Więcej niż trzy akordy

May 27, 2009 · Drukuj

Polska grupa rockowa Why Not Here zakwalifikowana została przez telewizję BBC do wzięcia udziału w Immigrant Song Contest – eurowizyjnym konkursie dla emigrantów w Wielkiej Brytanii. Z liderem zespołu, Pawłem Majewskim rozmawia  Alex Sławiński

Jak rozpoczęła się historia zespołu i skąd taka nazwa?

– Zespół w obecnym składzie ma dość krótką, półroczną  historię, ale powstał niemalże półtora roku temu. Od początku w zespole gra Eddie (bas), Krzysiek (perkusja) i ja. Wymienialiśmy nieco skład, gdyż ciężko jest znaleźć odpowiednich muzyków, grających interesujący nas gatunek. Bo Polacy grają przeważnie albo ciężko, albo bardzo lekko. Nie ma tego środka – takiego rocka, jakiego my lubimy… W końcu znaleźliśmy brakujących członków i od pół roku mamy aktualny skład. Na początku zespół nazywał się The Imported (importowani). Ale niektórym zaczęło się to kojarzyć z The Impotents (impotenci), więc po prostu zaczęliśmy kombinować z inną nazwą. Któregoś wieczoru wraz z Mateuszem zorganizowaliśmy burzę mózgów. I wymyśliliśmy Why Not Here – tak głupią nazwę, na którą było nas stać. Przez trzy, czy cztery pierwsze miesiące to była praca nad kawałkami, nad zgraniem się. Organizowaliśmy próby przynajmniej raz w tygodniu, czasami dwa razy… Pierwszy koncert był w styczniu. I od razu zagraliśmy na międzynarodowym festiwalu Emergenza.

pawel

Emergenza to dość znany konkurs muzyczny w Wielkiej Brytanii. Doszliście w nim bardzo wysoko.

– Ten konkurs jest znany nie tylko w Wielkiej Brytanii. W wielu innych krajach świata równocześnie odbywają się koncerty w ramach Emergenzy. Tutaj organizatorzy sami przysłali nam zaproszenie. Znaleźli na Myspace stronkę z naszymi kawałkami i zaproponowali, byśmy wzięli udział. Zgłosiliśmy się i zaczęliśmy grać. A jak to się stało, że zaszliśmy tam tak daleko? Myślę, że największy wpływ miał na to fakt, że każdy z nas miał już wcześniej doświadczenie muzyczne i to nie było pięć świeżych osób, które się ze sobą spotkały, zastanawiając się dopiero, co śpiewać i jak łapać chwyty na gitarze czy uderzać w perkusję. Każdy wiedział, co robi i czego chce. Oczywiście pomoc naszych znajomych i fanów też była nieoceniona. Wiesz, Emergenza jest festiwalem, w którym – przynajmniej na wcześniejszych etapach – to publika decyduje, który zespół ma przejść dalej. Tak więc to było bardzo ważne: zdobywanie nowych fanów oraz pozyskiwanie fanów innych kapel (bo takich też jest dużo). Nauczyło to nas wiele, szczególnie takiej śmiesznej choć, zdawałoby się, oczywistej prawdy, która mówi: „Skoro twoi znajomi nie chcą płacić za twoje koncerty, to dlaczego sądzisz, że obcy ludzie będą na nie przychodzić?”. Zaznaliśmy także zawiści – pierwszego  z doświadczeń ludzi, którzy  zaczynają odnosić jakieś sukcesy. Przykre, że w stu procentach od naszych – wydawałoby się – przyjaciół, czy znajomych. Co do Emergenzy – udawało się nam przechodzić dalej i dalej… No, niestety – zatrzymaliśmy się na półfinałach. Ale czwarte miejsce w półfinałach, kosząc kilkadziesiąt innych – warto zaznaczyc – angielskich kapel to też nie jest zły wynik jak na tak młody zespół. Tak mi się wydaje. No – niestety – byli lepsi i wygrali, przeszli dalej.

Oprócz Emergenzy Why Not Here wystąpił również w konkursie BBC. Nie przypominam sobie innego polskiego zespołu, któremu udałoby się w BBC wystąpić.

– Możliwość wystąpienia w konkursie Immigrant Song Contest to była niesamowita okazja dla nas. I totalne zaskoczenie, gdy któregoś dnia zadzwoniono z BBC. Powiedziano, że ktoś nas zgłosił i zapytano, czy chcielibyśmy wystąpić. Odpowiedziałem: – Oczywiście, czemu nie.

Trzeba było nadesłać swoje kawałki, opisać w skrócie swoją historię, oni to sprawdzali, były wywiady, rozmowy… W sumie zanim wystąpiliśmy, to cała procedura trwała dobre dwa miesiące. W końcu, w wyniku eliminacji w Wielkiej Brytanii wybrano sześć zespołów, w tym nas. Zagraliśmy. Na koniec okazało się, że był to polityczny spektakl, którego nie mogliśmy wygrać, ale i tak jesteśmy szczęśliwi, że w ogóle tam byliśmy. No bo przecież wystąpić w BBC, a szczególnie w programie Newsnight, który jest bardzo poważnym, opiniotwórczym programem, to było coś.

Czemu uważasz, że oprócz aspektów artystycznych, wmieszano tutaj również trochę polityki?

– Odpowiedź na to pytanie zostawmy może na kiedy indziej. Czytelnicy „Nowego Czasu” na pewno poznają tę odpowiedź jako pierwsi.

Może przybliżysz nam  atmosferę, jaka panowała podczas nagrań. To jest na pewno niecodzienne przeżycie być częścią potężnej maszynerii, jaką są programy robione przez BBC.

– Na nagrania składało się kilka etapów. Pierwszym były wywiady w pracy u Krisa i u mnie w domu, podczas mojej pracy, tworzenia kawałków… Telewizja przyjechała tu, porozstawiała kamery; producenci, światła, rozmowy, wywiady… Kolejnym etapem było nagranie wywiadu z całym zespołem w jednym z pubów. Później BBC przybyło na koncert, podczas którego sfilmowano nasz występ. No a potem zgranie samego konkursu, które trwało cały dzień. To były tysiące powtórek – nie tylko nasze śpiewanie, ale też przemowy prezentera, zapowiedzi, inne kapele… Generalnie atmosfera była naprawdę znakomita. Kapele były z różnych krajów świata, ale wszyscy czuliśmy się naprawdę świetnie ze sobą. To było niesamowite. Nikt nie był zawistny, zazdrosny, może każdy czuł, że po prostu dostał szansę pokazania się w brytyjskiej telewizji, więc i tak był zadowolony. Ostatnim etapem była wizyta w studiach BBC, gdzie byliśmy maglowani przez cały dzień: kolejne dziesiątki powtórek, nagrań, kamery, make-upy, ustawienia, próby i tak dalej… W ogóle być tam to niesamowite przeżycie. Sam budynek robi wrażenie. Poznaliśmy kilka gwiazd, jak chociażby Jonathana Rossa. Zaprzyjaźniliśmy się też z bardzo znanym, wielokrotnie nagradzanym dokumentalistą i prezenterem BBC, Timem Samuelsem, który prowadził Immigrant Song Contest oraz z bardzo sympatyczną producentką programu Newsnight – Theą Rogers. Panel jury też obfitował w gwiazdy. Np. brytyjska zwyciężczyni Eurowizji – Sandie Shaw czy David Davies – były sekretarz stanu w gabinecie cieni. Nie chciało się stamtąd wychodzić.

Zespół nie istnieje tylko po to, by występować w konkursach. Macie na pewno swoje plany koncertowe i wydawnicze. Jak wygląda dzień dzisiejszy i przyszłość Why Not Here?

– Dzięki tym konkursom troszkę skróciliśmy sobie drogę; dostaliśmy do ręki coś, o czym inne zespoły mogą marzyć, o co zabiegają czasami przez wiele lat. Być może w innym gatunku muzyki, jak pop czy hip-hop można nieco oszukać pod tym względem. W muzyce rockowej nie oszukasz. Musi być ta droga przez mękę, cierpienie, łzy i hektolitry wypitego browaru z kapelą (śmiech). Czyli: próby, koncerty, próby, koncerty, zdobywanie fanów… Tej drogi się nie przeskoczy. Nie w tym gatunku muzyki. Dlatego postanowiliśmy już teraz raczej nie grać na żadnych konkursach i festiwalach. Teraz tydzień w tydzień koncert, próba… Już mamy zaplanowane koncerty na kilka najbliższych tygodni, możecie je sprawdzić na naszej stronie Myspace. Jest kilka innych propozycji grania, więc myślę, że będziemy mieli bardzo pracowity okres wakacyjny. Jeżeli chodzi o jakieś płyty, to wydaje mi się, że jest jeszcze za wcześnie. Mamy co prawda trochę materiału, ale myślę, że jeszcze trzeba nad tym popracować i wyjść z czymś konkretnym. Nie trzy akordy i darcie mordy, tylko coś, co pokaże, że potrafimy grać, śpiewać i komponować.

Emergenza to był konkurs skierowany do kapel, które nie posiadają kontraktów płytowych. To już za wami. Czy teraz myślisz o tym, by uderzyć do jakiejś wytwórni płytowej, postarać się o kontrakt?

– O, to chyba jest marzenie każdego muzyka, by grać i mieć kontrakt. Tak mi się wydaje. No bo nie bądźmy obłudni – tutaj także chodzi o pieniądze: chcesz grać, ale też chcesz zarabiać i dobrze żyć, chyba w tym nie ma nic złego? Ale wytwórnie płytowe muszą jeszcze poczekać przynajmniej kilka miesięcy. Musimy bardziej skupić się na graniu koncertów, zdobywaniu większej liczby fanów, pokazywaniu się przed większą publicznością. Dopiero później będą jakieś płyty czy wytwórnie. Myślimy o nagraniu demówki, ale – tak jak mówiłem – musimy jeszcze popracować nad kawałkami, porządnie je przygotować.

Komentarze

One Response to “Więcej niż trzy akordy”

  1. Marta Kownacka on May 28th, 2009 10:48 am

    Super, nie wiedzialam, ze sa takie kapele w Anglii. NIe slyszalam o was nigdy ale to co mowiecie w wywiadzie jest budujace. Bez ‘bujania sie’ ale z klasa. Bede sledzic wasza droge. Powodzenia.

    Kiedy jest najblizszy koncert ?

Got something to say?