Pięć lat w Unii Europejskiej
May 4, 2009 · Drukuj
Minęło pięć lat od kiedy Polska znalazła się w strukturach Unii Europejskiej. To dobry czas na podsumowanie, na dokonanie przeglądu dotychczasowych osiągnięć, na wymianę doświadczeń i może wyciągnięcie wniosków na przyszłość. Wierutnym kłamstwem byłoby dzisiaj mówienie, że Unia Europejska nie zmieniła życia Polaków. Trzeba jednak przyznać, że za sprawą Unii Europejskiej poznaliśmy też problemy, których dotąd na próżno było szukać nad Wisłą.
Co ciekawe, w nowych, wydawać by się mogło znacznie lepszych realiach, na znaczeniu straciły istniejące od wielu lat proeuropejskie organizacje, które niegdyś odgrywały kluczową rolę w integracji mieszkańców pogranicza, głównie polsko-niemieckiego. W nowej rzeczywistości chyba najlepiej znaleźli się zwykli Polacy, którzy wykorzystali możliwości oferowane przez unijne rynki pracy. No bo skąd nas dzisiaj tyle w Londynie?
Dyskretne początki
W Polsce bardziej chyba świętowano przystąpienie do NATO, aniżeli początek naszych dziejów w Unii Europejskiej. Na granicach nie dało się dostrzec specjalnej euforii, zresztą poza zmianą statusu, w Polsce niewiele się wówczas zmieniło. Dalej staliśmy w gigantycznych kolejkach do przejść granicznych, a kontakt z walutą europejską nie zmienił swojego charakteru. Powoli jednak zaczęło ubywać młodych. Nie wiadomo kiedy, nie wiadomo jak. Na początku żaden socjolog nie traktował tego zjawiska poważnie, tym bardziej nie przejmowali się wzrostem liczby rejsowych autokarów do Anglii polscy politycy. Bo i czym się było przyjmować? Pojadą, zobaczą i wrócą – mówili wówczas liderzy wszystkich liczących się ugrupowań. Polski start w Unii Europejskiej został również przyćmiony politycznymi wojenkami. W 2005 roku były przecież wybory, a poprzedniej, lewicowej ekipy rządzącej nikt nie traktował poważnie. Skompromitowana ekipa Leszka Millera mało komu kojarzy się dzisiaj w Polsce z przystąpieniem do Unii Europejskiej. Wielu znacznie lepiej pamięta jego wypadek lotniczy [rządowy śmigłowiec z Millerem spadł – red.], aniżeli fakt radosnego witania struktur unijnych. Unia – tak przynajmniej oceniam to z perspektywy czasu – wchodziła do nas cicho i spokojnie, bez zbędnych emocji i szumu wokół siebie.

Rys. Andrzej Lichota
Rząd, samorządy, wojewodowie, organizacje pozarządowe, stowarzyszenia pożytku publicznego, uczelnie, szkoły, przedszkola i gminy zaczęły jednak dostrzegać znacznie więcej kanałów, którymi płynęły unijne pieniądze do Polski. Wachlarz programów i projektów znacznie się rozszerzył, a do tego czas oczekiwania na zwrot pieniędzy z przeprowadzonych inwestycji zaczął się skracać. Co ważne, pojawiły się programy w których polscy beneficjenci nie musieli wykładać już swojej gotówki na całość inwestycji, bo Unia finansowała ją już na początku. Oczywiście w określonej części. Polacy mogli coraz częściej spoglądać na nowe trasy rowerowe opatrzone logo Unii Europejskiej, takie same etykiety zaczęły się pojawiać na wyremontowanych muzeach, nad jeziorami, w portach drogowych, na magistratach, itd., itd. Wiedzieliśmy, że Unia Europejska już jest, że w jakiś sposób działa, ale chyba jeszcze wielu z nas nie potrafiło powiedzieć – tak, jesteśmy już Europejczykami. Młodych Polaków tymczasem wciąż ubywało, liczba pocztówek wysyłanych z Wielkiej Brytanii do domu w Polsce ciągle rosła.
Wyjechaliśmy, ponieważ…
– Nie miałam na co czekać. W Polsce skończyłam dwa fakultety, liczyłam na dobrą pracę. Kiedyś byłam gimnastyczką, mam doświadczenie w prowadzeniu grup. Ale w Polsce nie było dla mnie pracy. Po iluś tam latach studiowania trafiłam do prywatnego przedszkola, by miesięcznie dostawać 800 złotych. Mieszkałam z rodzicami, bo na własne nie było mnie stać. Nie było mnie stać nawet na wynajem mieszkania – opowiada dzisiaj 32-letnia Magdalena. Do Irlandii wyjechała pod koniec 2004 roku. Nad wyjazdem nie zastanawiała się.
– To był przypadek. Znajoma mi powiedziała, żebyśmy pojechały, bo jest praca, bo uda się podszkolić w angielskim. Z oszczędnościami i językiem uda nam się potem wiele zdziałać w kraju – relacjonuje Magdalena. Dzisiaj zapiera się, że kiedykolwiek mówiła o powrocie. W Irlandii nie ma pracy marzeń. Nawet na to nie liczy. – Znam swoje miejsce w szeregu – przekonuje. Jest kelnerką, ale ta praca pozwala jej na utrzymanie mieszkania, kupno auta, raz do roku zagraniczny wypad do ciepłych krajów. Nie boi się o jutro, nawet w dobie kryzysu. Poza tym, jak przekonuje, tam żyje się inaczej. – Bez tej polskiej głupoty, nachalności i armii urzędników – stwierdza Magdalena. – Przyjeżdżam czasem do Polski, do rodziny. Myślę jakby tam ściągnąć mamę. Nasz kraj nie nadaje się do spokojnego i normalnego życia – puentuje naszą rozmowę.
– A ja wyjechałem, bo chciałem spróbować czegoś nowego. Do Holandii trafiłem przypadkiem. Zobaczyłem ogłoszenie, że szukają kogoś na wózek widłowy. Wziąłem tę pracę, bo gwarantowali jeszcze przeszkolenie. W Polsce „przyjemność” posiadania nowych uprawnień trochę kosztuje. Przyjechałem, dostałem pracę. Pokazali mi, gdzie można tanio wynająć mieszkanie. Przyjemna okolica, z dala od miasta i mnóstwo wody… – mówi Robert.
Miał 31 lat, kiedy dwa lata temu wyjechał za granicę. – Nie mam ochoty wracać. Jak mnie nie wyrzucą, to nie wrócę. Tu jest inaczej, spokojniej, wszystko jest takie dla człowieka, a nie odwrotnie. Każdy wyznaje zasadę – żyj i pozwól żyć innym. U nas, tzn. w Polsce, tak nie ma. Mamy zawiść, zgryzoty, zazdrość. To gorsze od biurokracji, a w tej przecież ci sami ludzie. Dodaje, że Unia Europejska Polski i Unia Europejska Holandii to dwa różne światy. Ma niewielką nadzieję na to, że kiedyś i u nas, w Polsce, będzie inaczej. Gdyby nie Unia, nie wyjechałby. – Nie mam nawet paszportu – śmieje się Robert machając mi nieco sfatygowanym dowodem osobistym.
Ale i Magda i Robert widzą, że w Polsce coś się zmienia, że dzięki Unii Europejskiej Polacy zyskali możliwość po pierwsze – swobody zamieszkania i pracy, po drugie – otrzymują wskazówki jak działać i jak żyć lepiej. Po trzecie – dostają pieniądze, o których nigdy nie śnili i o ile nie zmarnotrawią ich polscy urzędnicy, to jest szansa znakomitego ich wykorzystania. Chwała Unii, że nie dopuszcza do samowoli przy konsumpcji wspólnych środków i domaga się dokładnych rozliczeń – co i na co poszło, za ile kupiono to i dlaczego nie taniej. Każda faktura i paragon muszą być na swoim miejscu.
Unia nie tylko w stolicy
Warszawa, jakby nie patrzeć, uwielbiała rządzić, rozdzielać, czekać na tych, którzy przyjdą się płaszczyć i prosić o pieniądze. Taka to już domena polskiej stolicy – u nas najlepiej, a reszta niech sobie radzi jak może. Za sprawą Unii Europejskiej traktowanie „prowincji”, a więc wszystkiego co poza Warszawą znacznie się zmieniło. Określone kwoty przypisano poszczególnym regionom, utworzono regionalne programy operacyjne z których środki przeznaczane są na najlepsze inwestycje w regionach. Tworzone są tzw. listy indykatywne inwestycji, które ze względu na swoje znaczenie i dobre przygotowanie na etapie planowania mają szanse na dofinansowanie bez przechodzenia etapu konkursowego. Takie zjawiska motywują inwestorów – tych publicznych i prywatnych – do składania atrakcyjnych projektów.
Niestety – jak to w Polsce – nie udało się wyeliminować pewnych patologicznych zjawisk, jak np. umieszczanie w komisjach konkursowych osób, które były autorami lub współautorami określonych projektów starających się o unijne wsparcie. Rząd Donalda Tuska w ostatnim czasie stanowczo skrytykował takie praktyki i wręcz wydał nakaz usunięcia z gremiów oceniających osób jakkolwiek związanych z danym wnioskiem. Inne jednak podłoże stosowania takich praktyk to deficyt profesjonalistów z zakresu korzystania z funduszy unijnych. Pozostaje mieć nadzieję, że w przyszłości doczekamy się nowych fachowców zdolnych merytorycznie i zupełnie obiektywnie spoglądać na składane wnioski. Musimy przecież pamiętać, że jakiekolwiek potknięcia w zakresie dysponowania środkami z Unii są karane odbieraniem dofinansowania – czy to na wstępnym etapie realizacji projektu, czy też nakazem zwrotu unijnego wsparcia. To dotkliwe kary, tym bardziej że niektóre z inwestycji są w stanie otrzymać trzy czwarte wsparcia z Unii Europejskiej. Tu nie ma zbyt szerokiego pola dla kreatywnej księgowości. Mam cichą nadzieję, że się nie mylę.
Pięć lat Unii okiem Kowalskiego
Przeciętny Kowalski, nawet bezrobotny, nawet z tzw. kręgów patologicznych musiał w przeciągu ostatnich pięciu lat zauważyć zmiany. Taki Kowalski zobaczył, że udało się wyremontować chodnik albo nawet kilka ciągów pieszych, że zbudowano jakiś wiadukt, że zmodernizowano jakąś trasę szybkiego ruchu, że szkoła w jego mieście wygląda inaczej, a liczba szkolnych wymian międzynarodowych wzrosła. Kowalski zauważył też, że pośredniak ma dla niego więcej ofert z zakresu doskonalenia zawodowego, że jest w stanie skorzystać z kursów dla tych, którzy są bezrobotni dłuższy czas, że zwiększyła się liczba zdrowotnych akcji profilaktycznych. Kowalski musiał dostrzec takie zmiany. Jeśli jeszcze ten Kowalski jest w miarę obrotnym człowiekiem, być może skorzystał z dofinansowania dla otwierających działalność gospodarczą (w niektórych przypadkach nawet 40 tys. złotych na start), być może napisał projekt, dzięki któremu park maszynowy jego przedsiębiorstwa został zmodernizowany.
Jakby więc nie patrzeć, Unii Europejskiej w Polsce czy Polski w Unii Europejskiej nie da się nie zauważyć. Co nie znaczy, że unijna sielanka udziela się wszystkim regionom w Polsce. Tak oczywiście nie jest, ale często wynika to ze słabej aktywności gmin w pozyskiwaniu środków. Dlaczego? Bo nie wszystkie jednostki samorządu terytorialnego dysponują wykwalifikowaną kadrą urzędników znających realia Unii Europejskiej i korzystania z jej dobrodziejstw. Innym powodem słabego korzystania z oferty unijnego wsparcia jest brak środków własnych na określone działania. Mamy bowiem i takie miejscowości, których nie stać nawet na mały procent udziału w inwestycji. I wówczas pozostaje czekać na działania odgórne – wojewódzkie, krajowe. Co prawda programy wyrównywania szans w Unii funkcjonują na porządku dziennym, ale pamiętajmy, że do dzisiaj w wielu nawet miastach niesamowitym osiągnięciem jest… zbudowanie kanalizacji. Gdy więc zestawimy obok siebie w miarę nieźle prosperujące miasto z mieściną, do której prowadzi droga gruntowa, to wyłania nam się obraz drastycznych kontrastów w jakich funkcjonuje część naszego kraju. A każdy z tych podmiotów chciałby korzystać z unijnych rarytasów. Na szczęście, właśnie dzięki Unii Europejskiej udaje się przeprowadzać inwestycje, których żadna władza od 1945 roku zrealizować z różnych powodów nie mogła.
Przeciętny Kowalski ma okazję zapoznać się z realiami unijnymi także poza granicami Polski. Dobitnym tego przykładem jest fala emigracji zarobkowej. Gdzieś nam ci Polacy przecież uciekli, a było to możliwe za sprawą naszego wstąpienia w unijne struktury. Przeciętny Kowalski o istnieniu Unii dowiedział się jednak tak naprawdę, tak w rzeczywistości, gdy na granicy państwa nie musiał już stać w kolejce, w oczekiwaniu na odprawę.
Drugie wejście do Unii Europejskiej
– Teraz to ja mogę mówić, że mieszkam w Unii. Nikt mnie nie kontroluje, nie stoję w kolejce – mówi pan Ryszard ze Słubic (miasto sąsiadujące z Frankfurtem nad Odrą). – Niby do Unii weszliśmy pięć lat temu, ale dopiero od dwóch wiem, że w niej jesteśmy. Bo co to za Unia, w której kontrolowali nas jak przestępców, przeglądali samochody czy godzinę sprawdzali nas w komputerach – dodaje słubiczanin. I trzeba się z nim zgodzić. Przeciętny Kowalski, mieszkający na pograniczu, Unię poczuł po przystąpieniu Polski do strefy Schengen, bo wówczas pokonanie kilkudziesięciometrowego odcinka z Polski do Niemiec czy Czech nie zajmowało już nawet godziny. Straż Graniczna nie weryfikowała każdego chcącego wydostać się z kraju lub do niego wjechać. Ruch stał się płynny, normalny i taki jest do dzisiaj. Od 21 grudnia 2007 roku Unia Europejska zyskała nowy wymiar. Taki rzeczywisty, taki prawdziwy. Tak właśnie przecież postrzegaliśmy Unię, gdy jadąc we włoskie Dolomity nie traciliśmy od granicy niemieckiej czasu na kontrole. Granica niemiecko-holenderska była niewidoczna, a o jej obecności mówiły nam tylko napisy powitalne na wjeździe do kraju. W końcu doczekaliśmy się tego samego. Problem oczywiście w tym, że różnice w przypadku granicy polsko-niemieckiej są bardziej widoczne. Gdy kierownica zaczyna uciekać nam z rąk, wiemy, że jesteśmy w koleinach drogi krajowej nr 2, wiodącej ze Świecka przez Poznań do Warszawy. Ale kontroli nie ma, kolejek i przestojów nie ma. Taki obraz ogólnej szczęśliwości mamy tylko na zachodzie i południu kraju.
Ściana wschodnia stała się w istocie prawdziwą ścianą, szczelnie zamkniętą przed napływem sąsiadów ze wschodu. Wystarczy powiedzieć, że już sama organizacja Euro 2012 rodzi sporo problemów ze względu na Ukrainę, która nie jest w Unii. Jak rozwiązać problem sprawnego przepływu ludzi? Głowią się nad tym specjaliści, ale unijne przepisy są nie do złamania. Zobaczymy, co wymyślą.
Być w Unii Europejskiej, być w Schengen, to swoisty przywilej. Niedawno miałem okazję wybrać się w rejs po Morzu Śródziemnym. Statek zawijał do portów w Hiszpanii, Francji, we Włoszech. Ot, tak po prostu schodziłem na ląd, podziwiałem, wracałem i płynąłem do kolejnego państwa. Moi rosyjscy towarzysze podróży nie mogli już tak beztrosko podchodzić do sprawy. Musieli pamiętać o odprawach, paszportach, o poruszaniu się w grupach.
Byleby jak najdłużej w UE
To moje odczucie, to moje marzenie, by Polska nie starała się separować, by nie straszyła potworami z Unii, by politycy nie wykorzystywali jej jako instrumentu w pozyskiwaniu elektoratu, wygłaszając brednie na jej temat. Wierzę jednak w to, że społeczeństwo samo dostrzegło plusy integracji i z korzystania z możliwości, jakie oferuje UE. Wierzę, że nie da się omamić. Bo jak np. zaufać przedstawicielowi Ligi Polskich Rodzin, który korzysta z finansowych profitów bycia europosłem, a ludziom wmawia, że nienawidzi tego miejsca i struktur, ale musi mieć wroga na oku. Jak on się „poświęca”, prawda? Wierzę, że hipokrytom, szczególnie dojrzewający Polacy będą coraz częściej mówili nie. Na razie – odpukać – wstęp do kampanii europarlamentarnej przebiega w Polsce spokojnie. Z wielu stron słychać nawoływania do udziału w głosowaniu, do wybierania swoich przedstawicieli w Parlamencie Europejskim. To dobrze. Niedobrze jednak, jeśli do Brukseli wyślemy osoby niekompetentne, nieznające realiów UE, udające się tam na kilka lat dla wysokich dochodów i ogólnego nieróbstwa. Dzisiaj aktywnych Polaków-europosłów można policzyć na palcach jednej ręki. Niestety. Pamiętajmy jednak, że to było nasze europejskie roz-
dziewiczenie, nie zmarnujmy drugiej szansy.
Unia Europejska nie jest straszna, jest pomocna, jest potrzebna. Polskie władze wielokrotnie dały przykład nieudolności i słabego przygotowania do sprawowania władzy. Teraz Polacy w Unii Europejskiej mają swoistego dobrego ducha, który nie pozwoli na zbyt wielkie i zbyt spektakularne harce polskich władz. Trzeba się pilnować i zachowywać tak, jak stanowią europejskie standardy zawarte w licznych aktach prawa unijnego. Własna więc radosna twórczość polityczna niech sobie kwitnie, byleby nie przekładała się na gospodarkę. Szukając plusów istnienia w Unii Europejskiej warto wyobrazić sobie taką oto sytuację – jesteśmy poza UE, dopada nas kryzys światowy. I co dalej? Nie mamy zewnętrznych programów wsparcia, nie mamy pieniędzy na inwestycje, a co za tym idzie, na tworzenie lub przynajmniej utrzymanie dotychczasowych miejsc pracy. I jak przetrwać ciężki okres? Dzisiaj nie jesteśmy w nim sami i mamy na kogo liczyć.
Unia zweryfikowała pogląd na funkcjonowanie wielu dziedzin życia społecznego w Polsce. Zmieniły się zasady funkcjonowania przedsiębiorstw, instytucji, ośrodków naukowych i wielu innych. Zapomina się jednak o niegdyś najważniejszych tworach zbliżających nas do Europy. Mowa tu m.in. o euroregionach. Jeden z nich (Sprewa-Nysa-Bóbr) przechodzi ostatnio trudne chwile. Po 15 latach funkcjonowania strona niemiecka nie ma pieniędzy na działalność swojej organizacji. Pieniędzmi zarządzają Warszawa i Poczdam, chociaż w rzeczywistości o ich wykorzystaniu decydować powinny euroregiony. Potrzeba decentralizacji władania środkami na współpracę międzynarodową zdaje się być coraz mocniejsza. W omawianym przypadku nie wiadomo kto przyblokował pieniądze i dlaczego? Przykład ten pokazuje jednak, że i w Unii Europejskiej nie wszystko funkcjonuje tak, jak powinno. Ale bynajmniej nie jest to argument do skarżenia się na jej struktury.
Po pięciu latach naszej obecności w Unii Europejskiej wydaje mi się, że przeciwników naszej akcesji nie znajdziemy zbyt wielu. Więcej będzie tych, którzy stwierdzą, że UE nic im nie dała. Ale chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie powie, że UE tylko nam zaszkodziła.
Przemysław Kobus





Komentarze
Got something to say?