Układanka szczęśliwych trafów
July 19, 2009
Ten sklep znaleźć jest dość trudno. Nie ma on swojej strony internetowej ani nawet nazwy. Odkryliśmy go przez przypadek, czekając na autobus w deszczowy londyński poranek. Rzucił nam się w oczy ze względu na wesołe kolory krat, którymi jest obudowany. Na drzwiach wisiała pożółkła kartka: „Proszę głośno pukać”. Co to za sklep, do którego trzeba pukać? Znałam dotychczas tylko jeden taki butik, który zajmował się sprzedażą strojów na fetysz-party.
Zapukaliśmy. Drzwi otwarła nam starsza pani z burzą potarganych siwych loków. Jak się później okazało, była to Kristin, twórczyni lalek i właścicielka sklepu. Chwilę potem byliśmy już w niesamowitym świecie, w krainie z marzeń każdego dziecka. Lalki, domki dla lalek oraz elementy ich wyposażenia wypełniały sklep od podłogi aż po sufit.
Zdolność w dłoniach
Kristin urodziła się w 1935 roku pod Londynem w rodzinie artystycznej. Jej ojcem był malarz, rytownik i rysownik Blair Hughes-Stanton, więc robienie lalek ma poniekąd we krwi.
– Jestem leworęczną dyslektyczką – mówi. – Uważa się, że osoby leworęczne mają jakiś dar i ja jestem jedną z nich. Po skończeniu szkoły średniej zastanawiała się co może robić w życiu. Wiedziała, że ma zdolność manualne, ale nie lubi czytać i pisać. W wieku 22 lat podjęła pracę jako ekspedientka w prestiżowym sklepie Heal’s przy Tottenham Court Road w Londynie, w dziale lalek. Pewnego dnia została zaproszona na wesele koleżanki. Wypiła kilka kieliszków szampana po których, jak sama mówi, życie zaczęło wydawać się przyjemniejsze. Była wówczas niesamowita pogoda – słońce, ciemne chmury i tęcza. Wracając do domu wpadła na pomysł robienia lalek. W pracy mogła kupić niedrogo dobre materiały, a w domu miała starą, wiktoriańską maszynę do szycia, na której mogła szyć lalkom ubranka. U Heala sprzedała pierwszą wykonaną przez siebie lakę i to w pół godziny!
– Moje życie to układanka szczęśliwych trafów – śmieje się Kristin. I mimo że tego nie planowała jako zajęcie na całe życie, poświęciła je lalkom. W nocy pracowała nad zabawkami, a w dzień była sprzedawczynią. Z czasem zajęła się także kupowaniem lalek do sklepu, które później szły na sprzedaż. Zespół, jaki stworzyła wspólnie z managerem departamentu spowodował, że w ciągu dwóch lat stali się najbardziej znanym sklepem z zabawkami w całej Anglii. Wszystko ułożyło się tak szczęśliwie, że zajmuje się swoim własnym sklepem z lalkami już od trzydziestu pięciu lat. Jak sama mówi, stawia sobie za cel, by jej sklep reprezentował charakterystyczny dla tego kraju skarb – malutką sferę, jaką są lalki, domki dla lalek i miniaturki. – Zabawki są częścią angielskiej tradycji, która powoli umiera, ponieważ coraz więcej dzieci przerzuca się na inne sposoby spędzania wolnego czasu, takie jak gry na komputerze czy oglądanie telewizji – narzeka Kristin.
Beza w skali 1:12
– W pewnym sensie życie jest magiczne. Płynie dzień za dniem i jest nudno, ale przychodzi moment, kiedy spotykasz osobę, która odmienia twoje myślenie, a czasami nawet życie. Kocham swój sklep za to, że przychodzą do niego takie właśnie niesamowite osoby. Jest on nieco ukryty, bo nie chcę mieć tu niepożądanych gości – mówi.
Z tego właśnie powodu trzeba głośno zapukać, aby zostać wpuszczonym. Istnieje powiedzenie, że jeśli masz coś wyjątkowego, to ludzie sami do ciebie przyjdą. Kristin przez lata tworzyła ten wyjątkowy sklep i nie musi go teraz nigdzie reklamować. Nie musi daleko wyjeżdżać, bo to miejsce przyciąga do niej świat. Ma grupę zaprzyjaźnionych Szwedów, którzy przylatują porannym samolotem, spędzają u niej cały dzień i odlatują wieczorem. To dla niej wielki komplement. Ten sklep uwielbiają osoby w każdym wieku. Dorośli, częściowo dlatego, że przypomina im dzieciństwo. Kristin nagromadziła tam tysiące cennych skarbów i ludzie po prostu chcą je oglądać. Kupują je z różnych przyczyn. Dlaczego kupujemy sobie rzeczy? Jedni wydają 5000 funtów na buty, które założą tylko raz w życiu, a inni ostatnie grosze na miniaturki. Kupują je z miłości do pięknych rzeczy i jubilerskiej roboty. Jeszcze inni mają domki dla lalek, które wyposażają przez całe życie. Czasem z tak prozaicznych powodów jak taki, że uwielbiają bezy i chcą mieć bezę w skali 1:12.
Królowa second handów
Ona sama wydaje ostatnie pieniądze na miniaturki. – Gdybym miała dwa funty, kupiłabym cebulę, a resztę przeznaczyła na moją pasję – przyznaje. – Ludzie mają różne priorytety. Wiem, że jedzenie jest ważne, ale do przyrządzenia wyśmienitego posiłku potrzebne mi jest tylko kilka prostych składników. To, co mogę zrobić z kilograma ziemniaków, cebuli, kilku puszek pomidorów, czosnku, odrobiny mięsa i jaj ze wsi starczyłoby, aby nakarmić wszystkich moich sąsiadów. Ludzie wydają 40 tysięcy funtów na wyposażenie kuchni, ale nigdy z niej nie korzystają, bo stołują się poza domem. Moja idea kuchni jest inna, opiera się na wspólnym gotowaniu z rodziną i przyjaciółmi.
Kristin prowadzi bardzo prosty tryb życia. Nauczyła ją tego matka, której dom był zawsze otwarty na gości. Nigdy nie wiedzieli, ile osób będą mieli na kolacji. – Potrafiła z garści ryżu i warzyw ugotować treściwe danie. Wysyłała nas do ogrodu, abyśmy nazbierali brokułów i marchewek, które potem siekała i wrzucała do jednego garnka z garścią orzechów oraz rodzynek i tak wyglądało nasze życie – wspomina.
Nie przelewało im się, bo ojcu ciężko było sprzedać swoje prace, ale byli szczęśliwi. Dzięki temu nauczyła się, jak sobie radzić w trudnych sytuacjach i jak zrobić coś z niczego. – Chodzę ulicami i myślę sobie: co za piękne krzesło ktoś wyrzucił. Więc biorę to krzesło, aby siedzieć w nim i słuchać jazzu w naszym rodzinnym domu na wsi, który jakimś cudem przetrwał od XV wieku.
Jej stół kuchenny kosztował ją 75 pensów i służy przez całe życie. Sama nigdy nie kupiła nic nowego, oprócz kuchenki gazowej, na którą namówił ją mąż. Większość sklepów kupuje towar, aby go potem sprzedać, ale nie Kristin. – Gdybym miała jutro zamknąć sklep, byłabym szczęśliwa zatrzymując te wszystkie klejnoty dla siebie. Niektóre rzeczy są tu już od dziesięciu lat i wygląda na to, że nigdy się nie sprzedadzą. Uwielbiam patrzeć jak ludzie się cieszą eksplorując mój sklep. To jest bezcenne.
Roma Piotrowska
Zdjęcia Michał Andrysiak
ARTeria w Borough
July 19, 2009

- I was impressed by the way a group of artists had collaborated and come together to show the extraordinary quality and diversity of Polish art we have right here in Southwark. This is something to celebrate and to be grateful for, and I can think of no better setting for this than the crypt and East Garden of the ancient church of St George the Martyr. Rev. Ray Andrews

Przesuwamy się bliżej Tamizy, i to nie byle gdzie, na SOUTHBANK, czyli tam, gdzie stolica tętni sztuką.
Wiedzieliśmy, że pierwsze spotkanie-wernisaż zorganizowany w kwietniu przez Nowy Czas w
Nolias Gallery przy Old Kent Road nie będzie ostatnim, ale takiego awansu nikt z nas nie przewidywał. Jak to zwykle w przypadku otwartych wystaw bywa (a otwartość była naszym priorytetem), ktoś niespodziewany przyjdzie, zobaczy, otworzą się inne możliwości. I tak też się stało. Poznaliśmy mnóstwo ciekawych ludzi, artystów z innych części Londynu, którzy przekonywali nas do zorganizowania podobnych spotkań w północnym czy zachodnim Londynie.
W Nolias Gallery pojawił się też Ray Andrews, proboszcz XVIII-wiecznego kościoła St George the Martyr w Borough (na przeciwko stacji metra Borough). Tego samego dnia powstał pomysł przeniesienia wystawy do zabytkowych krypt kościoła St George the Martyr.
Wystawa i koncerty muzyki klasycznej, jazzowej i folkowej odbędą się w dniach 18-19 września
St George the Martyr
Borough High St
London, SE1 1JA
Wstęp wolny
Szczegóły podamy w najbliższych numerach Nowego Czasu
i na stronie: www.nowyczas.co.uk
Dan Brown jest ignorantem!
July 19, 2009
Z hiszpańskim pisarzem Eduardo Mendozą rozmawia Łukasz Stec.
Dla wielu pana czytelników było sporym zaskoczeniem, że umieścił pan akcję swojej najnowszej książki w Ziemi Świętej z czasów Jezusa. Czy inspiracją dla powstania tego literackiego apokryfu była literatura pokroju książek Dana Browna? Mam wrażenie, że momentami parodiuje pan tego typu twórczość w „Niezwykłej podróży Pomponiusza Flatusa”.
W pewnym sensie tak. Kiedy byłem dzieckiem, w mojej edukacji bardzo silną rolę odgrywała edukacja religijna. Poza tym uczono mnie wiele o kulturze antycznej. Byłem więc zszokowany ignorancją Dana Browna i jego bezsensowną fantastyką. Znam tę tematykę nieco lepiej od niego. Rzeczywiście, punktem wyjściowym przy pisaniu tej książki była jego twórczość, ale później, podczas pisania kolejnych stron, już o tym zapomniałem.
Wspomniał pan o swojej religijnej edukacji. W Hiszpanii uczył się pan w katolickim college’u. Czy to ze względu na traumy z tamtego okresu, zarówno w detektywistycznej trylogii, jak i w „Niezwykłej podróży Pomponiusza Flatusa” parodiuje pan postawę religijnych radykałów?
Tak. Kościół katolicki w Hiszpanii znacznie różni się od tego w Polsce. Tutaj Kościół był zawsze z ludźmi, u nas – z władzą i bogatymi. Był też bardzo represyjny. Mam złe wspomnienia z okresu nauki w katolickiej szkole. Bardzo znieważano tam uczniów. W ogóle nie brano pod uwagę potrzeb dzieci. Za bycie szczęśliwym było się karanym. Nie było mowy o grze w piłkę, mieliśmy się wyłącznie modlić. Traktowano nas jak dorosłych kryminalistów.
To, że zaczął pan pisać akurat komedie było formą odreagowania od poważnej pracy w ONZ?
Praca w ONZ miała dużo akcentów komicznych. Owszem, bywało dramatycznie, ale było też i komediowo. Tym bardziej że mieszkałem w tamtym czasie w Nowym Jorku, gdzie konwencja komediowa jest czymś powszechnym. Nowy Jork to mekka komedii.
Czy to prawda, że po publikacji barcelońskiej trylogii niektórzy urzędnicy miejscy oburzali się, że przedstawił pan miasto w złym świetle?
Zdarzały się takie głosy mało rozsądnych ludzi. A przecież te książki tworzą świetne publicity miasta nawet, jeśli nie przedstawiają go pocztówkowo. Co prawda, Barcelona jest tam miastem szalonym i skorumpowanym, ale to tak samo, jak ktoś opowiada żarty o lekarzach czy policjantach, a te grupy zawodowe miałyby się obrażać za dowcipy o nich.
W tej chwili czytelnictwo książek w Polsce wygląda tak, że bestsellerem jest tu pozycja, która sprzeda się w 10-20 tysiącach egzemplarzy. W Hiszpanii bestseller to milionowy nakład. Mamy podobną liczbę mieszkańców, więc jak uzasadniłby pan ten fenomen?
Fascynujące jest to, że jak się pojedzie do Hiszpanii, to wszystkich mieszkańców widzi się na ulicach, w pubach czy na plażach. Nie wiadomo kiedy ci ludzie czytają… Ale jednak kupują książki. Szczególnie kobiety. Kiedyś niższe klasy w ogóle nie czytały, teraz każdy w Hiszpanii chce ukończyć uniwersytet i dużo czytać.
Sztuka dla sztuki? Nie! Marihuany
July 19, 2009
Plantatorzy – mówi o nich Jacek, artysta malarz pasjonujący się aranżowaniem wnętrz, który nadał temu domowi nowego blasku. – Tak ich teraz czasem z żoną nazywamy, oczywiście żartobliwie – dodaje. Jacek w Polsce ukończył malarstwo na Akademii Sztuk Pięknych. W Londynie mieszka z żoną Sarą od ośmiu lat. Utrzymują się z projektowania i renowacji wnętrz. Zajęcie to jest nie tylko źródłem dochodu, ale przede wszystkim ich wielką pasją. Projektują, nadzorują prace remontowe, kupują meble i wyposażenie, a później wynajmują mieszkania i zarządzają nimi.

Wszystko zaczęło się od domu w południowym Londynie, który para wynajęła od pewnego Irlandczyka. Znajomość ta nie tylko zaowocowała przyjaźnią, ale też doprowadziła do obopólnej współpracy, bo Jacek z Sarą odnawiają teraz i opiekują się innymi nieruchomościami, które posiada Irlandczyk, podnosząc ich wartość rynkową i funkcjonalną. Podczas remontowania domu w Herne Hill wprowadzono kilka konstrukcyjnych zmian likwidując jedną ze ścian maleńkiej kuchni, otwierając znacznie przestrzeń i uzyskując miejsce na dodatkową toaletę, która była niezbędna w przypadku aż czterech sypialni. Prace trwały ponad dwa miesiące. Zielone ściany, białe akcesoria oraz ciemnobrązowe, stare meble stworzyły przyjazną dla oka atmosferę odnowionego wnętrza.
CISZA PO BURZY
Ten dwukondygnacyjny dom pochodzący z przełomu XIX i XX wieku to uroczy biały budynek z czerwoną dachówką, murkiem, z żeliwną bramką i żywopłotem po obu stronach wejścia, usytuowany na cichej ulicy z rzędami równie uroczych domków. Po wejściu do środka szczypiący w nos smród sprawia, że chce się natychmiast zawrócić.
– Teraz w domu nie ma nic, ale kiedy wchodziło się do niego wcześniej, to naprawdę szczęka opadała. Był klasyczny, ale jednocześnie nowoczesny – Jacek przywołuje dawny wygląd mieszkania. – Były tam ładne stare meble, które kupiliśmy wcześniej i część z nich sami odrestaurowaliśmy. Jedna stara komoda, olbrzymia i ciężka, której teraz fragmenty znalazłem na górze, bardzo dobrze grała z resztą wnętrza. Nie wiem, czy została rozebrana czy połamana, ale właśnie tej komody najbardziej mi szkoda – była piękna i pasowała idealnie do salonu.
W tym samym salonie stoi teraz tylko stara sofa i mały stoliczek, bardzo zakurzone. Na kominku jest stare lustro, a przy nim widać jeszcze kępki zasuszonych liści marihuany. Na podłodze sześć worków z ziemią i kilkanaście butli z przeróżnymi chemikaliami – nawozami, odżywkami, środkami owadobójczymi, biały żyrandol z Ikei. Z sufitu zwisa pełno drutów, na których suszono dojrzałe kwiatostany. Wokół każdego okna i drzwi błyszczy taśma izolacyjna.
– Teraz mieszkanie jest już uprzątnięte, ale tutaj, gdzie widać resztki taśmy, wokół drzwi, była folia. Umieszczono ją wokół każdego okna, również na podłodze, wszystko było pokryte folią. To były takie naparowane inkubatory. Oni zbudowali tutaj przecież cały system nawadniający – opowiada Jacek.
MISTRZOWSKA ORGANIZACJA
Na drugim piętrze smród jest o wiele bardziej intensywny i tak jak na parterze, wszędzie widać resztki taśmy i drutów. Jaśniejsze, prostokątne ślady na drewnianej podłodze pokazują, gdzie wcześniej stały stare, masywne szafy. W łazience jest jeszcze więcej butelek z chemikaliami, a nad wanną, która służyła jako miska do mieszania odżywek i nawozów zawieszono pompę, która nawadniała wszystkie rośliny poprzez węże przechodzące do każdego pomieszczenia. Węże doprowadzono do każdego z nich z osobna poprzez dziury wywiercone w ścianach i podłodze/suficie. Plantatorzy dopilnowali również, aby rośliny miały odpowiednią wentylację. We wszystkich pomieszczeniach w ścianie lub na suficie jest dziura o średnicy około 30 centymetrów.
– Przez te dziury przechodził na samą górę aż do strychu kanał wentylacyjny, taka gruba srebrna elastyczna rura pokryta folią – mówi Sara.
Chińczycy popisali się nie lada sprytem w dziedzinie kamuflażu. Wszystkie żaluzje były opuszczone, zasłaniając folię, natomiast trzy okna w wykuszu w salonie nie były osłonięte z osobna, lecz zostały odgrodzone od reszty pokoju ścianą z folii. W tę odgrodzoną przestrzeń przeciągnęli kabel z żarówką i tekturowym abażurem, który dawał niezbyt ostre światło sugerujące, iż ktoś tam mieszka.
Zaskakującą fachowością wykazali się też w przypadku elektryczności. W każdym pokoju zainstalowano panele z bezpiecznikami, kontaktami i zegarami umożliwiającymi czasowe włączanie się światła. Było tam mnóstwo żarówek o ogromnej mocy i mnóstwo termometrów. Prąd ściągnęli bezpośrednio z ulicy, zakładając osobny rachunek na jednego z lokatorów. Rachunek ten wynosi 7318 funtów za okres trzech tygodni.
– Elektryk musiał być mistrzem – to, że cała ta instalacja się nie spaliła przy tym natężeniu jest naprawdę niesamowite. Nasz znajomy elektryk – mówi Jacek – który pomagał nam to wszystko rozmontować powiedział, że użyli zegarów, które stosuje się tylko przy dużych mocach.
Jakby tego było mało, firma dostarczająca prąd ostatecznie odcięła jego dostęp do domu, a ponowne podłączenie potrwa ponad dziesięć tygodni i będzie kosztowało kilka tysięcy funtów.
KROK PO KROKU
Ogłoszenie dotyczące wynajmu Jacek i Sara zamieścili na gumtree.com oraz w gazecie Loot. 1 kwietnia do mieszkania wprowadzili się Chińczycy: trzech mężczyzn i kobieta. Wszyscy mieli referencje i paszporty.
Jak doszło więc do całej afery? Sara twierdzi, że absolutnie niczego podejrzanego nie zauważyli.
– Wszyscy mieli pracować jako kucharze w bardzo dobrych restauracjach w Londynie. Wszystkie referencje sprawdziłam osobiście i wszystko było ok, więc nie miałam żadnych podejrzeń. W każdym razie depozyt i 1700 funtów za czynsz zapłacili gotówką, kolejny również wpłacili na czas, więc my też nie chcieliśmy szukać problemu tam, gdzie go nie ma.
– Jeszcze jakoś na początku maja spotkaliśmy się z nimi, żeby odebrać dokumenty i wszystko było w porządku, oni eleganccy, a mieszkanie czyste i uporządkowane jak pod linijkę, na barku stał kosz z owocami. Zero podejrzeń – dodaje Jacek.
Dwa tygodnie później Sara urodziła dziecko, więc nie było czasu ani okazji do dalszych oględzin. A z drugiej strony nie było powodów do podejrzeń. Dopiero po dwóch miesiącach pojawiły się problemy. 10 czerwca Jacek z Sarą zorientowali się, że nie otrzymali trzeciej wpłaty za czynsz, która miała wpłynąć 1 czerwca. Zadzwonili do wynajmujących i usłyszeli, że tamci właśnie wracają z Chin i wszystko uregulują. Ale później telefonu już nie odebrali.
Jacek i Sara pojechali więc do domu zbadać sprawę, ale nie weszli do środka, bo jeden z zamków został zmieniony. Dowiedzieli się później od sąsiadki, że przez policję. Jak się okazało, policja odkryła plantację marihuany podczas jednego z patrolów – pootwierane drzwi i okna wzbudziły ich podejrzenia. Pozostałości po uprawie Jacek i Sara ujrzeli przez jedną z powyginanych żaluzji.
– Wszędzie były porozstawiane doniczki, straszny sajgon, więc był to niezły szok. Nie wchodziliśmy do środka, bo nie wiedzieliśmy, czy cała praca jest w trakcie, czy może znajdziemy tam na przykład zabitego Chińczyka…
Sara i Jacek poinformowali właściciela i daremnie próbowali przez tydzień uzyskać od policji klucz do zmienionego zamka. W tym czasie ktoś już jednak zdążył włamać się do pustego mieszkania przez tylnie drzwi.
– Był to wielki szok. Po prostu straszna rzeźnia – mówi stanowczym głosem Jacek. – Tam musiało w pewnym momencie przebywać kilkanaście osób na raz i musieli pracować jak mrówki, żeby to wszystko zbudować. Potrzeba było do tego mnóstwo pracy. A wszystko to wydarzyło się przecież zaledwie w przeciągu trzech, czterech tygodni.
Sara przyznaje, że szkoda jej tego domu, który według niej ma coś w sobie. A Jacek dodaje: – Nie czułem złości, jak to zobaczyłem, ale troszkę mnie to podłamało, bo jednak szkoda całej naszej pracy. Trwała ona ponad dwa miesiące. Ale najbardziej zaskoczyła mnie ilość pracy, którą oni musieli włożyć w całą tę konstrukcję, a przy tym ta „chińskość” tej roboty. Ale nie da się ukryć, że dali radę.
Przed uprzątnięciem sceny zdarzeń w każdym pokoju nie było niczego poza czarnymi, kwadratowymi doniczkami z resztkami sadzonek – w każdym, oprócz kuchni, w której stała kanapa i mały stolik, małej toalety na dole, która zmagazynowała 20 worków ziemi, oraz łazienki, która posłużyła za laboratorium. Doniczki były poupychane gdzie tylko się dało je wcisnąć. Hodowcy wykazali się absolutnym profesjonalizmem w montażu i organizacji całej plantacji.
Podczas sprzątania na piętrze Sara zauważyła, że sufit lekko się osunął w jednej z sypialni. Okazało się, że na strychu umieszczono kolejne 90 doniczek wraz ze starymi meblami, które swoim ciężarem wygięły sufit.
– Największym szokiem było dla mnie to, że wszystkie meble, które były masywne i ciężkie, zapakowali właśnie na strych, który nigdy wcześniej nie był używany, po to, żeby ich nie wystawiać na zewnątrz i nie wzbudzać podejrzeń. I że zdołali się z tym wszystkim tak szybko uwinąć – dziwi się Jacek.
W całym domu doniczek było około 400, tyle samo było roślin. W przypadku tak profesjonalnie zorganizowanej plantacji – nawadnianej, nawożonej, docieplanej i wietrzonej jedna roślina może wyprodukować 50, jeśli nawet nie 100 gramów marihuany. Przyjmując ten najniższy próg można oszacować, iż Chińczycy wyprodukowali około (co najmniej!) 20 tysięcy gramów trawy. To ponad 110 tysięcy funtów zarobku.
– Znalazłem tam nawet taki specjalny nawóz, umożliwiający roślinie ponowne zakwitnięcie – dodaje Jacek.
Plantatorzy byli doskonale przygotowani na każdą ewentualność, doskonale wiedzieli, co robią i jak się za to zabrać, a następnie po prostu zniknęli bez śladu. W sprawie toczy się śledztwo, jednak policja niespecjalnie się tym interesuje. Chińczycy tymczasem pewnie zbierają kolejne plony.
NA DOBRY POCZĄTEK
Wnętrze będzie ponownie odnawiane. – Mamy ogromny sentyment do tego domu – mówi Jacek. – Odnawiane go będzie wielką przyjemnością. Zrobimy teraz wszystko troszkę inaczej.
Zapytany o kolor ścian mimo wszystko z przekonaniem utrzymuje, iż w tamtej przestrzeni najlepiej prezentuje się kolor zielony. Jako miłośnik rzeczy znalezionych zatrzymał również dwa plastikowe chińskie bożki.
Imiona osób występujących w reportażu zostały zmienione
Tekst: Magdalena Jackiewicz
Zdjęcia: Zofia Noga, Paweł Wąsek
Kocham to miejsce
July 13, 2009
Moja przygoda z Fawley Court zaczęła się ponad 23 lata temu, kiedy jako młoda osoba zostałam tam zabrana przez przyjaciela na tzw. wycieczkę-niespodziankę. Obydwoje należeliśmy wówczas do bardzo popularnego i dobrze zorganizowanego Zrzeszenia Studentów i Absolwentów Polskich za Granicą. Wszyscy byliśmy głęboko i entuzjastycznie zaangażowani w sprawy zrzeszenia organizując spotkania towarzyskie, wspólne wycieczki, dyskutując na różne tematy, zarówno dotyczące zrzeszenia, jak i Polski, tym bardziej że byliśmy pokoleniem solidarnościowym. Planowaliśmy weekendowe wypady na zwiedzanie historycznych miast lub zastanawialiśmy się, gdzie spędzić letnie wakacje – Penhros (północna Walia, gdzie znajduje się wspaniała polska placówka), a może wspinaczka w Snowdonii czy wędrówki po Lake District. Jednym z takich miejsc wypadowych był również Fawley Court, gdzie przy ognisku i radosnym śpiewie z akompaniamentem gitar siedzieliśmy do późnych godzin nocnych zajadając smażone kiełbaski w blasku księżyca i migoczących gwiazd.
Pierwszy wypad do Fawley Court wywarł na mnie tak wielkie wrażenie, że ilekroć zawitałam tam potem, emocje były tak samo silne, jak pierwszego razu, kiedy przekroczyłam główną bramę od strony Henley. Wydawało mi się wówczas, że wjechałam w świat rajskiej natury, otoczona soczystością zieleniejących łąk, biegających po nich zajęcy i pięknych, starych drzew, które niczym strażnicy chroniły wejścia do tej wspaniałej posiadłości. Zaraz za zakrętem powoli wyłaniał się w blasku letniego słońca okazały budynek. Kiedy wysiadłam z samochodu i zobaczyłam go z bliska, byłam oczarowana. Z niecierpliwością otworzyłam ciężkie, dębowe drzwi. Przywitała mnie postać pięknie wyrzeźbionej w drewnie figury św. Józefa. Z wielkim zainteresowaniem zwiedziłam muzeum, oglądając portrety polskich królów, portrety ks. Józefa Jarzębowskiego, generała Hallera, marszałka Józefa Piłsudskiego i innych. Przede wszystkim jednak utkwił mi w pamięci dużych rozmiarów obraz syberyjskiej drogi.
Pamiętam, jak bardzo czułam się dumna, że jestem Polką i że to historyczne miejsce należy właśnie do nas, Polaków, że właścicielami są polscy księża Marianie.
Po obejrzeniu muzeum i wspaniałej biblioteki, gdzie znajdowały się dokumenty podpisane przez polskich królów, poszliśmy na spacer brzegiem kanału do Tamizy. Po raz pierwszy mogłam podziwiać przepływające koło nas prywatne łodzie, których właściciele z uśmiechem machali do nas na powitanie.
Dzień zbliżał się powoli ku końcowi, a ja wciąż nie mogłam nasycić zmysłów urokiem tego miejsca. Największe wrażenie zrobiła na mnie nie tyle kaplica, której ołtarz był zrobiony na wzór skrzydeł husarskich wykutych w brązie, ale grota Matki Boskiej przypominająca Lourdes. Jestem osobą głęboko wierzącą, podziękowałam więc w modlitwie Matce Boskiej za tak wspaniale przeżyty dzień oraz Panu Bogu za to, że my, Polacy, mogliśmy być w posiadaniu tak pięknego miejsca. Prosiłam też Matkę Boską, by zawsze czuwała nad Fawley Court, księżmi i osobami, które tam pracują.
To był początek mojej miłosnej przygody z tym miejscem, która trwa po dziś dzień. To miejsce jest również ważne dla moich dorastających już synów, którzy – można powiedzieć – „spędzili” swoje dzieciństwo w Fawley Court. Jeśli tylko miałam czas i czułam potrzebę odprężenia się, przyjeżdżałam do Fawley Court. Przy okazji odwiedzaliśmy ks. Pawła Jasińskiego, a następnie przybyłego tam później ks. Andrzeja Janickiego, któremu zawsze powtarzałam, że jest taki kochany. Zresztą kto go nie kochał? Ktokolwiek się z nim zetknął, był pod urokiem jego serdeczności, mądrości i uduchowienia. Ks. Andrzej udzielił mi ślubu i ochrzcił moje dzieci. Jego przytulny pokój na poddaszu był czymś w rodzaju kapliczki, biblioteki i sklepu z pamiątkami. Ze smutkiem musieliśmy się pogodzić z jego wyjazdem do Polski, do domu opieki dla księży. Jego pogodne oczy i ciepły uśmiech zostanie w mojej pamięci na zawsze.
Na szczęście pojawił się ks. Tadeusz, który swoim miłym głosem i dobrodusznym uśmiechem zawsze serdecznie nas witał. Zaprzyjaźniliśmy się również z siostrami, szczególnie z siostrą Bożeną i Elżbietą, których kulinarne talenty były legendarne. Z radością witała nas też pani Teresa Gibson, która była wówczas kierowniczką do spraw zarządzania personelem usługowym.
Spędzaliśmy tam całe dnie na łonie natury. Ja czytałam, a chłopcy szaleli grając w badmintona, szukając rybek w wodzie lub buszując i sprawdzając, co w trawie piszczy. Pod koniec dnia z ociąganiem zwijaliśmy manatki i wyruszaliśmy w drogę powrotną do Londynu, nigdy jednak nie zapominając, by choć na chwilę zajść do Matki Boskiej, by jej podziękować za ten przywilej spędzenia dnia w tym pięknym miejscu i pomodlić się za jego gospodarzy.
W ostatnich dwóch latach ze względu na sytuację osobistą odwiedziłam Fawley Court tylko dwa razy, ale moja tęsknota za nim była nieustanna, tym bardziej że rosną tam dwa posadzone przeze mnie drzewka – kasztan i żołądź. Te stare drzewa, które otaczają Fawley Court, też ktoś przecież kiedyś zasadził i po dzień dzisiejszy sprawiają nam tyle radości. Być może i moje sprawią kiedyś komuś taką samą radość.
W ostatni majowy Bank Holiday pojechałam ze starszym synem do Fawley Court, żeby zobaczyć, między innymi, jak rosną nasze drzewka. Przejeżdżamy przez bramę i wracają cudowne wspomnienia. Zatrzymaliśmy się na poboczu, żeby przywitać nasze drzewka i porobić przy nich zdjęcia. Rosną zdrowo. Co za radość z ich widoku…
Po chwili, zbliżając się do budynku zauważyłam ks. Andrzeja Godkiewicza. Zagadnęłam, że przyjechałam na chwilę odwiedzić Fawley Court zanim będzie już za późno. Zamieniliśmy parę słów, a po chwili ks. Andrzej ze smutkiem, lecz bez nostalgii powiedział:
– Tu wszyscy chcą przyjeżdżać i z tego korzystać, ale nikt nie chce płacić. Tablica jest wywieszona przy wjeździe i pisze, że za wjazd trzeba płacić, widziała ją pani.
– Nie – odpowiedziałam zdziwiona i skrępowana. – Od lat tu przyjeżdżam i nigdy jej nie widziałam – odpowiedziałam.
– A widzi pani, ona tutaj stoi już dwa lata, ale nikt na nią nie zwraca uwagi. Każdy przyjeżdża tutaj jakby to była jego własność. Utrzymanie tego wszystkiego przecież bardzo dużo kosztuje – mówił oddalając się w stronę kościoła.
Poczułam się bardzo zmieszana, nie bardzo wiedząc co odpowiedzieć i co ze sobą zrobić, bo nigdy nie spotkałam się tu z takim przywitaniem.
– To w takim razie może zapłacę – zawołałam, ale on jakby nie słyszał, albo może nie chciał…
Stałam przez chwilę nie wiedząc, co mam zrobić – pójść po syna, poczekać na księdza czy wracać z powrotem. Po chwili wrócił Jacek. W drodze do groty powiedziałam mu, co się stało. Usiedliśmy przed grotą i zastanowiliśmy się nad tym, co powiedział ksiądz, dochodząc do wniosku, że właściwie to on miał rację. Przecież utrzymanie tej posiadłości musi bardzo dużo kosztować, dlatego – żeby ośrodek istniał – powinno się go wspomagać nie tylko finansowo, ale również pomagać księżom w jego zarządzaniu, dla ich dobra i dla dobra polskiej społeczności.
Poczuliśmy się bardzo uprzywilejowani, że przez lata dane nam było korzystać z tego wspaniałego obiektu i jego pięknego otoczenia. Jestem przekonana, że takie odczucie ma każdy, kto kiedykolwiek korzystał z gościnności tego miejsca. A było ono – jak przysłowie mówi – czym chata bogata, tym rada. Obchodzone tam przez dziesięciolecia Zielone Świątki były nie tylko podniosłą uroczystością, dumą z naszej polskości, ale również okazją do masowych spotkań z przyjaciółmi i znajomymi, których się dawno nie widziało, rozkoszowaniem się, za drobną opłatą, polskim bigosem, wędlinami i pysznymi wypiekami. Liturgia mszy świętej odprawiana była przy ołtarzu polowym ze względu na ogromną liczbę przybyłych z różnych zakątków nie tylko Londynu, ale i Anglii wiernych, których śpiew roznosił się wkoło aż po drugi brzeg rzeki.
Był czas, że Fawley Court słynął nie tylko z odprawianych tam Zielonych Świątek, tradycyjnej polskiej Wigilii, Bożego Narodzenia i Wielkanocy wraz ze święconym, ale również ze wspaniałych przyjęć ślubnych.
* * *
Zapaliliśmy świeczki, złożyliśmy ofiarę i w skupieniu powierzyliśmy swoje intencje Matce Bożej, prosząc, by Fawley Court mógł nadal pozostać w polskich rękach, a nie tylko w naszej pamięci.
Choć było już szaro, poszliśmy jeszcze w stronę rzeki. Wieczór był cichy i spokojny, od czasu do czasu słychać było tylko ćwierkanie ptaka. Przed nami rysowała się coraz wyraźniej stara olcha. To piękne, olbrzymie drzewo stojące przy samym brzegu rzeki zawsze sprawiało mi swoim widokiem wiele radości. Szeleszcząc wdzięcznie listkami przy najmniejszym wietrze, dawało latem schronienie pod swoimi rozłożystymi konarami. Kiedyś na jednej z gałęzi ktoś zawiesił gruby, mocny sznur i przymocował do niego deskę, na którą wskakiwały moje rozbawione dzieci, rozhuśtując ją tak, że nogami chłopcy sięgali prawie do wody w Tamizie.
Wracając znad rzeki widzieliśmy z daleka zapalone przez nas świeczki, które zlewały się w jeden płomień. Robiło się późno i coraz ciemniej, czas wracać, ale nieodparta chęć wstąpienia jeszcze raz, choć na jedną małą chwilę do Matki Boskiej była mocniejsza. Podchodzimy, chwila skupienia, każdy z nas pogrążony w swoich myślach i modlitwach. Ja swoje jeszcze raz kieruję do Matki Bożej o opiekę nad Fawley Court, księżmi, którzy go prowadzą i ludźmi, którzy go doglądają, by mógł pozostać w naszych polskich rękach na kolejne pokolenia.
Mijając kościół zauważyliśmy płonące nad ołtarzem świece oświetlające oblicze Chrystusa. Poczułam ucisk w sercu i łzy w oczach…
Spójrzmy w głąb naszych serc i zróbmy wszystko, żeby ratować to miejsce, które było nam – jako narodowi na obczyźnie – przeznaczone, byśmy myśląc o nim, nie mówili jak Adam Mickiewicz:
Litwo! Ojczyzno moja!
Ty jesteś jak zdrowie;
Ile cię trzeba cenić,
Ten tylko się dowie,
Kto cię stracił…
Alicja Głowacka
Czy POSK-owi grozi zagłada?
July 11, 2009
Z Markiem Laskiewiczem, działaczem polonijnym, ekonomistą i historykiem-hobbystą rozmawia Maciej Psyk.
Po 2004 roku nowa fala imigrantów z Polski była znacznie liczniejsza niż ta, która zamieszkała tu po II wojnie . Czy Pana zdaniem te „fale” są ze sobą zintegrowane?
– Chciałbym aby tak było. Jestem przekonany, że jest to w naszym wspólnym interesie. Dorobek emigracji niepodległościowej powinien być kumulowany i przekazywany w naturalnej sztafecie pokoleń. Naturalne jest dla mnie, że tzw. „fale” powinny działać razem, zwłaszcza w tych ostojach polskości, które zostały zbudowane przed wstąpieniem Polski do Unii Europejskiej. Różnice wieku między Polakami na Wyspach nie powinny odgrywać większej roli niż ma to miejsce we wszystkich zdrowych społeczeństwach to znaczy nie powinny być źródłem podziałów. W praktyce wydaje mi się, że jest wiele różnych oznak, że w naszej społeczności nie jest to do końca prawda. Z przyczyn historycznych istnieją odmienne środowiska i na pewno nie jest wszystko robione, aby to przezwyciężyć.

Marek Laskiewicz
Co poza wiekiem różni te pokolenia Polaków i ich środowiska?
– Wychowanie w dwóch różnych światach – w etosie przedwojennym, który w prostej linii miał kontynuację wśród Polonii brytyjskiej i w dzisiejszym świecie konsumpcyjnym, poprzedzonym także okresem PRL-u. Nawet używana polszczyzna jest wyraźnie inna. Przekłada się to na pewien ekskluzywizm niektórych działaczy starszego pokolenia i zabójcze przekonanie o własnej wyższości. Muszę powiedzieć, że jestem stanowczo przeciwny takiej elitarności. Prowadzi to do przekonania, że to środowisko samo w sobie jest nośnikiem kultury wysokiej a inne – kultury masowej. To gorszące założenie. Nie jest dla mnie problemem, że młodzi ludzie bawią się w dyskotekach a innego dnia przychodzą do POSK-u uczestniczyć w wydarzeniach kulturalnych. Odnoszę wrażenie, że wiele osób miałoby problem, by się pod tym podpisać. Podczas prezesury pani Ewy Brzeskiej ten problem stał się szczególnie wyraźny. Niektórym osobom odmawiano członkostwa w POSK-u z powodów, których nie udało mi się poznać.
Kandydował Pan na prezesa POSK-u. Jakie zmiany chciał Pan wprowadzić?
– Chciałem pomóc przezwyciężyć ten cichy lecz dający się odczuć podział na młodych i starych. Pierwsze co chciałem zrobić to zaprosić do członkostwa w POSK-u jako osoby indywidualne stu wyróżniających się liderów społeczności polskiej młodego i średniego pokolenia. Zrobić radykalny krok naprzód i te członkostwa wręcz rozdać. Otworzyć podwoje dla wszystkich istniejących grup i organizacji powstałych w ciągu ostatnich pięciu lat, zmagających się z problemami lokalowymi, finansowymi i innymi. Dać im to czego potrzebują, a nie to co chcemy, by reprezentowali. Tylko tak można uratować POSK jako żywe, dynamiczne i samowystarczalne centrum polskości w Wielkiej Brytanii. Niestety mój program nie spotkał się z aprobatą. Tymczasem dreptanie w miejscu działa na niekorzyść nas wszystkich i może w ciągu kilku lat doprowadzić do powolnej śmierci tej instytucji.
Czy to Pańskim zdaniem realne zagrożenie?
– Dziś wydaje się to nierealne, ale wszystko zmierza ku temu, że w nieodległej przyszłości POSK podzieli los Fawley Court. Jego sprzedaż też wydawała się niemożliwa, a jednak stała się faktem. Musi to być dzwonkiem ostrzegawczym i sygnałem, że to samo może stać się z POSK-iem. Będą listy otwarte, protesty, prośby – a to wszystko nic nie da. POSK zostanie sprzedany za cenę rynkową i tak zniknie symbol Polonii powojennej. Droga do tego scenariusza jest wyraźnie zarysowana. Jeżeli finanse POSK-u nie zostaną uzdrowione grozi mu bankructwo w ciągu kilku lat. To zaś nie będzie miało miejsca bez wprowadzenia mojego planu – bez względu na to pod czyim kierownictwem. Przeciwnie, pogrążanie się w samozadowoleniu i przekonaniu o świetlanej przyszłości bez wprowadzenia głębokich reform tylko przybliża twarde zderzenie z rzeczywistością.
Proszę więc powiedzieć co Pana tak niepokoi. W jaki sposób może dojść do upadku POSK-u?
– Od wielu lat POSK wykazuje stratę netto. W ciągu pięciu lat 2003-2007 stracił łącznie 2 mln 422 tys. 991 funtów, a otrzymał 2 mln 620 tys. 15 funtów. Strata w 2008 roku wynosiła 350 tys. funtów. Rekordowy był rok 2003 kiedy deficyt wyniósł 696 tys. funtów. To są oczywiście oficjalne dane dostępne członkom Rady POSK-u. Deficyt ten jest pokrywany z darowizn, głównie zapisów testamentowych. Innymi słowy, POSK istnieje jeszcze tylko dlatego, że umierają ludzie, którzy go zbudowali. Co jest dość perwersyjnym powodem do optymizmu. Kiedy dochody z testamentów i innych donacji spadną nastąpi katastrofa.
Zapowiedziałem, że jeśli zostanę wybrany zrobię wszystko, by zrównoważyć budżet a donacje wykorzystywać tylko na rozwój działalności, a nie finansowanie wydatków. Mam nadzieję, że mój kontrkandydat pan Lalko poradzi sobie ze stojącymi przed nim wyzwaniami.
Miał Pan zastrzeżenia co do transparentności finansów w tej instytucji. Z jakiego powodu?
– Teoretycznie zarząd POSK-u wybiera Rada złożona z 51 osób. W praktyce kontrola zarządu przez Radę jest, a przynajmniej była, czysto iluzoryczna. Ja jako członek Rady nie mogłem się dowiedzieć z kim, na jaki okres i na jaką kwotę podpisane są umowy handlowe. Nie można takich informacji ukrywać przed Radą pod pretekstem tajemnicy handlowej, bo wówczas kontrolna funkcja Rady staje się fikcją. A tak było w poprzedniej kadencji.
Sprawy finansowe były tematem jeśli nie tabu to przynajmniej w wyłącznej gestii zarządu. Na tym zarząd nie tylko nie zyskuje, ale traci, bo może to być okazją do domysłów i spekulacji. Nieprzejrzysty system refundowania wydatków doprowadził do nadużyć nawet w parlamencie brytyjskim, mimo wolnej prasy i kilkuset lat demokracji. Proszę sobie wyobrazić na jakie pokusy narażeni są członkowie zarządu POSK-u wydając co roku setki tysięcy funtów w sytuacji o wiele mniejszej kontroli. Skandal z wydatkami posłów doprowadził do reformy systemu refundacji kosztów. Więcej transparentności to dobra droga na uniknięcie pokusy nadużyć. Dotyczy to też innych fundacji i organizacji polonijnych, które dysponują sporym majątkiem praktycznie poza kontrolą. Na przykład Stowarzyszenie Polskich Kombatantów w ciągu kilku ostatnich lat sprzedało większość istniejących domów kombatanta. Na co były potrzebne te pieniądze – a mówimy o kwocie co najmniej kilku milionów funtów? Na co zostały wydane?
To nie są środki prywatne więc w myśl prawa sprawa jest publiczna, a jednak szczegółowe informacje nie są publicznie dostępne. Co jest dodatkowym powodem powściągliwości w kontaktach z osobami spoza jednorodnego i zaufanego środowiska. Ostatecznie brak transparentności zwiększa alienację, zagraża demokracji i potęguje istniejące problemy.
Drugie życie „Katynia”
July 1, 2009
Film Andrzeja Wajdy, choć nominowany do Oscara, świata nie zawojował. Tu i ówdzie odbyła się niejedna gorąca debata, głos zabierali historycy, krytycy, dziennikarze, po czym okazało się, że w Europie jest wciąż wielu ludzi, którzy zbrodnie komunizmu ignorują lub lekceważą, zaś nasze polskie pragnienie przekazania najbardziej oczywistej prawdy znów spezło na niczym.
Publiczność londyńska miała okazję obejrzeć „Katyń” rok temu podczas 6. edycji Festiwalu Filmu Polskiego Kinoteka. Później słuch o tym filmie zaginął, podobnie jak w wielu innych miejscach świata. Teraz wrócił i to od razu do 12 kin w całej Wielkiej Brytanii oraz Irlandii, dzięki temu zyskaliśmy dodatkową szansę przypomnienia Anglikom o naszej bolesnej historii.
Smutkiem napawa jednak fakt, że „Katyń” pojawił się w kinach zachodnich tylko i wyłącznie z powodu polityczniej awantury, jaka miała miejsce we Włoszech. Sprawa zaczęła się w Mediolanie, gdzie zorganizowano pokaz filmu Wajdy w salce jakiegoś studyjnego kina, która nie była w stanie pomieścić wszystkich chętnych, tym bardziej zawiedzionych, że miał to być jedyny pokaz. Niejaki Luigi Geninazzi z katolickiego dziennika Lavvenire napisał po seansie płomienny komentarz, nawołując do ponownego otwarcia włoskich kin dla dzieła Wajdy, a nawet do obowiązkowych pokazów tego filmu w szkołach. Temat szybko podchwycił znany z antykomunistycznych przekonań premier Sylvio Berlusconi, który zaraz po obejrzeniu „Katynia” pojechał na szczyt NATO do Strasburga, gdzie gorąco namawiał przywódców innych krajów do zapoznania się z filmem.
Podobno jako pierwszy obiecał mu to premier Gordon Brown. Potem poszło już gładko. W kwietniu tego roku otworzyli swoje oczy i serca Francuzi – rzekomo dlatego z takim opóźnieniem, bo dystrybutorzy czekali na jak największą liczbę kopii, by móc zorganizować pokazy w wielu kinach na raz. Wajda przyznał, że była to, jak dotąd, najbardziej zmasowana promocja jego filmu zagranicą. Włosi poszli jeszcze dalej i naprawdę pokazują „Katyń” na lekcjach historii. Odbyło się kilkanaście pokazów w Rosji, co można uznać za spory sukces.
I pomyśleć, że nie byłoby tego całego zamieszania, gdyby nie atak Berlusconiego na wiecznie zakochaną w Moskwie europejską lewicę. Słowa: „Subtelny bojkot filmu Wajdy” – to chyba najbardziej wyszukane określenie użyte w toczonym we Włoszech dyskursie.
W piątek, 19 czerwca, odbyła się londyńska gala w kinie Curzon Mayfair. Gości powitał historyk Adam Zamoyski. Film pokazywany jest też w Manchesterze, Bristolu, Cambrigde, Bradford, Edynburgu, Dundee, Iverness, Dublinie, Belfaście… Być może film ten dzieli ludzi, być może wielu z nich drażni, nudzi, męczy, ale nikomu nie wolno kwestionować prawdy, o której opowiada. Ilekroć jest okazja, by ją pokazać światu, tyle razy warto z tej okazji skorzystać, tym bardziej gdy nasza historia staje się obiektem publicznej debaty.
Jacek Ozaist
Pradziadek Michała zginął w Starobielsku
Na gali otwierającej oficjalne pokazy filmu „Katyń” na Wyspach Brytyjskich spotykam Michała Ćwiżewicza, skrzypka z Royal College of Music. Choć ma tylko 25 lat i urodził się w Londynie, jego życie związane jest mocno z tą jedną z największych tragedii naszego narodu. Pradziadek Michała zginął w Starobielsku, czego potwierdzenie znalazł ojciec Michała, Krzysztof Ćwiżewicz, dopiero w 1976 roku, kiedy po raz pierwszy przyjechał do Londynu i w Instytucie im. gen. Sikorskiego na Liście Katyńskiej było nazwisko dziadka.

Mjr Edward Reguła brał udział w obronie Lwowa dowodząc VI Brygadą Artylerii Ciężkiej. 29 listopada 1939 roku ślad po nim zaginął i dopiero rok później jeden z oficerów, jeńców Starobielska, napisał, że przebywa w obozie także mjr Reguła. Była to pierwsza i ostatnia wiadomość o pradziadku Michała. Aż do 1976 roku. Miał 42 lata, kiedy został przez Sowietów zamordowany.
Babcia Michała, Anna Ćwiżewicz po zmianach politycznych w Polsce zaczęła aktywnie działać w krakowskim oddziale Stowarzyszenia Rodzin Katyńskich. Z jej inicjatywy odbył się w 1998 roku w Domu Polonii w Krakowie koncert na rzecz budowy cmentarza w Charkowie. Michał wystąpił z recitalem, w czasie którego oprócz utworów Bartoka, Beethovena i Haendla zagrał własną kompozycję w hołdzie pradziadkowi.
Andrzej Polniaszek, przewodniczący Stowarzyszenia Rodzin Katyńskich w Wielkiej Brytanii, zaprosił Michała do Charkowa. W czasie uroczystości na Cmentarzu Wojskowym w Charkowie na ścianie gmachu, w którym mieściło się NKWD (nadal budynek tajnej policji ukraińskiej) Andrzej Wajda, syn zamordowanego w Charkowie żołnierza, odsłonił tablicę poświęconą polskim oficerom, a Michał Ćwiżewicz, prawnuk zamordowanego oficera odegrał utwór żałobny dedykowany swojemu pradziadkowi.
Michał 2004 roku wstąpił w telewizji BBC4 jako finalista konkursu BBC Young Musician Competition i z rąk księcia Karola odebrał dyplom. Po brytyjskiej premierze filmu „Katyń” powiedział: – Dla mnie ten film był nie o moim pradziadku, ale o mojej babci i prababci. Pokazał tę tragedię z punktu widzenia bliskich. Druga ważna dla mnie rzecz to propaganda wokół tej zbrodni, która doprowadziła do dość wygodnych decyzji w Jałcie. Gdyby nie to, że można było zwalić na Niemców tę zbrodnię, nie byłoby być może soweickiego zamordyzmu. Bolesną dla mnie sprawą jest cisza w Wielkiej Brytanii . Wychowany jestem w brytyjskiej demokracji i wolności słowa i nie mogę zrozumieć, dlaczego prośby o budowanie pomników katyńskich spotykały się tak długo z odmową. Wygodna polityka…
Teresa Bazarnik
Katyńska opowieść Andrzeja Wajdy
Czy podobał ci się film? – padło sakramentalne pytanie, kiedy wychodziłem z sali kinowej. Nie potrafiłem odpowiedzieć, a w zasadzie zaniemówiłem. Jak to podobał? Ten film uderza tak mocno, że jakakolwiek refleksja estetyczna jest niemożliwa. Chyba że ktoś tak bardzo poczuwa się do roli zawodowego recenzenta, że musi, i z tego musu opowiada zwykłe bzdury.
Film: Post MortemSłyszałem i czytałem sporo takich komentarzy, zanim zobaczyłem film, a mając coraz bardziej krytyczny stosunek do całokształtu twórczości Andrzeja Wajdy, byłem przygotowany na rozczarowanie. Teatralny i sentymentalny obraz największej naszej tragedii XX wieku – tego się spodziewałem. Naszej tragedii, bo zbrodnia na elicie naszego społeczeństwa dokonana przez Sowietów wymierzona była w nas wszystkich, w cały naród. Czułem niepokój, bo nie można o tej tragedii opowiadać w konwencji „Panien z Wilka”.
Od pierwszych kadrów nie pojawiła się jednak ani chwila, w której mógłbym pielęgnować swoje uprzedzenia. Film uderza swoją bezkompromisową potrzebą dotarcia do prawdy. I nie jest to tylko prawda o Katyniu, którą po pięćdziesięciu latach kłamstwa i przyzwolenia na kłamstwo poznaliśmy.
To był wysiłek reżysera, twórcy, który zmagał się ze swoim życiem, ze swoją pamięcią, swoim losem. Stworzone przez niego postaci na tle rzeczywistych wydarzeń prowadzą nas przez golgotę indywidualnego życia.
Każda partia dialogowa była wyznaniem artysty, zapisem jego dramatów i goryczy podjętych wyborów. Zapisem indywidualnych tragedii. „Życiorys ma się tylko jeden” – brzmiało heroiczne wyznanie młodego człowieka, który ubiegając się przyjęcie do szkoły w swoim curriculum vitae napisał, że ojciec zginął w Katyniu zamordowany przez Sowietów. Takiej wersji idąca zgodnie z linią partii dyrektorka szkoły przyjąć nie chciała. Zdolny uczeń mógł się do szkoły dostać bez problemu, wystarczyło zmienić tylko słowo w życiorysie. Odmawia, bo „życiorys ma się tylko jeden”. Jeszcze tylko przez ułamek dnia ta niezłomność dodawała mu sił, ale koniec tej drogi był nieubłagany. Zginął podczas próby aresztowania.
Andrzej Wajda był w podobnej sytuacji. Wielu jego krytyków, bardziej politycznych niż artystycznych, wypomina mu swego rodzaju politykę ugody z komunistami, czyli mordercami jego ojca. Czy podobna sytuacja w jego życiu, w której zachował się inaczej, była początkiem tej „ugody”? Powiedzieć w być może swoim ostatnim filmie „życiorys ma się tylko jeden”, to najbardziej bolesny rachunek sumienia.
„Jak to jest – zastanawiał się Józef Mackiewicz – że Niemcy robili z nas bohaterów, a Sowieci gówno?”. Film penetruje i tę prawdę. O to również niektórzy krytycy mieli pretensje do reżysera, a konkretnie, że wprowadzał w swoją opowieść o morderstwie katyńskim niepotrzebne wątki.
Mord katyński był początkiem czasów zniewolenia i nikomu wcześniej w takim skrócie nie udało się pokazać tego okresu. Ale też i czasów późniejszych, a nawet i współczesnych.
„ Ja myślę podobnie” – broni swojej postawy jeden z bohaterów. „To nieważne, co myślisz, ważne, co robisz” – słyszy w odpowiedzi. Wszyscy uczestniczyliśmy w kłamstwie katyńskim. Wajda dokonuje rozrachunku z własnym życiorysem, ale nie oszczędza także i nas. Niezłomni zginęli, inni, którym dopisało szczęście i z nieludzkiej ziemi wyszli z generałem Andersem, uniknęli po drugiej stronie „żelaznej kurtyny” trudnych dylematów. „Co pan robi w tym mundurze? – Nie zdążyłem do Armii Andersa” – takie proste wyjaśnienie składa porucznik Jerzy, którego ocalił los, po to, by zniszczyło go własne sumienie. W jego przypadku wyjściem z zakłamania jest samobójcza śmierć – tak między innymi kończyli niezłomni w komunistycznej Polsce. Kończyli też katowani w ubeckich więzieniach.
Prawdę historyczną o Katyniu poznaliśmy wcześniej. Można ją oczywiście na różne sposoby fabularyzować. Wajda tego nie zrobił, bo ważniejsza dla niego była prawda związana z mordem katyńskim, ale jeszcze nie ujawniona – prawda osobista. I to jest najbardziej powalające w tym filmie – myślę, że w równym stopniu dla twórcy, jak i widza.
Podziwiam i cenię artystów, którzy bez znieczulenia penetrują zakamarki własnej duszy. A kiedy, dzięki ich mistrzostwu, to co osobiste staje się uniwersalne, przychodzi kolej na widza.
Razem z Wajdą ujawniamy tę drugą prawdę o sobie, o podwójnych standardach, o życiu w strachu, zgodzie na zwykłe łajdactwo, usprawiedliwiane wyższą racją, o zdradach małych i większych, o małościach, które nas wewnętrznie wypalają.
Nie jesteśmy bez winy i dzięki filmowi Wajdy, nie przyjdzie już nam tak łatwo dzielić uczestników dramatu na ofiary i katów.
Kto jest bez winy? Czy ci, którzy twierdzą, że Wajda złagodził obraz oprawców wplatając do opowieści sceny z nazistami? Czy ci, którzy uważają, że za dużo tam wątków? A może ci, dla których w obrazie Wajdy jest za dużo symboliki? Nie ma sztuki bez symboliki. Nawet sztuka walcząca z symboliką robi to za pomocą… symboli.
Katyń to film druzgoczący, w którym ofiary mordu są naszymi sędziami. Pamiętaj, nie zaznasz spokoju, jeśli nie upomnisz się o swoich zmarłych.
Grzegorz Małkiewicz





Komentarze