Royal Academy – źródło cierpień i radości
June 30, 2009 · Drukuj
Nerwowe oprawianie obrazka w ostatniej chwili. Podróż autobusem i oddawanie pracy w tłumie artystów, wszystkich pełnych nadziei.
Miesiąc wyczekiwania. Wreszcie mam w ręku białą kopertę. Jeśli jest cienka, mogę treść listu wyrecytować na pamięć: „Dziesięć tysięcy artystów stara się o przyjęcie swych prac na Royal Summer Exhibition. Niestety, tym razem Pani dzieło nie zostało przyjęte. Z poważaniem…”
Znów podróż autobusem, smętna podróż. Tym razem – po odrzuconą pracę. Jednak kiedy pierwszy raz w życiu oddawałam swoją pracę na doroczną wystawę Royal Academy of Arts, przyjęli ją. Na obrazku były dziwne, ale wesołe zwierzątka, kolorowe kropki. Umieszczono go w dobrym miejscu i spodobał się. Dostałam zaproszenie na wernisaż i na mszę w kościele. Msza przyjemna − organy grają, chórek śpiewa. Nagle do kościoła wkracza czterech Murzynów, głośno, wesoło grają na bębnach. A to dopiero! Skąd się tam wzięli? Pewnie jakaś tradycja, jak to w Anglii. Wernisażu nie pamiętam (z radości − za dużo wypiłam wina).
Następnego roku złożyłam trzy prace. Też były na nich wesołe stworzonka i kolorowe kropki, ale tym razem nic z tego. Nadeszła cienka koperta bez zaproszenia na mszę i wernisaż. A już planowałam super wakacje w Kalifornii…
Odbieranie trzech prac w tłumie przygnębionych artystów nie należy do najprzyjemniejszych wspomnień. Słyszałam, że osoby, które pracują przy wydawaniu artystom ich odrzuconych prac ledwo sobie radzą psychicznie. Pewnie smutek rozczarowanych wkrada się w zakamarki ich duszy.
Raz jeszcze przyjęli moją pracę, a potem już tylko same cienkie koperty. No i zajęłam się chodzeniem z pieskami na spacer. Już nie przeżywałam zawiedzionych nadziei, odrzucenia ani cierpienia. Wystarczyła przechadzka, przekąska, pogłaskanie pieskowi brzuszka i były nagrody − lizanie, merdanie ogonem, radosne podskoki. Jedną z moich klientek jest suczka bassenji, pies, którego rasa sięga czasu faraonów (podobno występują nawet w piramidach). Nazywa się Nubia (coś ma w typie z Grety Garbo, a coś z kotki). Psy tej rasy nie szczekają.
Nadchodzi termin oddawania prac do Royal Academy. Narysowałam Nubię z brązowymi łatkami. Prosty projekt, tyle że jedna noga psa nieco dłuższa. Myślę, że ta dziwna noga dodała Nubii tajemniczości i uroku.
Znowu tortura robienia ram. Znowu cienka koperta: „Mieliśmy 10 000 kandydatów. Może się pani czuć dumna, bo Nubia przeszła do drugiego etapu, ale już nie było miejsca na ścianie”. A więc – następne odrzucenie.
W tym roku oddałam Nubię do ramiarza, nie pozwolę na to, by znów ją odrzucili! W pięknej ramie za 60 funtów Nubia oparła się odrzuceniu. Tym razem przyszła koperta gruba. No i umieścili Nubię na pocztówce i w katalogu. Nubia zaczęła swój triumfalny pochód. Zawieszono ją niedaleko prac Tracy Emin.
Na wernisaż założyłam czerwoną sukienkę w białe kropki. Przed budynkiem Royal Academy znowu Murzyni grają na bębnach. Przemyka się pan Paxman i pewnie inne sławy, których nie poznaję. Podobno jest Tracy Emin. Każdego roku prezentuje się w tym samym stroju. Nie wiadomo dlaczego − może chce, by się nad tym zastanawiać, o tym mówić?
Pochód w słońcu do kościoła. Na czele pochodu ksiądz (czy pastor? – dla protestantów to różnica ważna), dygnitarze, no i my, artyści. Modlitwa za artystów i kazanie o tym, jak warto zachwycać się każdą chwilą życia w sposób nowy i twórczy. Nagle czujemy się zamienieni z brzydkich kaczątek w łabędzie i zaakceptowani nie tylko przez Royal Academy.
Na wernisażu były truskawki, szampan, krewetki. Przypadkiem zawędrowałam do architektów. Rozmowy o mostach. Potem tak zwana drinking session, najpierw w hotelu z lokajami, potem w pubie Damiena Hirsta. Powrót do domu − na bosaka, bo wysokie obcasy uwierały.
Byłam bardzo z siebie zadowolona, prowadzę życie raczej ascetyczne, a tu taka radosna odmiana. Właściciel Nubii był tak szczęśliwy, jakby jego córka dostała się na studia do Oksfordu lub nawet − otrzymała Nagrodę Nobla. Kupił sto pocztówek!
Inne reakcje na mój sukces też były entuzjastyczne, choć jedna pani z Chelsea, projektantka wnętrz, zupełnie nie mogła uwierzyć, że mój obrazek (a picture of a humble dogwalker) dostał się do Royal Academy. Minę miała niczym ryba wyjęta z wody. Przeżywała − jak mówią psycholodzy − dysonans poznawczy. Tej miny łatwo nie zapomnę.
Basia Lautman





Komentarze
Got something to say?