RUPIECIARNIA MARZEŃ czyli Has w Londynie
September 29, 2009
1 października, niemal dokładnie w dziewiątą rocznicę śmierci, rozpocznie się w Londynie przegląd filmów Jerzego Wojciecha Hasa – jednego z najciekawszych reżyserów, jakich wydała polska ziemia. W Barbicanie pokazanych zostanie pięć najlepszych obrazów – „Pętla” (1957), „Pożegnania” (1958), „Jak być kochaną” (1962), „Rękopis znaleziony w Saragossie” (1964) oraz „Sanatorium pod klepsydrą” (1973).
Wizjoner, indywidualista, budowniczy dziwnych światów, wędrowiec w czasie, surrealista, psycholog – mnóstwo różnych określeń, a jednak każde z nich pasuje do niego, niczym krojone na miarę.
Has zawsze pracował na solidnym materiale literackim, zawsze znakomicie dobierał aktorów i współtwórców swoich dzieł. W „Pętli” –swoim debiucie, dokonał adaptacji Marka Hłaski, pozwalając Gustawowi Holoubkowi zagrać jedną z najciekawszych ról w jego filmowej karierze. Kreacja Barbary Krafftówny w „Jak być kochaną” według prozy i scenariusza Kazimierza Brandysa uchodzi z kolei za jedną z najlepszych ról kobiecych w historii polskiego kina, choć wiele wskazuje na to, że bez akompaniamentu wspaniałej roli Zbigniewa Cybulskiego nie osiągnęłaby aż tyle. „Rękopis znaleziony w Saragossie” od dziesięcioleci należy do najbardziej znanych polskich filmów na świecie, przy czym uwielbienia dla niego nie kryją lub nie kryli tacy twórcy światowego kina, jak Luis Bunuel, Martin Scorsese, Francis Ford Coppola czy Pedro Almodovar. „Sanatorium pod klepsydrą” według Bruno Shulza, reklamowanego na Zachodzie jako „polska odpowiedź na Kafkę”, jest jednym z najciekawszych wizualnie filmów powstałych nad Wisłą, co zresztą potwierdziła nominacja do Złotej Palmy oraz nagroda Jury Festiwalu Filmowego w Cannes.
Has był twórcą niczym nie spętanym – konwenansem, konwencją, komunizmem, cenzurą, krytyką, czymkolwiek. Jedyne, co go naprawdę ograniczało, to wyobraźnia. Gdy zaczęło jej brakować, jego filmy już nigdy nie były takie same. Po „Sanatorium pod klepsydrą” nie zrobił niczego na miarę swoich wcześniejszych arcydzieł.
Poznać twórczość Jerzego Wojciecha Hasa, to nie koniecznie znaczy dowiedzieć się czegokolwiek o Polsce, polskiej kulturze czy kinie. Poznać Hasa, to przede wszystkim zetknięcie z twórczością reżysera, którego dzieła opisuje się w światowych antologiach kina, puszcza się na przeglądach, dyskutuje, otacza kultem.
Jacek Ozaist
The Directorspective:
Wojciech Has 1–25 Oct 09 In October
The Directorspective, an editorial selection of unmissable films from the greatest cinema directors of all time, features five works of the leading Polish surrealist filmmaker Wojciech Has, including The Hourglass Sanatorium, How to Be Loved and one of the master’s most celebrated films The Saragossa Manuscript. Accompanied by The Brothers Quay installation.
www.barbican.org.uk/film/series.asp?id=758
Danuta Sołowiej
September 28, 2009

Świeżutka relacja spod lady
September 28, 2009
Jako że nie będzie to relacja zupełnie zgodna z prawdą uprasza się Czytelników o czytanie z przymrużeniem oka, a jak już nie będziecie mieli siły mrużyć, to połóżcie dłoń na gazecie i czytajcie przez palce. Dla płynności relacji (i dobra niektórych wymienionych osób) większości bohaterom daliśmy przezwiska, ale kto uczestniczył w wydarzeniu i tak się zorientuje, o kim mowa. Czytelników, którzy nie byli i nie wiedzą, z góry przepraszamy, mając skrytą nadzieję, że połechtaliśmy ich ciekawość na tyle, że następnym razem zaszczycą nas swoją ważną i pożądaną obecnością.
Na początek warto wspomnieć, że do Imprezy wcale by nie doszło, gdyby nie Rev. Ray (zwany dalej Księdzem) z kościoła St. George the Martyr w Borough, który niczym magnes przyciąga do siebie wszystko, co dobre, pożyteczne i ciekawe. I tak też udało mu się namówić pewną panią redaktor z Poczytnego Pisma (zwaną dalej Szefową), na zorganizowanie wystawy polskich artystów w kryptach anglikańskiego kościoła, na uruchomienie ogromnej machiny przygotowań, co w efekcie zakończyło się niezwykłym wydarzeniem, które na długo zapisze się w pamięci wszystkich organizatorów i gości (i zapewne też okolicznych mieszkańców, wyciągniętych z domów niezwykłym zamieszaniem wokół zwykle spokojnego kościoła).
Dzień pierwszy
Zacznijmy od wernisażu – jako że Impreza tego dnia była zamknięta, trzeba szerzej o niej opowiedzieć. Na początku była msza (a potem wyśmienity koncert: Janusz Kohut na fortepianie i Urszula Mizia na wiolonczeli) – za artystów, jako podziękowanie za ich talenty i za organizatorów, że te talenty potrafili docenić i w odpowiedni sposób wykorzystać.
Równolegle do mszy toczyły się w kryptach kościoła ostatnie nerwowe przygotowania. Tu jakiś obraz krzywo wisiał albo ktoś się na kogoś krzywo popatrzył, tam jakieś krzesło stało w drodze albo ktoś komuś stanął na drodze do realizacji własnej koncepcji. No – ogólnie wiadomo, jak to jest, jak szykuje się coś wielkiego. Dlatego też nie wszyscy zdążyli na mszę, choć – w porównaniu z jakąkolwiek niedzielą – kościół i tak pękał w szwach.
Na dole wrzało – a na górze się modlono. Na dole Curator już dopiął wszystko na ostatni guzik, nawet własną marynarkę – na górze trwał koncert. Artystka w pończochach w paski, zdążyła zmienić je na wersję w kropki – na górze trwał koncert. Na dole ktoś się już nie mógł doczekać i ponalewał wino do kieliszków – na górze trwał koncert. Na dole tłumy waliły już na wystawę – na górze trwał koncert. Na dole ktoś nerwowo wiercił się na stołku rozmawiając z kimś, kto nerwowo przebierał nogami – na górze trwał koncert. Na dole ktoś w końcu dał sygnał startu, a tłum pochwycił kieliszki i rozsypał się po sali – na górze trwał koncert. I pewnie trwałby aż po dziś dzień, gdyby Pianiście nie skończyły się nuty. Góra w końcu mogła zejść na dół i oddać się uciechom wszelakim. Nie brakowało wina, półmiski uginały się od garnirowanych przekąsek, z kuchni co chwilę wyłaniała się kolejna ofiara z tacą, rzucona na pastwę zgłodniałego tłumu. (Bez obaw, nikt poważnie nie ucierpiał, choć jednej z kelnerek nadgryziono palec, myląc go z polskim kabanosem.)
A jakie znakomitości gościły na wystawie! Byli Urzędnicy, Biznesmeni, Przedstawiciele wszelacy, Redaktor Poczytnego Pisma, znakomity Kucharz, Ksiądz, byli Artyści, Współpracownicy, Spragnieni Sztuki i tylko Spragnieni, Przyjaciele, Krewni i Rodzina! Długo by tak wymieniać… Obie sale wrzały od rozmów i śmiechów, wino lało się strumieniami, w powietrzu unosił się zapach chleba (dzięki instalacji jednej z Artystek), Sztuka promieniowała ze ścian na wszystkich gości. Niejeden poczuł się wyjątkowo w takim otoczeniu… Nawet zwykła pomocnica techniczna w trakcie imprezy awansowała na Bufetową i od tej pory tylko tak będziemy ją nazywać. No, ale dość tego – pozostawmy gościom resztę wspomnień, może kiedyś, przy okazji, się nimi podzielą.
Dzień drugi
Trochę niewyspani, lekko zdenerwowani, nieco odurzeni sukcesem pierwszego dnia– zebrali się około południa w kryptach ci, którzy z wystawą byli związani najbardziej. Już drzwi były otwarte, ekspres do kawy bulgotał, wszyscy na swoich stanowiskach w oczekiwaniu na pierwszych gości. W końcu przyszli… Nieco niepewni, bo i miejsce nietypowe i pora jeszcze dość wczesna. Ale cisza była znakomita i atmosfera jakaś taka podniosła i swojska zarazem. Przychodzili i oglądali, powoli, bez pośpiechu. Bez zbędnej gadaniny. Duszność dnia poprzedniego ustąpiła miejsca lekkim podmuchom z zewnątrz, przez otwarte drzwi wpadało do krypt światło słoneczne, raz po raz przez salę przemykał Ksiądz, obdarzając wszystkich szerokim uśmiechem. W przykościelnym ogródku pewna Artystka zasiadła pod drzewem i zaczęła malować… Szefowa, podobnie jak przez ostatni tydzień, nadal ciągle odbierała telefony, ale tym razem z gratulacjami, co i ją wprawiło w niebiański nastrój.
Drugi dzień minął właśnie tak – na kontemplacji Sztuki, na wesołej krzątaninie, na luźnych pogawędkach, na znakomitej rozrywce (dzięki sprzyjającej pogodzie Groove Razors dali czadu we wspomnianym ogródku)… Około godziny 22, już nieco zmęczoną, ale bardzo entuzjastyczną publiczność ukołysała pięknym głosem Dominika Zachman i całe towarzystwo rozeszło się do swoich lub nie swoich domów, aby nabrać sił na kolejny dzień.
Dzień trzeci
Co się działo dnia trzeciego! Szefowa Imprezy, w celu odstresowania, pojechała z Bufetową na zakupy i pogubiła się w tłoku, a potem utknęła w gęstym korku. Na szczęście Ksiądz do kościoła przyszedł, drzwi krypty otworzył na oścież, żeby żaden Spragniony Sztuki pod zamkniętymi drzwiami nie stał. Słońce znów świeciło, letni wiaterek jeszcze się błąkał po londyńskich ulicach, a przed kościołem Artystka rozstawiała sztalugę, aby w tej pięknej scenerii dokończyć dzieło rozpoczęte poprzedniego dnia. Inny Artysta powoli rozbijał obóz w okolicach swoich obrazów, aby nie przegapić żadnego interesanta, bo zainteresowanie jednym z jego obrazów było spore. Reszta Artystów albo leczyła kaca w domowym zaciszu, albo ciężko pracowała od bladego świtu, przy czym trudno stwierdzić, która z tych czynności należała do bardziej nieprzyjemnych. Najcięższy poranek miał jednak Redaktor Poczytnego Pisma – nie posiliwszy się solidnym śniadaniem, ruszył samochodem za Londyn, na wielkie uroczystości (o których zapewne pisze w swojej gazecie; poszukajcie, poczytajcie) i oprócz dostojnych przemówień, dostał tam porcję bigosu, który okazał się kwaśną kapustą, że wrócił na imprezę ze zgagą i aż się krzywo popatrzył na Bogu ducha winnego śledzia. Bufetowa, jak już wiemy z wcześniejszej relacji, robiła zakupy z Szefową, całkowicie zapominając o śledziu i sałatce, które czekały na przyrządzenie.
Tak rozpoczął się ostatni dzień Imprezy, ale nie myślcie, że był to niewypał. Nic bardziej mylnego!
Skołatane nerwy uczestników i organizatorów wnet ukoiła anielskimi dźwiękami Monika Lidke z zespołem. Po sali unosił się zapach kawy, dla wielu porannej, choć zbliżała się szesnasta. Powoli zaczęły napływać inne Osobistości, po części znane nam już z wcześniejszych dni, ale nie brakowało też zupełnie nowych twarzy. Przyszedł choćby pewien szewc z żoną, strzelił kielicha (co prawda tylko wina) i zachwycił się wystawą. Albo nie, na odwrót, bo można źle zinterpretować. Przyszedł, zachwycił się i wypił, w tej kolejności. Ku zdziwieniu wszystkich pojawił się też Pianista, który rano miał odlecieć do Polski na kolejny koncert, ale nie poleciał, bo stwierdził, że tu się lepiej bawi i niech mu tam jakieś zastępstwo znajdą. No i zebrało się grono Najwytrwalszych, którzy mimo zmęczenia postanowili w pełni cieszyć się ostatnim dniem ARTerii.
W salach dalej rozbrzmiewała muzyka (najpierw Sławek Żak, potem znów Lidke), toczyły się zarówno dyskusje, jak i luźne rozmowy, tak zwane smoltoki, obrazy nadal równo wisiały na ścianach i obserwowały, co się wokół nich dzieje. Nagle – zrobiło się ciemno, coś zagrzmiało, coś zahuczało, Ksiądz uciekł (ale zaraz wrócił), niejeden gość schował się w kuchni lub w toalecie albo za drzwiami, wszyscy w napięciu oczekiwali, jaki finał przybierze Impreza. No i zaczęło się! Na scenie stanął Paweł Majewski z ekipą Why Not Here, a gitara jęknęła przeraźliwie, dając sygnał do rozpoczęcia.
Cała sala poszła w tany w takt ostrej muzyki, ściany trzęsły się od decybeli, aż obrazy drżały, jedna z Artystek porwała Redaktora do tańca (a że miał czarny garnitur i czerwone skarpety, w ciemności widać było jedynie tańczące skarpety), druga Artystka porwała Pomocnika Księdza, Pianista udawał gitarzystę, Bufetowa rzuciła ścierką na znak buntu i wraz ze swoimi Pomocnikami opuściła kuchnię, reszta gości też ruszyła na parkiet! Zabawy nie było końca, aż się zespołowi repertuar skończył i musieli grać wszystko od początku, ażeby się ludzie wybawili.
Impreza przeszła wszelkie oczekiwania organizatorów, nikt nie wyszedł z sali zawiedziony, a Szefowej aż się łezka w oku zakręciła, jak zamykała ciężkie, kościelne wrota za ostatnim gościem.
Epilog
Tak, jak Impreza zaczęła się od nabożeństwa, tak też zakończyła się (nieoficjalnie) niedzielną mszą świętą. Ksiądz był zachwycony i głosił z ambony o polskiej gościnności, wspaniałych artystach i niezwykłej atmosferze. Później trzeba było posprzątać, zapakować obrazy, rzeźby i ceramikę, oddać klucze i pożegnać się (Szefowa znów płakała, ale dostała do wypicia resztkę białego wina z ostatniej butelki, i jakoś jej przeszło).
Dla tych, którzy nie mogli być z nami i dla tych, którzy jeszcze nie mają dość, mamy dobre wieści – to jeszcze nie koniec! ARTeria tętni życiem, w ARTerii buzują nowe pomysły, ARTeria szykuje dla Was jeszcze wiele niespodzianek!
Aleksandra Ptasińska
(Czy Drodzy Czytelnicy domyślają się, którą z postaci była autorka?)
Arteria to ciągły ruch
September 28, 2009

Londyn jest niczym wielki organizm. Żyje, oddycha, wydala, komunikuje się z innymi organizmami, funkcjonując z nimi w symbiozie lub wrogim pasożytnictwie… Ostatnio jakby trochę chorował. Wciąż kaszle, niedomaga, coś się w nim psuje i rozsypuje. Pośród plątaniny dróg ogromnego Londynu gubimy się, odnajdujemy, mijamy i zderzamy. Śmigamy wzdłuż jego ulic, kolejowych torów, tuneli metra… Owe arterie, transportujące nas – czasem na wielkie odległości – są jak układ krwionośny. Dzięki nim miasto może prawidłowo funkcjonować. Dokładnie tak jak człowiek. Wystarczy kilka korków na drogach lub awaria w metrze, by londyńskie City otarło się o katastrofę. Arterię – drogę łączącą różne punkty – „Nowy Czas” obrał za tytuł najnowszej z organizowanych przez siebie imprez kulturalnych.
Być może w tytule większy nacisk położono na słowo „art”, jednak trwająca od 17 do 19 września wystawa była nie tylko trzydniowym świętem sztuki. Stanowiła również próbę połączenia różnych światów. Prezentowała Polaków mieszkających w Londynie reszcie społeczeństwa, pokazując, że jesteśmy jego integralną częścią. Pod jednym dachem zgromadziła dzieła artystów przemawiających do świata bardzo różnym językiem: malarstwem, grafiką, fotografią, rzeźbą, filmem, muzyką… A także – stanowiła bardzo ważny krok na drodze jednoczenia samej Polonii. Tak bardzo zróżnicowanej i – nierzadko – skonfliktowanej.
ARTeria połączyła również samych twórców. Młodzi zaistnieli na równi z bardziej doświadczonymi. Utytuowani – z jeszcze nieodkrytymi. Mieszały się style, pojęcia, prądy, trendy, białe wino z czerwonym, chipsy z sałatką jarzynową…
Czwartkowy wernisaż mogę uznać za jeden z najbardziej udanych, spośród wszystkich wydarzeń tego typu, w jakich miałem okazję uczestniczyć. I nie piszę bynajmniej tych słów, by podlizać się naczelnemu. Bo nie muszę. Setki osób przewijających się przez miejsce imprezy zostawiły w księdze pamiątkowej wystarczający dowód na to, że nie spływa ze mnie wazelina.
Zaś co do samego miejsca… Gdy dowiedziałem się, gdzie zaplanowano zorganizowanie ARTerii, byłem nieco zaskoczony. Nieczęsto imprezy o podobnym charakterze urządza się w podziemiach kościoła. Jednak – gdy przybyłem na miejsce – moje wątpliwości zniknęły szybciej, niż szynka z polskich sklepów w roku osiemdziesiątym pierwszym. Sale, w których miała odbyć się impreza, były większe i ładniejsze niż te, którymi dysponuje Biuro Wystaw Artystycznych w mieście mojego pochodzenia. Kiedy zaś w czwartkowy wieczór Janusz Kohut i Urszula Mizia zagrali w kościele St. George the Martyr wiedziałem, że nie można było lepiej trafić.
Gdy dokładnie rok wcześniej objeżdżałem Andaluzję, jednym z punktów, które odwiedziłem, była katedra w Kordobie. Słynie ona między innymi z mnogości kolumn podpierających jej strop. Jednakże jest również symbolem współistnienia różnych kultur, bo przez wiele lat służyła za świątynię zarówno muzułmanom, którzy ją wybudowali, jak i chrześcijanom, którzy owe tereny „odbili z rąk niewiernych”. Podobną rolę przez kilka wrześniowych dni pełnił kościół St. George the Martyr. Przez ten czas był nie tylko Domem Bożym, ale też świątynią sztuki. I niezależnie od tego, jaki cel przyświecał osobom przybywającym w owe miejsce, otrzymywały one to samo: ich duch mógł wznieść się aż pod niebiosa.
Wernisaże nie muszą charakteryzować się nadętym klimatem stypy po kimś bliskim. W czwartkowy wieczór znalazłem w kościelnej krypcie więcej życia niż w niejednej galerii pełnej słońca i przepychu. Przede wszystkim zaskoczyła mnie liczba przybyłych. Być może większe tłumy spotyka się podczas filmowych premier przy Leicester Square, jednak sale kościoła St. George the Martyr są dużo mniejsze niż Leicester Square i nawet owych kilkaset osób robiło niezły tłum. Jednak w odróżnieniu do kinowych wieczorów z czerwonym dywanem, tutaj artyści nie oddzielali się od widzów barierkami i setką ochroniarzy. Można było do nich podejść, zagadnąć i porozmawiać o ich dziele. Mimo że – ku zaskoczeniu samych organizatorów – impreza była masowa, to jednak nic nie straciła z intymności, jeśli chodzi o możliwość obcowania ze sztuką i jej twórcami.
Większość wystaw ma to do siebie, że rozpoczynają się bardziej lub mniej hucznym wernisażem, a potem trwają, trwają, trwają… aż zdychają. Tym razem organizatorom udało się wybiec poza obowiązujący schemat. Każdy z wieczorów imprezy okraszony był koncertami. Pozwoliło to uniknąć monotonii. O ile bowiem obraz czy rzeźba zazwyczaj trwa w czasie i przestrzeni, raz stworzona praca pozostaje taka sama na wieki, o tyle w świecie muzyki wszystko jest zmienne. Koncert, który odbywa się dzisiaj, już nigdy się nie powtórzy. Dlatego wydaje mi się, że zaproszenie muzyków do współudziału w ARTerii był znakomitym pomysłem. Każdy z przybyłych mógł wielokrotnie uczestniczyć w tej samej imprezie. Niby otoczenie to samo, ale z każdym wykonawcą przestrzeń artystyczna jest jakby inna.
Miałem okazję doświadczyć owej „różności w jedności”. Zupełnie inaczej odbierałem prace wiszące na ścianach i wypełniające przestrzeń sal instalacje po koncercie Kohuta, a inaczej podczas występu eterycznie brzmiącej Moniki Lidke. A jeszcze inaczej zapewne odbierana była sztuka w ciepły piątkowy wieczór, kiedy na tarasie przed wejściem do krypty rozbrzmiewał dźwiękami fusion kwartet Groove Razors Tomasza Żyrmonta, przyciągając znakomitym brzmieniem nawet przechodniów z ulicy. A potem, znów w kryptach, przysłuchiwano się już nocą przy blasku świec mocnemu, operującemu w niskich rejestrach głosowi Dominiki Zachman w repertuarze jazzowych standardów. Po drodze pojawił się jeszcze Sławek Żak w swym poetycko-balladowym repertuarze okraszonym niezwykłym głosem jego córki Zoe. Na sam koniec ARTerii – przy zgaszonych światłach – wystąpił zespół Why Not Here. Swym mocnym dźwiękiem spiął imprezę, niczym klamrą, w jedną całość z równie mocnym rozpoczęciem. Z tą różnicą, że w kościele, gdzie grał Kohut, było podniośle, natomiast ostre, rockowe brzmienia Why Not Here poderwały uczestników wystawy do… tańca.
Wiem, że ARTeria w Borough nie była ostatnim przedsięwzięciem artystycznym „Nowego Czasu”, bo arteria to przecież ciągły ruch!
Alex Sławiński
Echo z krypty
Prawdziwym miejscem dziania się kultury
jest interakcja osób.
Ryszard Kapuściński, „Ten Inny”
Wystawa w krypcie. Czy coś mi to przypomina? Czy znam już to miejsce? Ostatni raz widziałem taką sytuację ponad dwadzieścia lat temu. W czasach stanu wojennego, kiedy artyści i ich sztuka znalazły schronienie w Kościele. Wspomnienie odległe i niewyraźne jak stary film na porysowanej taśmie. I nie chodzi tylko o to, że przeszłość w miarę upływu czasu traci ostrość, ale że rzeczywistość była wtedy jak czarno-biały film. Zło oddzielone od dobra. Szare ulice. Kolorowo było tylko w Pewexie.
Sztuka w tym czasie była traktowana serio. Miejsce implikowało deklarację oporu, polityczną manifestację lub przynajmniej postawę indywidualnego sprzeciwu wobec realności „mniejszego zła” i szansę wyartykułowania „myśli, które pozwolą przetrwać”. Dzisiaj ten fragment polskiej historii sztuki jest zapomniany. Archiwum Janusza Boguckiego, animatora najważniejszych projektów artystycznych lat 80. pracownicy Instytutu Sztuki PAN wyrzucili na śmietnik. Przypominam o tych faktach nie po to, aby epatować ich niepokojącą wymową. Próbuję raczej zbudować własny kontekst wydarzenia w kościele St. George the Martyr w Borough.
Konteksty określają znaczenie, wskazują sens, komunikują zależności. Trudno je lekceważyć. Często sam obserwator, bazując na swych doświadczeniach definiuje sytuację, która staje się wszystkim tym, co zdarzyło się do tej pory, zdarza się teraz lub może się zdarzyć później. Rozwija się wewnętrzna narracja w umyśle widza, powstaje interakcja. Aż nadchodzi moment, by zadać pytanie: jakie znaczenia buduje dzisiaj kontekst krypty i kościoła?
Przecież kościół jest miejscem religii, a galeria jest miejscem sztuki. Czy te dwa obszary mają jakieś wspólne pola? Mówimy o dwóch dziedzinach duchowej aktywności człowieka, które technokratyczna kultura podporządkowała własnej logice rozwoju i produkcji. Religię zredukowała do mitologii; bajki użytecznej w socjologicznej grze utrzymywania społeczeństwa w równowadze, a wytwory sztuki sprowadziła do rangi ekskluzywanego towaru. Czy w sztuce zostało jeszcze coś z duchowości i czy religia może sztuce udzielić mocy, której sama ma już niewiele? A może są to pytania postawione niewłaściwie? I należałoby zapytać nie o kondycję dziedzin, ale kondycję podmiotu, który je tworzy?
Obrazy, rzeźby, wideo. Malarstwo figuratywne, abstrakcja i fotografie. Dziewiętnastu artystów w interesujący sposób zaprezentwanych w poprzedzającym wystawę wydaniu „Nowego Czasu” (dwujęzyczna wkładka pełniła rolę katalogu). Zatrzymuję się przy czterech małych płótnach Tomasza Stando. Znamy z historii kilku artystów, którym udało się rozszczepić promień światła na siatkę kolorów nasyconych głębią nie tylko fizycznych jakości, ale również emocji. Obrazy Tomasza Stando nawiązują do tych poszukiwań. Ich estetyczne wzorce tkwią w twórczości takich malarzy jak Barnett Newman i Mark Rothko. Artysta próbuje nawiązać dialog z ich twórczością. Symboliczna przestrzeń jego obrazów jest trudna do zdefiniowania. Mamy raczej do czynienia z pewną „atmosferą sensu”, niż jego jednoznaczną wykładnią. Czy jest to subiektywny opis świata zmieniony w abstrakcyjny wzór, czy tak jak u Rothko, własna wersja doświadczenia samotnej medytacji wyrażona w wielowarstwowych plamach koloru?
Chodząc po wystawie szukam jednak prac, które byłyby bliżej życia; których autorzy mają odwagę otworzyć drzwi wieży z kości słoniowej, nawet za cenę intymnego zwierzenia, naiwności i odrzucenia estetycznej maski. Trafiam na stare fotografie wklejone w malarską materię. Muszę podejść blisko, jeszcze bliżej. Trudno rozeznać, co to za osoby i jakie miejsca. Na jednym ze zdjęć grupa młodych ludzi w studenckich czapkach. Na innym szkolna fotografia klasy. Jakieś litery i nieczytelne napisy. Czy powinno mieć dla nas znaczenie kto je tutaj zostawił i czy opowiedział nimi „historię”, stworzył „kronikę wydarzeń” lub przesłał „wiadomość”? To obrazy z przeszłości – fotografie rodziny na nowo zobaczone przez Agnieszkę Stando po opuszczeniu Polski. To, co ujęło mnie w jej pracach, to intencja nawiązania bezpośredniego kontaktu z widzem poprzez opowiadanie osobistej historii w sytuacji podobnej do przeglądnia rodzinnego albumu razem z zaproszonymi do domu gośćmi.
Nie sposób omówić w krótkiej prasowej relacji wszystkich wystawionych prac dziewiętnastu artystów. Jak już się jednak okazało, gościnność Rev. Ray Andrews nie wyczerpała się w trakcie trwającego trzy dni festynu radości i dobrej zabawy – tym też (!) było spotkanie w Borough – trzeba więc mieć więc nadzieję, że pojawi się możliwość pełniejszej prezentacji środowiska artystycznego, którego aspiracje i siła wykraczają poza granice polskiej diaspory.
W czasach, kiedy pieniądze obiegając planetę w arteriach elektronicznej sieci wymykają się zwykłemu ludzkiemu doświadczeniu i powoli stają się – w miejsce sztuki i religii – wartością ponadczasową i transcendentną, każda próba zbliżenia sztuki do sacrum jest działaniem in comune, czyli na powszechny użytek i dla wspólnego dobra. Takie projekty jak ARTeria pokazują, że ukrytym potencjałem artystycznego wydarzenia jest spotkanie, dające szansę rozmowy ludziom rozrzuconym w anonimości wielkiego miasta. Czy organizatorzy wykorzystali ten potencjał? Moim zdaniem tak. Z pewnością formułę takich spotkań można wzbogacać i udoskonalać, tak aby stwarzały pretekst do dyskusji o „rzeczach ważnych”, sztuce, kulturze, problemach organizacji życia artystycznego polskiej społeczności na Wyspach. Nadszedł też już czas na wystawę o wyraziście wyprofilowanym przesłaniu, co pokazałoby, że kształtująca się wokół „Nowego Czasu” grupa artystów manifestuje zarówno swoją obecność i potrzebę wspólnoty, jak i zdolność refleksji. Ale każda krytyczna uwaga musi zderzyć się z faktami, a te pokazują, że jesteśmy świadkami fascynującego procesu powstawania nie tylko zróżnicowanego i ambitnego środowiska artystów, ale również nowego miejsca otwartego na polską kulturę.
Wojciech Goczkowski
Nowy Czas w PDF 14(130)
September 28, 2009
Polska dwóch kompleksów
September 16, 2009
Fety związane z dwudziestymi urodzinami polskiej demokracji na szczęście mamy już za sobą. Miały one mniej więcej taki sam sens, co świętowanie dwudziestej rocznicy ślubu przez parę, której pożycie mimo żarliwych deklaracji bardziej przypominało bezsensowną szarpaninę, aniżeli modelowy związek oparty na małżeńskich pryncypiach. Nim jednak skończyły się jedne spory, rozgorzały drugie. Tym razem związane z obchodami 65 rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. Żenujące, bo zamiast sensownej debaty o naszej narodowej tożsamości i o nowym wymiarze polskiego patriotyzmu, po raz kolejny wykorzystuje się podobne rocznice, by mieć okazje do gryzienia się wzajemnie po łydkach.
Miłość kontra nienawiść
Tak w skrócie można określić polskie życie polityczne w ostatnich latach (i nie tylko), choć oczywiście nie bez krztyny ironii, gdyż ciężko nie zauważyć, że to, co w większości mediów przedstawia się nam jako miłość, niekoniecznie nią jest i odwrotnie. Bardzo widoczna polaryzacja sceny politycznej wokół dwóch zaciekle zwalczających się frontów polityczno-ideologicznych, nie oznacza dziś nic innego, jak tylko to, że w dzisiejszej Polsce jest miejsce tylko dla zwolenników Donalda Tuska i braci Kaczyńskich. Niemal codziennie podział ten podkreślają wszystkie media, marginalizując dyskusję na temat przyszłości Polski do stwierdzenia, że współczesny polski interes narodowy i nasza podmiotowość sprowadzają się do wyboru pomiędzy dwiema opcjami. I tak, Tusk i jego zwolennicy reprezentują obóz: inteligencki, otwarty, liberalny i europejski – tym samym gwarantujący nam rozwój i godne miejsce w zjednoczonej Europie. Kaczyńscy zaś i ich elektorat, to jak nietrudno się domyślić: zawistnicy, prostacy, nacjonaliści, słowem – polski, narodowy Ciemnogród o homofobicznych obsesjach – czyli wyalienowanie i sprowadzenie nas do roli europejskiego pionka i błazna.
Otóż stosując podobne metody klasyfikacji, śmiało można zaszeregować również i mnie do tej prostackiej, nacjonalistycznej i ciemnej hołoty, gdyż od dawna deklaruję się, chociażby jako zwolennik twardego sprzeciwu wobec historycznego rewizjonizmu Niemiec i Rosji, zdecydowany apologeta lustracji i przeciwnik martyrologii generałów: Kiszczaka i Jaruzelskiego, którym ponoć zawdzięczamy wolność. Ponadto bawi mnie głośny już rysunek Andrzeja Krauzego opublikowany w czerwcu br. na łamach „Rzeczpospolitej”, w którym śmiał on zadrwić z gejów. Na domiar złego nie uważam również, by wierszyk Tuwima pt. „Murzynek Bambo” niósł za sobą rasistowskie przesłanie, co swego czasu – z uporem godnym szacunku – próbował udowodnić nam jakiś pan w telewizji.
Czy więc podobne poglądy są kwestią ciemniackiej orientacji politycznej, czy też logiki myślenia? Czy „niepoprawne” poczucie humoru, to dowód braku tolerancji, czy po prostu zdrowego dystansu do świata? Pytania retoryczne, choć nie dla wszystkich, gdyż w światłych, otwartych i europejskich rozumach już i tak zakwalifikowany zostałem do grupy ludzi o zawężonych horyzontach myślowych i dołączony do obozu Kaczyńskich, jak nie do zastępów pewnej chorej i indoktrynowanej młodzieży.
Patriotyzm jest dziś „passe”
Ten właśnie mechanizm myślenia coraz częściej dostrzec można w polskim życiu publicznym, w którym stopniowej dewaluacji ulegają jakże istotne dla każdego narodu pojęcia i wartości. I tak np. mówiąc o naszym patriotyzmie musimy być gotowi, że z różnych stron posypią się na nas gromy i oskarżenia o polski nacjonalizm, zaściankowość i ksenofobię. W wolnej Polsce stał się on bowiem powodem do wstydu i synonimem narodowego obciachu i betonowego, martyrologicznego myślenia. Krótko mówiąc: patriotyzm dziś jest już „passe”.
Nie bez powodu przytoczyłem powyżej przykład braci Kaczyńskich, którzy podkreślając wszem i wobec (abstrahując czy słusznie i prawdziwie) swój patriotyczny etos myślenia o kraju, stali się uosobieniem polskiego faszyzmu. Podobnie jak uosabiać będą go wszyscy, myślący o Polsce w tych kategoriach, mimo że w kwestii preferencji politycznych sympatyzujący, dajmy na to, z Ruchem Obrony Bezrobotnych, Krajową Partią Emerytów i Rencistów lub Partią Kupiecką.
Niemal chorobliwy strach przed braćmi Kaczyńskimi, którzy koniec końców i tak nie spełnili i raczej nie spełnią swych buńczucznych obietnic, przerodził się z czasem w nienawiść do wszystkiego, co słusznie lub mniej słusznie można z nimi powiązać. Konsekwencją tego jest błędne zestawianie dyskursu na temat prawdy, prawości, podmiotowości, patriotyzmu i racji polskiego stanu tylko z Kaczyńskimi, przez co wartości te tak ochoczo przez niektórych są ignorowane i znienawidzone.
„W Polsce mamy do czynienia z czymś bardzo przykrym – z nienawiścią do Polski. Polacy nienawidzą Polski – jak to możliwe? A jednak możliwe. W wypadku pewnych ludzi, których zalicza się do elit, napięcie tej nienawiści jest tak wielkie, że ci ludzie po prostu się duszą, dławią, nie mogą sobie dać z tym rady – z nienawiścią, wstrętem, pogardą, obrzydzeniem, które budzi w nich Polska” – zauważa poeta Jarosław Marek Rymkiewicz – notabene w niektórych kręgach również uważany za faszystę – w wywiadzie, który przeprowadzono z nim na łamach ostatniego wydania „Teologii Politycznej”.
„Patriotyzm jest przymiotem ludzi małych i mściwych. Boję się słowa patriotyzm” – stwierdził Wojewódzki, który prócz niewątpliwie błyskotliwych grepsów genitalno – prokreacyjnych, zasłynął w kraju także tym, że ku radości zebranej w telewizyjnym studiu publiki, sprowokował happening, w którym jeden z jego gości wetknął polska flagę w kupę. Bez komentarza.
Idiotyczna natomiast jest sugestia, jakoby żywiąc do kraju uczucia wyższe, sięgające dalej, aniżeli moja codzienna konsumpcja, miałbym kierować się zemstą i małością. Czy nimi kierowaliśmy się podczas ostatniej wojny? A może przyświecały one zespołowi Lao Che, który swoja druga płytę pt. „Powstanie Warszawskie” oparł na świetnym, jednolitym koncepcie? Raczej nie. Pan Jakub miał na myśli współczesny polski patriotyzm, który kojarzy w dość ograniczony sposób. Tylko rozumując w tych kategoriach, każde uczucie może być groźne, gdyż z miłości można zabić, zaś będąc uczciwym i uczynnym, dać się oszukać. Czy w związku z tym mamy nie kochać lub zamknąć się na potrzeby innych?
Zastanawia mnie ta niechęć do Polski, o której tak obszernie mówił Rymkiewicz i którą w rozmowie tak wyraźnie uosabiał Wojewódzki. Nie mniej ciekawy jest również medialny wydźwięk spostrzeżeń Rymkiewicza. Otóż bardzo szybko zredukowano je w niektórych mediach do chorobliwych obsesji poety, tych samych, które przed laty ponoć prześladowały Zbigniewa Herberta. Tym samym sprowadzono dyskusję na ten temat do drwin, walki z supremacją polskości i podważania celowości zachowań patriotycznych.
Czy aby nie jest tak, że obrzydzono nam polskość i patriotyzm w imię politycznych interesów, by pod płaszczykiem obaw przed upiornym Polakiem (mściwym katolikiem, antysemitą i zatwardziałym antykomunistą), dać szansę stanąć na piedestale także tym, którzy „walczyli o wolną Polskę” w sposób, którego wspomniani przeze mnie poeci nigdy nie pochwalali? Na pewno, choć to diagnoza powszechnie uznana za nienawistną i oszołomską.
Polak kosmopolita
Tymczasem owa emanacja niechęci do Polski widoczna jest nie tylko w wypowiedziach ludzi mojego pokolenia, dla których polskość to coraz częściej skansen i obciach, ale także z wypowiedzi osób cieszących się publicznym szacunkiem oraz tych pamiętających dobrze czasy stalinowskie i walkę Polaków z komunistycznym totalitaryzmem, kiedy to polskość była jeszcze „glamour”.
„Gdybym był obywatelem Papui i Nowej Gwinei, po lekturze kolejnych tekstów szepnąłbym żonie do ucha: – Ciesz się, że nie mieszkamy w Polsce. Wprawdzie niektóre nasze plemiona do niedawna zjadały ludzi, ale tam żyje 37 milionów barbarzyńców!
Pozostałe 1,5 miliona ludności to intelektualiści – osoby o pięknych umysłach, potężnej erudycji, wysu-
blimowanym smaku i nienagannych manierach. Nic dziwnego, że życie pośród motłochu staje się dla nich coraz bardziej nieznośne.” – ironizował swego czasu Wojciech Wencel (poeta, eseista, krytyk literacki), zabierając głos w debacie „Dziennika” o wdzięcznym tytule: „Czy Polska jest sexy”.
Nie ulega wątpliwości, że wśród wielu młodych Polaków, choć nie tylko, zwycięża coraz częściej myślenie ponadnarodowe i kosmopolityczne. Czujemy się bardziej Europejczykami, aniżeli Polakami, choć oczywiście jedno nie wyklucza drugiego. Narodowe kompleksy pielęgnujemy wręcz z masochistyczną lubością. Jesteśmy biedni, niedokształceni, skrzywdzeni przez historię i do tego mimo tych dwudziestu lat demokracji wciąż czujemy się niedoceniani – a to wystarczające powody, by zerwać z taką nieudaczną tożsamością. Gdy dodamy do tego naszą kulturę, w ogromnej mierze zbudowaną na tradycji chrześcijańskiej i katolickiej, to już naprawdę nie ma się czym chwalić przed postępową, liberalną i laicką Europą. Tym bardziej, że w świadomości polskiego wolnomyśliciela polski katolicyzm kojarzony jest tylko i wyłącznie z odzianym w sutannę biznesmenem z Torunia, stawianiem kolejnych bałwochwalczych świątyń oraz licznymi bardziej i mniej mądrymi nakazami i zakazami. I choć sam nie należę do piewców cnót polskiego Kościoła i zwolenników jego polityki, to jednak przyznacie Państwo, że umniejszenie jego zasług i wyrażanie podobnych opinii jest trochę krzywdzące, gdyż jego rola w życiu Polaków była, wciąż jest, i myślę, że będzie dalej istotna.
Z jednej strony jest to wszystko konsekwencją medialnego przekazu, z którego statystyczny Polak dowiaduje się, że upominając się o swoje prawa w Brukseli lub żądając czegokolwiek na arenie międzynarodowej, krótko mówiąc, broniąc polskiej racji stanu, tylko się kompromitujemy, dając tym samym odżyć nacjonalistycznym resentymentom drzemiącym w polskim narodzie, chociażby w postaci wspomnianej wcześniej przeze mnie nieszczęsnej młodzieży. Z drugiej zaś jest to wynik braku zdefiniowania pojęcia patriotyzmu w nowych polskich warunkach, w których cały czas jest on kategorią polityczną, nie zaś jak powinien być postrzegany – etyczną.
Polska podmiotowa czy fasadowa
Znajdują się oczywiście i tacy, dla których dyskusja na temat kryzysu współczesnej polskiej tożsamości i obecnego apatriotyzmu jest w wolnej Polsce rzeczą bezzasadną, głupim podbijaniem narodowego bębenka i prostacką grą na populistycznych emocjach i to w momencie, kiedy w powszechnym mniemaniu nic nam nie zagraża.
„Patriotyzm nie ma żadnego uzasadnienia moralnego – jest zbędnym reliktem przeszłości, pozostałością po czasach, gdy hordy plemienne wiodły wojny o terytorium, żywność i kobiety.” – pisał dwa lata temu, a więc już w wolnej Polsce, na łamach „ Gazety Wyborczej” Tomasz Żuradzki – filozof i politolog, ewidentnie wikłając wywód na temat patriotyzm w rozgrywkę polityczną ze znienawidzonymi bliźniakami.
Choć legendarny Kisiel zwykł mawiać, że „polemika z głupstwem nobilituje je bez potrzeby”, to jednak zatrzymam się jeszcze na chwilę przy tekście Żuradzkiego, bo doskonale obrazuje on absurd, do którego sprowadza się dziś pojęcie patriotyzmu. I tak prócz przytoczonych powyżej dywagacji moralnych, w tekście znaleźć można dużo bardziej nowatorskie stwierdzenia. A mianowicie, że patriotyzm to egoizm narodowy połączony z fascynacją militariami i przemocą oraz niemal nazistowskie (jak rozumiem) przedkładanie interesów obywateli danego państwa, ponad interes innych, co w konsekwencji prowadzi do rasizmu. Przyznam, że podobnych i tak dalece idących manipulacji dawno nie czytałem, mimo że staram się przeglądać prasę w miarę regularnie. I choć przywykłem już do tendencyjnego łączenia Kaczyńskich i patriotyzmu w kompromitujący nas – Polaków duet, to autor w swym zacietrzewieniu chyba zapomniał wesprzeć swoje sądy na absolutnym minimum logicznego myślenia, bo oczywiście w sporze politycznym, który uprawia, bezstronności i obiektywizmu od niego nie wymagam. Interesuje mnie natomiast, co złego widzi on w rzeczach, które w każdym suwerennym państwie są normą, jak chociażby obchody rocznic państwowych i urządzanie defilad? Dlaczego te ostatnie postrzega jako niezdrową fascynację przemocą i zestawia z nazistowską i sowiecką manifestacją siły? A może tak naprawdę problem tkwi nie w tym, że podobne rocznice i defilady są, tylko w tym, że przewodniczy im nie ta persona? W końcu defilady z udziałem Piłsudskiego już mu nie przeszkadzają. Po wtóre, co złego tkwi w posiadaniu zaplecza militarnego, mimo że w dobie dzisiejszych sojuszów jesteśmy ponoć bezpieczni? Kilkadziesiąt lat temu również byliśmy, ale to było przecież tak dawno. Po trzecie wreszcie, co niestosownego znaleźć można w dbałości o własny interes i dlaczego dla Pana Żuradzkiego musi oznaczać to dominację, uprzedmiotowienie innych i przedkładanie własnego partykularnego interesu, ponad interes innych? To pytania do nas wszystkich. Warto się nad nimi zastanowić. Panu Żuradzkiemu polecam zaś prześledzenie postawy naszego byłego prezydenta podczas „pomarańczowej rewolucji” na Ukrainie oraz reakcję obecnej głowy państwa na rosyjską agresję w Gruzji. Może zmieni zdanie na temat patriotyzmu i zrozumie, że jest on przede wszystkim umiłowaniem wolności, nie zaś tępą supremacją silniejszego nad słabszym, której póki co w dzisiejszej Polsce nie zauważyłem. Mało tego, ośmielam się twierdzić, że nawet jeśli posiadanie silnej armii miałoby implikować naszą potencjalną agresję, to przy staraniach obecnego prezydenta i rządu w tym momencie moglibyśmy zaatakować co najwyżej Honduras, czego gwoli ścisłości również nie pochwalam.
Zadziwiające jak łatwo odrzucamy dziś w Polsce swoje korzenie i wszelkie odruchy patriotyczne, na których przecież budujemy naszą podmiotowość oraz jak bezmyślnie sprowadzamy dyskusję na temat kryzysu narodowej tożsamości do dwóch skrajności, a mianowicie, sporu pomiędzy nowo – europejskim kosmopolityzmem i skrajnie prawicowym wrzaskiem. Nie o fałszywą dumę narodową ma to być jednak spór, lecz o zdolność niezależnego myślenia, podejmowania suwerennych, racjonalnych decyzji. Takich, które mimo ich logiki i mądrości coraz częściej składa się od razu na karb polskiego zacofania, anihilacji i ciasnego konserwatyzmu, niemal bezmyślnie przeciwstawiając im od razu światłe rozwiązania zachodnioeuropejskie, tylko dlatego, że nie są nasze.
Dzisiejszy patriotyzm musi być na nowo zdefiniowany i poszerzony o specyfikę dzisiejszych czasów, w których o naszą narodową tożsamość i rację stanu walczyć będziemy nie powstańczym orężem, lecz wspólnym zaangażowaniem w życie polityczne kraju oraz dbałością o wymierny interes narodowy. Nie oznacza to oczywiście rezygnacji z tego, co daje nam poczucie wspólnej tożsamości, mianowicie romantycznego podkreślenia narodowego indywidualizmu, a więc przywiązania do wspólnej kultury i pamięci o wspólnej historii. Nie tylko tej zapisanej jako narodowa chwała, ale również tej, która powodów do dumy nie przynosi.
Na koniec warto zdać sobie sprawę, że o naszym indywidualizmie świadczyć będzie nasza podmiotowość, nie zaś obecna narodowa fasada, oparta na dwóch największych polskich kompleksach, a mianowicie, przeświadczeniu, że jesteśmy gorszym wydaniem Europejczyków lub odwrotnie, że to właśnie my Polacy jesteśmy narodem jakoś szczególnie namaszczonym.
Michał Opolski
SHABBY CHIC
September 16, 2009
What is it about the Gormley family and their attraction to positioning their works up a height? Anthony Gormley gave us the well-beloved Angel of the North towering over the surrounding countryside and keeping an eye on the passing traffic down below; ‘The Angel’ was followed by a series of figures perched precariously upon the rooftops of the Heyward Gallery and other London buildings and now Anthony’s daughter, Paloma, has designed a structure crowning a semi-derelict car park in the heart of Peckham. Yes, Peckham, the one of the Trotter family fame from ‘Only Fools and Horses,’ is upping its cultural credential and fast becoming England’s capital of Urban Cool. The Trotter family’s descendants are being replaced by a young generation of artists who are finding trendy Hoxton too expensive and who have been invading the disused factories of this edgy part of London in their droves. Apparently Peckham has more artists per square foot than any other part of the capital or of any other part of the country.
One of the leading galleries in the area, Hannah Barry, has masterminded a deal with the local council which has granted them permission to organise an exhibition of large installations and sculpture on the top two levels of a local multi-storey car park. ‘Frank’s Café & Campari Bar not only provides sustenance to the visiting culture-vultures, but constitutes an exhibit in itself within Barry’s ‘Bold Tendencies III’ show (open till September).
The structure has been designed by Paloma Gormley in co-operation with her friend Lettice Drake and has become an overnight success story. The press coverage has been extensive, reaching across The Ditch to the Big Apple, where the New York Times published a review. This extent of publicity can be partly due to the Gormley and Boxer names (‘Frank’ is Frank Boxer, the grandson of Mark Boxer, the famous ‘Marc’ cartoonist and ‘The Tatler’ editor and Arabella Boxer, one of the original celebrity chefs), but this should not distract from the fact that the Café is a beautiful feat of design, engineering and most of all ingenuity achieved on a very short shoestring indeed.
The skeleton of the building is reminiscent of an inverted letter A and constructed out of recycled timber covered with red tarpaulin. Fixtures and fittings have been put together out of the same timber, as was the seating. Oil drums cut in two do for grills and small chunky pieces of blackboard serve as advertising space for the drinks and chef’s specials. All in all, the ambience of the bar is strangely evocative of a pirate ship sailing high above the surrounding roofs towards the city panorama on the horizon.
Paloma and Lettice might have started a trend in urban regeneration, proving that even though you can’t make a silk purse out of a sow’s ear, you can take over a decrepit brutalist building and convert it into an apotheosis of shabby-chic romance. Let’s hope that the success of ‘Frank’s Café’ and of ‘Bold Tendencies III’ in a previously unloved location will become a challenge to councils and other owners of grungy properties all over the land.
Text: Małgorzta Skawińska
Photos: Mark Dodds
Nowy Czas w PDF 13(129)
September 15, 2009
Arteria Nowego Czasu
September 8, 2009
Pierwsza wystawa zorganizowana przez „Nowy Czas” w Nolias Gallery przy Old Kent Road doprowadziła do powstania nieformalnej grupy artystów, którzy korzystając z zaproszenia Rev. Ray Andrews, zaprezentują swoje prace w kryptach zabytkowego kościoła St George the Martyr, w jednej z najstarszych dzielnic Londynu – Borough.
ARTeria to wystawa 19 artystów reprezentujących różne techniki, szkoły i pokolenia. Nie ma też (podobnie jak w Nolias) spójnika tematycznego, chociaż nad całością tym razem czuwa absolwent St Martins School of Art Marcin Dudek. Wszyscy artyści zgodnie poddali się dyktaturze jego świeżego spojrzenia na sztukę. Marcin Dudek należy do najmłodszego pokolenia, a w swojej twórczości łączy różne techniki wizualizacji. Jak sobie poradzi z twórcami bardziej tradycyjnymi, ze starszego pokolenia?
Pytań jest więcej. Co gwarantuje atrakcyjność wystawy, która stwarza szansę pokonywania barier, nie tylko estetycznych? Czy współczesne instalacje są tylko radykalnym zerwaniem z tradycją? Czy można zerwać z tradycją nie odwołując się do niej? A może w najbardziej awangardowych propozycjach nie ma nic nowego, a tylko stare, mozolne zmaganie się z materią i poszukiwanie języka adekwatnego do zmieniającej się wrażliwości? Czy, w końcu, polscy artyści-emigranci obciążeni bagażem podróży i wyobcowania mają coś innego do zaproponowania? Czy próbują nową rzeczywistość oswoić? Czy może wykorzystać, żeby wyostrzyć tę, która ich stworzyła?
Czy wystawa będzie odpowiedzią na te pytania, trudno powiedzieć, ale jeśli spełni pokładane w niej oczekiwania, powstaną z pewnością nowe. Wystawę, wzbogacą występy muzyczne.
ARTYŚCI:
Michał Andrysiak>Sławek Blatton>Andrzej Borkowski>Ela Ciecierska>Agnieszka Handzel-Kordaczka>Justyna Kabała> Paweł Kordaczka>Agnieszka Kowal>Basia Lautman>Krzysztof Malski>Ewa Obrochta>Olga Sienko>Wojtek Sobczyński>Danuta Sołowiej>Agnieszka Stando>Tomasz Stando>Joanna Szwej-Hawkin>Paweł Wąsek>Iwona Zając
Kurator: Marcin Dudek
MUZYCY:

Dominika Zachman ukończyła w 2004 roku Wydział Jazzu Akademii Muzycznej w Katowicach. W tym samym roku zdobyła II miejsce oraz nagrodę publicznosci na Międzynarodowym Festiwalu Jazzu Tradycyjnego w Warszawie „Złota Tarka” . W Londynie mieszka od trzech lat, gdzie występuje w Jazz Cafe POSK z czołówką brytyjskich (m.in. Stuart Eliot, Byron Wallace , Hugh Burns) i polskich muzykow (Jarosław Śmietana, Alchemik).
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Monika Lidke, urodziła się w Lubiniu pod Wrocławiem i po maturze wyjechała do Paryża, by w Ecole Superieure du Spectacle uczyć się śpiewu, aktorstwa i tańca. Londyn okazł się jednak większym magnesem. Tu pobierała lekcje śpiewu jazzowego u Anity Wardell. W jazzie fascynują ją możliwości imporwizjcji, swoboda, podparta ogromną historią, doświadczenie i wiedza muzyków. Śpiewa po polsku francusku i angielsku. Współpracuje z bardzo dobrymi muzykami (Kristian Borring, Nick Haseman, Pascal Roggen, Tim Fairhall).
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Groove Razors to nowy polsko-angielski kwartet wykonujący muzykę fusion. Inicjatorem i liderem bandu jest polski pianista Tomasz Żyrmont, który zaprosił do współpracy doświadczonych i rozchwytywanych na londyńskiej scenie muzyków. Tomasz należy do grona najczynniej działajacych na scenie londyńskiej polskich jazzmanów młodego pokolenia. Uzyskał licencjat w Akademii Muzycznej w Katowicach, a w 2008 roku rozpoczął studia jazzowe w programie uzupełniającym w Guildhall School of Music and Drama w Londynie.
Członkowie Groove Razors (Robin Aristoterenas – gitara elektryczna, Tomasz Żyrmont – instrumenty klawiszowe, Lorenzo Bassignani – gitara basowa, Laurie Lowe – perkusja) współpracowali z wybitnymi muzykami sceny brytyjskiej oraz koncertowali w klubach i na festiwalach w wielu krajach Europy. Obecnie są w trakcie nagrywania pierwszego albumu.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Urszula Mizia – wiolonczelistka, pedagog, organizator życia muzycznego, adiunkt w Katedrze Instrumentalistyki na Wydziale Artystycznym Uniwersytetu Śląskiego. Studiowała w Akademii Muzycznej w Krakowie pod kierunkiem prof. dr Witolda Hermana oraz w klasie kameralistyki, prowadzonej w tej uczelni przez prof. Marię Szmyd-Dormus, gdzie uzyskała kwalifikacje I stopnia, równoważne ze stopniem naukowym doktora. Uprawia ożywioną działalność artystyczną; występuje z recitalami wiolonczelowymi, współpracuje z orkiestrami i zespołami kameralnymi; koncertowała w Czechach, Holandii, Włoszech, Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Finlandii, Niemczech, Litwie.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Grupa Why Not Here powstała we wrześniu 2008 roku w Londynie. W jej skład wchodzi czterech Polaków (Paweł Majewski – wokal, kompozycje, teksty; Mateusz Tomasiewicz – gitary, kompozycje; Sebastian Swiłło – gitary; Krzysztof Adamowski – perkusja) oraz Bułgar – Eddie Yardanov, gitara basowa. Choć istnieją krótko, mogą się pochwalić drobnymi sukcesami, jak udział w brytyjskich półfinałach prestiżowegop festiwalu muzycznego Emergenza, gdzie zajęli czwarte miejsce, czy też występ w telewizji BBC 2 w programie „News Night”, gdzie wytypowani przez m.in. Sandie Shaw (brytyjska zwyciężczyni Eurowizji z 1967 roku) wykonali brawurowo rockową wersję piosenki Makind Your Mind Up (warto zaznaczyć, że jak dotąd żadna inna polska grupa nie wystąpila w BBC). Muzyka, jaką wykonują, to wypadkowa klasycznego rocka oraz melodyjnego haevy metalu. band@why-no-here.com
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Sławek Żak
urodził się tam, gdzie sie urodził…
jest kim jest…
robi to co robi…
a reszta jest…
w wierszach… i w tekstach jego piosenek…
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
PROGRAM:
18 września
Wystawa czynna od 13.00 do 22.30
Koncerty od 19.30
19.30 Groove Razors – Tomasz Żyrmont Quartet (fusion)
21.00 Dominika Zachman, Artur Zaitz (soul & blues)
19 września
Wystawa czynna od 13.00 do 22.30
Koncerty od 15.00
15.00 Monika Lidke, Kristian Borring, Tim Fairhall (jazz/folk)
18.00 Sławek Żak & Michael Bates
20.00 Monika Lidke, Jerzy Bielski (jazz/folk)
21.30 Why Not Here (rock)
Krypty kościoła St George the Martyr
Borough High Street
London, SE1 1JA
(naprzeciwko stacji metra Borough)
Artyści
September 4, 2009

Wystawa (tym razem 19 artystów) i koncerty muzyki klasycznej, jazzowej
i folkowej odbędą się w dniach 18-19 września
St George the Martyr
Borough High St
London, SE1 1JA
Wstęp wolny










Komentarze