Royal Academy – źródło cierpień i radości

June 30, 2009

Nerwowe oprawianie obrazka w ostatniej chwili. Podróż autobusem i oddawanie pracy w tłumie artystów, wszystkich pełnych nadziei.

Miesiąc wyczekiwania. Wreszcie mam w ręku  białą kopertę. Jeśli jest cienka, mogę treść listu wyrecytować na pamięć: „Dziesięć tysięcy artystów stara się o przyjęcie swych prac na Royal Summer Exhibition. Niestety, tym razem Pani dzieło nie zostało przyjęte. Z poważaniem…”

Znów podróż autobusem, smętna podróż. Tym razem – po odrzuconą pracę. Jednak kiedy pierwszy raz w życiu oddawałam swoją pracę na doroczną wystawę Royal Academy of Arts, przyjęli ją. Na obrazku były dziwne, ale wesołe zwierzątka, kolorowe kropki. Umieszczono go w dobrym miejscu i spodobał się. Dostałam zaproszenie na wernisaż i na mszę w kościele. Msza przyjemna − organy grają, chórek śpiewa. Nagle  do kościoła wkracza czterech Murzynów, głośno, wesoło grają na bębnach. A to dopiero! Skąd się tam wzięli? Pewnie jakaś tradycja, jak to w Anglii. Wernisażu nie pamiętam (z radości − za dużo wypiłam wina).

piesekNastępnego roku złożyłam  trzy prace. Też były na nich wesołe stworzonka i kolorowe kropki, ale tym razem nic z tego. Nadeszła  cienka koperta bez zaproszenia na mszę i wernisaż. A już planowałam super wakacje w Kalifornii…

Odbieranie trzech prac w tłumie przygnębionych artystów nie należy do najprzyjemniejszych wspomnień. Słyszałam, że osoby, które pracują przy wydawaniu artystom ich odrzuconych prac  ledwo sobie radzą psychicznie. Pewnie smutek rozczarowanych wkrada się  w zakamarki ich duszy.

Raz jeszcze przyjęli moją pracę, a potem już tylko same cienkie koperty. No i zajęłam się chodzeniem z pieskami na spacer. Już nie przeżywałam zawiedzionych nadziei, odrzucenia ani cierpienia. Wystarczyła przechadzka, przekąska, pogłaskanie pieskowi brzuszka i były nagrody − lizanie,  merdanie ogonem, radosne podskoki. Jedną z moich klientek jest suczka bassenji, pies, którego rasa sięga czasu faraonów (podobno występują nawet w piramidach). Nazywa się Nubia (coś ma w typie z Grety Garbo, a coś z kotki). Psy tej rasy nie szczekają.

Nadchodzi termin  oddawania prac do Royal Academy. Narysowałam Nubię z brązowymi łatkami. Prosty projekt, tyle że jedna noga psa nieco dłuższa. Myślę, że ta dziwna noga dodała Nubii tajemniczości i uroku.

Znowu tortura robienia ram. Znowu cienka koperta:  „Mieliśmy 10 000 kandydatów. Może się pani czuć dumna, bo Nubia przeszła do drugiego etapu, ale już nie było miejsca na ścianie”. A więc – następne odrzucenie.

W tym roku oddałam Nubię do ramiarza, nie pozwolę na to, by znów ją odrzucili! W pięknej ramie za 60 funtów Nubia oparła się odrzuceniu. Tym razem przyszła koperta gruba. No i umieścili Nubię na pocztówce i w katalogu. Nubia zaczęła swój triumfalny pochód. Zawieszono ją niedaleko prac Tracy Emin.

Na wernisaż założyłam czerwoną sukienkę w białe kropki. Przed budynkiem Royal Academy znowu Murzyni grają na bębnach. Przemyka się pan Paxman i pewnie inne sławy, których nie poznaję. Podobno jest Tracy Emin. Każdego roku prezentuje  się w tym samym stroju. Nie wiadomo dlaczego − może chce, by się nad tym zastanawiać, o tym mówić?

Pochód w słońcu do kościoła. Na czele pochodu ksiądz (czy pastor? – dla protestantów to różnica ważna), dygnitarze, no i my, artyści. Modlitwa za artystów i kazanie o tym, jak warto zachwycać się każdą chwilą życia w sposób nowy i twórczy. Nagle czujemy się zamienieni z brzydkich kaczątek w łabędzie i zaakceptowani nie tylko przez Royal Academy.

Na wernisażu były truskawki, szampan, krewetki. Przypadkiem zawędrowałam do architektów. Rozmowy o mostach. Potem tak zwana drinking session, najpierw w hotelu z lokajami, potem w pubie Damiena Hirsta. Powrót do domu − na bosaka, bo wysokie obcasy uwierały.

Byłam bardzo z siebie zadowolona, prowadzę życie raczej ascetyczne, a tu taka radosna odmiana. Właściciel Nubii był tak szczęśliwy, jakby jego córka  dostała się  na studia do Oksfordu lub nawet − otrzymała Nagrodę Nobla. Kupił sto pocztówek!

Inne reakcje na mój sukces też były entuzjastyczne, choć jedna pani z Chelsea, projektantka wnętrz, zupełnie nie mogła uwierzyć, że mój obrazek (a picture of  a humble dogwalker) dostał się do Royal Academy. Minę miała niczym ryba wyjęta z wody. Przeżywała − jak mówią psycholodzy −  dysonans poznawczy. Tej miny łatwo nie zapomnę.

Basia Lautman

Nowy Czas w PDF 11(127)

June 30, 2009

ncz2706_p01cb

Iwona i książę

June 30, 2009

Londyn, zatłoczona kawiarnia niedaleko centrum, harmider, grupka matek z dziećmi, a wśród nich krząta się  Iwona. Jest przyzwyczajona do pracy z dziećmi, w Polsce przez  lata zajmowała się  edukacją artystyczną. W Londynie pracuje w kawiarni, w której mile widziane są całe rodziny. Na dole znajduje się świetlica, a w niej pani „przedszkolanka” rozwija plastycznie swoich podopiecznych. Iwona w Gdańsku jest znaną i cenioną artystką.  W Anglii nikogo to nie interesuje – ani jej współpracowników, ani współmieszkańców ze squatu. Tutaj w pewnym sensie przestaje być artystką, w zamian po prostu żyje – relaksuje się, zarabia pieniądze, chodzi na spacery, prowadzi życie rodzinne, koordynuje swoje artystyczne projekty.  Szykowała się jej  kariera w Polsce, ale coś zmusiło ją, by to wszystko rzucić  i bez znajomości języka, bez pieniędzy przyjechać do Londynu.

Zacznijmy od początku.

Osiąganie harmonii

iwona3

Zdjęcia: Michał Andrysiak

Jeszcze w czasie studiów w gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych wzięła dziekankę i  wyjechała na rok do Niemiec. – Jedną z ważniejszych rzeczy dla młodego artysty  jest to, żeby wyjechał, zobaczył różne wystawy,  najróżniejsze sposoby pokazywania sztuki, żeby mógł odnaleźć swoją drogę – mówi.  – Miałam tam najgorszą sytuację w swoim życiu, jeśli chodzi o pozycję i warunki – wspomina – ale bardzo wtedy odpoczywałam psychicznie.

Pracowała w Hamburgu  jako pomoc domowa i tam właśnie nielegalnie korzystała, w weekendowe noce, z pracowni w Akademii Sztuk Pięknych. – Wchodziłam tam sobie przez okno i malowałam. Dzięki temu wyjazdowi odkryłam  co mnie  interesuje w życiu i sztuce. Nie umiem opisać jakie to jest wspaniałe uczucie, gdy przestają ci wiercić w głowie. Wszystkie lęki odeszły.  Już nie musiałam udowadniać, że jako kobieta, by coś osiągnąć w sztuce musze pracować dwa razy więcej od facetów. Nie chciałam się z nikim ścigać.

Iwona jest  typem chłopczycy, nie  maluje się, ma krótkie paznokcie,  żyje na „kocią łapę”, nie ma i nie chce mieć dzieci. Nie musi zakładać rodziny, aby spełnić się w roli kobiety. Przez jakiś czas nie farbowała swoich siwych już włosów,  w końcu ogoliła głowę aby zobaczyć siebie  bez zakłóceń, idealnie czystą. Osiągnęła harmonię.

Pani świetlicowa

Wróciła do Polski, zrobiła dyplom z malarstwa.   Jej praca z młodzieżą zaczęła się po studiach, gdy dostała etat jako nauczycielka plastyki w Domu Kultury. Wprawdzie po trzech miesiącach etat rzuciła, ale zaczęła pracę jako niezależny instruktor. Prowadziła zajęcia plastyczne dla dzieci i młodzieży w IKA „Winda”, a   pozytywna energia płynąca od dzieci skłoniła ją, by prowadzić świetlicę środowiskową.

– Nienawidzę nudy, dlatego ciągle się dokształcałam w zakresie różnych technik. Kupowałam książki, chodziłam po antykwariatach, wyszukiwałam w różnych miejscach informacji o tym co można zrobić z dzieciakami – opowiada. – Sama  przy nich tworzyłam,  robiłam błędy, żeby nie było że ja jestem pani lepsza czy coś. Sztuka to  proces i tego także sama  się wówczas nauczyłam.  Po pięciu latach zamknęłam ten rozdział, żeby nie popaść w rutynę.  To jest moja pasja. Nie chciałam zacząć myśleć w kategoriach: nie mam za co jeść, więc zrobię sobie jakiś warsztacik.

Z płócien na mury

W pewnym momencie z płócien przerzuciła się na mury, aby nie robić sztuki „do szuflady”. Stara się unikać wernisaży, bo te z reguły polegają na wzajemnym „poklepywaniu się po plecach”. Wychodzi  zatem z tymi swoimi wielkimi realizacjami do ludzi i na dodatek angażuje do tego zastęp dziewczyn, tzw. „Młodą Załogę”. Nie zapomnę dnia, gdy ją poznałam cztery lata temu, gdy z „dziewczynkami”, jak je sama nazywa, przygotowywała mural na ścianie Instytutu Sztuki Wyspa w Gdańsku. Zazdrościłam im wówczas  tej wspólnoty,  że tworzą coś razem, są takie zgrane i pełne energii. Mając pracownię w Kolonii Artystów w Stoczni Gdańskiej Iwona zaangażowała się bardzo w historię tego miejsca.

Na murze, który odgradza stocznię od miasta,  zrealizowała wielkoformatowy mural dokumentujący wypowiedzi stoczniowców na temat ich miejsca pracy w obliczu transformacji ustrojowej. Ci stoczniowcy pamiętają czasy „Solidarności” i walki o „lepszą przyszłość”. Nowy ustrój polityczny przyniósł nowe problemy, niekiedy rozczarowanie i frustrację. Głosy stoczniowców nie wyrażają entuzjazmu zmianami, jakie zaszły, a raczej zawiedzione nadzieje. Jeden z nich mówił: „Teraz przykro na stocznię patrzeć. Kiedy podczas likwidacji stoczni palili maszyny, żeby je potem sprzedać na złom, pękało mi serce. Na barkach stoczniowców wielu ludzi doszło do władzy. Inni pozakładali własne firmy. A my nie możemy doczekać się wypłat”.

Iwona zdołała jakoś wkupić się w łaski tych  ludzi, zaprzyjaźnić, wysłuchać i zrobić o nich bardzo emocjonalny projekt. – Przy pracy o stoczniowcach dotknęłam czystych uczuć. Dlatego kocham sztukę, bo dzięki niej doświadcza się prawdziwego świata –  mówi. – Robiłam ten projekt przez pięć miesięcy. Miałam wówczas tyle energii, jakbym była na jakichś dragach. Mur powstał w większości za moje własne pieniądze i najtańszym sposobem. Wydaje się, że taki projekt nic nie kosztuje, ale w rzeczywistości pochłania ogromne pieniądze. Równolegle realizowałam także inne projekty, na które musiałam przecież załatwiać  fundusze.  Trzeba było również z czegoś żyć, więc nie raz byłam zmuszona trzepnąć jakąś fuchę. Czasami młodzież przynosiła mi jedzenie albo pożyczała pieniądze.
Skończyła mur jak spadł śnieg, po czym wyjechała.

Bez prądu i ciepłej wody

Grudzień. Rafał odebrał ją z Victorii. Pojechali na squat, na którym nie było ani prądu, ani ciepłej wody. Zaczęło się nowe życie, bez internetu, bez komputera. – Wchodzisz w system zimowy, robi się czwarta po południu, a ty idziesz spać – wspomina. Wcześniej mieszkała na squatach w czasie wakacji, w Berlinie i Kopenhadze, ale to był zupełnie inny rodzaj przeżycia, bardziej beztroski, bo przyjeżdżało się „na gotowe”. W Londynie musieli stworzyć dom od początku. Podłączyli prąd, reperowali, malowali. – Na szczęście mam dość duże umiejętności przystosowawcze. Podstawowe rzeczy, które były nam potrzebne to świeczki, miska i materac.

Wybrała mieszkanie na squacie, bo podąża za  Rafałem, który jest anarchistą i uważa squatting za sposób na życie. – Ja także popieram ideę, że skoro stoją puste domy to powinny one  należeć się ludziom. Mieszkania są dla ludzi, a nie żeby się bogacić. Jeżeli ktoś nie ma domu, to powinien go dostać, bo dom to jest podstawowa rzecz, która powinna być zapewniona człowiekowi.

Marzą  z Rafałem, aby kiedyś  wybudować własny dom – z gliny i słomy.  – Dom jest magicznym miejscem dla ludzi. Na wsi było tak, że jeden chłop nazbierał materiałów,  a wieś się zbierała i budowała chałupę. Cała społeczność się  angażowała,  nie tak jak jest obecnie, że musisz  mieć zezwolenia, cuda-wianki i kredyty. Ludzie się zarzynają, aby mieć dom, który później okazuje się pętlą na szyi, bo musisz go spłacać do końca życia. A dom to jest coś takiego co powinno dawać ci poczucie bezpieczeństwa – mówi.

Iwona i książę

Pierwszy raz przyjechała do Londynu w wieku 20 lat. – Byłam gówniarą, która jeździła stopem, sępiła fajki, i niczym się nie przejmowała. Trzynaście lat później okazało się że wcale nie jest tak fajnie.  Miałam stany lękowe, nie mogłam się odnaleźć.
Jej pierwsza praca polegała na sprzedaży na ulicy gazety Big Issue. Później trafiła do kawiarni Sky Light Cafe, która  przystosowuje do życia osoby pijące, narkomanów i bezdomnych. Pracowali tam z Rafałem za darmo, ale w zamian mieli  jedzenie i prysznic.  Dzięki temu doświadczeniu powstała praca „Iwona i książę”.

Nie może żyć bez sztuki, dlatego przystosowała ją do swojego nowego stylu życia.  – Na samym początku  okazało się, że ma do nas przyjechać książę Karol – wspomina – no i rzeczywiście, ulica zamknięta, książę Karol jedzie. Zrobiono nam zdjęcie, na podstawie którego powstał cykl obrazów. To jest opowieść o tym jak dziewczyna spotyka księcia, który odmienia jej życie. Byłam uczona od małego, że gdy spotkam księcia to będzie już cudownie. No i rzeczywiście, spotkałam  księcia i dzięki temu zdobyłam prawdziwą pracę. Z  kawiarni dla bezdomnych trafiam do wspaniałej kawiarni Progresso– śmieje się Iwona. Istnieje jeszcze drugie dno tej pracy. Obrazki z napisami kawiarni, w których pracowała umieściła na swoim autoportrecie, na którym stoi  ogromna na stoczni, gdzie jest prawdziwą księżniczką. Jej projekt „Cudzoziemka” mówi o byciu obcą w innym kraju, ale także w rodzinie. Cudzoziemka traktuje o bliznach. O tym, że to, kim jesteś, jest naznaczone tym, gdzie się urodziłaś, jak byłaś wychowana.

Jakoś udało jej się przetrwać najgorsze i teraz chciałaby tu zostać na dłużej. – Strasznie się cieszę, że tu przyjechałam. Uwielbiam chodzić po Londynie.  Wystarczy, że pójdziesz w inną uliczkę i już jesteś w innym świecie. Nigdy się tu nie nudzę, zawsze mam za mało czasu, żeby wszystko zobaczyć. Oboje kochają Polskę, ale w Wielkiej Brytanii żyje się o wiele łatwiej. Pracując w kawiarni na pół etatu, jest  jeszcze w stanie coś zaoszczędzić. W Polsce pracowała od rana do wieczora, jeżdżąc z jednego miejsca na drugie i ciągle była w długach.

Roma Piotrowska

Ostatni taki piknik?

June 30, 2009

Przyjeżdżamy nieco spóźnieni. Z drogi widać długie szeregi zaparkowanych samochodów, a przed pałacem w Fawley Court długą kolejkę do ustawionych na trawie stołów, przy których jak pszczoły w ulu uwijają się mamy z komitetu rodzicielskiego wydając co kto sobie zażyczy, a ojcowie przy grillach przysmażają co tylko się da. Wypełniają się piknikowe talerze podpieczonymi na ruszcie pachnącymi kiełbasami i hamburgerami, bigosem przygotowanym przez siostry zakonne, sałatkami i rozmaitymi dodatkami. A na koniec coś słodkiego. Jest kawa, herbata, no i oczywiście polskie piwo i angielski pimms’.

kielbaskiGodną PRL-u kolejkę udaje nam się ominąć. Może na emigracji nie jesteśmy czwartą władzą, bo wydaje się, że tu nawet pierwszej nie ma, ale jakieś przywileje prasa jednak ma. Dostajemy więc pełne talerze z pachnącymi piknikowymi specjałami poza kolejką. Szczęściarze, czy oszuści? – zastanawiają się pewnie ci, przed którymi długi czas oczekiwania, zanim uda im się zaspokoić podrażniony wspaniałymi zapachami apetyt.

Trudno się dziwić, że kolejka taka długa, skoro na doroczny piknik sobotniej Szkoły Przedmiotów Ojczystych im. Tadeusza Kościuszki  na Ealingu sprzedano prawie 500 biletów. Jest to jedna z wielu cyklicznych imprez, wspierająca budżet największej polskiej szkoły sobotniej na Wyspach.

Dzieci w kolejce mało. Ich zapachy nie drażnią, wolą piłki, skakanki, hoola-hopy, niczym nie skrępowane szaleństwo w wielkiej przestrzeni parku wokół zabytkowego pałacu Falwey Court. A przecież wciąż czekają na nie jeszcze inne atrakcje.

Z pełnymi piknikowymi talerzami siadamy przy ukrytym w zieleni stoliczku.

– Mam tu gdzieś dzieciom malować buzie – podchodzi do nas nieśmiało jeden z rodziców. Sam, jak się okazuje, nauczyciel matematyki w angielskiej szkole. Stefan Siciński, choć urodzony tutaj, dba jednak, by jego dzieci nie zapomniały skąd się wywodzą. Posyła więc swoich synów do polskiej szkoły, a sam, kiedy tylko może, udziela się w pracach komitetu rodzicielskiego.

– Proszę się nie martwić, właśnie kończymy, za chwilę stolik będzie do pana dyspozycji.

Tak się staje i niebawem wokół pałacu biegają kotki-Justynki, żabki-Oliwie, pantery-Anie, motylki-Asie, co świadczy o dużej wyobraźni i talentach plastycznych malarzy dziecięcych buzi.

Jeśli jeszcze kiedykolwiek będę uczestniczyć w pikniku zorganizowanym przez tę szkołę, wiem, że na pewno wykupię los na loterię. Choć zwykle nie mam szczęścia, nagrody w tej loterii to nie nikomu niepotrzebne odpadki-szkaradki, ale zafundowane – dzięki staraniom rodziców – przez dobre marki kosmetyki, urządzenia elektroniczne itp. itd. Ci, których los okazał się szczęśliwy, na pewno swojej

Zorganizowanie takiej imprezy to wysiłek wielu ludzi. – Zaczynamy przygotowania co najmniej miesiąc wcześniej, ale na dwa tygodnie przed to już bardzo intensywna praca – opowiada Andrzej Rumun, przewodniczący komitetu rodzicielskiego, urodzony w Wielkiej Brytanii. Jego ojciec – Jacek – był założycielem chóru w tej samej szkole. Jak widać przywiązanie do korzeni to w rodzinie Rumunów ważna rzecz. Zresztą nie tylko w tej rodzinie. W szkole na Ealingu wiele dzieci to trzecie pokolenie Polaków na Wyspach.  Ale są też takie, które przyjechały tu całkiem niedawno.

– Dziś już od ósmej rano pracujemy tutaj na miejscu, żeby wszystko było odpowiednio przygotowane – kontynuuje Andrzej Rumun. Ale dzięki pracy społecznej wielu rodziców, fundusz szkoły jest w zdrowej kondycji, mamy zabezpieczenie finansowe, gdyby na przykład trzeba było wynająć inne miejsce na prowadzenie zajęć.

dzieciPiknik jest rzeczywiście dobrze zorganizowany, widać, że wszyscy znakomicie się czują. Jest to bez wątpienia nie tylko zasługa organizatorów, ale również miejsca. Schodzący aż do Tamizy piękny park wokół pałacu Fawley Court daje ogromne możliwości wyboru spędzenia czasu na świeżym powietrzu. Jedni się opalają, inni w dużych grupach gawędzą w cieniu drzew. Ktoś zajdzie do kościoła pomodlić się przez chwilę w skupieniu. To tu, to tam rozgrywają się różne mecze, zawody, wyścigi. Przy scenie zorganizowanej na konkurs młodych szkolnych talentów – Pop Idol (wygrał Damian Jung) – gra muzyka. Trudno wyobrazić sobie lepsze warunki i nie czuć się jednocześnie uprzywilejowanym. Wiele osób, które przyjechały tego dnia do Fawley Court, zdaje sobie z tego sprawę.

– To wielka szkoda, że tracimy to miejsce. Ale nam, Polakom, brakuje profesjonalizmu w tym co robimy. Im dłużej tu jestem, tym bardziej to widzę. Mówię oczywiście o ogóle, bo są indywidualne przypadki osób, które osiągają duży sukces. To miejsce potrzebuje pomysłu na dobre wykorzystanie i sprawnego zarządzania. Ale szkoda, że zaczęło się o tym mówić, kiedy było już za późno. My czujemy wielki żal – mówi Grzegorz Zawodny. Do Fawley Court przyjeżdżają od wielu lat. Najpierw z grupą modlitewną, a teraz już ze swoimi uroczymi bliźniaczkami. – Gdyby było społeczne zaangażowanie, sprawy potoczyłyby się pewnie inaczej – dodaje żona Grzegorza, Justyna.

Odbijam w bok ze ścieżki wiodącej od Tamizy w kierunku kościoła św. Anny. Na miejscu, gdzie w Zielone Świątki zwykle rozstawiano ławki dla wiernych, rozgrywa się mecz. Zastanawiam się, kto z kim walczy o zwycięstwo. Próbuję wyodrębnić drużyny. Jedyne rozróżnienie, jakie jestem w stanie zauważyć, to ci rozebrani do pasa lub nie. – Goli przeciwko ubranym? – pytam naiwnie. – Nie! Rodzice kontra dzieci! – ktoś krzyczy do mnie w biegu. – Kto wygrywa? – krzyczę również. – Na razie remis! – No i dobrze, niech tak zostanie – myślę sobie. Przecież nie chodzi o bezwzględne współzawodnictwo, lecz o dobrą, wspólną zabawę.

– A siostra w tym roku nie kopie? – zauważam siedzącą na ławeczce siostrę Teresę ze Zgromadzenia Sióstr Zmartwychwstanek na Ealingu, która w zeszłym roku znalazła się na pierwszej stronie „Nowego Czasu”, uchwycona obiektywem sprawnego fotografa w momencie oddawania precyzyjnego strzału. – Już kopałam – słyszę, i natychmiast czuję rozczarowanie. – Tym razem spóźniliście się.

gitaraNo tak, takich okazji nie powinno się przegapić. Siadam więc na ławeczce pod drzewem obok siostry Teresy, która obserwując rozgrywający się mecz,  przywołuje wspomnienia odwracając kartki swojego długiego życia. – To dobrze, że jest takie miejsce, gdzie Polacy mogą mieć poczucie swojej tożsamości i dumy – mówię, a siostra idąc mi w sukurs na to: – Syn mojego brata ciotecznego, kiedy poszedł do szkoły i powiedziano mu, że jest Brytyjczykiem, bo przecież urodził się w Wielkiej Brytanii, odpowiedział: czy koń, który urodził się w kurniku staje się kurą?

No właśnie, każdy pewnie na to pytanie odpowie sobie sam.

Teresa Bazarnik

Uczta w Croydon

June 17, 2009

krysiaAż wierzyć się nie chce, że im się chce. Tak napisałam kilka lat temu o chórze Ave Verum. Że im się chce poświęcać godziny po pracy, wolne chwile, żeby śpiewać. I polskość wyśpiewywać na obcej ziemi. I w tym śpiewaniu podsycać żar swojej polskości. Bo się w nich ta polskość pali. Nie zgaszona dorastaniem w obcości. Nie poszarzała od kompleksów ani poczucia kulturowej niższości.  Ani niedoceniania naszej heroicznej przeszłości.

Oni, to nasze młode pokolenie, nie mają takich kompleksów, jakie my mieliśmy. Wychodzą z tą swoją polskością na estrady ku innym i ku nam. Przełamują uprzedzenia nie politycznymi tyradami ani popisami o naszej martyrologii, ale śpiewaniem o naszym kraju. O jego obyczajności i obyczajach, tradycji i wierze.

Chórowi Ave Verum udało się wypracować ten schemat lekkości i zmienności nastrojów śpiewania. I wkomponować w to śpiewanie tę naszą już dwoistość kulturową. Tę naszą polsko-angielską dwoistość, jaka jest w nas.

Niezła to mieszanka. Można by powiedzieć unijna. W minioną niedzielę okazało się przecież, że Polacy w kraju przypieczętowali unijność w eurowyborach. Skromną wprawdzie frekwencją, ale pewnym siebie wynikiem. Prawie już skokiem na znaczące miejsce w europarlamencie. I w tę minioną niedzielę chór Ave Verum dał nam koncert. Koncert galowy z teatrze Ashcroft w Fairfield Hall w Croydon. Koncert z okazji dziesięciu lat śpiewania. I wciąż im się chce. Aż wierzyć się nie chce.

Zbieżność dat może była przypadkowa. Może przypadek sprawił, że ten koncert był niczym gala z okazji naszych przełomowych rocznic. Rocznic narodzin naszej niepodległości. Można to było sobie dośpiewać w czasie chóru śpiewania. Bez wielkich słów. Bez fanfaronady. Bez tej typowej dla nas przesady uniesień i zadęcia. Piosenki i pieśni wiodły nas przez bolesną przeszłość i radość z teraźniejszości. Taka jest moc oszczędnego słowa. I taka jest moc muzyki. I treści wyśpiewanej. A nie głoszonej ex catedra w napuszonym, nudnym języku. A widownia, która wypełniła rzędy teatru w Croydon zadumana, zasłuchana, milcząca. I w ciszy przeżywająca swoją bliskość z polskością. I z Polską.

Bliskość często bywa silniejsza z oddali. „Ja to mam szczęście, że w tym momencie żyć mi przyszło w kraju nad Wisłą, ja to mam szczęście!”. To słowa pieśni „Tango na głos, orkiestrę i jeszcze jeden głos”, napisanej w roku 1989 przez Grzegorza Tomczaka. Śpiewała ją przejmująca aż do drżenia serca Brygida Wimbush.

Niepojęte to szczęście po nieszczęściach. Rok szczęścia z obalania komuny. A na dużym ekranie w tyle sceny wizualne fragmenty z tej naszej przeszłości. Wojennej i powojennej, aż do „Solidarności” i wyzwolenia.

Nie ma lepszego sposobu na promowanie Polski i naszej kultury – napisał kiedyś w „Dzienniku Polskim” Grzegorz Małkiewicz. Bo chciałoby się razem z chórem śpiewać „White Cliffs of Dover”. Piosenkę z naszej wspólnej anglo-polskiej buńczucznej przeszłości wojennej. I chciałoby się razem śpiewać „Karpacką Brygadę” i Hemarowską humoreskę o tym, że wszystko co warto, to upić się warto. I chciałoby się raz jeszcze posłuchać chorału „Alleluja” G. F. Haendla. I brawurowego śpiewania o weselnej uczcie w Słupii Nowej. Na bis, i bis i bis. Bo takie były bisy i brawa na stojąco za to śpiewanie Ave Verum. Choć czasem, żeby nie przesłodzić w pochwałach, żywsze tempo, szybszy rytm by się przydał. W „Szwoleżerach”, i tu, i ówdzie. Taki „rythm of life”, jak w słowach piosenki.

Jesteśmy z natury etnicznej skazani na pewną zaściankowość. Na pewien prowincjonalizm. I raczej swojsko się w nim czujemy. W tej naszej parafiańszczyźnie, gdzie wszyscy się znamy i wszystko wszystkim uchodzi. Gdyby były fundusze, większe siły przerobowe, jeszcze więcej talentów, mogłoby być na tym koncercie bardziej profesjonalnie. Z dużą orkiestrą, ze światłem reflektorów rzucających błyski i blaski. Bajecznym wystrojem sceny i bajecznymi strojami. Ale nie byłby to wtedy taki prawdziwie nasz koncert.

Nie ma co podgrymaszać i krytykować. Można tylko dziękować chórowi, Ewie Kwaśniewskiej – dyrektorowi artystycznemu, i Jurkowi Pockertowi – muzycznemu mistrzowi i dyrygentowi chóru za ten galowy koncert. Istnienie tego chóru od dziesięciu lat i koncerty, jakie dał, są wyjątkowym osiągnięciem. Bo im się chce śpiewać i tańczyć już dziesięć lat. A na sali był już nowy narybek. Dzieciaki, dziewczyneczki, jak w tej piosence „Panienki z bardzo dobrych domów”, niegrymaszące. A w chórze śpiewają nawet małżeństwa z dziećmi. Kilka pokoleń. Wszyscy się spotykają na poniedziałkowych próbach w Ośrodku Polskim przy Parafii Jezusa Miłosiernego w South Norwood na południu Londynu. A ci wszyscy, to ludzie z zawodami, urodzeni tu i w kraju. Dwujęzyczni. Ale jednoznaczni kulturowo. Na taki chór nawet Ealing, ta londyńska twierdza polskości, nie potrafił się zdobyć. A telewizyjny show Britain’s Got Talent to plebejskie piwo barowe przy kulturze Ave Verum.

Felieton to nie recenzja, a ni ja nie recenzentka. Niedawno w recenzji w „Dzienniku Polskim” z okazji wielkiej loterii Polskiej Fundacji Kulturalnej przeczytałam, że występujący na tej gali zespół Dei Trust „pokazał lwi pazur wykonując przeboje Anny Jantar”. Lwi pazur? Dobrze, że nie kły. Widzowie by zwiali. Ave Verum bez kieł i pazurów pokazał tylko co potrafi. A potrafi dużo. I nawet można mu darować ten prowincjonalny obyczaj witania na sali burmistrzów, wójtów i parafialnych działaczy. Przecież jesteśmy w naszej swojskiej parafii. I niech już tak zostanie.

Krystyna Cywińska

Górska duchowość

June 17, 2009

Cóż może łączyć lekarkę, informatyka, terapeutkę i dziennikarkę? Na pewno łączy ich miłość do gór i spojrzenie na świat, a trochę mniej sentyment do  kampingów. Grupa Mountain Spirituality wybrała się do Północnej Walii.

Snowdonia może zaskakiwać. Pogoda bywa tam nawet latem ryzykowna, architektura surowa, a język szeleszczący. Pierwsza wspinaczka na Moel Hebog (782 m) zaliczona, wracamy do wsi Beddagelert na wybrzeżu Cardigan Bay. Ze szczytu widać wijące się klify i piaszczyste plaże. Słońce wysuwa się zza chmur na chwilę i odbija
w rozsianych między wzgórzami jeziorach. Wejście na szczyt było dość łagodne, jednak ostatnie kilkadziesiąt metrów to skały, skałki i kamienie – osoby o słabych nerwach zostają podziwiając ostrość krawędzi.

W drodze powrotnej kropi deszcz, podłoże jest rozwodnione i błotniste, lekkie buty rozpadają się pod wpływem wilgoci. Przewodniczka Diana wybiera najlżejsze zejście, nic jednak nie jest w stanie osłonić nas od deszczu. Wpadam do strumienia, od tej chwili wilgoć nie ma już dla mnie znaczenia. Marzę tylko o szklaneczce whisky.

goryMountain Spirituality (MS) to grupa, która powstała w środowisku studentów skupionych wokół Parafii Jezuitów na Mayfair w Londynie wiele lat temu. Od początku skupiała osoby o podobnym światopoglądzie, głównie katolików, jednak nie wyłącznie. Niepisaną zasadą w czasie spotkań ludzi wyjeżdżających z MS jest tolerancja dla każdego światopoglądu i wzajemny szacunek. Uderza prostota, życzliwość i prostolinijność wszystkich uczestników wyjazdu. Nikt nikogo nie próbuje nawrócić, wieczorem przy świecach najpierw popijamy wino na rozgrzewkę, następnie snujemy rozważania na temat własnych ścieżek duchowych.

W czasie kilku lat istnienia przez grupę przewinęło się kilkadziesiąt osób, kilka zostało na dłużej, angażując się w organizację kolejnego wyjazdu, inni zawiązali rodziny, wyjechali. Przybywają jednak nowi sympatycy grupy. Członkostwo jest czymś bardzo elastycznym, zgłaszasz się on-line, wpisują cię na mailingową listę i otrzymujesz informację o wyjeździe. Zwykle weekendowe wyjazdy są bardzo tanie. Transport leży we własnym zakresie, jednak wielu uczestników posiada samochody, a organizatorzy starają się skontaktować osoby mieszkające w pobliżu, żeby dojechały razem.

Ludzie przyjeżdżają z jednego powodu, żeby poznać innych młodych chrześcijan (wiek do 40 roku życia). Londyn i Wielka Brytania proponuje wiele, nie trudno tu spotkać ludzi interesujących się niemal wszystkim, jedyną grupą, którą trudno tu naprawdę znaleźć to młodzi chrześcijanie, głównie katolicy miedzy 20 a 40 rokiem życia. Jeśli mówimy o Kościele, wydaje się, że to pokolenie jakby nie istniało. Mountain Spirituality jest w swym założeniu grupą, która ma tę pustkę wypełnić. Nie należy się obawiać, że znajdziemy się wśród odmieńców typu happy-clappy. Na weekend do Snowdonii przybywają raczej dojrzali, samoświadomi i prostolinijni ludzie, którzy wierzą w kilka wartości nieszczególnie popularnych w dzisiejszych czasach. Znamienne jest, że na siedem osób, z którymi tym razem wyjechałam, trzy są urodzone w Wielkiej Brytanii, choć pochodzą z rodzin imigrantów w drugim lub trzecim pokoleniu. Towarzystwo więc bardzo międzynarodowe, raczej na niekorzyść brytyjskiego Kościoła katolickiego, którego szeregów raczej nie wzbogacają dzieci żyjących tu już od pokoleń katolików, tylko raczej młodzi imigrancji z całego świata.

Jonathan jest organizatorem wyjazdów od trzech lat. Sam przyznaje, że jest fanatykiem takiego życia – wraz z wiosną wyprowadza się pod namiot, do cywilizacji wraca we wrześniu. Mountain Spirituality zaprasza na swoje wyjazdy trzy lub cztery razy w roku. Zawsze są to wyjazdy związane z pewnym wyzwaniem, dla mnie to zakwaterowanie na kampingu, pod namiotem lub w tzw. barn. Wszystkie wyjazdy mają na celu wspinaczkę górską i dzielenie się przemyśleniami.

Tym razem grupa składa się tylko z siedmiu osób, ale są co najmniej cztery narodowości, wszystkich łączy jedno – są katolikami. Jednak religia nie dominuje tych wyjazdów.

Następnego dnia wybieramy się szlakiem klifów z Port Towyn do Morfa Nefyn. Nie załapujemy się na zdobycie góry Snowdon, ale wrażeń i emocji związanych z widokami w tym miejscu nie brakuje. Walia zapewnia wiele atrakcji, choć ekonomicznie to dziś region żyjący wyłącznie z hodowli owiec i turystyki. Zakwaterowanie znaleźć można nawet bez wcześniejszej rezerwacji ponieważ na oknach często wisi informacja vacancies, a w okolicy jest wiele pół namiotowych i kampingów. Ze szczytu wzgórz widać dymek kolei parowej, którą można przejechać z Caernarfon Station do Porthmadog – samochodem to zaledwie 20 minut od drogi szybkiego ruchu A55. Miłośnicy kajaków i wspinaczki z linami znajdą tu raj. Morze pobłyskuje szafirem, a tysiące owiec na soczystych pastwiskach wprawia  nas w nastrój uniesienia.

Tekst i fot.
Małgorzata Białecka
www.mountain-spirituality.org.uk

Przelećmy się na prowincję

June 17, 2009

Muzyczka, znajomi, grill w ogródku, browarek albo coś mocniejszego… Tak właśnie wielu Polaków spędziło długi weekend, będący zwieńczeniem maja. Po staropolsku – domowo, w rodzinnej atmosferze. Jednak nie wszyscy…

Wiele osób postanowiło wyrwać się nieco poza schemat ograniczony czterema ścianami i ogródkiem. Pogoda była piękna, zaś atrakcji całkiem sporo. Tutaj rozłożyło się wesołe miasteczko. Tam jakieś muzeum zaproponowało zwiedzanie z przewodnikiem bez dodatkowej opłaty. Ówdzie znana sieć supermarketów ogłosiła wyprzedaż za bezcen. Albo też odbył się carboot sale, na którym miłośnicy staroci mogli poczuć się jak na wyspie skarbów. Ja końcówkę maja spędziłem w Southend, przy samym ujściu Tamizy.

Co roku, w ostatni weekend maja, odbywa się tam wielki pokaz lotniczy, połączony z festynem dla dziesiątek tysięcy ludzi – zarówno miejscowych, jak i tych, którzy przybywają tłumnie do największego miasta Essex z różnych zakątków kraju. Mimo że w Southend bywam od sześciu lat, a przez ostatnie ponad półtora roku mieszkałem tam na stałe, nigdy nie widziałem tak wielkiego tłumu, jak w ubiegły weekend.

lot1Pokazy lotnicze stały się – jak co roku – znakomitym pretekstem dla wszelkich typów królewskich wojsk do zaprezentowania swego potencjału i zainteresowania sobą przyszłych rekrutów. Można było się sfotografować przy transporterze opancerzonym, czołgu lub dziale samobieżnym, a nawet wsiąść do jego wnętrza i poczuć się przez chwilę niczym Janek z „Czterech Pancernych”. Dla tych, którzy preferują bujanie w obłokach, również znalazła się mała atrakcja. „Firmowe” stoisko Red Arrows – reprezentacyjnej grupy RAF – zdobił pomalowany na czerwono Hawk. Tych właśnie odrzutowców używa najpopularniejszy zespół brytyjskich sił powietrznych. Zresztą – już za kilka godzin miałem okazję obejrzeć Hawki w powietrzu. Ich pokaz stanowił ukoronowanie tegorocznego airshow i skradł serca tysięcy widzów. Również i moje.

Jednak zanim Red Arrows opanowali niebo, kilka innych maszyn czarowało oczy zebranego tłumu. Pierwszym z nich był amerykański Mustang – latająca legenda II wojny światowej. Samolot słynął kiedyś z niesamowitej prędkości i tym razem również pokazał, co potrafi. Jego przelot nad Tamizą zrobił na mnie wielkie wrażenie. Ale niebawem atmosfera pokazów miała zostać jeszcze bardziej podgrzana.

Znad klifów Southend, w ryku silników wyłoniły się trzy samoloty. Były to najbardziej znane brytyjskie konstrukcje lotnicze, których sylwetki rozpoznać potrafią nawet te osoby, które niewiele interesują się lotnictwem. Brytyjczycy mają szansę oglądać je podczas wielu imprez organizowanych co roku w różnych miejscach. Jednak dla mnie była to pierwsza okazja, by zobaczyć w locie zarówno Spitfire’a, jak i Hurricane’a. Towarzyszyły one czterosilnikowemu Lancasterowi. Ich występ był niczym spojrzenie w okno czasu. Poczułem się, jakby świat został cofnięty o dobrych sześćdziesiąt lat. Nie zabrakło tam rónież i polskiego akcentu. Na dziobie Spitfire’a wymalowana była mała, biało-czerwona szachownica – znak, że samolot ten należał do którejś z polskich eskadr biorących udział w Bitwie o Anglię. Samoloty wspólnie przeleciały ponad plażą, a następnie każdy z nich zaprezentował się z osobna. Na koniec znów uformowały zwarty szyk, w którym odleciały na lotnisko w Southend, ustępując miejsca dużo bardziej nowoczesnym konstrukcjom.

Lynxy, należące do Black Cats – zespołu akrobacyjnego Royal Navy, widziałem w ubiegłym roku, ale mimo to byłem pod wrażeniem. W rękach doświadczonych pilotów śmigłowce zdawały się tańczyć ponad Tamizą. Niczym ważki, śmigały we wszystkich kierunkach, by po chwili zatrzymać się i majestetycznie przedefilować nad prome-
nadą. Nie były jedynymi śmigłowcami, jakie tego dnia wzięły udział w airshow. Jaskrawo pomalowany, żółty Sea King zademonstrował akcję ratownictwa wodnego, przy współudziale łodzi, stacjonujących na co dzień w stacji Life Boats, znajdującej się na molo w Southend. Gdy tylko zakończono ratowanie niedoszłych topielców, a łodzie odpłynęły, rozpoczęła się najważniejsza część tegorocznych pokazów lotniczych.

Czerwone maszyny Red Arrows pojawiły się właściwie znikąd. Nadleciały cicho znad miasta, by zawłądnąć niebem na dobre pół godziny. Kolorowy dym, jaki ciągnęły za sobą, symbolizował barwy brytyjskiej flagi. Samoloty dały pokaz akrobcji na najwyższym poziomie, zaś ich poczynania – podobnie jak i wszystkie inne wydarzenia tegorocznego airshow – głośno komentowane były przez prezentera radia BBC Essex z kołochoźników wiszących na wszystkich lampach promenady. Hawki latały w zwartym szyku, zaledwie kilka metrów od siebie. Ileż lat ciężkiej pracy trzeba poświęcić, by być zdolnym do takiej precyzji… Eskadra pokazała kilkanaście grupowych akrobacji, na zmianę z prezentacją talentów pilotażowych poszczególnych lotników.

Nie można bowiem nie wspomnieć o grupie Giunot, latającej na staroświecko wyglądających dwupłatowcach. Zespół odróżnia się od innych latających cyrków tym, że to nie samoloty znajdują się w centrum uwagi widzów, wykonując skomplikowane ewolucje. Na górnym płacie każdej maszyny wożona jest ubrana w jaskrawy strój pani. To właśnie one, fikając nóżkami na swych krzesełkach, wprawiają w zachwyt tysiące widzów wszędzie, gdzie się pojawią.

Niecodzienny talent pokazali również panowie z grupy Red Bulla. Znani są oni z umiejętności latania bardzo nisko, przy dużej prędkości. Zazwyczaj można ich oglądać podczas rajdów Red Bulla, organizowanych w różnych miejscach na świecie. W Southend również nie zawiedli pokładanych w nich oczekiwań. Wykręcali na niebie ciasne kręgi, zaś swój występ zakończyli rysując na niebie białym dymem wielkie serce. Podobne serce, przebite strzałą, wyrysowali piloci z Red Arrows. Jednak to w wykonaniu Red Bulla wyglądało o niebo lepiej.

Imprezę zakończyło pojawienie się w powietrzu najmłodszego dziecka europejskiego przemysłu lotniczego. Projekt budowy Eurofightera pochłonął setki milionów euro, wydanych z publicznych pieniędzy i wymagał ogromnego wysiłku organizacyjnego, jednocząc przemysł lotniczy kilku państw europejskich. Kilkakrotnie niewiele brakowało, by w ogóle został posłany do kosza, gdy budowa myśliwca pochłaniała kolejne lata i wymagała jeszcze większych pieniędzy, zaś poszczególni partnerzy wycofywali się ze współpracy. Gdy jednak, mimo wszelkich kłopotów, samolot w końcu ujrzał światło dzienne, okazało się, że projekt wart był wysiłków, jakie weń włożono. Pod niebem Essex pojawiła się niezwykle głośna i ultraszybka maszyna, którą – przy włączonym dopalaczu – z pewnością słychać było nawet na opłotkach Londynu, leżącego dobrych kilkadziesiąt kilometrów dalej. Patrząc na ewolucje Eurofightera czułem się, jakbym oglądał mecz tenisa. Spojrzenie w prawo, odbicie, spojrzenie w lewo, odbicie… Przypomniały mi się popisy polskich pilotów, latających na Migach 29. Gdy widziałem ich kilka lat temu, byłem równie poruszony ich możliwościami i groźnym majestatem, z jakim maszyny przemieszczały się po niebie. Ciekawe, jak wyglądać by mogła konfrontacja obu konstrukcji…

Gdy myśliwiec odleciał w stronę przysłoniętego mgiełką hrabstwa Kent, stało się jasne, że to już koniec pokazów. Wraz z grupą znajomych, przybyłych z Londynu, ruszyłem do domu. Czas było rozpalać grilla. Bo airshow to jedno, jednak polskiej tradycji musiało stać się zadość. Za rok znów pewnie zaproszę was na grilla. I do uczestnictwa we wspaniałej imprezie, której przegapić nie powinniście.

Alex Sławiński

Komentarz Andrzeja Krauzego

June 17, 2009

mysliwy

Radość z ocalonego Teatru Poezji

June 17, 2009

Mapa wydarzeń kulturalnych polskiego Londynu w ostatnią niedzielę maja aż iskrzyła się światełkami imprez: piknik zielono-świątkowy w Fawley Court, Kabaret Moralnego Niepokoju w teatrze POSK-u, wykład ks. prof. Michała Hellera na Devonii, wernisaż grupy Page 6 w Galerii POSK-u – to tylko kilka zaproszeń – ale miłośnicy poezji i tak skierowali swoje kroki schodami w dół do Jazz Cafe POSK-u, gdzie zostali przywitani kieliszkiem wina. Modus operandi Sceny Poetyckiej, Regina Wasiak-Taylor – trzymając w ręce płonący świecznik na pięć świec – wprowadziła widzów w poetycki świat Dylana Thomasa i jego sztuki Pod Mleczną Drogą.

To sceniczne misterium, sztuka „na głosy”, może rozgrywać się wszędzie „pod każdym nachyleniem nieba”. Mieszkańcy rybackiego, walijskiego miasteczka mają swoją reprezentację na scenie – przewija się przez nią gama ludzkich charakterów, zawodów, temperamentów, zawiłych i prostych historii życiowych, wielkość i małość codziennych plotek i radości. Przechodzenie aktorów z jednej postaci w drugą (w oryginalnym skrypcie radiowym było 70 osób), dokonuje się przejrzyście dzięki inteligentnej grze i oprawie muzycznej Tomasza Lisa, staje się przyjemną zabawą, a transformacja z jednej rzeczywistości w drugą – z dna morskiego, z niebiańskich sfer i pozaziemskich światów – głęboko porusza.

Dylan Thomas pisał tak jak żył. Powiedział kiedyś: „Po pierwsze: jestem Walijczykiem. Po drugie: jestem pijakiem. Po trzecie: jestem miłośnikiem ludzi, a w szczególności kobiet”. Cóż może być bliższego każdemu z nas, niż ta manifestacja słabości ludzkiej natury i charakteru?

milky

Od lewej: Tomasz Lis, Wojtek Piekarski, Konrad Łatacha, Zbigniew Grusznic, Beata Szajowska, Magda Włodarczyk, Joanna Kańska, Renata Chmielewska

Pokazany na scenie londyńskiej Jazz Cafe utwór Thomasa, bardzo w swym charakterze walijski, okazał się wyjątkowo bliski polskiemu widzowi, wręcz swojski. Sprawiła to adaptacja tekstu dokonana przez Tymona Terleckiego. Przeniósł on Under the Milky Wood na swojski grunt realiów życia polskiej wioski, co dodało sztuce  wymiaru ponadnarodowego i ponadczasowego. To z kolei zafascynowało Helenę Kaut-Howson, aby pokazać młodej emigracji z Polski to, co dobre i wartościowe w literaturze tego kraju. Terlecki nie zatracił dowcipu i humoru samego Thomasa, a jego adaptacja ma cechy genialnego przekładu. Nazwiska postaci: Magdusia dla Wszystkich, podwójna wdowa Pani Ogryzko-Pryszczyk, Edward Wymuskany – to jedne z wielu pełnych wyobraźni spolszczeń. Dylan Thomas napisał Pod Mleczną Drogą z miłości do człowieka. Nadał ludzkim snom-marzeniom-koszmarom głos, z wielką uczuciowością poruszył freudowski dylemat podświadomości człowieka, a także przyziemnego i ekstatycznego jego bytu.

W prapremierze teatralnej arcydzieła Thomasa w 1954 roku (tuż po śmierci poety) w londyńskim Old Vic, grało tylko ośmiu aktorów – ale najwyższej klasy.  Zespół artystyczny Sceny Poetyckiej w POSK-u pokazał, że nie jest wcale gorszy. Debiut reżyserski Joanny Kańskiej okazał się ciekawym prezentem dla polskiej widowni w Londynie. Wielkie uznanie należy się założycielce i opiekunowi artystycznemu Sceny, Helenie Kaut-Howson, w której ręce oddajmy się z ufnością, bo ona dobrze wie, co powinniśmy znać i oglądać na poetyckich spotkaniach „z kandelabrem”.

Urzekający spektakl wyczarowało ośmioro aktorów – Renata Chmielewska, Zbigniew Grusznic, Janusz Guttner, Joanna Kańska, Konrad Łatacha, Wojciech Piekarski, Magda Włodarczyk i Beata Szajowska. Udało im się stworzyć iluzję obecności samego Dylana Thomasa, który siedzi, gdzieś razem z nami, w teatrze – „toporny, przysadzisty, o brązowych oczach, z chmurą rudych, niesfornych loków” – i z dobrotliwym uśmiechem popija długimi łykami wino. Po czym, już nie w marzeniu sennym, a w gorącym aplauzie zebranej publiczności, życzyliśmy sukcesów utalentowanemu zespołowi Sceny Poetyckiej występującemu w przyjaznej atmosferze Jazz Cafe, który dzięki pomocy sponsorów i wolontariuszy powrócił na scenę i miejmy nadzieję, że pozostanie na niej długie lata.

Grażyna Maxwell

Jednak rocznica

June 10, 2009

grzegorz2Czy dzień 4 czerwca 1989 roku można uznać za datę odzyskania niepodległości? Zdania są podzielone, szczególnie wśród polityków, którzy uczestniczyli w tamtych wydarzeniach. „Drużyna Wałęsy” wygrała wszystko, co było do wygrania, ale był to Sejm „kontraktowy”. Wałęsa po 20 latach powiedział nawet, że nie pamięta tej daty – dla niego ważniejszy był strajk sierpniowy.

Politycy, jacy są każdy widzi. Jeśli coś im nie wyjdzie, nawet w momencie dziejowym, chcieliby jeszcze raz wrócić na scenę z innym monologiem. Na szczęście historia to nie teatr. Powtórek nie będzie, nawet dla aktorów w rolach głównych. Ale kto kogo obsadził i kto był obsadzony? Misternie spisany scenariusz przy okrągłym stole wypadł z ręki scenarzysty w chwili ogłoszenia wyników. Nie tak miało być. Społeczeństwo zbyt dosłownie potraktowało swoją powinność eliminując komunistów z parlamentarnej gry. Opozycja staje się główną siłą polityczną, ale niezdolną, nieprzygotowaną do przejęcia władzy. I robi wszystko, żeby tej władzy nie przejąć, wbrew społecznemu mandatowi. Takiego obywatelskiego zaangażowania w powszechnych wyborach już więcej nie będzie.

Z tego prostego powodu wybory 4 czerwca 1989 roku w Polsce stały się dla Polaków, pomijając polityków, symboliczną cezurą, Rubikonem, a nawet kontrrewolucyjnym aktem pokonania pogardzanej i znienawidzonej komuny. 4 czerwca 1989 roku Polacy dokonali wyboru. Zabrakło niestety przywódców, którzy wtedy dalej szukali „historycznych kompromisów”, a teraz szukają bardziej wyrazistej daty.

„Kontraktowy sejm” niczego tutaj nie zmieni. Nie zmieni „kompromisowy” prezydent Jaruzelski wybrany przez kompromisowych polityków opozycji.

„Kontraktowe wybory” w Polsce stały się początkiem upadku komunizmu w całym zaprzyjaźnionym bloku. Kraj po kraju – Węgry, NRD, Czechosłowacja, Bułgaria, Rumunia – cały blok opanowała kontrrewolucja. Jedynie w Rumunii doszło do próby stłumienia wolnościowych aspiracji, co przy braku wsparcia Związku Sowieckiego skończyło się fatalnie dla tamtejszej dyktatury.

Czy trzeba szukać innej daty? Polska była częścią obozu. W Polsce dziewięć lat wcześniej powstał ruch społeczny, który pomimo prześladowań, w znacznie trudniejszych warunkach geopolitycznych, przetrwał i doprowadził do przewrotu. W taki sposób nasza najnowsza historia jest postrzegana przez obserwatora zewnętrznego, naszych obecnych sojuszników i partnerów. Z tej perspektywy nie liczą się niuanse polityki wewnętrznej, której i tak nikt nie rozumie, nie mówiąc już o tym, że mało kto, poza politykami, rozumie konfrontacje premiera z prezydentem w kraju.

Jeszcze kilka dni temu myślałem o tej dacie trochę inaczej. Też zastanawiałem się, czy jest to data przełomowa. Zmieniłem swoje zdanie, kiedy moja znajoma teatralnym gestem oświadczyła: 20 lat temu, czy ty wiesz, co się wtedy działo? W tym dniu poczułam się wolna. A kiedy tłumaczę swoim dzieciom, jak było w PRL-u, uważają, że zmyślam.

Grzegorz Małkiewicz

Next Page »