Przelećmy się na prowincję

June 17, 2009 · Drukuj

Muzyczka, znajomi, grill w ogródku, browarek albo coś mocniejszego… Tak właśnie wielu Polaków spędziło długi weekend, będący zwieńczeniem maja. Po staropolsku – domowo, w rodzinnej atmosferze. Jednak nie wszyscy…

Wiele osób postanowiło wyrwać się nieco poza schemat ograniczony czterema ścianami i ogródkiem. Pogoda była piękna, zaś atrakcji całkiem sporo. Tutaj rozłożyło się wesołe miasteczko. Tam jakieś muzeum zaproponowało zwiedzanie z przewodnikiem bez dodatkowej opłaty. Ówdzie znana sieć supermarketów ogłosiła wyprzedaż za bezcen. Albo też odbył się carboot sale, na którym miłośnicy staroci mogli poczuć się jak na wyspie skarbów. Ja końcówkę maja spędziłem w Southend, przy samym ujściu Tamizy.

Co roku, w ostatni weekend maja, odbywa się tam wielki pokaz lotniczy, połączony z festynem dla dziesiątek tysięcy ludzi – zarówno miejscowych, jak i tych, którzy przybywają tłumnie do największego miasta Essex z różnych zakątków kraju. Mimo że w Southend bywam od sześciu lat, a przez ostatnie ponad półtora roku mieszkałem tam na stałe, nigdy nie widziałem tak wielkiego tłumu, jak w ubiegły weekend.

lot1Pokazy lotnicze stały się – jak co roku – znakomitym pretekstem dla wszelkich typów królewskich wojsk do zaprezentowania swego potencjału i zainteresowania sobą przyszłych rekrutów. Można było się sfotografować przy transporterze opancerzonym, czołgu lub dziale samobieżnym, a nawet wsiąść do jego wnętrza i poczuć się przez chwilę niczym Janek z „Czterech Pancernych”. Dla tych, którzy preferują bujanie w obłokach, również znalazła się mała atrakcja. „Firmowe” stoisko Red Arrows – reprezentacyjnej grupy RAF – zdobił pomalowany na czerwono Hawk. Tych właśnie odrzutowców używa najpopularniejszy zespół brytyjskich sił powietrznych. Zresztą – już za kilka godzin miałem okazję obejrzeć Hawki w powietrzu. Ich pokaz stanowił ukoronowanie tegorocznego airshow i skradł serca tysięcy widzów. Również i moje.

Jednak zanim Red Arrows opanowali niebo, kilka innych maszyn czarowało oczy zebranego tłumu. Pierwszym z nich był amerykański Mustang – latająca legenda II wojny światowej. Samolot słynął kiedyś z niesamowitej prędkości i tym razem również pokazał, co potrafi. Jego przelot nad Tamizą zrobił na mnie wielkie wrażenie. Ale niebawem atmosfera pokazów miała zostać jeszcze bardziej podgrzana.

Znad klifów Southend, w ryku silników wyłoniły się trzy samoloty. Były to najbardziej znane brytyjskie konstrukcje lotnicze, których sylwetki rozpoznać potrafią nawet te osoby, które niewiele interesują się lotnictwem. Brytyjczycy mają szansę oglądać je podczas wielu imprez organizowanych co roku w różnych miejscach. Jednak dla mnie była to pierwsza okazja, by zobaczyć w locie zarówno Spitfire’a, jak i Hurricane’a. Towarzyszyły one czterosilnikowemu Lancasterowi. Ich występ był niczym spojrzenie w okno czasu. Poczułem się, jakby świat został cofnięty o dobrych sześćdziesiąt lat. Nie zabrakło tam rónież i polskiego akcentu. Na dziobie Spitfire’a wymalowana była mała, biało-czerwona szachownica – znak, że samolot ten należał do którejś z polskich eskadr biorących udział w Bitwie o Anglię. Samoloty wspólnie przeleciały ponad plażą, a następnie każdy z nich zaprezentował się z osobna. Na koniec znów uformowały zwarty szyk, w którym odleciały na lotnisko w Southend, ustępując miejsca dużo bardziej nowoczesnym konstrukcjom.

Lynxy, należące do Black Cats – zespołu akrobacyjnego Royal Navy, widziałem w ubiegłym roku, ale mimo to byłem pod wrażeniem. W rękach doświadczonych pilotów śmigłowce zdawały się tańczyć ponad Tamizą. Niczym ważki, śmigały we wszystkich kierunkach, by po chwili zatrzymać się i majestetycznie przedefilować nad prome-
nadą. Nie były jedynymi śmigłowcami, jakie tego dnia wzięły udział w airshow. Jaskrawo pomalowany, żółty Sea King zademonstrował akcję ratownictwa wodnego, przy współudziale łodzi, stacjonujących na co dzień w stacji Life Boats, znajdującej się na molo w Southend. Gdy tylko zakończono ratowanie niedoszłych topielców, a łodzie odpłynęły, rozpoczęła się najważniejsza część tegorocznych pokazów lotniczych.

Czerwone maszyny Red Arrows pojawiły się właściwie znikąd. Nadleciały cicho znad miasta, by zawłądnąć niebem na dobre pół godziny. Kolorowy dym, jaki ciągnęły za sobą, symbolizował barwy brytyjskiej flagi. Samoloty dały pokaz akrobcji na najwyższym poziomie, zaś ich poczynania – podobnie jak i wszystkie inne wydarzenia tegorocznego airshow – głośno komentowane były przez prezentera radia BBC Essex z kołochoźników wiszących na wszystkich lampach promenady. Hawki latały w zwartym szyku, zaledwie kilka metrów od siebie. Ileż lat ciężkiej pracy trzeba poświęcić, by być zdolnym do takiej precyzji… Eskadra pokazała kilkanaście grupowych akrobacji, na zmianę z prezentacją talentów pilotażowych poszczególnych lotników.

Nie można bowiem nie wspomnieć o grupie Giunot, latającej na staroświecko wyglądających dwupłatowcach. Zespół odróżnia się od innych latających cyrków tym, że to nie samoloty znajdują się w centrum uwagi widzów, wykonując skomplikowane ewolucje. Na górnym płacie każdej maszyny wożona jest ubrana w jaskrawy strój pani. To właśnie one, fikając nóżkami na swych krzesełkach, wprawiają w zachwyt tysiące widzów wszędzie, gdzie się pojawią.

Niecodzienny talent pokazali również panowie z grupy Red Bulla. Znani są oni z umiejętności latania bardzo nisko, przy dużej prędkości. Zazwyczaj można ich oglądać podczas rajdów Red Bulla, organizowanych w różnych miejscach na świecie. W Southend również nie zawiedli pokładanych w nich oczekiwań. Wykręcali na niebie ciasne kręgi, zaś swój występ zakończyli rysując na niebie białym dymem wielkie serce. Podobne serce, przebite strzałą, wyrysowali piloci z Red Arrows. Jednak to w wykonaniu Red Bulla wyglądało o niebo lepiej.

Imprezę zakończyło pojawienie się w powietrzu najmłodszego dziecka europejskiego przemysłu lotniczego. Projekt budowy Eurofightera pochłonął setki milionów euro, wydanych z publicznych pieniędzy i wymagał ogromnego wysiłku organizacyjnego, jednocząc przemysł lotniczy kilku państw europejskich. Kilkakrotnie niewiele brakowało, by w ogóle został posłany do kosza, gdy budowa myśliwca pochłaniała kolejne lata i wymagała jeszcze większych pieniędzy, zaś poszczególni partnerzy wycofywali się ze współpracy. Gdy jednak, mimo wszelkich kłopotów, samolot w końcu ujrzał światło dzienne, okazało się, że projekt wart był wysiłków, jakie weń włożono. Pod niebem Essex pojawiła się niezwykle głośna i ultraszybka maszyna, którą – przy włączonym dopalaczu – z pewnością słychać było nawet na opłotkach Londynu, leżącego dobrych kilkadziesiąt kilometrów dalej. Patrząc na ewolucje Eurofightera czułem się, jakbym oglądał mecz tenisa. Spojrzenie w prawo, odbicie, spojrzenie w lewo, odbicie… Przypomniały mi się popisy polskich pilotów, latających na Migach 29. Gdy widziałem ich kilka lat temu, byłem równie poruszony ich możliwościami i groźnym majestatem, z jakim maszyny przemieszczały się po niebie. Ciekawe, jak wyglądać by mogła konfrontacja obu konstrukcji…

Gdy myśliwiec odleciał w stronę przysłoniętego mgiełką hrabstwa Kent, stało się jasne, że to już koniec pokazów. Wraz z grupą znajomych, przybyłych z Londynu, ruszyłem do domu. Czas było rozpalać grilla. Bo airshow to jedno, jednak polskiej tradycji musiało stać się zadość. Za rok znów pewnie zaproszę was na grilla. I do uczestnictwa we wspaniałej imprezie, której przegapić nie powinniście.

Alex Sławiński

Komentarze

Got something to say?