Burmistrz Stefan
May 27, 2009 · Drukuj
Udało się, pomimo korków spowodowanych protestami Tamilów przed parlamentem. Wchodzę punktualnie do okazałego magistratu londyńskiej gminy Islington. – Jestem umówiony z burmistrzem Stefanem Kasprzykiem – informuję, z zachowaniem oficjalnej formy, dyżurnego portiera. – A, ze Stefanem – pada serdeczne potwierdzenie. – Proszę siadać. Portier wykonuje kilka telefonów, do magistratu wchodzą urzędnicy. Po chwili wpada burmistrz. Przestronnymi korytarzami idziemy do jego gabinetu, w którym pozostanie jeszcze przez kolejne dwa dni. Roczna kadencja dobiega końca.
Do gabinetu najważniejszej osoby w magistracie wchodzimy bezpośrednio z korytarza, nie ma sekretarki, nie było też wpisywania na listę gości. Jak dotąd wszystko pozbawione zwykłej w takich sytuacjach formalności. I nagle, dobrze czytelny już styl sprawowania władzy przez tego burmistrza jakby zderzył się ze splendorem jego gabinetu. Wszystkie ściany od podłogi do sufitu pokryte dębową boazerią, w nią wtopione monumentalne drzwi i jeszcze większe okna. – Piękny gabinet – zauważam. – Piękny, ale konserwacja jest stosunkowo tania, wystarczy od czasu do czasu przetrzeć drewno – jakby usprawiedliwiająco reaguje na moją uwagę burmistrz Kasprzyk. Ta niezwykłość wystroju z minionej epoki, zdaniem burmistrza, spełnia nadal swoją podstawową i pozytywną, rolę – nadaje funkcji publicznej należną rangę.
– Zapraszałem tu różnych ludzi, często dzieciaki, dla których było to duże przeżycie – słyszę komentarz.
– Ten okazały Town Hall gminy Islington powstał na początku XX wieku z inicjatywy konserwatywnych radnych, co nie znaczy przecież, że powinni korzystać z niego tylko radni z Partii Konserwatywnej. Korzystają wszyscy, ma służyć społeczności, a nie budowniczym, bo w takim celu powstał.
Ta dygresja Stefana Kasprzyka była częścią naszej rozmowy o dorobku polskiej emigracji. Co zrobić z piękną spuścizną tych, którzy zakładali polskie ośrodki na obcej ziemi? Sprzedawać, bo tych, którzy je budowali jest coraz mniej? Nie wchodząc w indywidualne przypadki burmistrz Kasprzyk uważa, że sprzedaż jest najgorszym rozwiązaniem.
– Cele się nie zmieniły, jest społeczność, młodzi Polacy, i ośrodki te powinny im służyć. Co z tego, że to nie oni je budowali?
Historia Polaków na Wyspach to również rodzinna historia Stefana Kasprzyka. Syberia, armia gen. Andersa, trudne początki w Anglii. Takie były koleje życia jego rodziców. Stefan Kasprzyk urodził się po wojnie w Wielkiej Brytanii, w Islington. Jest więc Brytyjczykiem i Polakiem. – Nigdy nie miałem problemów z tożsamością. Jestem Brytyjczykiem i Polakiem. Co w tym dziwnego? Brytyjczykami są Anglik, Szkot, Walijczyk, dlaczego nie Polak? Oczywiście w czasach mojej młodości nie było to tak oczywiste jak teraz, w wieloetnicznym Londynie – w samym Islington mieszkańcy mówią w trzystu językach.
Przez ponad cztery pierwsze lata swojego życia był jednak tylko Polakiem. Jego pierwszym językiem był polski, wychowywał się w polskim domu. Kiedy zaczął chodzić do angielskiej szkoły o jego polskie korzenie zadbali wychowawcy szkoły sobotniej przy parafii na Devonii. Rozmawiamy po polsku.
Podobnie jak wielu Polaków urodzonych na Wyspach na żonę wybiera Polkę z kraju.
Stefan Kasprzyk cały czas mieszka w Islington, pracuje jako technik w BBC, jest działaczem związkowym, wstępuje do Partii Liberalnych Demokratów. – Politycznego wyboru dokonałem wcześnie, jeszcze w szkole, mieliśmy wybrać partię polityczną i bronić jej programu na potrzeby debaty uczniowskiej. Mnie przypadła partia liberałów, przeczytałem program, który od razu mi odpowiadał, i tak już zostało.
Siedem lat temu liberałowie w Islington poprosili Stefana Kasprzyka o udział w lokalnych wyborach.
– Miałem być tzw. „wypełniaczem”, w tym okręgu nie mieliśmy szans z laburzystami. Koledzy powtarzali: „Wybór ci nie grozi, musisz tylko przedstawić wyborcom nasz program”. Przedstawiłem i wygrałem.
W ten sposób Stefan Kasprzyk został radnym w swojej dzielnicy, a po siedmiu latach grono radnych wybrało go na burmistrza, na roczną kadencję. Chociaż burmistrz w strukturze samorządowej nie ma realnej władzy, jak na przykład prezydent polskiego miasta czy burmistrz Londynu wybierany w wyborach bezpośrednich, to jednak jest najbardziej widocznym i rozpoznawalnym przedstawicielem gminy. Jest w dalszym ciągu radnym, a bycie burmistrzem jest jakby dodatkową funkcją wymagającą dużego poświęcenia.
– Byłem dumny z tego wyboru, nie byłem wprawdzie pierwszym Polakiem na tak zaszczytnym stanowisku, niemniej jednak…
– Nie musi Pan rozwijać tej myśli – wchodzę mu w słowo – udział Polaków w brytyjskim życiu publicznym, a tym bardziej odniesiony w nim sukces nie jest częstym zjawiskiem.
Po wstąpieniu Polski do Unii sytuacja powoli się zmienia. Polityka na szczeblu lokalnym nabiera coraz większej rangi. W wyborach liczy się każdy głos, dlatego aktywność polityków w polskim środowisku nie jest tylko kurtuazyjną obecnością.
– Ale politycy przestaną się Polakami interesować, kiedy zauważą, że jest to martwy elektorat – zauważa burmistrz Kasprzyk. – Z kolei uzyskane poparcie (bez względu na partię polityczną) przełoży się na konkretne rzeczy. Niestety Polacy, chociaż stanowią dużą grupę społeczną, nie potrafią korzystać ze struktur demokratycznych.
– W Islington, podobnie jak w innych miejscach Wielkiej Brytanii, widzimy i słyszymy naszych rodaków na ulicy, ale nie ma ich w statystykach. Znacznie mniejsze grupy etniczne potrafią zadbać o swój interes, Polacy wolą radzić sobie sami, a przecież władze lokalne nie są tylko po to, żeby dbać o czystość ulic i kontrolę ruchu ulicznego.
– Chcemy współpracować z naszymi wyborcami, po to nas wybie-
rają – podkreśla burmistrz Kasprzyk. A moi wyborcy to przede wszystkim Brytyjczycy – dodaje. Nie może być automatycznego przełożenia, że ja jako Polak zadbam o interesy Polaków. Polacy muszą sami te interesy sprecyzować i wystąpić publicznie o wsparcie.
Plany na przyszłość? – Za dwa dni niewiele się zmieni. Pozostaję w magistracie, do następnych wyborów samorządowych jestem radnym, a jest to trochę więcej niż zwykła praca. Przy największym nawet oddaniu pojawia się zmęczenie, a z nim pytanie – kandydować, czy nie? Takie dylematy rozstrzygnęła jednak moja żona – niech wyborcy zdecydują. Sąd wyborców dla polityka samorządowego to sprawa najważniejsza, ich mandat zobowiązuje.
– Przed kolejnymi wyborami czeka mnie dużo pracy, dlatego jadę na krótki urlop. Trzeba trochę odpocząć. Muszę też zawieźć do Polski ojca, co jest zawsze dla nas dużym przeżyciem i źródłem satysfakcji. Polska tak bardzo się zmienia. Polacy mają po tylu latach niewoli możliwość wyboru miejsca zamieszkania. Z takiego wyboru skorzystają ci na Wyspach. Moim zdaniem ponad 30 proc. pozostanie na stałe tutaj i przedłuży naszą obecność i wkład w życie brytyjskie.
Grzegorz Małkiewicz





Good article, Thanks. my name Philip.