Iwona i książę
June 30, 2009 · Drukuj
Londyn, zatłoczona kawiarnia niedaleko centrum, harmider, grupka matek z dziećmi, a wśród nich krząta się Iwona. Jest przyzwyczajona do pracy z dziećmi, w Polsce przez lata zajmowała się edukacją artystyczną. W Londynie pracuje w kawiarni, w której mile widziane są całe rodziny. Na dole znajduje się świetlica, a w niej pani „przedszkolanka” rozwija plastycznie swoich podopiecznych. Iwona w Gdańsku jest znaną i cenioną artystką. W Anglii nikogo to nie interesuje – ani jej współpracowników, ani współmieszkańców ze squatu. Tutaj w pewnym sensie przestaje być artystką, w zamian po prostu żyje – relaksuje się, zarabia pieniądze, chodzi na spacery, prowadzi życie rodzinne, koordynuje swoje artystyczne projekty. Szykowała się jej kariera w Polsce, ale coś zmusiło ją, by to wszystko rzucić i bez znajomości języka, bez pieniędzy przyjechać do Londynu.
Zacznijmy od początku.
Osiąganie harmonii

Zdjęcia: Michał Andrysiak
Jeszcze w czasie studiów w gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych wzięła dziekankę i wyjechała na rok do Niemiec. – Jedną z ważniejszych rzeczy dla młodego artysty jest to, żeby wyjechał, zobaczył różne wystawy, najróżniejsze sposoby pokazywania sztuki, żeby mógł odnaleźć swoją drogę – mówi. – Miałam tam najgorszą sytuację w swoim życiu, jeśli chodzi o pozycję i warunki – wspomina – ale bardzo wtedy odpoczywałam psychicznie.
Pracowała w Hamburgu jako pomoc domowa i tam właśnie nielegalnie korzystała, w weekendowe noce, z pracowni w Akademii Sztuk Pięknych. – Wchodziłam tam sobie przez okno i malowałam. Dzięki temu wyjazdowi odkryłam co mnie interesuje w życiu i sztuce. Nie umiem opisać jakie to jest wspaniałe uczucie, gdy przestają ci wiercić w głowie. Wszystkie lęki odeszły. Już nie musiałam udowadniać, że jako kobieta, by coś osiągnąć w sztuce musze pracować dwa razy więcej od facetów. Nie chciałam się z nikim ścigać.
Iwona jest typem chłopczycy, nie maluje się, ma krótkie paznokcie, żyje na „kocią łapę”, nie ma i nie chce mieć dzieci. Nie musi zakładać rodziny, aby spełnić się w roli kobiety. Przez jakiś czas nie farbowała swoich siwych już włosów, w końcu ogoliła głowę aby zobaczyć siebie bez zakłóceń, idealnie czystą. Osiągnęła harmonię.
Pani świetlicowa
Wróciła do Polski, zrobiła dyplom z malarstwa. Jej praca z młodzieżą zaczęła się po studiach, gdy dostała etat jako nauczycielka plastyki w Domu Kultury. Wprawdzie po trzech miesiącach etat rzuciła, ale zaczęła pracę jako niezależny instruktor. Prowadziła zajęcia plastyczne dla dzieci i młodzieży w IKA „Winda”, a pozytywna energia płynąca od dzieci skłoniła ją, by prowadzić świetlicę środowiskową.
– Nienawidzę nudy, dlatego ciągle się dokształcałam w zakresie różnych technik. Kupowałam książki, chodziłam po antykwariatach, wyszukiwałam w różnych miejscach informacji o tym co można zrobić z dzieciakami – opowiada. – Sama przy nich tworzyłam, robiłam błędy, żeby nie było że ja jestem pani lepsza czy coś. Sztuka to proces i tego także sama się wówczas nauczyłam. Po pięciu latach zamknęłam ten rozdział, żeby nie popaść w rutynę. To jest moja pasja. Nie chciałam zacząć myśleć w kategoriach: nie mam za co jeść, więc zrobię sobie jakiś warsztacik.
Z płócien na mury
W pewnym momencie z płócien przerzuciła się na mury, aby nie robić sztuki „do szuflady”. Stara się unikać wernisaży, bo te z reguły polegają na wzajemnym „poklepywaniu się po plecach”. Wychodzi zatem z tymi swoimi wielkimi realizacjami do ludzi i na dodatek angażuje do tego zastęp dziewczyn, tzw. „Młodą Załogę”. Nie zapomnę dnia, gdy ją poznałam cztery lata temu, gdy z „dziewczynkami”, jak je sama nazywa, przygotowywała mural na ścianie Instytutu Sztuki Wyspa w Gdańsku. Zazdrościłam im wówczas tej wspólnoty, że tworzą coś razem, są takie zgrane i pełne energii. Mając pracownię w Kolonii Artystów w Stoczni Gdańskiej Iwona zaangażowała się bardzo w historię tego miejsca.
Na murze, który odgradza stocznię od miasta, zrealizowała wielkoformatowy mural dokumentujący wypowiedzi stoczniowców na temat ich miejsca pracy w obliczu transformacji ustrojowej. Ci stoczniowcy pamiętają czasy „Solidarności” i walki o „lepszą przyszłość”. Nowy ustrój polityczny przyniósł nowe problemy, niekiedy rozczarowanie i frustrację. Głosy stoczniowców nie wyrażają entuzjazmu zmianami, jakie zaszły, a raczej zawiedzione nadzieje. Jeden z nich mówił: „Teraz przykro na stocznię patrzeć. Kiedy podczas likwidacji stoczni palili maszyny, żeby je potem sprzedać na złom, pękało mi serce. Na barkach stoczniowców wielu ludzi doszło do władzy. Inni pozakładali własne firmy. A my nie możemy doczekać się wypłat”.
Iwona zdołała jakoś wkupić się w łaski tych ludzi, zaprzyjaźnić, wysłuchać i zrobić o nich bardzo emocjonalny projekt. – Przy pracy o stoczniowcach dotknęłam czystych uczuć. Dlatego kocham sztukę, bo dzięki niej doświadcza się prawdziwego świata – mówi. – Robiłam ten projekt przez pięć miesięcy. Miałam wówczas tyle energii, jakbym była na jakichś dragach. Mur powstał w większości za moje własne pieniądze i najtańszym sposobem. Wydaje się, że taki projekt nic nie kosztuje, ale w rzeczywistości pochłania ogromne pieniądze. Równolegle realizowałam także inne projekty, na które musiałam przecież załatwiać fundusze. Trzeba było również z czegoś żyć, więc nie raz byłam zmuszona trzepnąć jakąś fuchę. Czasami młodzież przynosiła mi jedzenie albo pożyczała pieniądze.
Skończyła mur jak spadł śnieg, po czym wyjechała.
Bez prądu i ciepłej wody
Grudzień. Rafał odebrał ją z Victorii. Pojechali na squat, na którym nie było ani prądu, ani ciepłej wody. Zaczęło się nowe życie, bez internetu, bez komputera. – Wchodzisz w system zimowy, robi się czwarta po południu, a ty idziesz spać – wspomina. Wcześniej mieszkała na squatach w czasie wakacji, w Berlinie i Kopenhadze, ale to był zupełnie inny rodzaj przeżycia, bardziej beztroski, bo przyjeżdżało się „na gotowe”. W Londynie musieli stworzyć dom od początku. Podłączyli prąd, reperowali, malowali. – Na szczęście mam dość duże umiejętności przystosowawcze. Podstawowe rzeczy, które były nam potrzebne to świeczki, miska i materac.
Wybrała mieszkanie na squacie, bo podąża za Rafałem, który jest anarchistą i uważa squatting za sposób na życie. – Ja także popieram ideę, że skoro stoją puste domy to powinny one należeć się ludziom. Mieszkania są dla ludzi, a nie żeby się bogacić. Jeżeli ktoś nie ma domu, to powinien go dostać, bo dom to jest podstawowa rzecz, która powinna być zapewniona człowiekowi.
Marzą z Rafałem, aby kiedyś wybudować własny dom – z gliny i słomy. – Dom jest magicznym miejscem dla ludzi. Na wsi było tak, że jeden chłop nazbierał materiałów, a wieś się zbierała i budowała chałupę. Cała społeczność się angażowała, nie tak jak jest obecnie, że musisz mieć zezwolenia, cuda-wianki i kredyty. Ludzie się zarzynają, aby mieć dom, który później okazuje się pętlą na szyi, bo musisz go spłacać do końca życia. A dom to jest coś takiego co powinno dawać ci poczucie bezpieczeństwa – mówi.
Iwona i książę
Pierwszy raz przyjechała do Londynu w wieku 20 lat. – Byłam gówniarą, która jeździła stopem, sępiła fajki, i niczym się nie przejmowała. Trzynaście lat później okazało się że wcale nie jest tak fajnie. Miałam stany lękowe, nie mogłam się odnaleźć.
Jej pierwsza praca polegała na sprzedaży na ulicy gazety Big Issue. Później trafiła do kawiarni Sky Light Cafe, która przystosowuje do życia osoby pijące, narkomanów i bezdomnych. Pracowali tam z Rafałem za darmo, ale w zamian mieli jedzenie i prysznic. Dzięki temu doświadczeniu powstała praca „Iwona i książę”.
Nie może żyć bez sztuki, dlatego przystosowała ją do swojego nowego stylu życia. – Na samym początku okazało się, że ma do nas przyjechać książę Karol – wspomina – no i rzeczywiście, ulica zamknięta, książę Karol jedzie. Zrobiono nam zdjęcie, na podstawie którego powstał cykl obrazów. To jest opowieść o tym jak dziewczyna spotyka księcia, który odmienia jej życie. Byłam uczona od małego, że gdy spotkam księcia to będzie już cudownie. No i rzeczywiście, spotkałam księcia i dzięki temu zdobyłam prawdziwą pracę. Z kawiarni dla bezdomnych trafiam do wspaniałej kawiarni Progresso– śmieje się Iwona. Istnieje jeszcze drugie dno tej pracy. Obrazki z napisami kawiarni, w których pracowała umieściła na swoim autoportrecie, na którym stoi ogromna na stoczni, gdzie jest prawdziwą księżniczką. Jej projekt „Cudzoziemka” mówi o byciu obcą w innym kraju, ale także w rodzinie. Cudzoziemka traktuje o bliznach. O tym, że to, kim jesteś, jest naznaczone tym, gdzie się urodziłaś, jak byłaś wychowana.
Jakoś udało jej się przetrwać najgorsze i teraz chciałaby tu zostać na dłużej. – Strasznie się cieszę, że tu przyjechałam. Uwielbiam chodzić po Londynie. Wystarczy, że pójdziesz w inną uliczkę i już jesteś w innym świecie. Nigdy się tu nie nudzę, zawsze mam za mało czasu, żeby wszystko zobaczyć. Oboje kochają Polskę, ale w Wielkiej Brytanii żyje się o wiele łatwiej. Pracując w kawiarni na pół etatu, jest jeszcze w stanie coś zaoszczędzić. W Polsce pracowała od rana do wieczora, jeżdżąc z jednego miejsca na drugie i ciągle była w długach.
Roma Piotrowska





Komentarze
Got something to say?