Olga Sienko
October 30, 2009

Born in Warsaw, Olga Sienko started her artistic career at The Academy of Fine Arts in Warsaw, graduating with an M.A. in Fine Art in 1980. She subsequently studied at the Slade School of Fine Art as a British Council scholar and continued her studies at the Central School of Art and Design, where she was awarded a diploma in advanced printmaking. Sienko completed her printmaking education at the Royal College of Art, where she was awarded an M.A in 1990. During her student years, Sienko won prizes at art competitions and festivals. In 1993, Sienko established Studio Sienko Gallery (57A Lant St, London SE1) where she has curated over seventy exhibitions till now. During this time she has also written and photographed for the Arteon, a Polish art magazine and organised a number of artists’ workshops in Poland, Italy and France. Sienko has shown her work at more than fifty solo and group exhibitions all over the world and it has been purchased by private and public collections in many countries, including the Victoria & Albert Museum and the National Library in Warsaw.
Urodziła się w Warszawie i tam ukończyła Akademię Sztuk Pięknych. W Londynie kontunuowała naukę
w Slade School of Fine Art jako stypendystka British Council, potem w Central School of Art and Design, a dyplom MA uzyskała w Royal College of Art. Już jako studentka zdobyła wiele nagród na festiwalach
i konkursach. W 1993 roku założyła Studio Sienko Gallery (57A Lant St, London SE1), gdzie była kuratorem ponad siedemdziesięciu wystaw. Współpracowała jako krytyk i fotograf z wydawanym w Polsce magazynem Arteon. Jest organizatorem plenerów artystycznych w Polsce, we Włoszech i we Francji. Brała udział w ponad pięćdziesięciu indywidualnych i grupowych wystawach na całym świecie. Jej prace znajdują się w zbiorach zarówno państwowych (m.in. Victoria & Albert Museum
w Londynie, Biblioteka Narodowa w Warszawie),
jak i prywatnych kolekcjach wielu krajów świata.

I am interested in the meaning of movement, of expressive gestures and of mime. I endeavour to capture meaningful moments of eternity in a variety of techniques.
www.koniecPZPN.pl ?
October 28, 2009
Nasilają się sprzeciwy i akcje protestacyjne przeciw piłkarskiej centrali. Cóż jednak z tego, skoro PZPN jak stał tak stoi. Dla nich problemów nie było i nie ma, a polska piłka pnie się w górę i pławi w dobrobycie. Wielka szkoda, że taka ocena sytuacji nijak się ma do tej, w której się teraz znajdujemy.
Reprezentacja w fatalnym stylu przegrała eliminacje do afrykańskiego mundialu. W przyszłym roku nasi piłkarze, zamiast zdobywać doświadczenie przed polsko-ukraińskim Euro, smak wielkiej piłki będą mogli poczuć za pośrednictwem odbiorników telewizyjnych. Jestem też ciekaw, kto po ostatnich wyczynach naszych kopaczy zgodzi się rozegrać z nami mecz towarzyski? Ze względu na brak awansu do MŚ 2010 i rolę gospodarza najbliższych ME – spotkań o punkty przez najbliższe 2,5 roku mieć nie będziemy. Nie lepiej sytuacja wygląda na scenie klubowej. Brak polskich drużyn w Lidze Mistrzów i Lidze Europejskiej już nikogo nie dziwi, dziwiłby gdyby było odwrotnie. Mistrz Polski – Wisła Kraków, odpadła już w starciu z pierwszym rywalem. Musieliśmy uznać wyższość piłki estońskiej (porażka z Levadią Tallin). Poznański Lech nie dał rady belgijskim średniakom z Brugge, o pozostałych drużynach nie warto wspominać.

W aspekcie walki z korupcją – nic nowego. Wyszukiwanie „czarnych owiec” w stadzie, jak chlapnął kiedyś niefortunnie Michał Listkiewicz, jest w toku. Na dzień dzisiejszy stado liczy sobie już ponad 300 sztuk bydła. W kwestii przygotowań do Euro 2012 wszystko idzie zgodnie z planem (podobno) lecz nie ma sensu chwalić dnia przed zachodem słońca. Warto za to dodać, że na rozgrywki juniorskie piłkarska centrala co roku przeznacza 0,5 miliona złotych, a na funkcjonowanie Związku… 4 miliony. Szczytem kolesiostwa, który rozsierdził jeszcze bardziej kibiców futbolu, było powierzenie kadry narodowej Stefanowi Majewskiemu. Stefan, to jeden z członków PZPN, trener co najwyżej przeciętny, bez znaczących sukcesów i osiągnięć (za to umie świetnie obsługiwać laptopa, co niejednokrotnie podkreślał Antoni Piechniczek).
Po klęsce ze Słowenią powstała witryna : www.koniecPZPN.pl. Pomysł to godny pochwały, a i cel szczytny – doprowadzić do obalenia władzy Związku. Za tą inicjatywą stoi grupa kibiców, mających dość: wstydu, klęsk, kompromitacji i korupcji w polskiej piłce. Zadanie postawili sobie ciężkie, być może niewykonalne, lecz trzeba próbować. Inicjatywa już w początkowej fazie została wychwycona i promowana przez media, które zdecydowanie są jej przychylne. Pod protestem kibiców, na dzień dzisiejszy podpisało się już blisko 300 tysięcy osób. Pierwszą akcją przeprowadzoną przez „koniecPZPN” był „Pusty stadion”. Podczas spotkania na stadionie śląskim w Chorzowie było ok. 4 tys. widzów, podczas gdy biletów było 47 tysięcy. Przed meczem przywódcy protestów wręczyli Grzegorzowi Lacie młotek do skruszenia partyjnego „betonu”. To jednak nie koniec działań grupy „Koniecpzpn”, bowiem założyciele strony już planują akcję „Znicz” oraz chcą przekształcić swoją działalność w stowarzyszenie, co dałoby im m.in. możliwość zorganizowania marszu na siedzibę PZPN.
Jak na protest kibiców zareagował Związek? PZPNowski rzecznik prasowy nazywa kibiców terrorystami i chuliganami. Według Jerzego Engela za protestami stoi jakaś tajemnicza, wynajęta w tym celu firma (??). „Oszołomy lżą Grzesia Latę” – podsumował Zbigniew Koźmiński. Sam miłościwie nam panujący początkowo zdawał się nie zauważać protestu, a pytany o niego mówił, że nic o tym nie wie. Kiedy jednak w końcu zauważył (może młotek spadł mu na nogę?), uznał, że pusty stadion na meczu ze Słowacją to wina śniegu, a protesty kibiców są sztucznie inspirowane przez Telewizję Polsat…Protest został natomiast zauważony przez sponsorów reprezentacji, którzy wydali specjalne oświadczenia, w których odcinają się od Związku i solidaryzują z kibicami.
Niedawno usłyszałem wypowiedź dyrektora TVP Sport, Roberta Korzeniowskiego, który porównywał „koniecPZPN” do wczesnej działalności „Samoobrony”. Być może biało-czerwone barwy nie są jedyną wspólną cechą tych dwóch grup. Z pewnością łączy je radykalizm, jednak czy można się temu dziwić? Nie ma już czasu by przebierać w środkach. Za około 30 miesięcy gościmy Euro 2012, a wg najnowszego rankingu FIFA jesteśmy sklasyfikowani na 56 pozycji… niżej od Burkina Faso. Sięgamy dna, a prezes Lato przyznaje sobie i swoim kolesiom podwyżki.
Więc dalej! W jedności siła. Zróbmy coś, by na stadionie nie słyszeć już więcej: „J…J…PZPN” i pokażmy, że słońce dla polskiej piłki może zaświecić, nie tylko, kiedy jest Lato.
Maciej Ciszek
Ryba psuje się od głowy
October 28, 2009
W podstawówkach i gimnazjach nie ma ani jednego podręcznika do etyki” – poinformowała kilkanaście dni temu „Gazeta Wyborcza”. A skoro nie ma podręczników do etyki, a są tylko te do religii, to w imię wolności wyboru należy coś z tym zrobić. Dobrze, nie mam nic przeciwko. Problem tylko w tym, że studiowanie tego typu lektur po prostu w Polsce się nie opłaca. Trzeba być niepoprawnym ortodoksem, by wierzyć, że zagłębiając się w teoretyczne rozmyślania na temat tego, co moralne i niemoralne, można później próbować wprowadzać poznaną aksjologię w życie. Gdy ryba psuje się od głowy, prócz elementarnej edukacji młodzieży, czas przede wszystkim na zmiany na „górze”, gdyż naoczny przykład zawsze bardziej przemawia do młodych niż książkowe teorie!
Na początku września bieżącego roku ankieterzy CBOS zapytali Polaków o ich moralne autorytety. Znaczna większość badanych stwierdziła jednoznacznie, że posiadanie duchowego mistrza jest w ich życiu rzeczą bardzo istotną, choć jednocześnie ponad połowa ankietowanych nie dostrzega takiej osoby w przestrzeni publicznej, dopatrując się autorytetów przede wszystkim w rodzicach. Ci zaś, którzy skłonni są do kogoś się odwołać, w większości wskazują na Jana Pawła II, którego jak wiadomo, owszem – zawsze Polacy bardzo cenili i cenić zapewne będą, ale paradoksalnie dość rzadko słuchali i dziś równie nieczęsto biorą sobie jego nauki do serca.
Powyższe wyniki nie dziwią, zwłaszcza w kontekście ostatnich kilkunastu lat, kiedy to standardy etyczne w naszym życiu publicznym wyznaczać zaczęto tylko na potrzeby doraźnych interesów: partii politycznych, grup zawodowych oraz artystycznych i intelektualnych środowisk. Z ekwilibrystyczną wręcz zdolnością żongluje się przy tym owymi standardami na wszelkie sposoby, nierzadko używając absurdalnych argumentów i przepisów.

Tych z Państwa, którzy jakimś dziwnym trafem tego nie zauważyli, zapraszam do lektury tekstu, tych zaś, którzy patrzą na to z obrzydzeniem, postaram się przekonać, że nie są w tym odosobnieni.
Tymczasem nie powinno nikogo dziwić, że statystyczny Kowalski dawno już pogubił się w zawiłościach etycznych wykładni, przez co tak bardzo spragniony jest duchowego wsparcia. Bo i jak ma się w nich odnaleźć, gdy targa nim nieustanny dysonans poznawczy.
„Smutna to epoka, kiedy w życiu publicznym uczciwe zwie się naiwnym, a szczere głupim” – pisał Kazimierz Przerwa-Tetmajer, którego stwierdzenie, mimo nobliwego wieku, uszyte jest idealnie, również na miarę naszych czasów. A miara to bardzo mała, aż dziw bierze, że mieszczą się w niej nasze publiczne „autorytety”, a tylko niektórym zapaleńcom stanowczo w niej za ciasno.
To, co wczoraj było jeszcze naganne, dziś, jeśli nie przybiera formy aksjomatu, to przynajmniej przedstawiane jest w zupełnie innym świetle. Można spytać, cóż w tym złego, skoro u podstaw etyki leży aprobata, bądź negacja istniejącego w społeczeństwie systemu norm i nakazów? Ano to, że coraz częściej obala się w Polsce to, z czym rozumny człowiek nie próbowałby nawet polemizować. Zacznijmy od najgłośniejszego ostatnio przykładu.
Z niesmakiem połączonym z irytacją obserwowałem medialną dysputę dotyczącą aresztowania Romana Polańskiego, która to doskonale ową małą miarę naszego publicznego życia obnażyła, choć i wcześniej okazji do prześwietlenia naszej etyki nie brakowało.
Chyba naprawdę nie przesadzę, jeśli stwierdzę, iż pospolite ruszenie, które naprędce zwołano w obronie, skądinąd znakomitego artysty, jakim jest Polański, było nie tylko nieproporcjonalne do samej sprawy, co w wielu wypowiedziach jego „adwokatów” wręcz skandaliczne i podszyte głęboką hipokryzją. Oto pierwszy i dla mnie najbardziej porażający przykład żonglerki pojęciami na potrzeby sytuacji.
„Nie usprawiedliwiam tego, co zrobił Polański. Apeluję tylko o pokorę wobec wielkiego talentu. To dar, wobec którego jesteśmy bezradni w naszych sądach moralnych.” – pisał Seweryn Blumsztajn na łamach „Gazety Wyborczej”.
Co do reszty, to zaangażowanie naszych polityków w tę sprawę spointować można śmiechem, to w zasadzie wystarczy, gdyż ma ona charakter raczej kryminalno-moralny, nie zaś dyploma-
tyczno-polityczny, co niestety udało się jej przypisać. Ale jest jeszcze coś, co w tej sprawie bardzo boli i pozwala stwierdzić, że z dnia na dzień nasze intelektualne elity ulegają coraz większej degrengoladzie. A mianowicie, wszechobecna korporacyjna solidarność, która zdecydowanie w pogardzie ma samą etykę, choć do niej właśnie bezczelnie się odwołuje, traktując ją wybitnie instrumentalnie i zgodnie z własnymi potrzebami.
Taki bowiem wydźwięk ma list w obronie Polańskiego sygnowany m.in. przez A. Wajdę, K. Zanussiego i A. Holland – jakby nie było twórców tzw. „Kina Moralnego Niepokoju”, którzy w swym apelu chyba troszkę się zapędzili. I tak czytamy w nim, że i owszem – nasz reżyser moralnie się nie popisał, ale z drugiej strony było to tak dawno, że nikt nie ma prawa teraz go za to sądzić. Poza tym wydarzenia, w których brał udział rozgrywały się w innej kulturze i obyczajowości, zaś amerykański system sprawiedliwości od początku chciał go zlinczować. Słowem – wszyscy winni, tylko nie Polański, którego natychmiast trzeba uwolnić! Retoryka tak pokrętna, eufemistyczna i tak dalece zakłamana, że z trudem czytałem ten list, choć zmusiłem się do tego kilka razy, by nie mieć do siebie pretensji, że lekceważę sprawę. Czyli co? Nie ma instancji, która wobec wielkich tego świata mogłaby cokolwiek zrobić, mimo tego, że dopuścili się, nazwijmy rzecz po imieniu, czynu obrzydliwego, będącego w tej „innej” kulturze ciężkim przestępstwem, o czym nasi „adwokaci” już nie wspomnieli. A szkoda, bo można bronić Polańskiego, w żadnym wypadku tego nie podważam, ale nie można tego robić w sposób, który ustawia go w szeregu tych uprzywilejowanych i wobec prawa równiejszych. Nie ma to bowiem nic wspólnego ani z etyką, ani z humanizmem, do których to nasi intelektualiści w liście się odwoływali. Bo zakładając nawet, że wszystkie okoliczności świadczą w tej sprawie na korzyść reżysera, to koledzy nie mają przecież całkowitej pewności co do tamtych zdarzeń a jednak uzurpują sobie prawo do ferowania wyroków tylko w imię środowiskowej solidarności.
Sygnatariusze listu w obronie Polańskiego pytali nas kiedyś za pomocą swych filmów, jak to możliwe, że zasady moralne wpajane nam w trakcie wychowania, które przecież później deklarujemy, zupełnie rozmijają się z tym, co prezentujemy w życiu społecznym. Dziś, po latach, sami wykazują hipokryzję którą tak piętnowali, dezawuując tym samym swoje osiągnięcia. Przykre, ale prawdziwe!
Nie bez znaczenia jest także fakt, że amerykańskie „dokonania” naszego artysty były znane od dawna, dlatego też odwoływanie się do sprawiedliwości przez szwajcarskie władze właśnie teraz – mimo że były ku temu okazje dużo wcześniej – z samym duchem prawa ma dość pokrętny związek. I to w tej całej aferze jest równie ważne, gdyż pokazuje, że sprawiedliwość, tak w Polsce, jak i na arenie międzynarodowej, staje się ważna, gdy można w zamian za nią coś otrzymać. Nie wierzę bowiem, że wieloletnie milczenie Szwajcarów, w których nagle po latach – ot tak z głupia frant – obudziła się praworządność, było wcześniej zwykłym niedopatrzeniem, które teraz w imię sprawiedliwości postanowili naprawić. Co oczywiście nie zmienia faktu, że bez względu na laury i zasługi, które akcentują nasi intelektualiści, Polański powinien stanąć przed sądem w USA i mieć sprawiedliwy proces, oczywiście z uwzględnieniem wszystkich okoliczności łagodzących – podkreślam to z całą stanowczością, i dodam, że jeśli coś w tej kwestii wymaga rewizji, to na pewno to, że 76-letni Polański powinien czekać na proces w domu, w końcu nie jest niebezpiecznym bandytą.
Zbiorowy amok związany z obroną kolegi po fachu nie jest jednak u nas czymś nowym. Doskonale pamiętam historię nieżyjącego już psychoterapeuty Andrzeja Samsona, który prawomocnym wyrokiem skazany został za pedofilię. I choć w przypadku Samsona trudno było znaleźć jakiekolwiek okoliczności łagodzące, a takich, podkreślam, niewątpliwie doszukać się można w historii związanej z Polańskim, to wracam do tej pierwszej, gdyż mechanizm budowania obrony przez „święte autorytety” jest zupełnie taki sam.
Historia psychoterapeuty ujrzała światło dzienne w 2004 roku. Niemal od razu, bo zanim rozpoczął się jego proces, na konferencji prasowej poświęconej sprawie, najbardziej uznani w kraju psychologowie przesądzali o jego niewinności. Podobnie jak o absolutnej niewinności swoich kolegów zamieszanych w głośną ostatnio „aferę hazardową” przekonywał nas sam urzędujący jeszcze do niedawna minister sprawiedliwości Andrzej Czuma.
Koledzy stanęli za Samsonem murem, kierując się sobie tylko znaną etyką zawodową, tym bardziej podłą i niską, że sprawa dotyczyła dzieci już skrzywdzonych, które podczas terapii trafiły znowu „pod nóż”, tym razem psychoterapeuty-pedofila.
„Pragniemy wyrazić swoje oburzenie relacjami mediów w związku z okolicznościami i powodami niedawnego zatrzymania Andrzeja S.” – grzmieli zgodnym chórem panowie: Jacek Santorski, Wojciech Eichelberger i Janusz Czapiński – do dziś szanowani w środowisku, ba, nawet medialnie eksponowani. Ostatni z nich „błysnął” nawet na potrzeby obrony taką wypowiedzią. „Nie znam ofiar Andrzeja S. Pokażcie mi te ofiary, a będę im współczuł.” Porażające zdanie, nawet w ustach laika, co dopiero z ust autorytetu, profesora, psychologa! Panie profesorze, a ja nie znam ofiar wampira z Bytomia, proszę mi je pokazać, a uwierzę i będę im współczuł! Nie ma co, to ci dopiero „elita” się nam trafiła, która broniąc branżowych interesów i dbając o swoje wydawnicze biznesy jest w stanie upaść tak nisko. Wstyd! A wystarczyło tylko lakoniczne oświadczenie w stylu: jesteśmy zasmuceni i zszokowani, jednocześnie mamy nadzieję, że zarzuty się nie potwierdzą.
„Pamiętam tę straszną konferencję sprzed dwóch lat, na której znani psycholodzy bronili Andrzeja Samsona. Ja też w niej uczestniczyłem. I to był mój straszny błąd, za który przepraszam” – powiedział dziennikarzom Piotr Tymochowicz. „Ale niestety, psychobiznes to bardzo dochodowy interes i doskonale wiedzieli o tym obrońcy Samsona. Dlatego sądzę, że im chodziło o pieniądze. Istotne było również to, że przyjaźnili się z Samsonem” – dodał już później, znany chyba wszystkim, specjalista od kreowania wizerunku w mediach.
Nie dziwi więc mnie już wcale postępująca w polskim społeczeństwie gangrena. Doprawdy trudno znaleźć dziś grupę zawodową, w której etyka stanowiłaby silny fundament funkcjonowania, wręcz przeciwnie zdarza się coraz częściej, że tworzy się nawet zapisy, które de facto służą właśnie łamaniu kodeksu etycznego, o czym wspomniałem na początku. Przesadzam?
„Lekarze powinni solidarnie wspierać działania swego samorządu, którego zadaniem jest zapewnienie lekarzom należytej pozycji w społeczeństwie. Podejmując krytykę działania organów samorządu lekarskiego, winni przeprowadzić ją przede wszystkim w środowisku lekarskim lub na łamach pism lekarskich.” – powiedział szef Dolnośląskiej Komisji Etyki Lekarskiej, która kilka lat temu poparła wniosek o postawienie przed komisją lekarza-dziennikarza, który śmiał napisać o nieetycznych zachowaniach kolegów na łamach jednego z regionalnych wydań „Gazety Wyborczej”. Czy nie jest to wkładanie w niewygodne usta branżowego knebla, który służyć ma tuszowaniu korupcji, nepotyzmu i tym podobnych zachowań, by te nie zagościły na forum publicznym? Trudno chyba zaprzeczyć. Zwłaszcza, że lekarzy ukaranych przez Komisję Etyki jest wciąż bardzo niewielu w stosunku do liczby spraw, które do niej wpływają? Czy dlatego, że większość okazuje się być poza podejrzeniem? Nie. Raczej dlatego, by zapewnić naszym medykom „należytą pozycję w społeczeństwie”.
Proszę wyobrazić sobie, że ten kuriozalny przepis, który był łaskaw naświetlić nam szef Dolnośląskiej Komisji Etyki Lekarskiej, istnieje do dziś – sprawdzałem na stronie Naczelnej Izby Lekarskiej! Zainteresowanych zapraszam do lektury. Być może podzielą oni moje zdanie, że tego typu praktyki nie różnią się niczym od peerelowskich dyrektyw, by niewygodne dla KC PZPR sprawy przedkładać tylko na plenarnych nasiadówkach.
Długo by wymieniać przykłady łamania podstawowych standardów etycznych przez nasze rodzime elity. Nie to jest jednak moją ambicją, gdyż póki co nie mam zamiaru prowadzić kroniki wypadków etycznych, bo zbierać je wszystkie i analizować to praca niemal tytaniczna, na którą nie mam po prostu czasu i nerwów. Chciałbym jedynie unaocznić powagę aktualnej sytuacji. Otóż obserwuję od dawna, że mamy w Polsce coraz poważniejszy problem z identyfikacją elity jako takiej, gdyż ta, która najczęściej przemawia do nas w mediach, przepraszam za truizm, po prostu nią nie jest – a jej niestety najczęściej słuchamy. I nie mam tu na myśli wszelkiej maści pogodynek i prezenterek (przy całym szacunku dla ich profesji), z których na siłę robi się opiniotwórczą elitę tylko dlatego, że mają ładne buzie, a myślę raczej o ludziach z wybitnymi zasługami dla nauki, kultury, polityki czy Kościoła. Nie wystarczy bowiem nakręcić świetny film, napisać dobrą książkę, stworzyć powalającą symfonię, wymyślić nowatorską teorię czy wygłosić porywające kazanie z ambony, by móc być do elit zaliczanym. W znaczeniu szerszym – z pewnością, i tu mówimy o tzw. elicie intelektualnej, ale gdy prześwietlimy sprawę na potrzeby dużo głębsze, okazuje się jednak, że to wciąż za mało, gdyż od elit rozumianych w sensie elitarnym oczekiwać winniśmy nie tylko wybitnych osiągnięć, ale również wierności pewnym zasadom, co w praktyce oznacza właśnie przestrzeganie etycznych standardów. Są bowiem tacy, od których mamy święte prawo wymagać nieco więcej niż od pozostałych – i tego będę zawsze bronił. Wybaczcie więc Państwo, że nie zaliczę do elity tak rozumianej, dajmy na to: zasłużonego w środowisku profesora, który okazał się plagiatorem czy dziennikarza wielokrotnie nagradzanego przeróżnymi nagrodami, który w swoim programie zamiast rzeczywiście martwić się tym, co z krajem nad Wisłą, często jawnie manipuluje opinią publiczną, przez subiektywne i tendencyjne dobieranie materiałów oraz przyklaski-
wanie gościom, którzy potwierdzają z góry założone przez niego tezy.
Nie chciałbym nikogo skrzywdzić diagnozując stan polskich elit jednoznacznie negatywnie, gdyż byłoby to bardzo niesprawiedliwe. W końcu mamy jeszcze naukowców, lekarzy, prawników, artystów, księży, i nawet, o dziwo, polityków, którzy nie tylko nie sprzeniewierzyli się etyce swej profesji lub powołania, ale na forum publicznym nie podważają wartości oczywistych, by bronić kastowych interesów. Dość wspomnieć w tym miejscu, chociażby o księdzu Isakowiczu-Zalewskim, który znany jest ze swej nieugiętości w walce z patologiami w Kościele i nie tylko, co wbrew pozorom nie przynosi mu zwolenników, wręcz przeciwnie jest on w wielu środowiskach uznawany za persona non grata.
Niemniej jednak z publicznych debat, które przetoczyły się przez polskie media w ostatnich kilku latach, wyłania się obraz, który nie napawa optymizmem. Coraz częstsza ignorancja i hipokryzja, nie tylko dezawuują rolę polskich elit w kształtowaniu świadomości społecznej, ale pozwalają w uzasadniony sposób stwierdzić, że funkcjonują one nie inaczej, jak tylko na zasadzie koterii.
Nie jest więc zaskoczeniem stan społecznego ducha, który opiera się, jak niepokojąco często można zauważyć, na takich zjawiskach jak: nepotyzm, kumoterstwo, kunktatorstwo oraz liche biznesy na pograniczu prawa. To one obecnie powoli stają się normą, zaś zwykła uczciwość – naiwnością. Nie bardzo więc wierzę w ideę pracy u podstaw przy użyciu tylko podręcznika do etyki, gdy coraz wyraźniej brakuje autorytetów, które mogłyby książkowe teorie unaocznić i udźwignąć. Prosty przykład: cóż z tego, że uczymy etyki zawodowej na studiach prawniczych, jeśli młody człowiek, który je kończy nierzadko podejmuje pracę w środowisku tak zdeprawowanym, że tylko kwestią czasu będzie nagięcie się do jego reguł. Mało tego, będzie to nawet opłacalne! Naiwnością więc byłoby myślenie, że można wychować nowe elity w oderwaniu od starych! A skoro nie można, zacznijmy od konstruktywnej krytyki tych ostatnich, być może pozwoli im to zrozumieć, że przestrzeganie zawodowej etyki i śmiałe rozliczanie się z niewygodną przeszłością, hipokryzją, nadużyciami oraz wszelkimi patologiami, nie tylko jest w interesie nas wszystkich, ale również powinno leżeć na sercu wszystkim elitom, jeśli te dalej chcą być tak nazywane.
Michał Opolski
Recycling i cały ten jazz
October 28, 2009
Nadchodząca impreza Videocrash4 w londyńskim Koko to z pewnością niebagatelna gratka dla miłośnikόw audiowizulanych wariacji. Wydarzenie jest tym bardziej znaczące dla polskiego widza, bo organizator, Soundrash Productions, postarał się też o polski akcent, zapraszając wrocławski Öszibarack – formację, o której mówi się, że poniosła krajową scenę muzyczną w całkiem nowe rejony. Z Agimem Dzeljilji, muzykiem i producentem grupy Öszibarack, rozmawia Anna Gałandzij.
Lubicie grać za granicą?
Tak, jak najbardziej. Gdy gram za granicą, czuję się jak rybka wpuszczona do akwarium, która wcześniej leżała na talerzyku, łapiąc powietrze ledwo co i krzycząc, że brakuje jej sił do życia… Wydaje mi się, że na Zachodzie panuje większa otwartość na rzeczy bardziej odważne stylistycznie; tam tzw. muzyka alternatywna jest bardziej umiejscowiona w kulturze powszechnej, u nas wciąż należy do niszy. W Niemczech, na przykład, gdzie graliśmy na festiwalu w Cottbus, od razu złapaliśmy kontakt z publicznością, natomiast w Polsce – gdzie, owszem, mamy swoją publiczność – podobny kontakt powstaje dopiero po kilku utworach. Dłużej nam zajmuje przekonanie widza do tego, że mamy coś do zaoferowania. Być może jest tak, ponieważ nasza muzyka jest trudna do zdefiniowania; żonglujemy różnymi stylami. To rodzi pewną alienację na linii: my a publiczność.
7 listopada gracie jako support znanego duetu Hexstatic w Koko – jednym z najlep-szych klubów w Londynie. Macie w związku z tym występem jakieś nadzieje, plany?
Nadzieja jest zawsze – jest ona motorem napędowym wszystkiego, co dzieje się na świecie i w nas. Plany mamy takie, aby zagrać dobry koncert. Specjalnie na tę okazję zagramy materiał z albumu, który ukaże się dopiero na początku przyszłego roku. Na koncercie zaprezentujemy też nowe wizualizacje – przygotowane przez Karola Krakowskiego w oparciu o nasze DVD, które miało właśnie premierę w TVP. Materiał zagramy z większym luzem i swobodą, niż na naszym ostatnim albumie „Plim Plum Plam”. Widzisz, podczas gdy dla nas był on rodzajem pstryczka w stronę popu, w Polsce odebrany został zbyt dosłownie – jako album czysto popowy, co jest nieporozumieniem. Nowy album za to będzie miał bardziej otwartą formę, dlatego ten koncert, mam nadzieję, będzie nieprzewidywalny dla nas, jak i dla widza.
Patrząc na dokonania takich grup jak Öszibarack, Milloopa czy Skalpel, wydaje się, że scena alternatywna w Polsce, a szczególnie we Wrocławiu, ma się dobrze.
Sześć lat temu, kiedy zaczynaliśmy jako Öszibarack, we Wrocławiu panował silny ferment artystyczny. Czuliśmy wtedy, że dzieje się coś dobrego, że następuje jakaś eksplozja artystycznej wolności. Wydawało nam się też, że na rynku polskim nie ma alternatywy. Dziś jednak mogę powiedzieć, że od tamtej pory wiele się zmieniło. Wiele ciekawych zespołów z innych miast przebiło się do szerszej świadomości i do mediów. We Wrocławiu natomiast obecnie mało się dzieje, a scena alternatywna jakby przygasła. W pewnym momencie dochodzi się do punktu, w którym trzeba wybrać pomiędzy wolnością artystyczną a stabilizacją materialną. I tak wiele zespołów zaczęło honorować muzykę pop. Mnie się to nie podoba. Ciekawym obecnie zjawiskiem, moim zdaniem, jest formacja Kamp. Natomiast ja wraz z Igorem Pudło ze Skalpela rozpocząłem pracę nad nową płytą. Jest to o tyle interesująca co nietypowa współpraca, bo Igor ma kompletnie inną wrażliwość muzyczną niż ja. Mam nadzieję, że razem wniesiemy dużo dobrego do naszej tzw. sceny wrocławskiej.
A co przyciągnęło Cię do reszty członków Öszibarack?
Tomek, Marcin i ja graliśmy razem w różnych składach, aż pewnego dnia napisaliśmy dwa fragmenty do muzyki do spektaklu teatralnego „Sztuka rodzi się na strychu”. I tak stworzyliśmy brzmienie przyszłego Öszibarack. W tym samym czasie Patrycja, która w wielkim bólu nagrywała drugą płytę z zespołem Husky, usłyszała moje kompozycje, po czym zaproponowała, czy mogłaby do paru z nich zaśpiewać. To scementowało nasz skład, który funkcjonuje do dziś.
Gdy zaczynaliście, wiedziałeś w jakim kierunku pójdziecie?
Od początku swojego istnienia, Öszibarack miał sprecyzowany cel. Zespół zakładaliśmy będąc dojrzałymi muzykami, którzy wiedzieli, jakie brzmienie chcą osiągnąć. Cieszę się, że udało nam się podążyć drogą, jaką sobie wytyczyliśmy i stworzyć brzmienie, które jest rozpoznawalne już po kilku taktach.
Powiedz, w takim razie, jak powstaje
piosenka?
Pomysł na piosenkę przychodzi z mojej miłości do muzyki, do życia. Inspiruje mnie wszystko dookoła: literatura, film, sytuacja, brzmienie, każda chwila, która rodzi koncepcję. W Polsce jest takie przekonanie, że jeśli mówimy o dosłownych inspiracjach, jesteśmy posądzani o epigonizm. Uważam, że nie ma sztuki absolutnej. Podam Ci przykład: James Martin z LCD Soundsystem powiedział wprost, że inspiracją na jego ostatnim albumie był zespół Kraftwerk. W dzisiejszych czasach postmodernizmu, który wciąż trwa i pewnie zostanie całkowicie zdefiniowany za sto lat, sztuka jest wynikiem recyclingu. Chłoniemy obecnie wiele stylów i form – nie tylko muzycznych – i po dokonaniu recyclingu, przepuszczamy je przez wyobraźnię, tworząc własną jakość. Dodatkowo, w Öszibrack nie zapominamy, że muzyka to dobra zabawa i że za każdą koncepcją kryją się emocje – zawarte w głosie, w sposobie gry, tekstach, w brzmieniu. Bez emocji każdy utwór byłby takim intelektualnym potworkiem.
Mój ulubiony utwór z Waszego ostatniego albumu to Point Black – według mnie, osiągnęliście tu szczyt muzycznego rozpasania. Opowiedz o pracy nad nim.
Wiesz, w utworach na Plim Plum Plam zaklęty jest pewien kod. Z jednej strony miały być one kpiną na pop przez małe „p”, czyli na piosenki pozbawione tożsamości – taki produkt, który niewiele ma wspólnego z tym, czym jest prawdziwy, wartościowy przekaz. Z drugiej strony, wymyśliłem sobie, że na tej płycie powrócę do moich młodzieńczych fascynacji jazzem z lat 40. i 50. – Glenem Millerem, Dukem Ellingtonem, a nawet muzyką Beach Boys. Chciałem połączyć ten odległy świat z moją obecną fascynacją, czyli nową technologią. A dlaczego old jazz? Wiedziałem, że pod takim parasolem, moje kompozycje będą takie eleganckie, ekspresyjne, ponadczasowe. Konsekwencją tego są utwory: Toss your Lasso, Twitter czy właśnie Point Black, na którym dodatkowo skumulowana jest pewnego rodzaju wściekłość. Dodam jeszcze, że bezpośrednią inspiracją jest brzmienie bębnów, które pożyczyliśmy od naszego kolegi – zestaw perkusyjny z lat 50. I tak powstał zupełnie rozszalały utwór, mający w sobie niezwykłą motorykę. Wyobraź sobie, że cały big band wsadzasz na rolerkoster i puszczasz w nieznane, a oni grają na trąbkach, szalejąc na całego!
Na „Point Black” jest jeszcze jeden niezwykły instrument – theremin. Kolejny eksperyment, czy stały element w Waszym repertuarze?
Theremin zagościł już na naszej pierwszej płycie [Moshi Moshi z 2004 r. – red.], jednak dopiero na Plim Plum Plam sam go użyłem. Chciałem raz jeszcze nawiązać do tego, co szlachetne – jestem fanem niemieckiego ekspresjonizmu i kina niemieckiego. Brzmienie thereminu kojarzy mi się szczególnie z muzyką do filmu Gabinet dr. Calligari. To brzmienie mnie w jakiś sposób urzeka. Z jednej strony przemawia przez niego szlachetność, z drugiej, potrafi być nieprzewidywalny, wręcz wściekły. Muszę dodać, że Öszibarack był jednym z pierwszych polskich zespołów grających muzykę „popularną”, który włączył theremin do swojego repertuaru. Ostatnio pojawił się on u Nosowskiej. W wywiadach często powtarzam, że uwielbiam eksperymentować. Uwielbiam kontrapunkt – brzmienie, które z pozoru jest nieatrakcyjne, w zestawieniu daje niesamowite efekty. Uważam, że należy badać trendy, stawiając jednocześnie krok do przodu: eksperymentować, nie poddawać się modzie, bo moda przemija wraz z tobą. Owszem, bezpieczniej jest obracać się w znanej stylistyce, tak ładnej, jak ładne buty czy samochód. Artysta powinien jednak być uczciwy w stosunku do siebie i tworzyć muzykę, która przede wszystkim daje mu satysfakcję. My wolimy jednak celebrować to, co w pewnym sensie jest nieprzewidywalne, nawet jeśli jest to tak definiowalna forma, jaką jest piosenka.
W czasie rozmowy kilkakrotnie zahaczyłeś o problem frapujący mnie od wielu lat: zanikający kontrast między popem a alternatywą? Ale zostawmy go sobie na inną rozmowę. Na koniec, zadam pytanie, jakie zazwyczaj zadaję muzykom z Polski: czy myślałeś kiedyś o wyjeździe z kraju?
Życie tak mi się ułożyło, że nie miałem potrzeby opuszczania kraju i przechodzenia przez ten etap przejściowy, tzn. myję garnki, a potem szukam swojego szczęścia.
Ależ to straszny schemat! (śmiech)
Powiedzmy, że nie chciałem robić tego, co by mnie męczyło (śmiech). Od wielu lat piszę muzykę do filmu, pracowałem też przez jakiś czas w radio, czyli, ogólnie mówiąc, nie musiałem martwić się o byt. Podobnie reszta zespołu. Chciałbym dojść do takiego momentu, w którym mógłbym zamieszkać tam, gdzie naprawdę chcę. Obecnie żyję w Warszawie, ale, już wiem, że nie zostanę tu długo, bo rozmienię się na drobne, pochłoną mnie pieniądze i cały ten blichtr, który tu funkcjonuje (śmiech). A w przyszłości chciałbym zamieszkać w Barcelonie albo w Berlinie – gdzie wciąż panuje niesamowity artystyczny ferment. Artysta musi podróżować, aby móc przeżywać. Muzyka to nic innego jak werbalizacja własnych odczuć. A jeśli nie przeżywamy, nie mamy nic ciekawego do powiedzenia.
Życzę w takim razie Tobie i reszcie zespołu jak najwięcej dobrych przeżyć w Londynie 7 listopada!
Kocha, lubi, szanuje?
October 28, 2009
Czy to jest niechęć?
Czy już pogarda?
Czy może uprzedzenia?
Czy antypolonizm?
Czy co? Czy dobrze słyszę w jednej z debat w TV Polonia? O nie! To już nie stare stereotypy Polaków pijusów. Łajdaków, rozrabiaczy. Chamów i naciągaczy. To już kompleks antypolonijny. Nas nie tylko już nie cenią, ale gremialnie nie lubią – słyszę. A ja nie cenię ani nie lubię takich dyskursów i dywagacji.
Na czym są oparte? Na historii – słyszę. Korzeniami sięgającej rozbiorów. Prawie żadna krajowa debata nie może się odbyć bez korzeni. To zaborcy naszej ziemi zatruli nam nasze korzenie. Zasiali uprzedzenia. A z tych korzeni wyrosła dżungla antypolonizmu.
Polemizowanie z paranaukowymi teoriami jest jałowe i nudne. Nie zamierzam. Ale jakoś mi się wydaje, że ten rzekomy antypolonizm czy niechęć do Polaków nie wyrosły z historycznej gleby. Jeśli ta niechęć istnieje w świecie, jest chyba zjawiskiem współczesnym. Złożonym i nieodosobnionym. Nie tylko nas nie lubią, nie kochają i nie cenią. W większości krajów europejskich mniejszości przeżywają złą passę. Narasta fala sprzeciwów wobec zalewu migrantów. Pogłębia się kryzys i niepewność jutra. Co piszę wiedząc, że banały są mądrością narodów. A felietonista banałów unikający naraża się na opinię płytkiego. Mniejszościom nie pomagają też przymusowe nakazy tolerancji. Ani statutowa poprawność polityczna. Ani takie czy siakie konsekwencje jej naruszenia. – A co? – ktoś powie. Wsadzą mnie do pudła, jak przyłożę Czarnemu? Czy dokopię Azjatom, czy im dom podpalę?
Wieczorową porą szumią po brytyjskich małomiasteczkowych pubach takie pogwarki. Z czubów dymi piwem, kipi w żyłach krewkością. A tu na chodniku rozrabiają urżnięci Polacy. No to im przywalić. Incydenty bójek i napadów na Polaków statystycznie niewielkie, urastają do miana masowej do nas niechęci. Tak jak antypolskie rzekomo wzmianki w prasie różnie inspirowane urastają do antypolonizmu. Oczywiście z niewysychającym źródłem naszego rzekomo lub nie rzekomo antysemityzmu. Czas się nawzajem zrozumieć. Czas, skoro też jesteśmy ofiarami nastrojów i uczuć anty.
Marian Hemar kiedyś napisał, że jesteśmy narodem, którym zawsze targały kontrasty wysokiej cywilizacji i najgorszego chamstwa. Chamstwo – napisał – jest naszym najgorszym wrogiem. Wewnętrznym i zewnętrznym. Chamstwo i prostactwo. Prostactwo nie zna form obowiązu-jących w danych kręgach społecznych czy obcych krajach. Nie widzi niczego niestosownego w ich naruszaniu. Siorbie zupę, beka po jedzeniu, puszcza bąki czy pawia bez żenady. Bo tak czynili dziadowie i ojcowie nasi.
Chamstwo jest agresją. Prostactwo jest raczej bierne. Chamstwo napastliwe. Jeśli w Wielkiej Brytanii istnieje do nas pewna niechęć, to głównie z powodu tych cech. Podobnych, ale różnych. Wielkie pole do działania różnych kulturalnych czy społecznych działaczy.
W polonijnych mediach roi się natomiast od pouczeń, jak tu się osiedlić i pracować w tym kraju. Tak zwane dobre rady są powielane, odświeżane, odsmażane. Z dodatkiem musztardy po obiedzie. Bo trzeba było tę tak zwaną wiedzę posiąść w Polsce zanim się w ciemno przyjechało do tego kraju. Oświecanie potencjalnych emigrantów, którzy przybywają tu za chlebem powinno być w gestii krajowych władz. Wznowiona starannie w duchu porad broszura Zjednoczenia Polskiego w Wielkiej Brytanii niewiele do tej sfery wnosi. I raczej wątpliwe, żeby ją nowi tu przybysze studiowali. Ale można ją polecić kobietom, ofiarom domowej przemocy. Pobił cię mąż, partner czy konkubin? No właśnie! Moja znajoma Polka z sąsiedniego osiedla wylądowała niedawno w szpitalu. Połamane żebra, przetrącony nos. Mogłaby się zgłosić do jednej z organizacji wspierającej ofiary domowej przemocy. Adresy i telefony są w tej broszurze. Ale się nie zgłosi. Boi się konkubina. – Jakbym się zgłosiła, to by on mnie wtedy dopadł. Mimo wszystko istotą tej broszury są właśnie informacje dotyczące tej ciemnej strony życia. Przestępstw, ich ewentualnych konsekwencji i pomocy ofiarom różnych zajść, także na tle etnicznym. Tych na szczęście w środowisku polskim jest znacznie mniej niż w środowisku choćby mniejszości azjatyckiej. Ale Polaków kryminalistów w tutejszych więzieniach nie brak. Sędzia Witold Pawlak, jedyny bodaj Polak z pochodzenia na tym wysokim stanowisku, niejeden wyrok na rodaków wydał. Ale statystycznie jeśli chodzi o mniejszości narodowe tych wyroków jest niewiele. Niechęć wzbudza chamstwo i prostactwo.
Mieszkam w tym kraju od ponad pół wieku i nigdy nie spotkałam się z wrogim nastawieniem, z niechęcią czy pogardą. Na co w znacznie większym stopniu niż my – powtarzam – są tu narażeni Pakistańczycy, Hindusi, Romowie czy inne mniejszości ciemnoskóre.
Słyszę, że wydano po angielsku opowieść o dziejach Polaków zagnanych do Indii. Jeszcze przed podziałem tego kraju na Indie i Pakistan. Urokliwe wspomnienia o życzliwości i przyjaźniach polsko-indyjskich. Książka ma być promowana na przyjęciu. Życzliwy Hindus osobiście opracował zaproszenie. Po przedstawieniu książki zebranym – napisał – będzie intercourse. W życzliwym uniesieniu pomylił interval z cielesnym zbliżeniem. Zachodzi teraz
pytanie, czy jest to przyjaźń czy już kochanie? Kocha, lubi, szanuje, nie chce, nie dba, żartuje. Kochać nas nikt nie musi, ale – wierzcie mi – lepiej, żeby nas polubiono.
Wojtek Sobczyński
October 28, 2009
Born in Poland in 1944, Wojtek Sobczyński has been a resident of London since 1968. He first studied art at the Academy of Fine Arts in Krakow under Prof. Jacek Puget. After finishing his studies in Poland he came to London and became a student at the City & Guilds of London Art School followed by the Slade School of Art, University College London, where he studied under Prof. Reg Butler. His work has been shown in a number of galleries in England, Scotland and Poland.
Urodził się w 1944 roku w Polsce. W Londynie przebywa od roku 1968. Studiował w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie w pracowni prof. Jacka Pugeta. Potem w City & Guilds of London, Art School, oraz w Slade School of Art, University College, London, pod kierunkiem prof. Reg Butlera. Jego prace pokazywane były w licznych Anglii, Szkocji i w Polsce.

I have always striven to build an artistic bridge between the art of the past and the developments of the contemporary art. The use of colour in three-dimensional structures has encouraged me to experiment with ever wider forms of expression and spatial interaction. The interplay of colour and form has a dominant role in my work whilst the content is more peripheral. Whether working in a two or a three dimensional format, I am always exploring different ways of unifying painting and sculpture. My interests are firmly anchored in contemporary trends and in the pursuit of innovative means. I am searching for a dialogue between culture – in the widest sense of the word – and my personal reflection on the times we live in. In this endeavour, I feel I am in a never-ending confrontation with my very own “self”.
Zatarte twarze, fragmenty czasu
October 26, 2009

Po raz pierwszy zobaczyłam projekt Sławy w jej domu. Pierwszym domu, w Londynie, jej własnym – nie wynajmowanym. Ze skrawkiem własnego nieba i ogrodu. Nie wiem, czy to bycie tu, daleko od naszych rodzin, korzeni, bycie na wyspie, wspólny dla wszystkich wybór tego właśnie, a nie innego miejsca na życie powoduje, że znajomości, które tu zawieramy są jak przechodzenie mostem na drugą stronę: szybko, jakby na skróty, ponad czasem. Mam wrażenie, że znam tych ludzi od zawsze, że spędziliśmy wspólnie dzieciństwo. Tak było ze Sławą.
Sławą, córką poety, Sławą wyrażającą swoją poezję pędzlem. Kiedy przed wyjściem, otworzyła przede mną drzwi pracowni, zadziałało od razu. Od razu poczułam tę historię: zatarte twarze, jak fragmenty rodzinnego albumu, fragmenty czasu, wspomnienia powoli skraplające się w nicość. Trochę jak sny, jak części innego wymiaru żyjące gdzieś w zakamarkach nas samych. Przykuł moją uwagę bardzo silny portret kobiety. To babcia Sławy. Przetrwała ponoć w czasie wojny zasłaniając swoją twarz i swojego syna chustą, i ostrzegając, że mają ospę. Rosjanie ładujący w Stryju (obecnie Ukraina) Polaków do bydlęcych wagonów, które mialy jechać na Syberię, nie odważyli się sprawdzić. Babcia uratowała siebie i syna przed wywózką.
Po raz drugi zobaczyłam już projekt w postaci wystawy na ścianie w budynku The Old Police Station w New Cross, w południowo-wschodnim Londynie. Jak tylko tam weszłam, wiedziałam dlaczego Sława wybrała to miejsce. Energia tego miejsca i wnętrze były jak ramy projektu. Trochę jak z Schulza, złuszczające się czasem ściany, kable, jarzeniówki, przetarty parkiet z wyzierającą betonową wylewką. Trochę jak z czasów PRL, trochę jak gdzieś zupełnie gdzie indziej, w uśpionym miasteczku na południu Wietnamu. Sceneria i obrazy przyklejone do ściany skoczem zlały się w jedno. Tymczasowość i wieczność. Dopełniła tego cisza i wpadające przez żaluzje zachodzące słońce.
Po udzielonym przez Sławę wywiadzie rozmawiałyśmy z Asią z Telewizji Polskiej o życiu, o tym, że wszystko zapisane. O czym rozmawiałam z Teresą z „Nowego Czasu”, że nagle zaproponowała mi napisanie o tym…?

Stąpamy wciaż po czyichś śladach, ale wciąż na nowo – może właśnie to, co teraz mi się tak mocno jawi, układa w całośc. Był piątkowy wieczór, tego dnia wiele się działo w Londynie, ale wydawało się, że na wysatwie nie brakuje nikogo. Nie mogliśmy się z sobą rozstać, ciągle ktoś się żegnał, ale wciąż był, wychodził i wracał, zataczał nowe koło przegladając się jak w lustrze w obrazach.
Spędziłam wcześniej tego dnia kilka godzin na Frieze Art Fair. Wszystko wydało mi się tam takie chłodne, intelektualne, zunifikowane. Zaglądałam w twarze ludzi z całego świata, którzy pielgrzymowali od jednej ekspozycji do drugiej, zastanawiałam się czego szukają. Pośród prac Sławy mogłam się ogrzać, znalazłam w nich schronienie, spokój. W świetle świec nakładających na obrazy nasze własne cienie utwierdziłam się, że tylko osobista sztuka ma sens. Poczułam, że mogę już pójść dalej.
Tekst i zdjęcia:
Elżbieta Piekacz
melaphoto.net
Zapach miasta
October 26, 2009
Po wyjściu z holu lotniska bucha na mnie ciepło, zupełnie jakby ktoś nagle otworzył przede mną drzwi rozgrzanego pieca. Gorące, lepkie powierze pełne jest niesamowitych zapachów. Już wiem, jestem w Bangkoku.

Tajlandia przez jednych nazywana jest krajem uśmiechu, bo niemal każdy do każdego tam się uśmiecha. Przewodniki turystyczne określają ją mianem niekończącego się festynu kulturalnego, kontrastu sezonów, uczty kulinarnej czy tęczy zapachów unoszących się w powietrzu. Inni zachwycają się monsunami, które Tajlandię nawiedzają kilka razy w roku. Dla jeszcze innych to dzikie lasy tropikalne z zapierającymi dech w piersiach widokami, różnorodnością fauny i flory. No i jeszcze tajska kuchnia. I uwaga: by jej zasmakować, wcale nie trzeba udawać się do drogich restauracji, przeważnie wystarczy zatrzymać się na ulicy przy jednej z tysiąca mobilnych kuchni, gdzie żywią się tubylcy. Smakuje znakomicie. Jako wielbiciel krewetek przez dwa tygodnie codziennie zamawiałem właśnie krewetki i nigdy nie udało mi się zjeść tej samej potrawy dwa razy.
Tajlandia ma też swój sport narodowy, który w ostatnich latach zdobywa coraz większą popularność na świecie. Chodzi oczywiście o Thai boxing! Polecam gorąco. Bilety co prawda do tanich nie należą, ale warto trochę wydać, gdyż jest to wydarzenie warte przeżycia. Wszystko jest zupełnie inne niż na podobnych meczach w Europie. Nic dziwnego, pierwsze wzmianki o boksie tajskim pochodzą z 1411 roku! Większość turystów przyjeżdża tam jednak przede wszystkich w jednym celu: wypocząć na ciągnących się kilometrami piaszczystych, białych plażach. Czyste piaski, kryształowa woda oraz doskonała baza hotelowa gwarantują udany wypoczynek. A ponadto trudno się tam nudzić. Każdego miesiąca odbywa się wiele różnych festiwali: od sportu, poprzez muzykę, sztukę, kulinaria aż do tarzania się w błocie. Bangkok jest jedną z niewielu stolic świata, na ulicach których ciągle jeszcze spotkać można… słonia maszerującego jezdnią tuż obok przemykających szybko luksusowych aut.

KIEDY?
Turyści ściągają do Tajlandii przez cały rok, ale najlepiej jest wybrać się tam jesienią lub wiosną, kiedy nie ma jeszcze potwornych, dochodzących do 40 stopni upałów i dużej wilgotności powietrza.
W Tajlandii byłem już kilka razy, wiedziałem czego mogę oczekiwać, co znowu chcę zobaczyć. Tym razem postanowiłem, że koniecznie muszę zatrzymać się w Bangkoku, mieście, które po raz pierwszy odwiedziłem przeszło czternaście lat temu i które pamiętam jako nieco dzikie, azjatyckie, powoli dojrzewające do ranga międzynarodowej stolicy. Miałem wrażenie, że to miejsce jest jak rozkwitający kwiat: im dłużej się tam przebywało, pod większym urokiem i wrażeniem się było.
Za Tajlandią tęskniłem. Brakowało mi tego, że każdy jest tam miły, uśmiecha się na ulicy, w sklepie. Nikt się nie śpieszy, nie pędzi, bo jest już spóźniony na następne spotkanie. Życie biegnie tam zupełnie innym torem, który dla przybysza z Europy może wydawać się dziwnym, ale jednocześnie jakże uspokajającym…
ZA ILE?
Wbrew pozorom wyjazd do Tajlandii wcale nie oznacza, że musimy wydać tysiące. Dobrze planując możemy wydać na urlop mniej więcej tyle, ile na podobny wyjazd na Wyspy Kanaryjskie. Oczywiście można skorzystać z gotowych pakietów biur podróży, można jednak poszperać w internecie i wszystko zorganizować samemu, wybierając nie tylko najbardziej odpowiadający mam hotel, ale przede wszystkim daty. Może się okazać, że za wszystko zapłacimy mniej, niż kupując gotowy pakiet.
Najtrudniej jest o bilet lotniczy, nie dlatego, że trudno jest zdobyć miejsce w samolocie. Z Londynu do Bangkoku lata wiele linii lotniczych. Ale jeśli chcemy kupić bilet po atrakcyjnej cenie (lepiej zaoszczędzone pieniądze wydać na miejscu, warto!) to bilet trzeba kupić kilka miesięcy wcześniej. Mamy wtedy szansę zapłacić za przelot poniżej czterystu funtów za osobę. Sporą popularnością cieszy się linia obsługiwana przez Qatar Airways – co prawda z przesiadką w Doha (stolicy kraju), ale za to z doskonałym serwisem na pokładzie i nową flotą samolotów oraz bardzo atrakcyjnymi cenami.

›› Tajlandia to kraj buddyjski, w którym posążki Buddy spotkać można niemal na każdym rogu ulicy, również przed wejściem do hotelu, i nie ma to znaczenia, czy ma on dwie czy pięć gwiazdek. Warto podkreślić również i to, że tradycyjna architektura kościelna jest niezwykle bogata i przyciąga turystów paletą kolorów i bogactwem stylów. U góry: panorama miasta z tarasu hotelu Lebua; poniżej jedna z wielu mobilnych kuchni, gdzie serwowane są dobre lokalne potrawy
GDZIE?
Mając już bilet lotniczy możemy przejść do szukania hotelu. W samym Bangkoku są setki hoteli oferujących wszystkie możliwe standardy. Nie polecam jednak tych z mniej niż trzema gwiazdkami chociażby dlatego, że różnice w cenach są niewielkie, różnice w jakości znaczne. Wybierając się do Azji warto zatrzymać się w jednym z dobrych hoteli, chociażby po to, by zasmakować luksusu oferowanego przez miejscowych hotelarzy. Zapewniam, że to, co określa się mianem luksusu w Europie, w Azji przybiera zupełnie innego, powiedziałbym bardziej luksusowego znaczenia.
Przeglądając oferty na hotels.com moją uwagę zwrócił nowo wybudowany hotel Lebua, który jest drugim najwyższym budynkiem w mieście. Doskonale położony w centrum, tuż nad rzeką Chao Phraya, oferuje zapierającą dech w piersiach panoramę miasta, które szczególnie wieczorem wygląda imponująco. W Lebua nie ma pokoi, jest za to aż 358 apartamentów różnej klasy: od standardowej do luksusowej, wszystko oczywiście pięciogwiazdkowej jakości. Nasz znajdował się na 86 piętrze i zajmował trzy pokoje.
Na samym szczycie hotelu znajdują się restauracje oraz Skybar – najwyżej położony na świecie bar na świeżym powietrzu z widokami, których nigdy się nie zapomina. Chociaż hotel oddano do użytku zupełnie niedawno, to uzbierał on już wiele prestiżowych nagród. Ale co w Lebua najważniejsze, to ceny. Suite możemy zarezerwować już za siedemdziesiąt parę funtów za dobę, co przy dwóch osobach wynosi jakieś 40 funtów na głowę. Za takie pieniądze możemy tylko marzyć o pięcio gwiazdkowym luksusie gdziekolwiek w Europie.

Z WIZĄ
Wybierając się do Tajlandii musimy pamiętać o wizie, którą załatwia się w londyńskim konsulacie. Kosztuje 24 funty i przeważnie czeka się na nią kilka dni.
Czy o czymś zapomniałem? Pewnie o czerwonych latarniach, czyli słynnych salonach masaży, go-go barach i całej reszcie tego typu przybytkach. Nie wspomniałem o nich celowo. Jak będziecie chcieli, to sami zobaczycie. Jeśli oczywiście będziecie mieli na to czas, zagubieni między tysiącami kolorowych straganów, na których można kupić dosłownie wszystko.
Roman Waldca
Czym inspiruje Witkacy
October 26, 2009

W poszukiwaniu skarbów
October 26, 2009
Kompleksowa odnowa przeznaczonych na wynajem domów, aranżacja wnętrz nie jest sielanką i wymaga pełnego poświęcenia. Ale dla Pawła Wąska jest to biznes, który idzie w parze z jego artystyczną pasją.

Zewnętrzna klatka schodowa i czerwona cegła to chyba najlepiej rozpoznawalne cechy mieszkań socjalnych, których wiele w Londynie i całej Wielkiej Brytanii. Po przekroczeniu progu czeka nas jednak niespodzianka. Dwupoziomowe mieszkanie przypomina bardziej studio ekstrawaganckiego kolekcjonera niż typowe blokowe wnętrze. Paweł z wykształcenia jest projektantem mody i malarzem, jego żona Gaba socjologiem. Od kilku lat zajmują się aranżacją wnętrz i kolekcjonowaniem przedmiotów, które mają swoją historię.
Podobno żeby powiedziano o kimś że jest londyńczykiem, musi tu spędzić co najmniej dziesięć lat. Pawłowi brakuje do tego jeszcze dwóch i póki co, przeprowadzki nie planuje. Pochodzi z Łodzi, gdzie skończył Akademię Sztuk Pięknych na wydziale projektowania ubioru. Projekt dyplomowy był jednocześnie jego ostatnim. Tak czasami bywa, że wydaje się, że wiesz czego chcesz, a później odkrywasz w sobie zupełnie nowe powołanie. W przypadku Pawła na pierwszym miejscu było malarstwo, na drugim wnętrza. Po skończeniu studiów, razem z Gabą próbowali różnych sposobów na zarabianie pieniędzy. Bez powodzenia. Gaba zaproponowała emigrację. Paweł nie był do końca przekonany, ale w końcu uległ namowom i po rozdaniu całego dotychczasowego dobytku rodzinie, przybyli do Londynu. Był rok 2001, Polska jeszcze nie należała do Unii. Trzeba było się jakoś odnaleźć w nowym miejscu. Nie było warunków ani głowy do zajmowania się sztuką. Przerwa w działalności artystycznej trwała półtora roku, ale wydawało się, że mijają wieki. Paweł miał poczucie, że już tak zostanie do końca życia. Stopniowo jednak wracał do formy. Wystarczała mała rzecz, aby poczuł się lepiej. – Po tym czasie pustki, zaczynałem z dużymi bólami – wspomina. – Nie wiedziałem co malować. I próbowałem tak przez półtora roku. Później jednak, gdy już zacząłem, byłem zupełnie innym człowiekiem.
Podejmowali się różnych prac – sprzątali, Paweł pracował w kuchni, Gaba w coffee shopie. Nie zniechęciło ich to. Zostali wessani przez magię metropolii. – Nie miałbym możliwości zaznać tego wszystkiego mieszkając w Łodzi – mówi Paweł. – Najpierw zamieszkałem w bloku councilowskim na Brixton. Jedną z moich sąsiadek była starsza pani, Murzynka, i samo to, że gdy wychodziłem rano do pracy, a ona codziennie uśmiechała się do mnie i mówiła dzień dobry, było dla mnie czymś nieprawdopodobnym. Nadal takie rzeczy robią na mnie wrażenie.
W ich mieszkaniu wisi asamblaż Pawła zrobiony ze znalezionych w Tamizie skorup naczyń. Właśnie w tego typu obiektach łączy się jego pasja malarska z naturą poszukiwacza skarbów. Nie tropi on jednak zakopanej gdzieś skrzyni złota, tylko przedmioty (jak je nazwał) „pojechane”. – Chodzimy z Gabą nad Tamizę w czasie odpływów. Można wtedy znaleźć cudowne rzeczy. Znajdujemy tam między innymi fragmenty starych mebli, które później wykorzystujemy w naszych projektach wnętrz. Szukamy piękna, nawet jeśli mamy je znaleźć w złomie wyrzuconym przez morze.
Na łowy jeżdżą także na południe Francji, gdzie spędzają wakacje w domu przyjaciela. Na Lazurowym Wybrzeżu znajdują przedmioty wypłukane solą, spalone przez słońce. Chodzą także na londyńskie targi uliczne. Właśnie w takich miejscach można kupić prawdziwe cacka za bezcen, ale także kradziony rower, piękny skórzany portfel za funta i maszynę do szycia, która dopiero w domu, po podłączeniu do prądu, okazuje się nie działać. Sprzedaje się tam dosłownie wszystko, dlatego bardzo przydaje się umiejętność odróżniania rzeczy wartościowych od będących w zdecydowanej większości rupieci. Jeżdżą także na duże weekendowe targi, zwane Car Boot Sale. Nie gardzą też przedmiotami wystawianymi przed domy. – Czasami ludzie wyrzucają na prawdę piękne meble, które im się znudziły. Wówczas wchodzimy do akcji. Mamy oczy szeroko otwarte. Ta ławka, na której siedzisz, także jest znaleziona. Pomalowaliśmy ją, a potem odrapaliśmy papierem ściernym, dlatego wygląda tak oryginalnie.
Kupują na dużą skalę. W ich kolekcji znajdują się przedmioty różnego rodzaju: od edwardiańskich łóżek, przez luksusowe puderniczki, secesyjne szczotki, angielskie leżaki, niezbędniki piknikowe, reklamy coca-coli z lat 40., po oryginalne puzzle Playboya. Niedługo ruszy sklep internetowy, w którym będzie można to wszystko kupić.
Jeden z ich znajomych, właściciel kilku nieruchomości w Londynie, wiedząc, że mają artystyczny zmysł, poprosił, aby zajęli się kompleksową odnową jego przeznaczonego na wynajem domu. W ten sposób zaczęła się ich, trwająca już trzy lata, przygoda z aranżacją wnętrz. Taka praca nie jest jednak sielanką i wymaga pełnego poświęcenia. Domy, którymi się zajmowali, były zaniedbane i potrzebowały gruntownego remontu. Ich zadaniem jest doprowadzeniu takiego domu do stanu idealnego. Aby to osiągnąć, zaczynają od projektu, czuwają nad jego realizacją, na koniec przyjmują oglądających i wynajmują mieszkanie. Nie potrafią wykonywać skomplikowanych prac budowlanych, ale zajmują się ostateczną aranżacją wnętrza. Po kilku miesiącach harówki przychodzi olbrzymia satysfakcja, gdy okazuje się, że końcowy efekt przechodzi najśmielsze oczekiwania.
Czy można żyć z malarstwa? Najczęściej nie. Ale to malarstwo jest Pawła największą pasją. Ściany ich mieszkania, a także odnawianych domów są pokryte jego małoformatowymi olejami i pastelami na papierze. Stanowią idealne dopełnienie całości.
Roma Piotrowska





Komentarze