystkim dlatego, że było tu tyle ludzi.  Jesteśmy przecież kilka tysięcy kilometrów od Polski. Obserwowałam, jakie wrażenie robią na widzach nasze historie. Starałam się przekazywać ponadczasowe wartości. I widzę, że trafiło to na dobry grunt.

Oprócz opowieści o swoich podróżach, promowałaś również ofertę MK Tramping. Do kogo jest ona skierowana?

– Głównie kierujemy ją do Polaków, którzy mieszkają na terenie Wielkiej Brytanii. Ale także do Brytyjczyków. Jesteśmy nastawieni na obsługę wielonarodowych grup. Wszyscy nasi przewodnicy mówią po angielsku, a zwykle również kilkoma innymi językami. Myślę, że to jest bardzo ciekawe, że możemy podróżować po różnych zakątkach globu i zawsze jest wspólny temat do rozmowy. Bo łączy nas jedna pasja – podróżowanie. Dla brytyjskiego klienta mamy przygotowaną ofertę, której pewnie nie znajdzie na lokalnym rynku. To są kierunki, na których brytyjskie biura podróży po prostu nie operują. Takie miejsca jak Mongolia, cały blok postradziecki, Kuba, Etiopia. Te miejsca znamy świetnie i możemy zrobić bardzo dobre wyprawy właśnie tam.

Czy nie jest tak, że z Londynu jest czasem łatwiej wybrać się w odległe miejsca niż z Polski?

– Stąd jest łatwiej dostać się dokądkolwiek na świecie. zwykle tak jest, że z Warszawy trzeba dolecieć na przykład do Londynu i dopiero stąd jeszcze gdzieś. Tak więc wydaje się, że stąd jest bliżej. Aczkolwiek chciałabym powiedzieć, że podróżowanie stało się dziś tak uniwersalne, że po przygodę można wylecieć z każdego miejsca na świecie. Mogę powiedzieć, że za dwa dni spotykamy się w Bangkoku i rozpoczynamy naszą przygodę. Więc to, że postanowiliśmy otworzyć się na Wielką Brytanię wynika z tego, że mamy konkurencyjną ofertę w stosunku do tutejszych biur podróży, a poza tym może to będzie bliżej dla tych, którzy tutaj mieszkają, a pochodzą z Polski. Oprócz tego myślę, że polski rynek mamy już dość dobrze opanowany. MK Tramping pracuje od piętnastu lat, Martyna Adventure od 2004 roku. Wydaje się, że nie mamy więcej do zrobienia na polskim rynku. Trochę się tam już dusimy.

Czy nie planujecie otworzyć oddziałów w innych miejscach?

– Dlaczego nie? Możemy równie dobrze otworzyć je w Barcelonie i Paryżu. No, może byłabym trochę ostrożna ze Stanami Zjednoczonymi, bo tam jest szalona konkurencja. Jednak to, co robimy, jest uniwersalne. Mówiąc dziś o przesuwaniu horyzontu, pokonywaniu własnych słabości czułam, że zwracam się do osób, które mówią tym samym językiem, co ja. Mamy bardzo bogatą ofertę. Bo z jednej strony są wyjazdy z plecakami, trochę niższy standard, trochę dłuższy czas ich trwania, ale z drugiej strony mamy też wyjazdy o wyższym standardzie. Właściwie nie ma rzeczy, której byśmy się nie podjęli. Siedem kontynentów, wszystkie kraje, dowolne marzenie, które chciałbyś spełnić… Proszę bardzo.

Tekst i fot. Alex Sławiński

Pościg za mistrzem

November 25, 2009

Po eliminacjach do Mistrzostw Świata 2010, które dla naszej reprezentacji zakończyły się kompletną klapą, kibicom w kraju zostały już tylko rozgrywki ligowe.

Za nami już 13 kolejek, do zakończenia rundy jesiennej Ekstraklasy zostały dwie serie spotkań. Od początku rozgrywek ton rywalizacji narzucała Wisła Kraków. Krakowianie w pewnym momencie mieli już kilkanaście punktów przewagi nad drugim zespołem w tabeli. Kiedy już wydawało się, że Biała Gwiazda pewnie zmierza ku trzeciemu tytułowi mistrzowskiemu z rzędu, wiślakom kilka razy podwinęła się noga. Potknięcia rywali wykorzystała rewelacja rundy – Ruch Chorzów oraz wracająca do formy Legia Warszawa, które rozpoczęły pościg za mistrzowskim tytułem.

Podrażnieni kompromitacją w eliminacjach do Ligi Mistrzów piłkarze Wisły chcąc odkupić stracone zaufanie kibiców zapowiadali walkę na maksimum swoich możliwości w każdym meczu ligowym. Biała Gwiazda wygrała pierwsze sześć spotkań ligowych strzelając przy tym trzynaście goli i tracąc tylko jednego. Później coś się zacięło w poczynaniach Wisły. Później było już tylko gorzej, remis z Polonią Bytom, kilka wymęczonych zwycięstw i dwie prestiżowe porażki, przeciw największym rywalom – Lechowi i Legii. Wpływ na słabsze wyniki z pewnością miały też kontuzje, które nie omijają zespołu Skorży. Do pełni sprawności ciągle nie doszli Garguła i Boguski. Poważne urazy odniosły dwie kluczowe postacie tej drużyny – Głowacki i Sobolewski. W takiej sytuacji na czołowych graczy Wisły wyrośli Patryk Małecki, Paweł Brożek oraz brazylijski obrońca Marcelo.

Paradoksalnie dzięki słabszej dyspozycji Wisły w końcówce rundy, liga zyska na atrakcyjności. Krakowianie bez trudu ogrywają ligowych średniaków, jeśli jednak rywal jest wymagający, sami schodzą z boiska pokonani.

Odwrotny problem ma warszawska Legia. Drużyna z Łazienkowskiej ograła już w tym sezonie Lecha i Wisłę jednak, co z tego, skoro punkty cyklicznie tracą na rzecz drużyn z dołu tabeli. Być może niedawne zwycięstwo z Wisłą odmieni oblicze zespołu. Stołeczna drużyny do lidera traci już tylko cztery punkty.

O ile pozycja Legii na podium tabeli nie jest wielką niespodzianką, to za taką trzeba uważać postawę Ruchu Chorzów, który ustępuje tylko Wiśle, do której traci zaledwie trzy punkty. Przed sezonem nawet najwięksi optymiści nie spodziewali się, że zespół Waldemara Fornalika będzie spisywał się tak dobrze. Drużyna „Niebieskich”, która składa się głównie z piłkarzy niechcianych w innych klubach jest rewelacją tego sezonu. Chorzowski zespół zwycięża i prezentuje ładną ofensywną piłkę. Spora w tym zasługa duetu napastników Sobiech–Niedzielan. Ten pierwszy trafił już pięciokrotnie do siatki rywala i jest obserwowany przez zagraniczne kluby, o jedną bramkę więcej zdobył Niedzielan, który odbudował się już po nieudanym pobycie w Wiśle Kraków. Na wyróżnienie zasługują też Wojciech Grzyb, który w wieku 35 lat przeżywa na boisku swoją drugą młodość, oraz 19–letni środkowy obrońca Maciej Sadlok, którzy dzięki dobrym występom w Chorzowie awansował do reprezentacji Polski. Bez odpowiedzi pozostanie pytanie jak długo piłkarze Ruchu będą w stanie utrzymać tak wysoką formę.

Negatywną niespodzianką tego sezonu są wyniki Lecha Poznań. „Kolejorz”, którego pamiętamy ze świetnych występów w ubiegłorocznej edycji Pucharu UEFA zawodzi na całej linii. Zwolnienie z funkcji trenera Smudy oraz zmiana taktyki przez nowego szkoleniowca – Jacka Zielińskiego, nie przyniosły pozytywnych rezultatów. Drużyna Lecha, mimo wielu dobrych piłkarzy w zespole gra bardzo przeciętnie i traci wiele punktów. Poznańska „lokomotywa” zajmuje dopiero piąte miejsce w tabeli i sny o mistrzostwie Polski znów będzie musiała odłożyć na przyszłość.

Sąsiedzi Lecha w tabeli to GKS Bełchatów i Polonia Bytom, dla nich jednak odpowiednio czwarta i szósta lokata to spory sukces. W środku tabeli jest bardzo tłoczno, ósmy zespół od strefy spadkowej dzieli tylko kilka punktów. Na samym dnie znajduje się Polonia Warszawa, której właściciel zmienia trenerów średnio, co kilka spotkań, wynikiem tego jest fatalna forma „Czarnych Koszul”. Drugie miejsce spadkowe zajmuje Odra Wodzisław, tyle samo punktów na swoim koncie ma Jagiellonia Białystok, trzeba jednak pamiętać, że zespół z Białegostoku w związku z karą za korupcję zaczynał tegoroczne rozgrywki z 10 punktami ujemnymi. Bardzo mało punktów zgromadziły też drużyny Cracovii Kraków oraz Zagłębia Lubin. Jednakże do końca rozgrywek jeszcze daleko a poziom jest wyrównany, więc ciężko prorokować, kto opuści najwyższą klasę rozgrywkową. Biorąc pod uwagę terminarz ostatnich dwóch kolejek rundy jesiennej, mistrzem na półmetku rozgrywek zostanie prawdo-podobnie Wisła Kraków.

Rozgrywki ligowe w Polsce nie zachwycają, ale nie narzekajmy. Poziom mozolnie, lecz systematycznie się podnosi. Świadczyć o tym może fakt, że w zespołach Ekstraklasy mamy coraz więcej graczy zza granicy grających w swoich drużynach narodowych. Kluby dysponują coraz większymi budżetami, mają coraz lepsze warunku treningowe. Powstaje wiele stadionów, przez co obecny sezon nie jest zbyt atrakcyjny z punktu widzenia kibica. Ze względu na budowę infrastruktury Wisła swoje mecze rozgrywa w Sosnowcu, Lech we Wronkach, Legia gra u siebie, ale na stadionie zamiast kibiców stoją buldożery.

Maciej Ciszek

Burek Polski

November 25, 2009

dog3bluePamiętasz Drogi Czytelniku słynny numer  gazety „Polish Express”, w którym redakcja udzieliła emigrantom lekcji języka angielskiego na przykładzie zdania: „Tomek gwałci Zosię”? Nauczyciel z lubością odmieniał we wszystkich czasach to zdanie, stosował stronę bierną i czynną, bezwstydnie angażował osoby trzecie, by zdradzić tajniki konstrukcji zdań złożonych…

Zdziwicie się może, że przytaczam tak odległe wydarzenie. Wile miesięcy upłynęło już od tamtego czasu. Jest to jednak wydarzenie ważne, a rzekłbym nawet historyczne dla polskiej kultury emigracyjnej. W tym incydencie, i mówię tu zupełnie serio, na krótką chwilę opadła licha kurtyna pozorów i przez sekundę mogliśmy zobaczyć co naprawdę kryje się za fasadą kolorowych okładek polskiej prasy w Wielkiej Brytanii, za elegancko złożonymi stronami w InDesign, za intrygującymi tytułami. I tak jak w „Kongresie futurologicznym” Stanisława Lema, po wzięciu pigułki, objawił nam się koszmar rzeczywistości, skryty za elegancką dekoracją.

Chociaż właściwie koszmar to za mocne słowo. Z polską prasą emigracyjną nie należy wiązać żadnych dużych słów. Wolałbym wyobrazić sobie zboczeńca i psychopatę zarazem, który z pistoletem w jednej ręce, z drugą ręką w rozporku dyktuje zastraszonej redakcji zdania: „Tomek będzie gwałcił Zosię”, „Tomek za chwilę zgwałci Zosię”, „Zosia była gwałcona przez pięć godzin”, „Kiedy Zosia była gwałcona, Jasio wszedł do pokoju i on też wtedy…”

Wiecie, Drodzy Czytelnicy kogo ja zobaczyłem, gdy skorzystałem z kursu angielskiej gramatyki w polonijnej gazecie? Zobaczyłem Fraglesów. Redakcję opanowaną przez te futrzane stworki, które zanosząc się śmiechem, tłukąc czołami w klawiatury, turlając się po podłodze, przekrzykując się nawzajem piskliwymi wrzaskami, umieszczają gwałt dokonany na Zosi w kolejnych gramatycznych pozycjach.
Pisałem już kiedyś o niesłychanej prowizoryczności polskiej prasy na emigracji, o sytuacji, kiedy liczne redakcje wychodzą z demokratycznego założenia, że pisać każdy może. Nawet Fraglesi mają przecież coś do powiedzenia, a ponadto są tani, bowiem oficjalną walutą Fraglesów są fistaszki.

Wyrastające jak grzyby po deszczu liczne redakcje opanował zalew przeróżnych dziwolągów, które z odmętów swych dziewiczych i nietkniętych wiedzą humanistyczną umysłów, po wielu latach wytężonej pracy i wyjątkowej odporności na profesjonalizm, wspólnym wysiłkiem wydobyły na światło dzienne zupełnie nowy obraz publicystyki.

Doktor psychologii i autor licznych publikacji z zakresu kształtowania się świadomości, Andrzej Kuźmicki, określił ten stan zbiorowej emigracyjnej świadomości jako rozgdakany kurnik, usiłujący niezgrabnie komentować życie gospodarzy, podsłuchujący i z błędami przedrukowujący mało wiarygodne plotki brukowców, bądź obgadujący gospodarzy w swym niezrozumiałym języku. Ja dodam, że w tym kurniku co jakiś czas szczekliwym jazgotem chwilową uwagę czytelnika angażuje kolejne wcielenie Burka Polskiego.

Dlaczego właśnie Burka Polskiego? Ponieważ głównym przekazem wszystkich tych Newsów, Expressów, Kurierów i innych tworów polskich jest hałaśliwa przaśność, która nie tylko nie pozwala nam zrozumieć otaczającej rzeczywistość emigracyjnej, ale ją zagłusza. Nie pomaga zbliżyć Polaków i tubylców, rozstrzygać problemów pomiędzy nimi, lecz stawia przaśne podwórkowe płoty, na których Kargule i Pawlaki tłuką garnki i drą koszule. „Polaka pobiły szalone angielskie kobiety w supermarkecie” – drze się na pierwszej stronie jeden Burek Polski. „Polacy to najwięksi gwałciciele na Wyspach. Poza tym noszą wąsy i śmierdzą im skarpetki” – odszczekuje mu drugi Burek zza płotu. Euroentuzjaści 2 punkty, polscy patrioci 1 punkt!

Taki właśnie podwórkowy horyzont dyskursu zarysował się w polskiej świadomości emigracyjnej. Nie wierzycie? Zajrzyjcie na któreś z forów podpiętych pod polską publicystykę, które wychowały sobie istną armię rasistowskich tudzież polofobicznych kretynów.

Dodatkowo reguły, które wydawałyby się nie do pomyślenia, nagle stały się normą. Weźmy chociażby artykuł, który pojawił się dokładnie w czasie, gdy pisałem ten felieton, a więc długo szukać nie musiałem. Tekst tym razem „Gońca Polskiego”, dumnie przedrukowanego na głównej stronie Onet.eu: „Jak landlord Polaków oskubał”. Przedstawiona jest tam przerażająca historia trzech różnych osób, nikczemnie oszukanych i okradzionych przez miejscowego landlorda. Autor, pan Jakub Ryszko, śmiało rzuca oskarżenia pod adresem domniemanego złodzieja oraz skorumpowanej bądź też niechętnej Polakom policji (motywy działania policji pozostawione są wyobraźni czytelnika). Grzmi  oburzeniem i nie przebiera w słowach. Historia istotnie wstrząsająca i czytelnik natychmiast zadaje sobie pytanie: „Jak to możliwe!” „Jak to mogło się stać w państwie prawa!”. Niestety, nie dowiemy się tego, ponieważ autor zgodnie z przyjętym przez emigracyjnych dziennikarzy zwyczajem, zrobił wywiady tylko ze stroną pokrzywdzoną, którą – jak zawsze w takich wypadkach – jest strona polska. Ani policja, ani zły landlord z Pakistanu nie zostali zapytani, co mają właściwie w tej sprawie do powiedzenia.

Czy autor nie zna angielskiego, żeby zrobić reportaż profesjonalnie, czy może wychodzi z założenia, że „swój chłop” mówi prawdę, czy też ma to gdzieś jak naprawdę było i chodzi mu tylko o mocny, oburzający tekst kosztem reputacji pakistańskich landlordów i brytyjskiej policji? Tego się zapewne nigdy nie dowiemy, ale dziwne, że takie refleksie nie nasunęły się redakcji Onetu czy też „Gońca Polskiego”. Dlaczego? Nie jestem pewien, ale znowu widzę Fraglesów za biurkami.

Michał Sędzikowski

Malkontenctwo

November 23, 2009

Moja droga – mawiała moja babcia – skoro nie bywasz na pogrzebach swoich przyjaciół, oni nie będą na Twoim. Święta prawda. Nie byłam na pogrzebie Podziomka. On też na moim nie będzie. Znaliśmy się przez lata jako sąsiedzi. Sąsiadowaliśmy na jednej stronie „Tygodnia”. Lata temu, w jego świetnych czasach.

„Tydzień” był osobnym niejako dodatkiem sobotnim „Dziennika Polskiego”. Redagowała go przez lata Tesa Ujazdowska. To ona wprowadziła Podziomka, działacza „Solidarności” na ostatnią stronę „Tygodnia”. Jemu patronowała, a mnie ledwie tolerowała. Ja puszyłam się i panoszyłam w górnej połowie strony. On ledwie zipał na dolnej. I z dołu łypał na mnie swoim okiem, znakiem rozpoznawczym, osobistym logo. Podziomek według dawnych ludowych wierzeń to istota siedząca w dziurach pod podłogą. Bystra i chytra. Zamieniała ludzkie noworodki na swoje własne. Potem je urabiała na swoje kopyto.

Dlaczego Piotr Zakrzewski, bo tak się nazywał Podziomek, ten znany i dowcipny felietonista, wybrał sobie taki przewrotny pseudonim? Może cierpiał na lekkie obrzydzenie do świata i ludzi. Może mu się marzyło, że ten świat ludzi jakoś przerobi na swoją modłę. Zwykły, przekorny marzyciel. Krzyżowaliśmy czasem ostre pióra w kadzi narodowej maczane. On mnie czasem kropidłem dopadał, czasem mieczem, czasem flagą narodową trzepnął, a ja jego jędzowatym, rozdwojonym językiem. I tak sąsiadowaliśmy w symbiozie przez szereg lat na jednej stronie „Tygodnia”. Wtedy jeszcze pisma całą gębą. Pełnego historycznych artykułów. Niezłych ocen politycznych, literackich recenzji i wynurzeń. Fragmentów biograficznych i wspomnień. Można się było w tym piśmie zanurzyć przy sobotnim śniadaniu. Czasem się zamyślić, czasem zirytować. Całe strony listów do redakcji były tego odbiciem. Odbiciem popularności „Tygodnia” wśród starej emigracji. Podziomek zbierał brawa i pochwały, a ja przeważnie wymyślania i cięgi. Jako ta zgryźliwa jędza, latająca na miotle felietonistyki. „Tydzień” był organem grającym na emocjach emigracyjnych czytelników. Czytała go większość. Nie stukał żebraczym kijem o dotacje ani zapisy w testamentach. Urabiał opinie, odrabiał zaległości narodowej świadomości czytelników.

Czasy heroiczne minęły. Z czasem Podziomek zniknął ze szpalt „Tygodnia” i „Dziennika”. A ja zostałam skazana na banicję. Myślałam, że Podziomek pisze w krajowej prasie. Pisywał przecież do różnych pism i tygodników. Aż tu nagle czytam w „Dzienniku” z 13 bm., że Podziomek nie żyje. Jak to nie żyje! Zamarłam. Zmarł 18 maja tego roku. Leży na cmentarzu w Warszawie na Wólce Węglowej pod skromnym krzyżem – czytam. To redakcja „Dziennika” nie wiedziała że umarł? Nie zawiadomiła czytelników wciąż go pamiętających? Nie zamieściła po nim wspomnienia? Nekrologu? Po tylu latach współpracy? Po tylu miesiącach od zgonu? Aż tu nagle raczej banalne wspomnienie Marcina Gugalskiego. Niczym słaby głos z zaświatów o Podziomku. Piotrze Zakrzewskim. 1953-2009. Bez komentarza od redakcji, bez wyrazów żalu, że już odszedł. Gdyby żył, pomyślałam, to by się w grobie przewrócił.

Kiedy i na mnie przyjdzie czas, kiedy i ja przeniosę się na łono Abrahama – dobre i to – odejdę w niepamięć. A jeśli „Dziennik” mnie przeżyje w okrojonej sobotniej wersji, pewnie nie zamieści o moim zgonie wzmianki, nawet drobnym petitem na ostatniej stronie. Choć od redakcji można by się było spodziewać przynajmniej przyzwoitości. Kultury i szacunku dla lepszych czy gorszych odeszłych współpracowników. Tych, którzy kiedyś stanowili o jego popularności i poziomie dziennikarskim. O obecnym poziomie dziennikarskim i popularności „Dziennika” przemilczę. I nie do twarzy mu w żebraczej siermiędze z ręką po grosz wyciągniętą. Skoro dawni orędownicy emigracyjnego pisma codziennego zamienili się w jego arendarzy, niech dbają o lepsze owoce. A owocami pism są artykuły interesujące, starannie dobierane i plewione. Służące jako strawa czytelnicza nie przyprawiająca o niestrawność. Mogłabym przytoczyć tu różne z „Dziennika” niestrawne cytaty. I niechlujne traktowanie wiadomości i świadomości odbiorców. Ale tego nie zrobię. Życzę „Dziennikowi” darczyńców nie życząc mu, aby ci, którzy go funtami wesprą liczyli wyłącznie na nekrologi. Ważna to pozycja w piśmie, nekrologi. Kto wie, czy nie najważniejszy to argument na tego pisma przetrwanie. Może mu zapiszę legat w testamencie w ostatnim odruchu dobrej woli.

Pisuję teraz w piśmie, które określono – jak mi donoszą – jako intelektualno-malkontenckie. Dobre masło maślane. Intelektualista nie może nie być malkontentem. Od intelektualisty wymaga się postawy krytycznej i analitycznej. Swego rodzaju malkontenctwa, bez którego nikt nigdy nie wymyślił ani nie napisał niczego oryginalnego czy odkrywczego. Chciałabym być uznana za malkontentkę. Taką mam ambicję.

Padło też na papier zdanie – jak mi donoszą – że „Nowy Czas” jest rzekomo niezależny. I pytanie – od kogo? Otóż wolność publicysty polega na właściwym wyborze zależności. A jest nim w ostateczności zależność od czytelników. Ale ta niestety na pstrym koniu jeździ. Jak ktoś napisał: „Czytałem dzieła stare, nowe wiersze, sztuki, prozę, Homera Agatę Christie i Spinozę. Czytałem Swifta, Kanta, Kołakowskiego, czytałem w zwykłe dni i w święta dzieła bogate i ogromne, intelektualne. Nic już nie pamiętam! A panny Gieni nie zapomnę nigdy.

A ja nie zapomnę Podziomka. Śmierci nie ma – powiadała moja babcia. Na co dobrotliwie ksiądz dobrodziej: – Tak, tak, ale są pogrzeby.
I wspomnienia. I nekrologi. I pamięć.

Prawdziwa pasja nigdy nie umiera

November 23, 2009

Leszek Alexander zagra bluesa na kolejnym wydaniu ARTerii – Andrzejki z Andrzejem Krauze – w poniedziałek, 30 listopada, w krypcie kościoła St George the Martyr, Borough High Street (naprzeciwko stacji metra Borough)

Leszek Alexander zagra bluesa na kolejnym wydaniu ARTerii – Andrzejki z Andrzejem Krauze – w poniedziałek, 30 listopada, w krypcie kościoła St George the Martyr, Borough High Street (naprzeciwko stacji metra Borough)

Z LESZKIEM ALEXANDREM rozmawia Alex Sławiński

Jak narodziła się w tobie pasja muzyczna?

Mieszkaliśmy całą rodziną w dużym domu w Chelsea. Brat mojej mamy interesował się muzyką. Kochał bluesa i nowe, amerykańskie płyty, które wtedy wychodziły. To były jeszcze płyty, które miały 78 obrotów na minutę. On miał takie olbrzymie radio. Wiesz, na lampy, z wielkim głośnikiem i metalowymi pokrętłami. Ja zawsze siedziałem oparty plecami o to radio i słuchałem płyt w towarzystwie mojego wujka i jego kolegów. Oni pili winko, a mnie nalewano oranżadę. Taki właśnie był początek.

Wspominałeś mi wcześniej, że twoi rodzice również żywo uczestniczyli w muzyce.

Mój ojciec śpiewał. Moi rodzice, kiedy przyjechali tu po wojnie, mieszkali, zdaje się, w Hereford. Tam był polski teatr, w którym śpiewał mój ojciec, zas moja mama tańczyła. Potem ja się urodziłem i to wszystko się skończyło. Ojciec pracował w fabryce, gdyż to była jedyna praca, jaką mógł wtedy zdobyć. Ale nadal śpiewał z kolegami w kwartecie.

Pierwsze kapele zakłada się, kiedy ma się 16 , 17 lat. Czy tak samo było w twoim przypadku?

Tak, to było mniej więcej w tym samym okresie. Nasz zespół nazywał się Electric Funeral. To było trochę cięższe, rockowe granie. Zaczęliśmy grać na rok przed śmiercią Hendrixa. Graliśmy utwory Led Zeppelin, dużo Hendrixa i – naturalnie – bluesa. Później to wszystko się rozpadło. Pod wpływem rodziców niestety przestałem grać, bo musiałem zdobyć „prawdziwy fach”. Ojciec był za tym, bym poszedł na kreślarstwo. Ostatecznie poszedłem na architekturę. Dwa, trzy razy ją zaczynałem, ale w końcu skończyłem studia (śmiech).

Mówiłeś, że muzyka była w twoim życiu nawet wtedy, gdy nie uprawiałeś jej czynnie. Miałem okazję słuchać twojej płyty, która powstała jeszcze w latach siedemdziesią-
tych. Jak doszło do jej powstania?

W POSK-u zorganizowano kiedyś klub. Nazywał się Pomidor. Dostaliśmy jedno betonowe pomieszczenie. Młodzież wyposażała go za własne pieniądze. Wszystko kupiliśmy sami. Tak właśnie ten klub powstał. Po paru latach, zdaje się w 77-78 roku przyszło dwóch muzyków: Sławek Żak i Jurek Izdebski. Oni zaczęli grać i gdy usłyszałem gitarę, to znów mnie do tego wciągnęło. Zagrałem z nimi i zaprosili mnie do restauracji, w której grywali. Tam zawsze była kolejka, przez cały rok. Fantastyczna restauracja. Na górze była pseudorosyjska muzyka, a na dole – blues-rock. Tam również grywał znany bluesman Papa George.

Zacząłem z nimi trochę „brzęczeć”. Byłem taki skurczony, żeby za bardzo mnie nie widziano. Bo z upływem czasu nieco straciłem pewność siebie. Pewnego dnia wokalista zachorował i zapytano mnie, czy śpiewam. Zaśpiewałem parę numerów. Tak się złożyło, że był tam wtedy właściciel owej restauracji. Po skończonym gigu zaoferował mi dwa grania. Ja wtedy w ogóle nie miałem swojego sprzętu, więc mój bardzo dobry kolega, Marek Pawłowski kupił mi go. Spłacałem mu to później, ale bez niego cała moja kariera muzyczna by się nie zaczęła.

Cały czas rozmawiamy o twoim graniu w Londynie. Ale w pewnym momencie znalazłeś się w Stanach.

Gdy grałem w owej restauracji, zaczął do niej przychodzić taki dziwnie ubrany facet. Był tam trzy razy. Za trzecim razem zaoferował mi kontrakt menedżerski na sześć miesięcy. Nie chciał powiedzieć, kogo oprócz mnie „prowadzi”, ale przyznał, że jest jednym z bardziej znanych menedżerów w muzycznym świecie. Rzekł: „Jak w ciągu tych sześciu miesięcy ja ci nie załatwię kontraktu płytowego, to nikt ci go nie załatwi” (śmiech). Podpisałem z nim kontrakt i gdy poznaliśmy się bliżej, okazało się, że to manager między innymi Davida Essexa. Nazywał się Derek Bowmen. W ciągu sześciu tygodni dostałem kontrakt od Charisma Records. Po dwóch tygodniach wyjechaliśmy do Stanów, do Fame Studios w Alabamie. Tam nagraliśmy cały album, dwanaście utworów. Byłem w tamtejszej telewizji, radiu. Wszystko wskazywało na to, że to się rozkręci. Niestety wydaliśmy wszystko dość późno. W międzyczasie z jednym z tych utworów wybił się Santana, z innym Bonnie Raitt, z kolejnym Morrisey. No i cały projekt – że tak powiem – szlag trafił.

Kto pisał te utwory, że różni muzycy mogli je wykorzystywać? To był tylko wasz autorski materiał, czy bazowaliście na muzycznych standardach?

To były różne kawałki. W wytwórni chciano, bym nagrał coś swojego. Ale uważałem, że w materiale, który wybraliśmy, musiały być jakieś hity. To się sprawdziło, bo owi ludzie zrobili swoje hity. Myśmy to po prostu zbyt późno wydali. Ale ja nie byłem wtedy jeszcze muzycznie „dotarty”. Niemalże prosto z wine baru trafiłem do jednego z najlepszych studiów na świecie. Wielu ludzi uważało, że to, co robię, jest za czyste. Nie było tam takiego rockowego pazura, jak na przykład u Roda Stewarda. Dostałem znakomitych muzyków. To wszystko było idealnie nagrane. Ale kiedy wróciłem do Londynu, również doznałem rozczarowania, bo ludzie słuchając tego mówili mi, że bardziej im się podoba moje granie na żywo, niż to, co w Ameryce nagrałem.

Co dalej z muzyką po powrocie do Londynu?

Gdy wróciłem, jeszcze trochę grałem w różnych klubach. Ale dużo się wtedy zmieniło. Rozpoczął się boom gospodarczy. Ci, którzy wtedy do tych klubów przychodzili, nie chcieli, by tam ktoś grał. Woleli zjeść swój obiad za 130 funtów bez żadnego „przeszkadzania”. W okolicach, w których mieszkałem, dawniej było bardzo wielu studentów z całego świata. Potem tamtejsze mieszkania zaczęto przerabiać. I to, co wcześniej kosztowało 30 tysięcy funtów, nagle zaczęło kosztować 230 tysięcy. Tak więc zmieniła się cała atmosfera. I miejsca, w których kiedyś była żywa muzyka po prostu przestały istnieć. Po dwóch, trzech latach już więcej publicznie nie grałem. Co najwyżej w domu, traktując muzykę jako swoistą terapię. Bo jak nie pogram raz na jakiś czas, to wariuję.

Ale okazuje się, że pasja nie umiera do końca…

Tak się złożyło, że w POSK-u otworzono Jazz Cafe. Zacząłem tu przychodzić, słuchać muzyków. Przyłączyłem się do organizacji klubu, gdyż Mariusz, który robił tutaj nagłośnienie, poszedł do teatru. Zapytano mnie, czy mógłbym to robić. Ponieważ miałem dużo sprzętu, którego nie używałem, zdecydowałem, że podaruję go Jazz Cafe, by zrobić tu fajny dźwięk. Przy okazji, gdy klub nie był używany, ja znów zacząłem ćwiczyć. Od tego muzyczna pasja znów się rozpaliła. Postanowiłem, że będę grać i sprawiać ludziom przyjemność, jeśli będzie im  się to podobać.

Już wkrótce będziemy mieli okazję posłuchać cię w czasie kolejnej Arterii, czasem można zobaczyć cię również w POSK-u.
Tak. W przyszłości, gdy znów rozwinę swój projekt, mam zamiar częściej grywać. Jeszcze muszę wszystko nieco doszlifować, żeby osiągnąć poziom pasujący do muzyków, z którymi chciałbym grać.
Słuchałem twoich nowych utworów. Czy to już jest przymiarka do nagrania płyty, czy raczej małe demo, służące pokazaniu tego, co chciałbyś teraz robić?

To takie demo. Mam nadzieję, że wraz z moim rozwojem muzycznym, również te utwory będą się rozwijać. Dużo czasu mi nie zostało. Ale mam nadzieję, że mój projekt zdąży jeszcze dojrzeć.

Mówiłeś mi o swojej wdzięczności w stosunku do wielu osób, które ci pomagały. Wiadomo, że sukces ma wielu ojców.

Tak. Bardzo chciałbym podziękować Bartkowi Nowakowi z POSK-u i Markowi Greliakowi, który mi dużo pomagał, załatwił mi możliwość robienia prób w Jazz Cafe. Z kolei Artur Bildziuk pomógł mi ze sprzętem. Ma firmę, która buduje sprzęt. Jest w tym fenomenalny. No i – oczywiście – Markowi Pawłowskiemu, który to wszystko zaczął. Dzięki niemu wyjechałem do Ameryki. I to właśnie on załatwił mi występ w reklamie Gillette najlepsze dla mężczyzny, którą chyba wszyscy w Polsce znają. Jak również Robertowi Rogalskiemu – znakomitemu filmowcowi. Dużo też pomógł mi George Matlock z Radia Orla. Przesłuchał mój materiał i powiedział: „Musisz grać”. Wiele wsparcia dał mi też Sławek Żak. Jednak najwięcej zawdzięczam mojej dziewczynie, Nori Stacey, która mi pomagała, gdy straciłem pracę i musiałem ustabilizować moje życie, by móc znowu grać. Jestem tym wszystkim osobom bardzo wdzięczny.

W Londynie zagra

November 23, 2009

W grudniu ubiegłego roku pisaliśmy na naszych łamach w artykule zatytułowanym „Wielka Orkiestra Świątecznej Niemocy”: Największe bodaj skupisko Polaków na świecie nie ufunduje chorym dzieciom nowoczesnej aparatury medycznej ani nie uratuje żadnego życia, a nas, zwykłych ludzi, ominie okazja do niezłej zabawy i poczucia, że zrobiliśmy coś dobrego i, choć ten raz w roku podzieliliśmy się tym, co mamy…

Polacy chcą się spotykać i masowo brać udział w dużych wydarzeniach związanych z naszą historią i tradycją narodową. Przecież Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy jest prawie tak stara, jak III RP i pół IV! Szły niemal ramię w ramię. Czy zatem WOŚP nie zasłużyła na miano najlepiej pojmowanej polskiej tradycji? Miejmy nadzieję, że tym razem usłyszymy w Londynie Owsiakowe: Sieee ma!

180304_mMyśl o zorganizowaniu akcji zbierania pieniędzy na zakup sprzętu medycznego dla Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie zrodziła się w głowie i sercu Jurka Owsiaka, prowadzącego w TVP2 program „Róbta, co chceta”. Suma, którą zebrano podczas pierwszego Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w styczniu 1993 roku przerosła oczekiwania organizatorów i pozwoliła na zakup sprzętu nie tylko dla dzieci z warszawskiego szpitala, ale także dla innych placówek w kraju. Sukces okazał się motorem do założenia fundacji i przekształcenia początkowo jednorazowej imprezy w coroczne święto ludzi dobrej woli.

10 stycznia 2010 Orkiestra zagra także w Londynie, w Polskim Ośrodku Społeczno-Kulturalnym w Hammersmith. Organizatorem XVIII jest Stowarzyszenie polonijne Poland Street. Organizacja najbardziej znana jest z projektu „12 miast – wracać, ale dokąd”, pielęgnowania polskiej historii (sprzątania grobów i zbiórki pieniędzy na rzecz byłych żołnierzy Armii Krajowej), a także licznych inicjatyw kulturalno-społecznych.

Po raz drugi w historii Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy dochód z imprezy przeznaczony zostanie na rzecz dzieci z chorobami onkologicznymi. Wśród artystów, którzy do tej pory zdeklarowali nieodpłatny udział w londyńskim Finale zobaczymy między innymi: ,,Leszcze’”,, Żuki”’, ,Aleksandrę Kwaśniewską, Chór Jana Pawła II, Monikę Lidke z zespołem i wielu innych wykonawców. Program imprezy został podzielony na trzy bloki: dziecięcy od godz.14.00, folklorystyczny od godz. 16.00 i pop-rock, połączony z licytacją i koncertem gwiazdy wieczoru – od godz. 19.00.

Organizatorzy przewidują, że w XVIII Finale WOŚP w Londynie weźmie udział ok. 2500 osób.
Bardzo ważne jest włączenie się ludzi, którzy chcieliby wspomóc akcję zarówno finansowo jak i angażując się jako wolontariusze. Życie w Wielkiej Brytanii, w kraju, w którym działania charytatywne są wpisane w codzienność Polonia również ma wiele do zaoferowania. Dlatego tez Stowarzyszenie Poland Street zaprasza wszystkie osoby Wielkiego serca do współpracy
W celu rejestracji w bazie wolontariuszy Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy oraz otrzymania formularza aplikacyjnego prosimy o kontakt pod adresem mailowym:
sztab@wosp-londyn.org

Sztab potrzebuje szczególnie:
– ochroniarzy z licencją do aktywnego udziału w dniu imprezy
– chętnych do kwestowania w dniu imprezy
–  web-developera ze znajomością systemu Joomla
– wolontariusza do grupy roboczej „Marketing”

Piwnica św. Norberta enklawa wrażliwie upartych

November 23, 2009

Fot. Sławek Fiedkiewicz

Fot. Sławek Fiedkiewicz

Saletyńscy klerycy z Krakowa chcieli nagrać płytę, ale nie wiedzieli, jak to zrobić. Z tymi saletynami przyjaźniła się Małgorzata Gurnisiewicz, która z kolei przez Piwnicę pod Baranami znała się ze Stefanem Błaszczyńskim, m.in. specjalistą od wszelkiego rodzaju fletów i innych piszczałek, późniejszym współtwórcą Brathanków. Błaszczyński wiedział, jak wspólnie z Andrzejem i Marią Lamers zaaranżować utwory, z którymi nie za bardzo radzili sobie klerycy, sam miał jednak inny problem – szukał miejsca, gdzie on wraz ze znanymi mu duszami wrażliwymi artystycznie mógłby realizować się bez bicza komercji. A tak się szczęśliwie okazało, że krakowscy saletyni, od komercyjnych biczy raczej stroniący, mieli pod kościołem św. Norberta piwnicę, w której w tym czasie nic się nie działo. I tak właśnie, dawno temu, wszystko się zaczęło…

Od wawelskiego smoka nad Tamizę

Ale przeskoczmy w czasie 18 lat i przenieśmy się do zachodniego Londynu, który – jak przystało na listopad – cały przemoczony deszczem. Siedzimy w skromnej, ale miłej restauracyjce działającej obok kościoła księży marianów. To takie miejsce, gdzie zawsze tętni życie, a codziennie na ostatnią wieczorną mszę o 19.30 przychodzi sporo osób: i tych, co jeszcze pamiętają sanację i tych którzy nie pamiętają już Gierka i nie rozumieją świata bez facebooka. Bo w Londynie, do którego właśnie przyjechała Piwnica św. Norberta, splatają się różne Polski.

Siedzimy nad kawą. Stefan Błaszczyński razem z technikami od dźwięku i oświetlenia dopiero co sprawdził, czy wszystko jest przygotowane. Koncert zacznie się niedługo. Krakowska Piwnica św. Norberta ma już w Londynie rzeszę swoich wiernych fanów. W zeszłym roku atmosfera była tak niezwykła, że tym razem zaplanowano trzy koncerty z trzema różnymi programami w trzech różnych miejscach. Dla największych wielbicieli oznaczało to, że w piątek będą w Harlow, w sobotę na Ealingu a w niedzielę przy Devonia Road. Trzy koncerty składają się na całość noszącą nazwę Festiwal Siedmiu Kultur: „Na skrzyżowaniu kultur” – refleksje nad duchowym dziedzictwem Europy, „Duchem i pieśnią wędrowanie” – kulturowa podróż do mniejszości etnicznych, „Kraina nasza” – przygotowany z okazji niedawno obchodzonego Święta Niepodległości pomaga odkryć nam, Polakom, piękno tej naszej, niełatwej czasem polskości. Wielkim pragnieniem Stefana Błaszczyńskiego jest, by w przyszłości, obok artystów Piwnicy św. Norberta, nota bene też wywodzących się z różnych kultur, Festiwal Siedmiu Kultur współtworzyli artyści z innych krajów. To ambitny plan na najbliższe lata.

Przestrzeń oddechu

Ten siedzący naprzeciwko mnie 49-letni muzyk 18 lat temu stworzył pewną przestrzeń. Ta przestrzeń dla innych muzyków, ale również poetów, pieśniarzy, aktorów od samego początku była enklawą. Po tych wszystkich niełatwych latach istnienia i różnych doświadczeń warto, by ta przestrzeń nie tylko nie zniknęła, ale by rosła. – W naszym świecie, gdzie liczy się głównie pieniądz, to właśnie on  najczęściej dyktuje warunki. A ja mam szczęście do ludzi wrażliwych, którzy mieli i  mają artystycznie wiele do powiedzenia, ale nie mieli szansy wystąpić – mówi Błaszczyński. – Jeśli chce się osiągnąć coś artystycznie dobrego, to pieniądz nie może być celem. Jest jednak prawdą, że robi się w świecie artystycznym pewne kombinacje oparte na wiedzy o najmodniejszych stylach muzycznych i o możliwościach promocyjnych w mediach. Niechęć do takich właśnie kalkulacji i pragnienie stworzenia sceny dla tych, którzy nie mają siły przebicia, a jednocześnie noszą w sobie duży artystyczny potencjał leżały u podstaw działalności 20-osobowej grupy noszącej miano Piwnicy św. Norberta. Ponadto Piwnica jest energetycznym akumulatorem dla tych, dla których muzyka jest codzienną pracą, ale ta praca niekoniecznie daje satysfakcję.

– Na nasze wieczory nie sprzedajemy biletów. Stoi sobie koszyczek i czasem z niego starczy pieniędzy na dojazdy artystów, a czasem nawet na to zabraknie. Ale artyści przychodzą i grają, chociaż wielu z nich to ludzie po renomowanych muzycznych uczelniach, którzy grają z różnymi gwiazdami, w bardzo dobrych zespołach. Piwnica jest dla nich oddechem. Muzyk, żeby się utrzymać, musi czasami iść na kompromisy i gra z takimi artystami, z którymi pewnie by nie zagrał, gdyby tylko miał pieniądze.

– Ponadto mamy też ludzi, którzy na co dzień nie pracują jako muzycy, a są to cudowne dusze i wspaniali artyści. I dla nich Piwnica św. Norberta jest główną sceną, np. dla Marysi Lamers, która jest po ASP, po szkołach muzycznych, która napisała mnóstwo przepięknych piosenek i wierszy. Czasami ma swoje recitale i robi wernisaże swoich obrazów, ale z Piwnicą ma regularnie dostęp do dużej sceny. Od ośmiu lat w Krakowie mamy trzy regularne duże koncerty i publiczność na nie czeka. Dwa w Palmiarni Ogrodu Botanicznego i jeden na dziedzińcu Collegium Maius, gdzie przychodzi jakieś 600-800 osób.

Wrażliwość, która sobie radzi

Taka idylliczna enklawa to nie mrzonki. Piwnica, choć działa niekomercyjnie, funkcjonuje jednak w realnym świecie. Udało się jej nagrać (wydane później na DVD) dwa programy dla telewizji: jeden dla TVP Kultura („U Źródła), a drugi dla TVP Historia („Kraina nasza”). Piwnica wydała też swoją płytę CD („Krótka historia czasu). Grupa jest wspierana przez Urząd Miasta Krakowa i wielokrotnie występowała za granicą jako kulturowy reprezentant Królewskiego Miasta. Pomaga jej również Departament Promocji i Turystyki Województwa Małopolskiego, partner drugiej edycji Festiwalu. To ważna pomoc, bo regularne wtorkowe koncerty Piwnicy w Krakowie oraz koncerty wyjazdowe, np. te w Londynie nie są biletowane. Na koniec, kto chce, wrzuca do koszyka tyle, ile może, albo ile uzna za stosowne. Tu nawet będąc widzem, doświadcza się świata działającego na innych zasadach od tych, które znamy z tzw. szarego życia.
W Piwnicy św. Norberta ma na to wpływ nie tylko miłość do sztuki członków zespołu, ale również ich wiara. Tylko że nie jest to wiara, którą się deklaratywnie wykrzykuje komuś w twarz. To tak subtelne, że widz często tego nie zobaczy. – U nas nie ma agitacji – zapewnia Stefan Błaszczyński. – Postrzegam naszych ludzi jako takich, którzy są głęboko wierzący, dla nich wiara jest ogromnie ważna, a żyją normalnie, żyją prawdziwie.

Czasem ta wiara jednak pojawi się w tekstach. To wprawiający wszystkich w zadumę Tischner wypowiedziany przez świetnego aktora Teatru STU Andrzeja Roga, czy deklamowana również przez niego poezja Wojtyły. To modlitwa zaśpiewana po hebrajsku przez mieszkającą od 12 lat w Polsce Bułgarkę Desisławę Christozową-Gurgul, to Psalmy zaaranżowane przez Piotra Kordasa.

Ale za chwilę Artur Malik swoją perkusją zatrzęsie światem w samych jego posadach, a Ewa Landowska porwie widzów w bardzo zmysłową i pełną życia piosenkę ludową zaśpiewaną tak, że robi się gęsia skórka – nie tylko dlatego, jak Ewa Landowska śpiewa, ale również dlatego jak śpiewając wygląda!

Co chcesz dać publiczności, przed którą stajesz? Stefan Błaszczyński popija kawę i robi minę, jakbym zapytał go o to, co chce dać swojemu organizmowi, kiedy bierze oddech. – Zawsze staramy się coś głębszego przekazać w tekstach, a muzycznie dzielimy się jakąś spontaniczną prawdą, która gdzieś w nas tkwi. Koncerty są energetyczne. Najlepszym tego dowodem, że ludzie wracają do nas we wtorki i wszystkie miejsca są zajęte, choć wtorkowy wieczór jest niedobrym czasem na koncert.

– Kiedy gramy, publiczność jest w jednej przestrzeni z nami. Niesamowitym doświadczeniem jest wymiana energii między artystami a ludźmi, którzy przyszli na koncert. Jeśli tylko ta wymiana rzeczywiście jest, to koncert po prostu frunie. Miejsce w którym teraz regularnie gramy jest stosunkowo nieduże, więc jesteśmy bliżej siebie, słychać każdy szelest, widać każdy gest.

Muzyka i słowo

Stefan Błaszczyński jest muzykiem i nie ukrywa, że dla niego właśnie muzyka jest najważniejsza. Piwnica jest jednak przestrzenią muzyki i słowa. –Ujmując to obrazowo, muzyka to morze, a teksty to stateczki które po nim pływają.

Obecny kształt piwnicznej grupy formował się długo. Osiem pierwszych lat, kiedy artyści regularnie grali w piwnicy pod krakowskim kościołem św. Norberta, pozwoliło na skonsolidowanie środowiska. – Dzięki tym ośmiu latom scaliliśmy się bardzo i koło zamachowe ruszyło – mówi Błaszczyński. Potem saletyni oddali kościół grekokatolikom i trzeba się było spod św. Norberta wyprowadzić najpierw na trzy lata do karmelitów na Karmelicką, a później na pięć lat do piwnicy przy Wiślnej 12. Teraz Piwnica św. Norberta znalazła tymczasowe schronienie na Kazimierzu. Posiadanie stałego miejsca jest ważne, bo daje możliwość systematycznej artystycznej pracy oraz pozwala przygotowywać i rozbudowywać choćby tak ambitne projekty jak Festiwal Siedmiu Kultur. Ponadto tego miejsca potrzebuje też publiczność Piwnicy. Kim ta publiczność jest? – Większość to studenci – mówi Błaszczyński, – ale są również licealiści oraz osoby w wieku bardzo dojrzałym. Kiedyś podszedł do mnie starszy pan, który zawsze na nasze koncerty przychodził z żoną i powiedział: Proszę Pana, ja czas odmierzam wtorkami.” I to było dla mnie bardzo piękne.

W przestrzeni czasu wiele osób – dobrych duchów – wpływało na piwnicznych artystów i szlifowało ich wspólny dorobek jak przepływająca woda kamienie. Był więc saletyn ks. Zbigniew Czuchra, który sam pisał poezję i na samym początku pomógł bardzo krakowskim artystom bo doskonale rozumiał ich potrzeby. Dziś zresztą jego wychowanek – ks. Andrzej Foryś pomaga organizować koncerty Piwnicy św. Norberta w Wielkiej Brytanii.

Stefan Błaszczyński zapraszał do współpracy kolejnych artystów. Na bazie muzyki, która nadawała charakter całości, zaczęły pojawiać się tematycznie poukładane teksty. – Zaczęliśmy zapraszać aktora Teatru Stu Andrzeja Roga. Pojawiły się teksty z Księgi Rodzaju, a potem Psalmy do których bardzo ładne kompozycje napisał Piotr Kordas. Ciągle jednak dominowała muzyka, a teksty były w nią wplatane. W czwartym roku naszego istnienia doszła do nas Monika Rasiewicz – profesor na PWST – z wiedzą z zakresu literatury oraz reżyserii. Monika ustawiała pewne rzeczy, które funkcjonują do tej pory. Dużo się od niej nauczyłem. Podobnie zresztą jak od Piotra Skrzyneckiego, który doskonale potrafił w programie rozkładać napięcia – to było fascynujące. Ale Piotr pojawiał się na scenie po to, by poszczególne elementy łączyć w całość. W Piwnicy św. Norberta nie ma konferansjera. Jako muzykowi nie wydawało mi się to odpowiednie. W Piwnicy pod Baranami Skrzyneckiemu wolno było powiedzieć cokolwiek, bo on przechodził z piórkiem, zrobił szelest dzwonkiem i przeszedł jak mgła, a za nim zostawała aura, choć czasem nikt nie wiedział, co on powiedział, a wszystko było cudowne. Ja prowadzę dźwiękami, a muzyka jest konferansjerem.

Chce się

Dopijamy naszą kawę. Jesienny czas w Londynie szybko płynie i niedługo zacznie się koncert. Kościół jest już wypełniony ludźmi, którzy w większości nie zjawili się tu przypadkowo. Dla nich przyjazd Piwnicy św. Norberta jest wielkim świętem radości. Koncert potrwa tylko dwie godziny, ale magicznie piękna atmosfera tych dwóch godzin gdzieś ukryje się i zostanie na długo. Może te okruszki przywiezionej z Krakowa do Londynu wrażliwości, wygranej i wyśpiewanej przez 20 artystów zakwitną potem w kimś zupełnie nieoczekiwanie. Pomogą chodzić w jesiennym deszczu, albo będą wracać jako dobre wspomnienie. Tak właśnie rosną w ludziach najpiękniejsze ogrody. Tylko że muszą być ludzie, którym chce się uparcie wypracowywać dla nich przestrzeń. Do takich upartych na pewno należy Stefan Błaszczyński i cała Piwnica św. Norberta.

Szymon Gurbin

Next Page »