Uczta w Croydon
June 17, 2009 · Drukuj
Aż wierzyć się nie chce, że im się chce. Tak napisałam kilka lat temu o chórze Ave Verum. Że im się chce poświęcać godziny po pracy, wolne chwile, żeby śpiewać. I polskość wyśpiewywać na obcej ziemi. I w tym śpiewaniu podsycać żar swojej polskości. Bo się w nich ta polskość pali. Nie zgaszona dorastaniem w obcości. Nie poszarzała od kompleksów ani poczucia kulturowej niższości. Ani niedoceniania naszej heroicznej przeszłości.
Oni, to nasze młode pokolenie, nie mają takich kompleksów, jakie my mieliśmy. Wychodzą z tą swoją polskością na estrady ku innym i ku nam. Przełamują uprzedzenia nie politycznymi tyradami ani popisami o naszej martyrologii, ale śpiewaniem o naszym kraju. O jego obyczajności i obyczajach, tradycji i wierze.
Chórowi Ave Verum udało się wypracować ten schemat lekkości i zmienności nastrojów śpiewania. I wkomponować w to śpiewanie tę naszą już dwoistość kulturową. Tę naszą polsko-angielską dwoistość, jaka jest w nas.
Niezła to mieszanka. Można by powiedzieć unijna. W minioną niedzielę okazało się przecież, że Polacy w kraju przypieczętowali unijność w eurowyborach. Skromną wprawdzie frekwencją, ale pewnym siebie wynikiem. Prawie już skokiem na znaczące miejsce w europarlamencie. I w tę minioną niedzielę chór Ave Verum dał nam koncert. Koncert galowy z teatrze Ashcroft w Fairfield Hall w Croydon. Koncert z okazji dziesięciu lat śpiewania. I wciąż im się chce. Aż wierzyć się nie chce.
Zbieżność dat może była przypadkowa. Może przypadek sprawił, że ten koncert był niczym gala z okazji naszych przełomowych rocznic. Rocznic narodzin naszej niepodległości. Można to było sobie dośpiewać w czasie chóru śpiewania. Bez wielkich słów. Bez fanfaronady. Bez tej typowej dla nas przesady uniesień i zadęcia. Piosenki i pieśni wiodły nas przez bolesną przeszłość i radość z teraźniejszości. Taka jest moc oszczędnego słowa. I taka jest moc muzyki. I treści wyśpiewanej. A nie głoszonej ex catedra w napuszonym, nudnym języku. A widownia, która wypełniła rzędy teatru w Croydon zadumana, zasłuchana, milcząca. I w ciszy przeżywająca swoją bliskość z polskością. I z Polską.
Bliskość często bywa silniejsza z oddali. „Ja to mam szczęście, że w tym momencie żyć mi przyszło w kraju nad Wisłą, ja to mam szczęście!”. To słowa pieśni „Tango na głos, orkiestrę i jeszcze jeden głos”, napisanej w roku 1989 przez Grzegorza Tomczaka. Śpiewała ją przejmująca aż do drżenia serca Brygida Wimbush.
Niepojęte to szczęście po nieszczęściach. Rok szczęścia z obalania komuny. A na dużym ekranie w tyle sceny wizualne fragmenty z tej naszej przeszłości. Wojennej i powojennej, aż do „Solidarności” i wyzwolenia.
Nie ma lepszego sposobu na promowanie Polski i naszej kultury – napisał kiedyś w „Dzienniku Polskim” Grzegorz Małkiewicz. Bo chciałoby się razem z chórem śpiewać „White Cliffs of Dover”. Piosenkę z naszej wspólnej anglo-polskiej buńczucznej przeszłości wojennej. I chciałoby się razem śpiewać „Karpacką Brygadę” i Hemarowską humoreskę o tym, że wszystko co warto, to upić się warto. I chciałoby się raz jeszcze posłuchać chorału „Alleluja” G. F. Haendla. I brawurowego śpiewania o weselnej uczcie w Słupii Nowej. Na bis, i bis i bis. Bo takie były bisy i brawa na stojąco za to śpiewanie Ave Verum. Choć czasem, żeby nie przesłodzić w pochwałach, żywsze tempo, szybszy rytm by się przydał. W „Szwoleżerach”, i tu, i ówdzie. Taki „rythm of life”, jak w słowach piosenki.
Jesteśmy z natury etnicznej skazani na pewną zaściankowość. Na pewien prowincjonalizm. I raczej swojsko się w nim czujemy. W tej naszej parafiańszczyźnie, gdzie wszyscy się znamy i wszystko wszystkim uchodzi. Gdyby były fundusze, większe siły przerobowe, jeszcze więcej talentów, mogłoby być na tym koncercie bardziej profesjonalnie. Z dużą orkiestrą, ze światłem reflektorów rzucających błyski i blaski. Bajecznym wystrojem sceny i bajecznymi strojami. Ale nie byłby to wtedy taki prawdziwie nasz koncert.
Nie ma co podgrymaszać i krytykować. Można tylko dziękować chórowi, Ewie Kwaśniewskiej – dyrektorowi artystycznemu, i Jurkowi Pockertowi – muzycznemu mistrzowi i dyrygentowi chóru za ten galowy koncert. Istnienie tego chóru od dziesięciu lat i koncerty, jakie dał, są wyjątkowym osiągnięciem. Bo im się chce śpiewać i tańczyć już dziesięć lat. A na sali był już nowy narybek. Dzieciaki, dziewczyneczki, jak w tej piosence „Panienki z bardzo dobrych domów”, niegrymaszące. A w chórze śpiewają nawet małżeństwa z dziećmi. Kilka pokoleń. Wszyscy się spotykają na poniedziałkowych próbach w Ośrodku Polskim przy Parafii Jezusa Miłosiernego w South Norwood na południu Londynu. A ci wszyscy, to ludzie z zawodami, urodzeni tu i w kraju. Dwujęzyczni. Ale jednoznaczni kulturowo. Na taki chór nawet Ealing, ta londyńska twierdza polskości, nie potrafił się zdobyć. A telewizyjny show Britain’s Got Talent to plebejskie piwo barowe przy kulturze Ave Verum.
Felieton to nie recenzja, a ni ja nie recenzentka. Niedawno w recenzji w „Dzienniku Polskim” z okazji wielkiej loterii Polskiej Fundacji Kulturalnej przeczytałam, że występujący na tej gali zespół Dei Trust „pokazał lwi pazur wykonując przeboje Anny Jantar”. Lwi pazur? Dobrze, że nie kły. Widzowie by zwiali. Ave Verum bez kieł i pazurów pokazał tylko co potrafi. A potrafi dużo. I nawet można mu darować ten prowincjonalny obyczaj witania na sali burmistrzów, wójtów i parafialnych działaczy. Przecież jesteśmy w naszej swojskiej parafii. I niech już tak zostanie.
Krystyna Cywińska





Komentarze
Got something to say?