Ostatni taki piknik?

June 30, 2009 · Drukuj

Przyjeżdżamy nieco spóźnieni. Z drogi widać długie szeregi zaparkowanych samochodów, a przed pałacem w Fawley Court długą kolejkę do ustawionych na trawie stołów, przy których jak pszczoły w ulu uwijają się mamy z komitetu rodzicielskiego wydając co kto sobie zażyczy, a ojcowie przy grillach przysmażają co tylko się da. Wypełniają się piknikowe talerze podpieczonymi na ruszcie pachnącymi kiełbasami i hamburgerami, bigosem przygotowanym przez siostry zakonne, sałatkami i rozmaitymi dodatkami. A na koniec coś słodkiego. Jest kawa, herbata, no i oczywiście polskie piwo i angielski pimms’.

kielbaskiGodną PRL-u kolejkę udaje nam się ominąć. Może na emigracji nie jesteśmy czwartą władzą, bo wydaje się, że tu nawet pierwszej nie ma, ale jakieś przywileje prasa jednak ma. Dostajemy więc pełne talerze z pachnącymi piknikowymi specjałami poza kolejką. Szczęściarze, czy oszuści? – zastanawiają się pewnie ci, przed którymi długi czas oczekiwania, zanim uda im się zaspokoić podrażniony wspaniałymi zapachami apetyt.

Trudno się dziwić, że kolejka taka długa, skoro na doroczny piknik sobotniej Szkoły Przedmiotów Ojczystych im. Tadeusza Kościuszki  na Ealingu sprzedano prawie 500 biletów. Jest to jedna z wielu cyklicznych imprez, wspierająca budżet największej polskiej szkoły sobotniej na Wyspach.

Dzieci w kolejce mało. Ich zapachy nie drażnią, wolą piłki, skakanki, hoola-hopy, niczym nie skrępowane szaleństwo w wielkiej przestrzeni parku wokół zabytkowego pałacu Falwey Court. A przecież wciąż czekają na nie jeszcze inne atrakcje.

Z pełnymi piknikowymi talerzami siadamy przy ukrytym w zieleni stoliczku.

– Mam tu gdzieś dzieciom malować buzie – podchodzi do nas nieśmiało jeden z rodziców. Sam, jak się okazuje, nauczyciel matematyki w angielskiej szkole. Stefan Siciński, choć urodzony tutaj, dba jednak, by jego dzieci nie zapomniały skąd się wywodzą. Posyła więc swoich synów do polskiej szkoły, a sam, kiedy tylko może, udziela się w pracach komitetu rodzicielskiego.

– Proszę się nie martwić, właśnie kończymy, za chwilę stolik będzie do pana dyspozycji.

Tak się staje i niebawem wokół pałacu biegają kotki-Justynki, żabki-Oliwie, pantery-Anie, motylki-Asie, co świadczy o dużej wyobraźni i talentach plastycznych malarzy dziecięcych buzi.

Jeśli jeszcze kiedykolwiek będę uczestniczyć w pikniku zorganizowanym przez tę szkołę, wiem, że na pewno wykupię los na loterię. Choć zwykle nie mam szczęścia, nagrody w tej loterii to nie nikomu niepotrzebne odpadki-szkaradki, ale zafundowane – dzięki staraniom rodziców – przez dobre marki kosmetyki, urządzenia elektroniczne itp. itd. Ci, których los okazał się szczęśliwy, na pewno swojej

Zorganizowanie takiej imprezy to wysiłek wielu ludzi. – Zaczynamy przygotowania co najmniej miesiąc wcześniej, ale na dwa tygodnie przed to już bardzo intensywna praca – opowiada Andrzej Rumun, przewodniczący komitetu rodzicielskiego, urodzony w Wielkiej Brytanii. Jego ojciec – Jacek – był założycielem chóru w tej samej szkole. Jak widać przywiązanie do korzeni to w rodzinie Rumunów ważna rzecz. Zresztą nie tylko w tej rodzinie. W szkole na Ealingu wiele dzieci to trzecie pokolenie Polaków na Wyspach.  Ale są też takie, które przyjechały tu całkiem niedawno.

– Dziś już od ósmej rano pracujemy tutaj na miejscu, żeby wszystko było odpowiednio przygotowane – kontynuuje Andrzej Rumun. Ale dzięki pracy społecznej wielu rodziców, fundusz szkoły jest w zdrowej kondycji, mamy zabezpieczenie finansowe, gdyby na przykład trzeba było wynająć inne miejsce na prowadzenie zajęć.

dzieciPiknik jest rzeczywiście dobrze zorganizowany, widać, że wszyscy znakomicie się czują. Jest to bez wątpienia nie tylko zasługa organizatorów, ale również miejsca. Schodzący aż do Tamizy piękny park wokół pałacu Fawley Court daje ogromne możliwości wyboru spędzenia czasu na świeżym powietrzu. Jedni się opalają, inni w dużych grupach gawędzą w cieniu drzew. Ktoś zajdzie do kościoła pomodlić się przez chwilę w skupieniu. To tu, to tam rozgrywają się różne mecze, zawody, wyścigi. Przy scenie zorganizowanej na konkurs młodych szkolnych talentów – Pop Idol (wygrał Damian Jung) – gra muzyka. Trudno wyobrazić sobie lepsze warunki i nie czuć się jednocześnie uprzywilejowanym. Wiele osób, które przyjechały tego dnia do Fawley Court, zdaje sobie z tego sprawę.

– To wielka szkoda, że tracimy to miejsce. Ale nam, Polakom, brakuje profesjonalizmu w tym co robimy. Im dłużej tu jestem, tym bardziej to widzę. Mówię oczywiście o ogóle, bo są indywidualne przypadki osób, które osiągają duży sukces. To miejsce potrzebuje pomysłu na dobre wykorzystanie i sprawnego zarządzania. Ale szkoda, że zaczęło się o tym mówić, kiedy było już za późno. My czujemy wielki żal – mówi Grzegorz Zawodny. Do Fawley Court przyjeżdżają od wielu lat. Najpierw z grupą modlitewną, a teraz już ze swoimi uroczymi bliźniaczkami. – Gdyby było społeczne zaangażowanie, sprawy potoczyłyby się pewnie inaczej – dodaje żona Grzegorza, Justyna.

Odbijam w bok ze ścieżki wiodącej od Tamizy w kierunku kościoła św. Anny. Na miejscu, gdzie w Zielone Świątki zwykle rozstawiano ławki dla wiernych, rozgrywa się mecz. Zastanawiam się, kto z kim walczy o zwycięstwo. Próbuję wyodrębnić drużyny. Jedyne rozróżnienie, jakie jestem w stanie zauważyć, to ci rozebrani do pasa lub nie. – Goli przeciwko ubranym? – pytam naiwnie. – Nie! Rodzice kontra dzieci! – ktoś krzyczy do mnie w biegu. – Kto wygrywa? – krzyczę również. – Na razie remis! – No i dobrze, niech tak zostanie – myślę sobie. Przecież nie chodzi o bezwzględne współzawodnictwo, lecz o dobrą, wspólną zabawę.

– A siostra w tym roku nie kopie? – zauważam siedzącą na ławeczce siostrę Teresę ze Zgromadzenia Sióstr Zmartwychwstanek na Ealingu, która w zeszłym roku znalazła się na pierwszej stronie „Nowego Czasu”, uchwycona obiektywem sprawnego fotografa w momencie oddawania precyzyjnego strzału. – Już kopałam – słyszę, i natychmiast czuję rozczarowanie. – Tym razem spóźniliście się.

gitaraNo tak, takich okazji nie powinno się przegapić. Siadam więc na ławeczce pod drzewem obok siostry Teresy, która obserwując rozgrywający się mecz,  przywołuje wspomnienia odwracając kartki swojego długiego życia. – To dobrze, że jest takie miejsce, gdzie Polacy mogą mieć poczucie swojej tożsamości i dumy – mówię, a siostra idąc mi w sukurs na to: – Syn mojego brata ciotecznego, kiedy poszedł do szkoły i powiedziano mu, że jest Brytyjczykiem, bo przecież urodził się w Wielkiej Brytanii, odpowiedział: czy koń, który urodził się w kurniku staje się kurą?

No właśnie, każdy pewnie na to pytanie odpowie sobie sam.

Teresa Bazarnik

Komentarze

Got something to say?