Brytyjskie życie prowincjonalne

May 27, 2009

David wygrzebał się wreszcie z kolejnej fali zimowej depresji. Był znowu starym, dobrym Davidem, gotowym pospieszyć mi na pomoc w demaskowaniu brytyjskiej mentalności.

– Nie jestem właściwą osobą, by odpowiedzieć na twoje pytanie – powiedział jednak. – Moje życie nie jest w najmniejszym stopniu prowincjonalne!

Oczywiście nigdy nawet przez moment nie pomyślałam, że David, Kanadyjczyk z urodzenia i Brytyjczyk z wyboru, prowadzi prowincjonalne życie. W końcu po latach kariery jako model, pomieszkiwania na wszystkich kontynentach i uczestniczeniu w niekończących się przyjęciach z ludźmi, których teraz nazwalibyśmy celebrities, kupno domu w średniej wielkości miasteczku, mającym w nazwie słowo „royal” w bogatym hrabstwie Kent, mogło być dobrym odpoczynkiem lub przejawem snobizmu, jednak nie dowodem na prowadzenie prowincjonalnego życia. Niezależnie jakiej wielkości jest miejscowość w Anglii, pod gładką powierzchnią idealnego codziennego życia dochodzi do wydarzeń, które czasami zapisują się w historii, a czasami jedynie w gazetach…

David sprowadził się tutaj kilka lat temu. Zajmując dom niemal po środku w rzędzie terraced houses podzielił sąsiadów dokładnie na pół i jest tak do dziś. David mieszka w Tunbridge Wells. Pierwsze wzmianki o tym miejscu pochodzą z 1606 roku, kiedy to jeden ze szlachciców przypadkiem natknął się tutaj na źródło wody bogatej w żelazo, które – jak wtedy myślano – było panaceum na wszystko. Sam wielmoża olśniony rzekomym uzdrowieniem z chorób rozsławił  miejsce wśród elity w Londynie. W kilka lat później zbudowano wokół źródła pierwsze budynki, gdzie można było pić tę cudowną wodę wraz z kawą, na którą właśnie pojawiła się moda. Do dziś historyczne źródło znajduje się w starej, zabytkowej części miasteczka zwanej Pantiles, gdzie jak się zdaje, nic się nie zmieniło od kilkuset lat. Do źródła przybyła też w XVII wieku sama królowa Henrietta Maria, matka Karola I. Od początku miejsce to skazane było na prosperitę i popularność wśród bogatej klasy średniej. W hotelu Du Vin zachował się też fragment tapety, która wisiała w tym miejscu, kiedy zatrzymała się tutaj królowa Victoria, więc w dobrym tonie prowincjonalnego życia jest przynajmniej raz umówić się tam na kawę.

– To jest właśnie prowincjonalne – prycha David, kiedy jedna z sąsiadek mija nas nie odpowiadając na „dzień dobry”. – Ona myśli, że spalę się w piekle, wielka chrześcijanka – zauważa mój rozmówca. Trzeba tu dodać, że David wywołuje ogromne emocje i sąsiedzi uwielbiają go bądź nienawidzą, jednak nigdy nie pozostają obojętni – David jest gejem.

tw2Życie na prowincji mija wolno, ma też swoje reguły, szczególnie jeśli mówimy o życiu w miejscowościach, które są sypialniami Londynu. Takie miejscowości to oazy życia rodzinnego, kwitnące targi próżności i snobizmu. Tak jak przed laty, elity ze stolicy szczycą się posiadaniem tutaj swoich domów, które nazwać śmiało można rezydencjami.

Ogrody Anglii, jak zwyczajowo nazywa się Kent, przyciągają tłumy, jednak to coś jeszcze, to swoisty podział społeczny, który sprawia, że dzieci wszystkich zamożnych trafią do tej samej szkoły z internatem, a żony do tego samego fryzjera.

Kiedyś jedna z brytyjskich rodzin klasy średniej odwoziła mnie do miasteczka. Najmłodsze dziecko w rodzinie zauważyło TIR jadący z dostawą do Tesco. Dziecko zapytało dlaczego właściwie rodzina nigdy nie kupuje w Tesco. Ojciec odpowiedział, że nie kupuje w Tesco, bo ten sklep jest dla biednych ludzi, oni, ludzie, którzy nie są biedni, kupują w Sainsbury’s, zaś jeśli jest się emerytowanym, niebiednym człowiekiem to kupuje się w Marks & Spencer… Dało mi to do myślenia i odkryło kolejną prawdę o życiu na prowincji.

David przeziębił się pewnej zimy, bo siedząc na ganku (takim samym we wszystkich terraced houses) udawał, że jest w Szwecji i opala się w zimowym słońcu.

– Ekstrawagancja to nasza główna broń, by nie stać się prowincjonalnymi – rzucił w moim kierunku.

Ekstrawagancja to pierwsza rzecz, która przyszła mi do głowy, kiedy po raz pierwszy spotkałam Davida. Przybyłam na coś w rodzaju rozmowy kwalifikacyjnej – nie każdy mógł być zaakceptowany. Wzbudziłam jednak jego sympatię, wypowiadałam się elokwentnie, ujawniłam znajomość literatury i uwielbiałam go słuchać, a bywa gadatliwy. Zdaniem Davida nawet sprzątaczka powinna być dobrze wykształcona. W końcu stajesz się tym, z kim przestajesz. Zresztą i rozmowa kwalifikacyjna to nie rzadkość w przypadku starania się o pracę sprzątaczki. Poprawia to samopoczucie żon prawników, doktorów, menedżerów wyższego rzędu, dla których cała ta rzesza sprzątaczek, często lepiej wykształconych niż one same, pracuje. David czytał wtedy „W poszukiwaniu straconego czasu”, nie skończył tej powieści do dziś.

Całości obrazu życia na prowincji dopełnia posiadanie psa. W Londynie nie ma miejsca dla psów, domy bywają ciasne, a jeśli nawet nie, wyprowadzanie go jest uciążliwe. Na prowincji wystarczy wejść do pobliskiego parku, a park jest za każdym rogiem. Liczba psów rasowych, jaką się tu trzyma, jest wprost porażająca. Zwierzaki są traktowane często lepiej niż ludzie. Istnieją fundacje, które zajmują się nimi po śmierci właściciela, jeśli takowy zapisze w spadku swemu psu i kotu odpowiednią sumę. Miewają swoje hotele, na czas wyjazdu właścicieli, a przede wszystkim mają swoich dogwalker, czyli osoby wyprowadzające je za pieniądze, które dbają o dobre samopoczucie psa na spacerze. Dogwalker może być zawodem na cały etat, wystarczy jedynie okryć się dobrą sławą jako… dogwalker. Pies jest bez wątpienia najbardziej charakterystycznym elementem brytyjskiej prowincji. David również miał psa. Pies zdechł, na skutek czego David wpadł w depresję i przestał wychodzić z domu…

– Życie tutaj to splot pewnych okoliczności dla ludzi z mojej ulicy, to nie wybór, to rodzaj kompromisu… i wiek, my jesteśmy starzy – wyznał mi. – Chcesz żyć w Londynie, jednak nie możesz, więc wybierasz najbardziej snobistyczne miejsce, by jeszcze trochę poudawać, że wciąż masz dość pieniędzy, by przenieść się do Londynu.

Wszyscy mieszkańcy Tunbridge Wells wydają się zgodni co do tego, że to rodzaj kompromisu. Jest tam inna para starszych już gejów, z których jeden choruje, a drugi wciąż pracuje za granicą. Betsy jest córką amerykańskiego gubernatora na Bermudach z lat przed II wojną światową, żyje więc jak prawdziwa Amerykanka w Anglii – ekstrawagancko i kolonialnie, nie przejmując się niczym, ma drugiego męża i od czasu do czasu handluje antykami. Para chrześcijan, którzy zdają się używać ostracyzmu jako głównej broni przed plotkami Davida, to emeryci, niewyglądający na szczęśliwych. Jest też księgowy, który aspiruje, by znaleźć się we właściwej klasie. Najbliższą sąsiadką Davida jest zaś Angela, wdowa, która dni swej emerytury spędza na wyjazdach do Francji i zakupach oraz leczeniu za pomocą homeopatii. Taka współczesna czarownica…

Prawdą jest, że zanim z okolicznych sklepów, biur i fabryk wylegną na ulice ludzie w różnym wieku, jednak poniżej sześćdziesiątego roku życia, ma się wrażenie, że małe miasteczka w Anglii są zamieszkane wyłącznie przez starców lub matki z małymi dziećmi. Starcy jeżdżą miejskimi autobusami, spotykają się na kawie w kawiarniach i chodzą do biblioteki. Udzielają się też w różnych organizacjach dobroczynnych, są to jednak inne organizacje, kawiarnie i autobusy niż te, którymi jeżdżą ludzie młodzi. Przeraża fakt, że nie dochodzi tu nigdy do spotkań międzypokoleniowych, dziadkowie nie biorą udziału w tych samych wydarzeniach co ich wnuki, a wnuki coraz rzadziej odwiedzają dziadków. Wydaje się jakby młode pokolenie starało się zepchnąć i odizolować stare, ponieważ starość nie pasuje do prowincjonalnego trybu życia w XXI wieku.

David postanowił, że na późną starość przeprowadzi się z powrotem do Kanady. Nie dał się przekonać nachalnym bilbordom. „Wpłać nam swoje pieniądze, zatroszczymy się, byś umarł we własnym łóżku” – jak głosiła reklama jednego z domów opieki. Przybył do Anglii kilkadziesiąt lat temu, bez zawodu i większych pieniędzy – choć rodzice byli zamożni, nie zamierzali finansować jego ekstrawaganckich pomysłów a raczej orientacji – trafił do środowiska innych ekscentryków, aktorów, malarzy i pisarzy, pośród których najłatwiejszym i najszybszym sposobem na zarabianie pieniędzy było stanie się modelem. Do dziś ma w sobie wiele z dawnej urody i pewnie podoba się kobietom. Jednak kobiety go nie interesowały nigdy bardziej niż tylko jako przyjaciółki, z którymi warto pójść na zakupy. David kolekcjonuje większe i mniejsze skrawki materiałów obiciowych, tak just in case. Twierdzi też, że jest alkoholikiem, jednak takim biernym, rozstawia w mieszkaniu alkohol, choć sam nigdy go nie pije, czeka aż dwa razy do roku sąsiedzi zejdą się na spotkanie przed świętami i wypiją co jest do wypicia.

Małgorzata Białecka

Więcej niż trzy akordy

May 27, 2009

Polska grupa rockowa Why Not Here zakwalifikowana została przez telewizję BBC do wzięcia udziału w Immigrant Song Contest – eurowizyjnym konkursie dla emigrantów w Wielkiej Brytanii. Z liderem zespołu, Pawłem Majewskim rozmawia  Alex Sławiński

Jak rozpoczęła się historia zespołu i skąd taka nazwa?

– Zespół w obecnym składzie ma dość krótką, półroczną  historię, ale powstał niemalże półtora roku temu. Od początku w zespole gra Eddie (bas), Krzysiek (perkusja) i ja. Wymienialiśmy nieco skład, gdyż ciężko jest znaleźć odpowiednich muzyków, grających interesujący nas gatunek. Bo Polacy grają przeważnie albo ciężko, albo bardzo lekko. Nie ma tego środka – takiego rocka, jakiego my lubimy… W końcu znaleźliśmy brakujących członków i od pół roku mamy aktualny skład. Na początku zespół nazywał się The Imported (importowani). Ale niektórym zaczęło się to kojarzyć z The Impotents (impotenci), więc po prostu zaczęliśmy kombinować z inną nazwą. Któregoś wieczoru wraz z Mateuszem zorganizowaliśmy burzę mózgów. I wymyśliliśmy Why Not Here – tak głupią nazwę, na którą było nas stać. Przez trzy, czy cztery pierwsze miesiące to była praca nad kawałkami, nad zgraniem się. Organizowaliśmy próby przynajmniej raz w tygodniu, czasami dwa razy… Pierwszy koncert był w styczniu. I od razu zagraliśmy na międzynarodowym festiwalu Emergenza.

pawel

Emergenza to dość znany konkurs muzyczny w Wielkiej Brytanii. Doszliście w nim bardzo wysoko.

– Ten konkurs jest znany nie tylko w Wielkiej Brytanii. W wielu innych krajach świata równocześnie odbywają się koncerty w ramach Emergenzy. Tutaj organizatorzy sami przysłali nam zaproszenie. Znaleźli na Myspace stronkę z naszymi kawałkami i zaproponowali, byśmy wzięli udział. Zgłosiliśmy się i zaczęliśmy grać. A jak to się stało, że zaszliśmy tam tak daleko? Myślę, że największy wpływ miał na to fakt, że każdy z nas miał już wcześniej doświadczenie muzyczne i to nie było pięć świeżych osób, które się ze sobą spotkały, zastanawiając się dopiero, co śpiewać i jak łapać chwyty na gitarze czy uderzać w perkusję. Każdy wiedział, co robi i czego chce. Oczywiście pomoc naszych znajomych i fanów też była nieoceniona. Wiesz, Emergenza jest festiwalem, w którym – przynajmniej na wcześniejszych etapach – to publika decyduje, który zespół ma przejść dalej. Tak więc to było bardzo ważne: zdobywanie nowych fanów oraz pozyskiwanie fanów innych kapel (bo takich też jest dużo). Nauczyło to nas wiele, szczególnie takiej śmiesznej choć, zdawałoby się, oczywistej prawdy, która mówi: „Skoro twoi znajomi nie chcą płacić za twoje koncerty, to dlaczego sądzisz, że obcy ludzie będą na nie przychodzić?”. Zaznaliśmy także zawiści – pierwszego  z doświadczeń ludzi, którzy  zaczynają odnosić jakieś sukcesy. Przykre, że w stu procentach od naszych – wydawałoby się – przyjaciół, czy znajomych. Co do Emergenzy – udawało się nam przechodzić dalej i dalej… No, niestety – zatrzymaliśmy się na półfinałach. Ale czwarte miejsce w półfinałach, kosząc kilkadziesiąt innych – warto zaznaczyc – angielskich kapel to też nie jest zły wynik jak na tak młody zespół. Tak mi się wydaje. No – niestety – byli lepsi i wygrali, przeszli dalej.

Oprócz Emergenzy Why Not Here wystąpił również w konkursie BBC. Nie przypominam sobie innego polskiego zespołu, któremu udałoby się w BBC wystąpić.

– Możliwość wystąpienia w konkursie Immigrant Song Contest to była niesamowita okazja dla nas. I totalne zaskoczenie, gdy któregoś dnia zadzwoniono z BBC. Powiedziano, że ktoś nas zgłosił i zapytano, czy chcielibyśmy wystąpić. Odpowiedziałem: – Oczywiście, czemu nie.

Trzeba było nadesłać swoje kawałki, opisać w skrócie swoją historię, oni to sprawdzali, były wywiady, rozmowy… W sumie zanim wystąpiliśmy, to cała procedura trwała dobre dwa miesiące. W końcu, w wyniku eliminacji w Wielkiej Brytanii wybrano sześć zespołów, w tym nas. Zagraliśmy. Na koniec okazało się, że był to polityczny spektakl, którego nie mogliśmy wygrać, ale i tak jesteśmy szczęśliwi, że w ogóle tam byliśmy. No bo przecież wystąpić w BBC, a szczególnie w programie Newsnight, który jest bardzo poważnym, opiniotwórczym programem, to było coś.

Czemu uważasz, że oprócz aspektów artystycznych, wmieszano tutaj również trochę polityki?

– Odpowiedź na to pytanie zostawmy może na kiedy indziej. Czytelnicy „Nowego Czasu” na pewno poznają tę odpowiedź jako pierwsi.

Może przybliżysz nam  atmosferę, jaka panowała podczas nagrań. To jest na pewno niecodzienne przeżycie być częścią potężnej maszynerii, jaką są programy robione przez BBC.

– Na nagrania składało się kilka etapów. Pierwszym były wywiady w pracy u Krisa i u mnie w domu, podczas mojej pracy, tworzenia kawałków… Telewizja przyjechała tu, porozstawiała kamery; producenci, światła, rozmowy, wywiady… Kolejnym etapem było nagranie wywiadu z całym zespołem w jednym z pubów. Później BBC przybyło na koncert, podczas którego sfilmowano nasz występ. No a potem zgranie samego konkursu, które trwało cały dzień. To były tysiące powtórek – nie tylko nasze śpiewanie, ale też przemowy prezentera, zapowiedzi, inne kapele… Generalnie atmosfera była naprawdę znakomita. Kapele były z różnych krajów świata, ale wszyscy czuliśmy się naprawdę świetnie ze sobą. To było niesamowite. Nikt nie był zawistny, zazdrosny, może każdy czuł, że po prostu dostał szansę pokazania się w brytyjskiej telewizji, więc i tak był zadowolony. Ostatnim etapem była wizyta w studiach BBC, gdzie byliśmy maglowani przez cały dzień: kolejne dziesiątki powtórek, nagrań, kamery, make-upy, ustawienia, próby i tak dalej… W ogóle być tam to niesamowite przeżycie. Sam budynek robi wrażenie. Poznaliśmy kilka gwiazd, jak chociażby Jonathana Rossa. Zaprzyjaźniliśmy się też z bardzo znanym, wielokrotnie nagradzanym dokumentalistą i prezenterem BBC, Timem Samuelsem, który prowadził Immigrant Song Contest oraz z bardzo sympatyczną producentką programu Newsnight – Theą Rogers. Panel jury też obfitował w gwiazdy. Np. brytyjska zwyciężczyni Eurowizji – Sandie Shaw czy David Davies – były sekretarz stanu w gabinecie cieni. Nie chciało się stamtąd wychodzić.

Zespół nie istnieje tylko po to, by występować w konkursach. Macie na pewno swoje plany koncertowe i wydawnicze. Jak wygląda dzień dzisiejszy i przyszłość Why Not Here?

– Dzięki tym konkursom troszkę skróciliśmy sobie drogę; dostaliśmy do ręki coś, o czym inne zespoły mogą marzyć, o co zabiegają czasami przez wiele lat. Być może w innym gatunku muzyki, jak pop czy hip-hop można nieco oszukać pod tym względem. W muzyce rockowej nie oszukasz. Musi być ta droga przez mękę, cierpienie, łzy i hektolitry wypitego browaru z kapelą (śmiech). Czyli: próby, koncerty, próby, koncerty, zdobywanie fanów… Tej drogi się nie przeskoczy. Nie w tym gatunku muzyki. Dlatego postanowiliśmy już teraz raczej nie grać na żadnych konkursach i festiwalach. Teraz tydzień w tydzień koncert, próba… Już mamy zaplanowane koncerty na kilka najbliższych tygodni, możecie je sprawdzić na naszej stronie Myspace. Jest kilka innych propozycji grania, więc myślę, że będziemy mieli bardzo pracowity okres wakacyjny. Jeżeli chodzi o jakieś płyty, to wydaje mi się, że jest jeszcze za wcześnie. Mamy co prawda trochę materiału, ale myślę, że jeszcze trzeba nad tym popracować i wyjść z czymś konkretnym. Nie trzy akordy i darcie mordy, tylko coś, co pokaże, że potrafimy grać, śpiewać i komponować.

Emergenza to był konkurs skierowany do kapel, które nie posiadają kontraktów płytowych. To już za wami. Czy teraz myślisz o tym, by uderzyć do jakiejś wytwórni płytowej, postarać się o kontrakt?

– O, to chyba jest marzenie każdego muzyka, by grać i mieć kontrakt. Tak mi się wydaje. No bo nie bądźmy obłudni – tutaj także chodzi o pieniądze: chcesz grać, ale też chcesz zarabiać i dobrze żyć, chyba w tym nie ma nic złego? Ale wytwórnie płytowe muszą jeszcze poczekać przynajmniej kilka miesięcy. Musimy bardziej skupić się na graniu koncertów, zdobywaniu większej liczby fanów, pokazywaniu się przed większą publicznością. Dopiero później będą jakieś płyty czy wytwórnie. Myślimy o nagraniu demówki, ale – tak jak mówiłem – musimy jeszcze popracować nad kawałkami, porządnie je przygotować.

Burmistrz Stefan

May 27, 2009

Udało się, pomimo korków spowodowanych protestami Tamilów przed parlamentem. Wchodzę punktualnie do okazałego magistratu londyńskiej gminy Islington. – Jestem umówiony z burmistrzem Stefanem Kasprzykiem – informuję, z zachowaniem oficjalnej formy, dyżurnego portiera. – A, ze Stefanem – pada serdeczne potwierdzenie. – Proszę siadać. Portier wykonuje kilka telefonów, do magistratu wchodzą urzędnicy. Po chwili wpada burmistrz.   Przestronnymi korytarzami idziemy do jego gabinetu, w którym pozostanie jeszcze przez kolejne dwa dni. Roczna kadencja dobiega końca.

Do gabinetu najważniejszej osoby w magistracie wchodzimy bezpośrednio z korytarza, nie ma sekretarki, nie było też wpisywania na listę gości. Jak dotąd wszystko pozbawione zwykłej w takich sytuacjach formalności. I nagle, dobrze czytelny już styl sprawowania władzy przez tego burmistrza jakby zderzył się ze splendorem jego gabinetu. Wszystkie ściany od podłogi do sufitu pokryte dębową boazerią, w nią wtopione monumentalne drzwi i jeszcze większe okna. – Piękny gabinet – zauważam. – Piękny, ale konserwacja jest stosunkowo tania, wystarczy od czasu do czasu przetrzeć drewno – jakby usprawiedliwiająco reaguje na moją uwagę burmistrz Kasprzyk. Ta niezwykłość wystroju z minionej epoki, zdaniem burmistrza, spełnia nadal swoją podstawową i pozytywną, rolę – nadaje funkcji publicznej należną rangę.

stefan1 – Zapraszałem tu różnych ludzi, często dzieciaki, dla których było to duże przeżycie – słyszę komentarz.

– Ten okazały Town Hall gminy Islington powstał na początku XX wieku z inicjatywy konserwatywnych radnych, co nie znaczy przecież, że powinni korzystać z niego tylko radni z Partii Konserwatywnej. Korzystają wszyscy, ma służyć społeczności, a nie budowniczym, bo w takim celu powstał.

Ta dygresja Stefana Kasprzyka była częścią naszej rozmowy o dorobku polskiej emigracji. Co zrobić z piękną spuścizną tych, którzy zakładali polskie ośrodki na obcej ziemi? Sprzedawać, bo tych, którzy je budowali jest coraz mniej? Nie wchodząc w indywidualne przypadki burmistrz Kasprzyk uważa, że sprzedaż jest najgorszym rozwiązaniem.

– Cele się nie zmieniły, jest społeczność, młodzi Polacy, i ośrodki te powinny im służyć. Co z tego, że to nie oni je budowali?

Historia Polaków na Wyspach to również rodzinna historia Stefana Kasprzyka. Syberia, armia gen. Andersa, trudne początki w Anglii. Takie były koleje życia jego rodziców. Stefan Kasprzyk urodził się po wojnie w Wielkiej Brytanii, w Islington. Jest więc Brytyjczykiem i Polakiem. – Nigdy nie miałem problemów z tożsamością. Jestem Brytyjczykiem i Polakiem. Co w tym dziwnego? Brytyjczykami są Anglik, Szkot, Walijczyk, dlaczego nie Polak? Oczywiście w czasach mojej młodości nie było to tak oczywiste jak teraz, w wieloetnicznym Londynie – w samym Islington mieszkańcy mówią w trzystu językach.

Przez ponad cztery pierwsze lata swojego życia był jednak tylko Polakiem. Jego pierwszym językiem był polski, wychowywał się w polskim domu. Kiedy zaczął chodzić do angielskiej szkoły o jego polskie korzenie zadbali wychowawcy szkoły sobotniej przy parafii na Devonii. Rozmawiamy po polsku.

Podobnie jak wielu Polaków urodzonych na Wyspach na żonę wybiera Polkę z kraju.

Stefan Kasprzyk cały czas mieszka w Islington, pracuje jako technik w BBC, jest działaczem związkowym, wstępuje do Partii Liberalnych Demokratów. – Politycznego wyboru dokonałem wcześnie, jeszcze w szkole, mieliśmy wybrać partię polityczną i bronić jej programu na potrzeby debaty uczniowskiej. Mnie przypadła partia liberałów, przeczytałem program, który od razu mi odpowiadał, i tak już zostało.

Siedem lat temu liberałowie w Islington poprosili Stefana Kasprzyka o udział w lokalnych wyborach.

– Miałem być tzw. „wypełniaczem”, w tym okręgu nie mieliśmy szans z laburzystami. Koledzy powtarzali: „Wybór ci nie grozi, musisz tylko przedstawić wyborcom nasz program”. Przedstawiłem i wygrałem.

W ten sposób Stefan Kasprzyk został radnym w swojej dzielnicy, a po siedmiu latach grono radnych wybrało go na burmistrza, na roczną kadencję. Chociaż burmistrz w strukturze samorządowej nie ma realnej władzy, jak na przykład prezydent polskiego miasta czy burmistrz Londynu wybierany w wyborach bezpośrednich, to jednak jest najbardziej widocznym i rozpoznawalnym przedstawicielem gminy. Jest w dalszym ciągu radnym, a bycie burmistrzem jest jakby dodatkową funkcją wymagającą dużego poświęcenia.

– Byłem dumny z tego wyboru, nie byłem wprawdzie pierwszym Polakiem na tak zaszczytnym stanowisku, niemniej jednak…

– Nie musi Pan rozwijać tej myśli – wchodzę mu w słowo – udział Polaków w brytyjskim życiu publicznym, a tym bardziej odniesiony w nim sukces nie jest częstym zjawiskiem.

Po wstąpieniu Polski do Unii sytuacja powoli się zmienia. Polityka na szczeblu lokalnym nabiera coraz większej rangi. W wyborach liczy się każdy głos, dlatego aktywność polityków w polskim środowisku nie jest tylko kurtuazyjną obecnością.

– Ale politycy przestaną się Polakami interesować, kiedy zauważą, że jest to martwy elektorat – zauważa burmistrz Kasprzyk. – Z kolei uzyskane poparcie (bez względu na partię polityczną) przełoży się na konkretne rzeczy. Niestety Polacy, chociaż stanowią dużą grupę społeczną, nie potrafią korzystać ze struktur demokratycznych.

– W Islington, podobnie jak w innych miejscach Wielkiej Brytanii, widzimy i słyszymy naszych rodaków na ulicy, ale nie ma ich w statystykach. Znacznie mniejsze grupy etniczne potrafią zadbać o swój interes, Polacy wolą radzić sobie sami, a przecież władze lokalne nie są tylko po to, żeby dbać o czystość ulic i kontrolę ruchu ulicznego.

– Chcemy współpracować z naszymi wyborcami, po to nas wybie-
rają – podkreśla burmistrz Kasprzyk. A moi wyborcy to przede wszystkim Brytyjczycy – dodaje. Nie może być automatycznego przełożenia, że ja jako Polak zadbam o interesy Polaków. Polacy muszą sami te interesy sprecyzować i wystąpić publicznie o wsparcie.

Plany na przyszłość? – Za dwa dni niewiele się zmieni. Pozostaję w magistracie, do następnych wyborów samorządowych jestem radnym, a jest to trochę więcej niż zwykła praca.  Przy największym nawet oddaniu pojawia się zmęczenie, a z nim pytanie – kandydować, czy nie? Takie dylematy rozstrzygnęła jednak moja żona – niech wyborcy zdecydują. Sąd wyborców dla polityka samorządowego to sprawa najważniejsza, ich mandat zobowiązuje.

– Przed kolejnymi wyborami czeka mnie dużo pracy, dlatego jadę na krótki urlop. Trzeba trochę odpocząć. Muszę też zawieźć do Polski ojca, co jest zawsze dla nas dużym przeżyciem i źródłem satysfakcji. Polska tak bardzo się zmienia. Polacy mają po tylu latach niewoli możliwość wyboru miejsca zamieszkania. Z takiego wyboru skorzystają ci na Wyspach. Moim zdaniem ponad 30 proc. pozostanie na stałe tutaj i przedłuży naszą obecność i wkład w życie brytyjskie.

Grzegorz Małkiewicz

Nowy Czas w PDF 9(125)

May 27, 2009

ncz2305_p01b

May 27, 2009

czapski

Perła Oceanu Indyjskiego, czyli opowieść o wojnie i pokoju

May 15, 2009

Życzę miłego pobytu w naszym pięknym kraju, madame – oficer z uśmiechem oddaje mi paszport przystęplowany egzotyczną pieczątką. Kolorowy, rozgadany tłum taszczy wypchane do granic możliwości walizy, torby i tobołki, wszystkie obowiązkowo zamknięte na kłódkę. Moją walizkę też zdobi pokaźnych rozmiarów kłódka, bo jak powiedział mój mąż: – Lecimy do Azji, więc musimy się odpowiednio zabezpieczyć. Azja to nie Europa…

fot-5Kraj rzeczywiście jest piękny. Pełnia lata, lazurowe niebo, delikatna bryza znad morza, leniwie kołyszące się palmy. Obrazek jak z reklamy biura podróży. Przy wyjeździe z lotniska zauważam jednak jeden szczegół, który początkowo umknął mojej uwadze. Na skrzyżowaniu stoi dwóch żołnierzy. Są uzbrojeni po zęby, z bronią gotową do strzału i uważnie obserwują otoczenie. To samo powtarza się na następnym skrzyżowaniu i kilka ulic dalej…

Cejlon to wyspa położona u południowych wybrzeży Indii, zwana Perłą Oceanu Indyjskiego. Historia cywilizacji na wyspie sięga V stulecia p.n.e. Po podboju wyspy przez Indusów, na Cejlonie powstało państwo Syngalezów, których nastepnie inwazje Tamilów i innych najeźdźców zmusiły do wycofania się na południe wyspy. Na początku XVI wieku  Cejlon stał się kolonią – najpierw portugalską, później holenderską i wreszcie brytyjską. Wyspa osiągnęła pełną niepodległość w roku 1948. Wtedy to rząd postanowił zmienić dotychczasową nazwę kraju – Cejlon (kojarzyła się z czasami kolonialnymi) na Sri Lanka.

W Polsce kojarzymy Sri Lankę przede wszystkim z herbatą. Ludzie wyobrażają sobie piękne, zielone plantacje i pracujace tam kolorowo ubrane, uśmiechnięte kobiety. Tak jak w reklamach herbaty w telewizji. Rzeczywistość niestety przedstawia się mniej kolorowo. Praca na plantacji herbaty jest ciężkim i najgorzej płatnym zajęciem, a ludzie, którzy tam pracują, z reguły należą do najniższych warstw społeczeństwa i są traktowani przez innych z pogardą. Pomimo tego że pracują na plantacji herbaty, często nie stać ich na to, aby ją pić. Jest po prostu za droga. Zresztą najlepsze gatunki i tak są przeznaczone na eksport. Ewentualnie można je kupić w sklepach dla turystów. Bo na Sri Lance są sklepy, hotele i restauracje, ba, nawet całe dzielnice wybudowane tylko z myślą o turystach. Przestronne, bogate, zdobione marmurem i zapchane wszelkiego rodzaju towarami z cenami w rupiach, euro, funtach i dolarach. Miejscowi, nie zatrudnieni w przemyśle turystycznym, raczej tam nie zachodzą, bo i po co.
Po uzyskaniu niepodległości dominujący w państwie Syngalezi zaczęli dyskryminować i ograniczać prawa będących w mniejszości Tamilów.

W latach 60. i 70. doszło do największych pogromów ludności tamilskiej. W roku 1983, po wydarzeniach zwanych Czarnym Lipcem, kiedy tylko w samej stolicy kraju zamordowano kilka tysięcy Tamilów, doszło do wybuchu wojny domowej, która trwa do dziś.

– Chwilę. Zaraz wracam – nasz kierowca trzasnął drzwiami i pobiegł w stronę przydrożnej kapliczki, w głębi której dojrzałam figurę Maryi z Dzieciątkiem.

– To cudowna kapliczka. Czeka nas kilka godzin jazdy i to drogą, która uchodzi za niebezpieczną, więc lepiej się pomodlić o dobrą podróż – wyjaśnił nam z uśmiechem kierowca i ruszyliśmy dalej.

Jazda samochodem na Sri Lance graniczy z samobójstwem. Do końca życia zapamiętam drogę z lotniska. Byłam pewna, że wypadek jest nie do uniknięcia i albo zaraz my w kogoś uderzymy albo ktoś uderzy w nas. Co chwilę wydawałam głośne okrzyki, co niesłychanie bawiło naszego kierowcę. Na Sri Lance nie obowiązują żadne przepisy drogowe, a nawet jeśli, to i tak nikt się nimi nie przejmuje. Kierowcy wyprzedzają beztrosko „na trzeciego”, trąbiąc przy tym niemiłosiernie. Chcą w ten sposób dać znać innym uczestnikom ruchu drogowego, żeby uważali, bo oni właśnie wyprzedzają.

– Dajcie mi minutkę. Za chwilę będę z powrotem – tym razem z głębi kapliczki spojrzała na mnie dostojna twarz Buddy.

– Ten Budda pomógł już niejednemu kierowcy, więc i nam nie zaszkodzi poprosić o szczęśliwą podróż – wyjaśnił nasz kierowca sadowiąc się na siedzeniu.

Jednak biorąc pod uwagę tutejszy styl jazdy, trzeba przyznać, że co dziwne, wypadki drogowe wcale nie zdarzają się aż tak często, jakby się można było tego spodziewać. Dlaczego? Otóż czynnikiem decydującym jest z pewnością miejscowy zwyczaj polegający na, ni mniej ni więcej, tylko biciu (często do nieprzytomności) kierowcy, który spowodował wypadek. Dlatego też na Sri Lance widok pokrwawionego człowieka, uciekającego co sił w nogach przed rozjuszonym tłumem nikogo nie dziwi i nikt nawet nie próbuje nieszczęśnikowi pomóc. Bo jak to ładnie wyjaśnił nasz kierowca:
– Skoro taki nie wie, jak prowadzić samochód, to po co w ogóle siada za kierownicą???

Kiedy po raz kolejny usłyszałam sakramentalne: za chwilę będę z powrotem – nawet nie zdziwiłam się, gdy tym razem za szybą naszego samochodu ujrzałam hinduską światynię. Przecież to jasne, że nie zaszkodzi jeszcze raz pomodlić się o bezpieczną podróż…

Tamilskie Tygrysy (Tygrysy Wyzwolenia Tamilskiego Ilamu – LTTE) to organizacja założona w 1976 roku przez Velupillai Prabhakarana. Od samego początku celem LTTE było utworzenie w północnej części Sri Lanki niepodległego państwa Tamilów – Ilamu. Jednak początkowo organizacja starała się realizować ten cel w sposób pokojowy, ale później stopniowo przekształciła się w ugrupowanie militarne stosujące przemoc. Tamilskim Tygrysom udało sie przejąć kontrolę nad północnym i wschodnim wybrzeżem Sri Lanki. Wskutek tego powstało swoiste państwo w państwie, wprawdzie nie uznawane na arenie międzynarodowej, ale praktycznie będące pod pełną kontrolą LTTE.

Na południu kraju, szczególnie w nieturystycznych częściach miast i w małych wioskach ludzie i owszem zwracali na mnie uwagę, ale to nie z powodu koloru mojej skóry, tylko dlatego, że raczej nie często zdarzało im się oglądać Europejkę podróżującą w towarzystwie czterech Lankijczyków. Patrzyli jednak na mnie z sympatią, pytali skąd pochodzę, gdzie jest Polska i czy podoba mi się Sri Lanka. Czasami chcieli, abym coś od nich kupiła, ale nigdy nie byli natarczywi i nigdy nie próbowali mnie dotknąć. Dlatego zdziwiłam się, gdy pewnego razu mała, może dwuletnia dziewczynka stanęła na mój widok jak wryta, przez chwilę przyglądała mi się uporczywie i nagle bez żadnej zapowiedzi podbiegła do mnie, chwyciła mnie za rękę i zaczęła ją uważnie oglądać.

– Przepraszam. Przyjechaliśmy z północy. Moja córeczka nigdy nie widziała kogoś takiego jak ty. Jest po prostu ciekawa – jej matka uśmiecha się do mnie przepraszająco. Wyglada na bardzo zmęczoną. Mężczyzna niesie pokaźnych rozmiarów torbę. Przyjechali wczoraj. Podróż, która normalnie zajmuje około trzech godzin, tym razem trwała szesnaście. Co kilkanaście kilometrów posterunki i punkty kontrolne i oczywiście długie kolejki samochodów do każdego z nich. Żołnierze uważnie przetrząsają każdy pakunek i zadają niekończące się pytania. Później trzeba wszystko zapakować na nowo i znowu za kilkanaście metrów punkt kontrolny i znowu trzeba czekać, wyładowywać bagaże, odpowiadać na pytania…

Obecnie w wielu krajach, m.in. w USA i UE Tamilskie Tygrysy zostały uznane za organizację terrorystyczną, a ich przywódca, Prabhakaran, oskarżony o terroryzm, morderstwa i przestępczość zorganizowaną. LTTE ma rozległe kontakty na całym świecie. Publiczną tajemnicą jest to, że uzyskuje ona fundusze od tamilskiej diaspory z Ameryki, Azji, Europy i Australii.

Po 26 latach rząd Sri Lanki postanowił krwawo rozprawić się z Tamilskimi Tygrysami i wreszcie zakończyć rujnującą kraj wojnę domową. Ludność cywilna mieszkająca na terenie kontrolowanym przez LTTE znalazła się w rozpaczliwej sytuacji. I choć organizacje międzynarodowe starają się im pomóc, to ani Tamilskie Tygrysy, ani strona rządowa jakoś specjalnie nie kwapią się do tego, aby pozwolić im bezpiecznie opuścić strefę walk. Obie strony jak na razie poprzestają tylko na oskarżaniu się nawzajem o zbrodnie przeciw ludzkości i o używanie bezbronnych cywilów jako żywych tarcz.

Koniec państwa Tamilskich Tygrysów to koniec wojny domowej, ale czy na pewno? Na poczatku lat 80. LTTE utworzyło specjalną jednostkę, określaną jako Czarne Tygrysy, która wsławiła się m.in. samobójczymi zamachami bombowymi. Zniszczenie państwa LTTE może niestety przyczynić się do nasilenia tego typu aktów przemocy na terenie całego kraju.

Punkt kontrolny. Żołnierz ogląda mój paszport, z którego wypada liść (zerwałam go z drzewa cynamonowego). Żołnierz pochyla się, podnosi go z ziemi i wkłada z powrotem do mojego paszportu. Uśmiecha się przepraszająco i poprawia karabin. Jesteśmy na południu kraju. Tutaj kontrola wygląda zupełnie inaczej niż na Północy, a poza tym dla niego jestem przecież „turystką”, której tutejsze problemy nie dotyczą i która przyjechała po prostu spędzić miło czas w tym pięknym kraju.

Tekst i zdjęcia:
Irena Bieniusa

Wierzę, że potrafimy żyć w zgodzie

Z Sujeeva Nivunhella, urodzonym na Sri Lance dziennikarzem, który obecnie mieszka i pracuje w Londynie, rozmawia Irena Bieniusa.

Wielu Lankijczyków obawia, że koniec wojny domowej będzie zarazem początkiem wzmożonej aktywności terrorystycznej na terenie Sri Lanki.
– Wierzę, że wojna skończy się już niebawem i nareszcie będziemy mogli normalnie żyć. Jeśli chodzi o terrorystów to nie sposób ich całkowicie powstrzymać, jak to widać na przykładzie choćby Londynu czy USA. Nie znaczy to jednak, że ludzie w Londynie czy w USA nie żyją normalnie.
Najważniejsze jest, aby obie narodowości – Tamilowie i Syngalezi żyli ze sobą
w zgodzie.

tamils3Czy myślisz, że po tylu tragicznych doświadczeniach jest to możliwe?
– Oczywiście. Rząd Sri Lanki zapamiętał swoją lekcję i nie dopuści do tego, aby tragiczne wydarzenia lat 60. i 70. kiedykolwiek się powtórzyły. Wierzę, że potrafimy życ razem w zgodzie, co widać choćby na przykładzie południa kraju. Tamilowie i Syngalezi, którzy tam razem mieszkają, nie maja problemów ze sobą.

Dlaczego rząd Sri Lanki czekał aż 26 lat na to, aby wreszcie zakończyć wojnę domową?

– Rząd czekał tak długo, bo próbował rozmawiać z LTTE, ale oni nie chcieli nic innego tylko niepodległego państwa.Takie rozwiązanie było nie do przyjęcia dla rządu, zresztą Indie nigdy nie wyraziłyby na to zgody, bo obawiałyby się, i słusznie, że Tamilowie mieszkający w Tamil Nadu też zechcą odłączyć się od nich, by utworzyć własne, niepodległe państwo.

Co zmieni się w polityce rządu po zakończeniu wojny?
– Przede wszystkim rząd planuje wybory do parlamentu, które odbędą się jak tylko wojna się skończy. Tamilowie mieszkający na północy kraju, będącej do niedawna pod kontrolą LTTE, będą mieli prawo wybrać własnych kandydatów, którzy będą ich reprezentować w parlamencie. Rząd obiecał, że prawa obu narodowości będą respektowane na równi.

W stronę architektury epoki maszyn

May 15, 2009

Uważany za jednego z najbardziej wpływowych architektów XX wieku. Jedni widzieli  w nim proroka, inni hochsztaplera. Chciał burzyć europejskie stolice i na ich gruzach budować miasta przyszłości – architekturę epoki maszyn. Le Corbusier.

Charles-Édouard Jeanneret-Gris (psd. Le Corbusier) urodził się w 1887 roku. W Paryżu rozpoczynano właśnie budowę wieży Eiffla, a w Ameryce Emil Berliner wynalazł gramofon otwierając tym samym płycie winylowej drogę do światowej kariery. Ludzie słuchali wtedy The Whistling Coon George’a Johnsona, a kobiety chodziły w długich sukniach z gorsetem. Kiedy umierał w 1965 roku, ludzkość miała już za sobą pierwszy spacer człowieka w kosmosie, na czołowych miejscach list przebojów były Yesterday i Michelle Beatlesów, a Mary Quant zrobiła kolejny krok w stronę seksualnej rewolucji –  wypuszczając na rynek pierwszą serię mini spódniczek pokazała światu jak ubiera się wyzwolona kobieta.

Powiedzieć, że rewolucji w architekturze dokonał już Le Corbusier byłoby przesadą, ale z pewnością jego działalność w dużej mierze przyczyniła się do zdjęcia z budynków kostiumu eklektycznych dekoracji i zmiany wizerunku dwudziestowiecznych miast. Słowo rewolucja znajdowało się na jednym z pierwszych miejsc w podręcznym słowniku pojęć używanych przez modernistycznych artystów. Trudno się zresztą temu dziwić, skoro w ciągu niespełna osiemdziesięciu lat dokonano odkryć i wynalazków, którymi można by obdzielić trwającą kilka wieków epokę. Jest to okres intensywnego poszukiwania nowości w sztuce i silnego oporu wobec tradycji. Le Corbusier należał do środowiska artystów próbujących znaleźć estetykę odpowiadającą szybkim zmianom zachodzącym w świecie nauki, techniki i obyczajowości.

villa-savoye_poissy

Villa Savoye, Poissy

W latach 20. zaczął używać pseudonimu Le Corbusier, który miał  kojarzyć się z francuskim słowem corbeau (kruk) i był jednocześnie zniekształconą wersją nazwiska jego dziadka ze strony matki (Lecorbésier). Odwoływanie się do zwierząt jako patronów, co dziś moglibyśmy nazwać budowaniem marki lub logo, było rodzajem stylizacji chętnie stosowanym przez niektórych artystów ze środowiska awangardy. Skoro Picasso mógł pozwolić sobie na fascynację bykiem, a Salvador Dali nosorożcem to Jeanneret mógł, równie dobrze, próbować otaczać swoją osobę aurą skojarzeń i obrazów związanych z krukiem.

Cechowały go upór i konsekwencja połączone z talentem do samoreklamy (napisał 60 książek i esejów). Motto rodziny Jeanneret brzmiało: „Rób to co musisz zrobić bez wahania. Niech nie powstrzymują cię ani sława, ani potępienie. Wierz w to co robisz i rób to dobrze”. I Le Corbusier wierzył. Potrafił wzbudzić w sobie entuzjazm dla każdego systemu politycznego. Mógłby razem z bohaterem jednej z powieści Balzaca powiedzieć: „Człowiek, który jest dumny z tego, że przez całe życie podążał jedną drogą jest durniem, który wierzy w swoją nieomylność. Nie ma takich rzeczy jak zasady: są tylko wydarzenia, nie ma praw tylko doraźne cele”.

Godna podziwu elastyczność czy skrajny konformizm? Jedno jest pewne, projektował zarówno na zamówienie ekscentrycznych milionerów, jak i sowieckiego rządu. Kiedy Niemcy przekroczyli granicę francuską w maju 1940 roku, napisał do swojej matki: „Takie wydarzenia nie zniechęcają mnie; przeciwnie, mój temperament pozwala mi dostrzec w nich jedyny i ostateczny sposób poprawienia świata. Nie można i nie wolno trzymać się kurczowo umarłej przeszłości”. Mimo współpracy z rządem Vichy, po wojnie doskonale odnalazł się we Francji generała de Gaulle’a.

To właśnie jemu, jako jednemu z najsłynniejszych architektów powierzano najbardziej prestiżowe realizacje, nie tylko w Europie, ale i w Indiach czy Brazylii. W 1947 został członkiem komitetu złożonego z architektów, który miał przygotować plany budowy siedziby ONZ w Nowym Jorku; ostatecznie realizację przyznano Amerykaninowi Wallace’owi Harrisonowi, lecz opierała się ona w dużym stopniu na koncepcji Le Corbusiera.

Otaczająca nas architektura, rozwiązania urbanistyczne i wnętrza budynków ukształtowane zostały przez wyobraźnię modernistycznych architektów. W niemałym stopniu również przez Le Corbusiera.

Większość bloków mieszkalnych i osiedli wznoszonych po II wojnie światowej jest echem jego koncepcji architektonicznych. Każdy otwarty pokój dzienny połączony z jadalnią to też Le Corbusier. Nikt nie zrobił więcej od niego, aby spopularyzować beton i zachęcić architektów do eksponowania jego właściwości „dekoracyjnych”. W Londynie najlepszym przykładem skuteczności jego wysiłków jest South Bank.  Również fasada Barbican Centre, w którym prezentowana jest wystawa poświecona jego twórczości, wiele zawdzięcza najbardziej kontrowersyjnej realizacji Le Corbusiera, Unité d’Habitation. (Uwaga! Odszukanie wejścia do Barbican Art Gallery będzie w przyszłości dyscypliną olimpijską).

„Jednostce mieszkaniowej” poświęcono w Barbican odrębną część ekspozycji. Możemy zobaczyć nie tylko film i model architektoniczny budynku, ale również odtworzoną w naturalnej skali kuchnię jednego z mieszkań. Wszyscy doskonale znamy te rozwiązania. Szczególnie ci, którzy poznali walory życia w blokach powstałych w latach 60. i 70. Odnoszę wrażenie, że w Unité d’Habitation Le Corbusier zbliżył się do swojego ideału domu jako „maszyny do mieszkania”. Na 12 kondygnacjach budynku znajduje się 337 mieszkań, sklepy, miejsca do uprawiania sportu, pomieszczenia medyczne, edukacyjne i hotel. Wszystko to pod jednym dachem, który jest zarówno miejscem widokowym, jak i placem zabaw z basenem. Zadaję sobie pytanie, jak można żyć w mieszkaniu o szerokości 360 cm i 226 cm wysokości, nawet jeśli jest ono dwupoziomowe i ma 20 metrów długości? Mieszkańcy są podobno zadowoleni.

Tuż przed jego śmiercią pojawiły się w architekturze pierwsze symptomy postmodernizmu. Nadeszło pokolenie dla którego Le Corbusier był już tylko starszym panem w niemodnym kapeluszu, a modernizm „umarłą przeszłością”. Logika permanentnej rewolucji, która zawsze faworyzuje młodych i nowości, zwróciła się przeciwko Le Corbusierowi. Krytykowano go za naiwny funkcjonalizm – oderwany od wiedzy o rzeczywistych potrzebach człowieka. Młodzi architekci mieli swoje własne pomysły, w tradycji widzieli sprzymierzeńca a nie uciążliwy balast. Modernistyczne hasło „mniej znaczy więcej” zmienili prowokacyjnie na „mniej znaczy nudniej”.

Symbolicznym końcem architektury modernistycznej nie była jednak śmierć Le Corbusiera, ale zburzenie (1972), wzniesionego w latach 50., osiedla według projektu Minoru Yamasakiego w St. Louis w stanie Missouri. Modernizm odszedł w przeszłość, epoka maszyn trwa nadal.

Wojciech Goczkowski

Zdjęcia z wystawy Le Corbusier. The Art of Architecture. Barbican Art Gallery, Silk St, EC2Y 8DS. Czynna do 24 maja 11.00-18.00 Więcej informacji: www.barbican.org.uk

© Barbican Art Gallery

Pomoc w zasięgu ręki

May 12, 2009

W połowie kwietnia w północno-zachodnim oraz północno-wschodnim regionie Anglii wprowadzona została  przez The Financial Services Authority oraz brytyjskie Ministerstwo Skarbu nowa usługa, oferująca informacje oraz praktyczną pomoc w kwestiach finansowych.

nancial-capability_fsa_shereen-taylor-young-person-who-will-benefit-from-the-service-and-minister-ian-pearson-economic-secretary-for-the-treasuryMoneymadeclear oferuje realną pomoc na miarę indywidualnych potrzeb, obejmującą szeroki wachlarz usług: od radzenia sobie z budżetem i oszczędnościami, poprzez pokonywanie efektów spadku koniunktury, aż do zrozumienia podatków i planowania emerytur. Pomoc jest dostępna przez stronę internetową Moneymadeclea, na której znajdują się narzędzia takie jak analiza osobistej sytuacji finansowej oraz kalkulator budżetu. Pomoc można otrzymać również przez telefon od wykwalifikowanych doradców finansowych oraz osobiście w lokalnych placówkach.

Usługa Moneymadeclear jest dostępna dla wszystkich zamieszkałych w północno-zachodnim oraz północno-wschodnim regionie Anglii jako część rocznego programu pilotażowego.

Chris Pond, dyrektor ds. finansów FSA, powiedział:

– Usługa Moneymadeclear zapewni pomoc na miarę indywidualnych potrzeb. Testujemy udzielanie jasnych, bezstronnych oraz osobistych informacji i wskazówek dotyczących spraw finansowych. Chcemy, by usługa Moneymadeclear pomagała ludziom w zdobyciu pewności siebie do jak najlepszego zarządzania swoimi pieniędzmi, zarówno teraz, jak i w przyszłości. By to osiągnąć, udzielamy wskazówek niezbędnych w sprawach finansowych, które kształtują codzienne życie ludzi.”

W celu uzyskania bezstronnej porady w sprawach finansowych, odwiedź www.moneymadeclear.fsa.gov.uk lub zadzwoń pod numer 0300 500 5000, aby przeprowadzić całkowicie poufną rozmowę lub umówić się na osobiste spotkanie z doradcą finansowym w pobliżu miejsca zamieszkania.

Southwark zobaczył na co nas stać

May 11, 2009

Nikt nie wiedział, czego się spodziewać po pierwszej polskiej wystawie sztuki, która odbyła się w Nolias Gallery w London Borough of Southwark przy Old Kent Road. Przechadzając się w sobotnie popołudnie tą ulicą trzeba było stawić czoło wszechobecnemu tłumowi, który – jak na kraj multikulturowy przystało – namalowany jest „wszystkimi kolorami tęczy”. Ogólny harmider i wrzawa nie są tutaj niczym wyjątkowym, tak jest zresztą każdego innego dnia o dowolnej porze. Natomiast po wejściu do Nolias Gallery, gdzie swoje prace wystawiło jedenastu przedstawicieli polskiej sztuki, okazało się, że jest… zupełnie tak samo! Zdziwieni? Sukces tego wydarzenia przerósł oczekiwania wszystkich – organizatorów, sponsorów i samych artystów.

Szansa lepszego poznania

Pierwsza wystawa polskich artystów mieszkających bądź pracujących w Southwark, która odbyła się w sobotę 18 kwietnia,  przyciągnęła tłum, zarówno Polaków jak i „nie-Polaków”, przy czym frekwencję można spokojnie oszacować na 1:1. Forma spotkania była pomysłem wydawcy „Nowego Czasu”, Teresy Bazarnik, która chciała, by rodacy tu mieszkający, a z drugiej strony władze dzielnicy i ludzie z sąsiedztwa lepiej się poznali. Inicjatywa, która wyszła zarówno od redakcji dwutygodnika jak i władz Southwark była pierwszym tego typu przedsięwzięciem – nikt dotąd nie wpadł na pomysł urządzenia wernisażu-spotkania, które stworzyłoby ludziom szansę lepszego poznania. Dzięki współpracy z Active Citizens Hub oraz Southwark Council (sponsorów przedsięwzięcia), na przestrzeni prawie 100 metrów kwadratowych swoje prace wystawiło jedenastu polskich artystów, zarówno starszych jak i młodszych, mieszkających tu od niedawna, oraz tych pośrodku. Efekt końcowy był dość imponujący – zaowocował ciekawym i różnorodnym przekrojem prac fotograficznych, rzeźbiarskich, malarskich, graficznych i garncarskich. Southwark w końcu zobaczył nas i to, co sobą reprezentujemy, oraz jak rozmaici jesteśmy.

justyna_kabala_03

Justyna Kabała zawiesza swoje obrazy

– Bardzo podoba mi się ten przekrój wiekowy wśród artystów ze względu na to, że mogłam się porównać z tymi, którzy tworzą tutaj już od wielu, wielu lat – mówi Justyna Kabała, przedstawicielka najmłodszego pokolenia artystów pokazujących swe prace w Nolias Gallery. Justyna do Londynu przyjechała sześć lat temu mając dziewiętnaście lat, w ubiegłym roku wraz z hiszpańską artystką Celią Arias otworzyła galerię-studio Danse Macabre, a kilka dni przed wystawą dostała wiadomość o przyjęciu jej do Royal College of Arts. W Nolias Gallery zaprezentowała dwie ze swoich fotograficzno-graficznych prac.

Oprócz twórczości tej młodej artystki mogliśmy podziwiać prace urodzonego tutaj, ale dumnego ze swoich polskich korzeni Martina Drogosza, absolwenta South Bank University, fotografie Agaty Kadenacy, również reprezentującej najmłodsze pokolenie studentki London College of Communication i grafiki absolwenta Slade School of Arts Marcina Dudka. Średnie pokolenie to wystawiające w wielu londyńskich galeriach Basia Lautman ze swoimi przesiąkniętymi dużym poczuciem specyficznego humoru mini grafikami i Danuta Sołowiej, prezentująca monumentalne rzeźby-postaci. Byli też artyści z dużym doświadczeniem i o ugruntowanej na rynku brytyjskim pozycji: malarz Sławomir Blatton, fotograf Krzysztof Malski czy eksperymentujący w wielu formach artystycznych Wojciech Sobczyński. Piękną ceramikę pokazała Joanna Szwej-Hawkin.

Więcej niż wernisaż

wernisaz-20

Przemawia konsul Jakub Zaborowski

Wystawa ruszyła o godz. 13.00, kiedy artyści jeszcze przyklejali ostatnie fiszki z tytułami prac. Przy drzwiach gości witali pracownicy Southwark Council i redakcja „Nowego Czasu”, częstując przychodzących winem. Oprócz samych artystów, tłumek w tym średnich rozmiarów pomieszczeniu tworzyli ci, którzy  przyszli na dobrych parę godzin, jak i ci, którzy wpadali tylko i wypadali obejrzawszy wszystkie prace. Ci, którzy zdecydowali się zostać dłużej, najwyraźniej bawili się świetnie konwersując z artystami przy winie i zakąskach przygotowanych przez Mikołaja Hęciaka, speca od kulinariów, piszącego na łamach gazety, oraz Agatę Racut. Było o czym rozmawiać, bo artyści chętnie opowiadali o swoich pracach. Każdy czuł się bardziej jak na imprezie w galerii niż na wystawie (tylko) sztuki.

– Piękna wystawa. Marzyłbym o tym, by była pokazana w kryptach mojego kościoła – wyraził swoje wrażenia Ray Andrews, proboszcz anglikańskiego kościoła w Borough, jeden z pierwszych gości wystawy.

Jak powiedziała Teresa Bazarnik i przedstawiciele Southwark Council, głównym celem tego spotkania było umożliwienie ludziom poznania się. I to z pewnością się udało. Paweł Wąsek, absolwent łódzkiej Akademii Sztuk Pięknych, który wystawił w galerii cztery prace powiedział, że dla niego takie spotkanie to świetna inicjatywa. –Stwarza możliwość spotkania znajomych, których widzi się zbyt rzadko oraz poznania innych w świetnej atmosferze, jak również pokazania swoich prac. Był dreszczyk emocji przy wieszaniu prac, wiele ciekawych rozmów. To się wszystko ze sobą łączy. Jest to coś więcej niż przyjść, pokazać i wyjść. To jest bardzo świetna inicjatywa – powiedział Paweł.

Paweł Wąsek głównie maluje i rysuje, ale również lubi wykorzystywać w swoich pracach rzeczy pozornie bezużyteczne, które sam znajduje, takie jak chociażby kawałki ceramiki wyrzucone na brzeg przez Tamizę, nadając im zupełnie nowe znaczenie.

– Ta malutka historyczna enklawa (dawny pub Thomas a Becket, leżąca na drodze dawnych pielgrzymek do Canterbury, gdzie zginął ten męczennik) zamieniła się w tętniące polskim pulsem miejsce – powiedział mieszkający w Londynie od końca lat 60. absolwent krakowskiej ASP, Wojciech Sobczyński. – Kiedy „Nowy Czas” wystąpił z inicjatywą tej wystawy wydawało mi się to ciekawym pomysłem, choć improwizowane w krótkim terminie imprezy mogą być czymś świetnym albo kompletną klapą. Kiedy pierwszy raz wszedłem do galerii, która była długo zamknięta, wychłodzona, w deszczowy dzień, wrażenie było dość ponure. Zdumiało mnie więc to, co zobaczyłem, kiedy prace już wisiały. Wieszaliśmy  całą wystawę zbiorowo, ale w kompletnej harmonii, a bardzo dobre, wiodące oko Teresy Bazarnik czuwało nad całością. Myślę, że przedstawiciele Southwark Council są mile zaskoczeni. To stwarza inne wrażenie o Polakach, których w Southwark jest bardzo dużo, a którzy raptem pokazali się od kulturalnej strony. Cieszę się też ze spotkania z młodymi artystami, którzy rokują dobre nadzieje, myślę, że ich talent będzie się rozwijał. Z tego wywiąże się też pewnie dalsza współpraca. Wynoszę z tego spotkania jak najbardziej pozytywne odczucia – dodał na koniec Wojciech Sobczyński.

Według Sławomira Blattona, absolwenta warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, który w Londynie tworzy od 1970 roku, spotkanie to naznacza pewnego rodzaju przełom  naszej tu artystycznej obecności.

– To idealny moment zapisu i reprezentacji polskich artystów w południowym Londynie. Polacy zaznaczają teraz swoją obecność na równi z angielskim establishmentem. No, może szanse nie są jeszcze zupełnie równe, ale jest to duży krok. Uważam, że to się wyrówna szybciej niż się spodziewamy. To spotkanie pokazało, że znikają wszelkie kompleksy niższości, że położenie geograficzne przestaje odgrywać rolę i w rezultacie artyści polscy zaczynają pokazywać się na równi z artystami angielskimi. Tak zresztą jak i inne narodowości – mówi entuzjastycznie Sławek Blatton. Jak zaznaczył, Polacy powinni wyzbyć się wszelkich kompleksów, bo po prostu nie warto i nie ma powodu, by je mieć.

Tuż przed głównym punktem programu tłumek, który zastałam przekraczając progi galerii rozrósł się do tłumu. Około godz. 18.00 wystąpił z krótkim przemówieniem przedstawiciel Southwark Council, Kevin Dykes, który pogratulował wspaniałego pomysłu i „sukcesu, który przejawił się tak ogromnym zainteresowaniem”. Kevin przyznał, że wystawa przypomniała mu, jak bardzo interesująca jest polska kultura, a Teresa Bazarnik podziękowała sponsorom – Active Citizens Hub i Southwark Council oraz publiczności za tak liczne przybycie.

Wystąpił też konsul ds. emigracji Jakub Zaborowski, który podkreślił, że nie musi mówić o integracji, bo realizuje się ona na naszych oczach właśnie poprzez takie spotkania. Najbardziej ciekawe – zdaniem konsula – było jednak to, że artyści pokazujący swoje prace reprezentują różne pokolenia Polaków. Nie bez znaczenia był także według niego fakt, że wystawa udowodniła, że istnieje polskie życie po drugiej stronie rzeki i nie tylko w zachodnim Londynie.

Integracja, o której wspomniał konsul Zaborowski przebiegała na dwóch różnych poziomach. Z jednej strony starszego pokolenia Polaków, od lat mieszkającego na Wyspach Brytyjskich, z tymi, którzy przybyli tu po włączeniu Polski do Unii Europejskiej bądź tutaj się urodzili. Z drugiej –liczba Anglików oraz innych obcokrajowców była tak duża, że można było spokojnie mówić o naszej integracji z lokalną społecznością.

Na przekór stereotypom

Przedsięwzięcie takie jak wystawa w Nolias Gallery jest ważnym krokiem w kreowaniu wizerunku Polaków na Wyspach. Jak stwierdził sam Kevin Dykes: – Stereotypy o polskich budowlańcach zabierającym Anglikom pracę, czy też inne, są przecież bardzo widoczne i dlatego ważne jest, aby polskie społeczeństwo mogło dać o sobie znać. Jeśli Anglik będzie miał możliwość poznania Polaka osobiście, być może pomyśli, że jego podejście było błędne. Być może zapoczątkuje to nowy tryb myślenia – wielu Anglików przecież nie wie, że w Southwark jest tak duża społeczność polska. Takie wystawy jak ta mogą więc lekko zmienić podejście do Polaków – usłyszeliśmy z ust pracownika Southwark Council. Cieszymy się, że Kevin Dykes nie podziela takiego stereotypowego myślenia.

Justyna Kabała również jest świadoma stereotypu Polaka, który mieszka w Anglii. Przyznała, że wystawa ma ogromne znaczenie właśnie ze względu na to, że „tego typu imprezy mają duży wpływ na zmianę stereotypowego myślenia o Polakach w Londynie, zawsze wrzucanych do szufladki z napisem: związane wyłącznie w z kasą, dobrym bytem i karierą. Im więcej tego typu imprez, tym łatwiej będzie się nam zintegrować z brytyjskim, multikulturowym światem”.

Artystka przyznała, że sama niestety odczuwa na sobie te stereotypy poprzez pewne komentarze czy żarciki. – Wymiana zdań na temat kultury szerzy otwartość i akceptację oraz współżycie w zgodzie, przeciwstawiając się szufladkowaniu mniejszości i kreowaniu stereotypów, więc takie imprezy mogą pokazać inną stronę naszego narodu. Uważam, że jest to bardzo potrzebne – dodała.

Tym muzycznym akcentem…

Zwieńczeniem wieczoru był koncert Aleksandry Kwaśniewskiej, wokalistki popowo-jazzowej, która wystąpiła wraz z trio Tomasza Zyrmonta, studenta Guildhall School of Music. Chociaż słowo „koncert” jest tutaj raczej źle dobrane – filigranowa Aleksandra wystąpiła stojąc może dwa metry od słuchaczy, którzy otaczali ją z każdej możliwej strony, i nawet przywołała do siebie jednego z przyjaciół, który zaśpiewał razem z nią. Było to raczej klubowe granie niż koncert sam w sobie, co zdawało się bardzo podobać publiczności.

polish_ola_13

Ola Kwaśniewska z zespołem

– Fajnie było widzieć znajome twarze w tym miejscu. Gratuluję zrealizowania tego wspaniałego pomysłu. Myślę, że takie imprezy jak ta powinny być organizowane o wiele częściej, po frekwencji zresztą widać, że ludzie tego chcą – powiedziała wokalistka.

Tomasz Zyrmont zagrał wraz z perkusistą Flavio Li Vigni z Włoch oraz z czarnoskórym basistą Rickiem Jamesem, występującym między innymi z Amy Winehouse, z którą się przyjaźni, oraz Estelle. To iście międzynarodowe trio wyraźnie świetnie się bawiło grając w kameralnej atmosferze galerii. Impreza zakończyła się tuż po 21.00, ale mimo iż trwała tak długo, nie wszyscy byli skłonni do wyjścia.

Przed wystawą Teresa Bazarnik powiedziała mi, że jeśli dużo ludzi zainteresuje się tym wydarzeniem, to może Southwark Council wesprze więcej tego typu imprez w przyszłości. Wszystko miało zależeć od ludzi. Dziś z zadowoleniem przyznaje, iż jest zaskoczona tak dużym zainteresowaniem. Miejmy więc nadzieję, że to spotkanie otworzy furtkę kolejnym.

Magdalena Jackiewicz

Charity dla Polaków kontra Polacy

May 11, 2009

Stowarzyszenie Polskich Kombatantów chce sprzedać Dom Kombatanta w Luton na wolnym rynku, mimo iż miejscowa Polonia zaoferowała za tę posesję znaczną kwotę.

Po zakończeniu wojny liczni polscy emigranci łącznie z żołnierzami armii generała Andersa oraz wyswobodzonymi przez aliantów z obozów w Niemczech dipisami (displaced persons) począwszy od 1946 roku zaczęli zapuszczać swoje korzenie w Wielkiej Brytanii. Kiedy stało się jasne, że Polska znalazła się po drugiej stronie „żelaznej kurtyny” a Zimna Wojna potrwa wiele lat, celem osiadłych tu rodaków stało się zachowanie polskości w różnych organizacjach i miejscach im służących. Jeszcze za życia generała Andersa, polscy emigranci, którzy osiedli w Luton, kupili posesję, w której powstał Dom Kombatanta. Stał się miejscem służącym pielęgnowaniu kultury narodowej, spotkań i wzajemnej pomocy. Następnie budynek został przekazany Stowarzyszeniu Polskich Kombatantów, które miało sprawować nad nim pieczę. SPK otrzymało go jako gotowy już ośrodek od nieżyjącego już kombatanta, po którym wdowa, pani Irena Chruściel, jest do dzisiaj szanowaną postacią lokalnej społeczności. Przekazanie zaś nastąpiło tylko dlatego, że Stowarzyszenie Polskich Kombatantów jest organizacją charytatywną, zarejestrowaną pod numerem 249509 w 1966 roku. Do jej celów należy „edukowanie, szkolenie i ulżenie w ubóstwie” i troska o Polaków oraz osoby polskiego pochodzenia na całym świecie. Zgodnie z jawnymi zapisami Charity Commission, dostępnymi na stronie internetowej,  SPK wypełnia swoje cele statutowe poprzez „udzielanie grantów dla osób indywidualnych oraz organizacji”.

W miarę upływu lat, naturalną koleją rzeczy kombatantów ubywało i budynek tracił swoją początkową świetność. Tych zaś, których obecność nadal sankcjonowała użyteczność budynku, powoli opuszczały siły. Po przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej jego stan był już niepokojący, a działalność kulturalno-oświatowa ustała. Dom Kombatanta był zamknięty i jedynie sporadycznie wdowa po liderze miejscowej Polonii pani Irena oraz obecny przewodniczący oddziału SPK w Luton pan Leonard Nowak otwierali go np. na spotkania opłatkowe.

Na szczęście, albo na nieszczęście dla niektórych, od 2004 roku w Luton pojawiła się „trzecia fala” – młodzi Polacy, którzy stanęli przed podobnymi wyzwaniami co „pierwsza fala”. Naturalną rzeczą wydawało się tchnięcie nowych sił w podupadający budynek i wykorzystanie go dla tysięcy Polaków, którzy osiedlili się w Luton w ciągu ostatnich kilku lat. Tu na scenę wkracza Active Polish Community, prężnie działająca organizacja Polaków „trzeciej fali”.

luton– Kiedy zorientowaliśmy się, że w polskich rękach znajduje się Dom Kombatanta w Luton, bardzo się z tego cieszyliśmy. Polacy szukali miejsca do prowadzenia działalności społecznej, kulturalnej i charytatywnej. Chcieliśmy go społecznie odmalować, aby zasłużyć na szacunek weteranów wojennych. Liczyliśmy także na to, że podzielą się z nami swoimi historiami, chcieliśmy się od nich uczyć. Przez pewien czas w Domu Kombatanta funkcjonował bar, ale współpraca nie układała się najlepiej. Przykro mi o tym mówić, ale brakowało wspólnego języka, mimo iż mówimy tym samym. Być może już wtedy SPK zdecydowało o sprzedaży budynku. Obecnie prowadzimy kilka projektów służących polskiej społeczności i fakt, że nie możemy korzystać ze wspólnego dorobku Polaków jest dla nas ogromnym utrudnieniem – mówi Magdalena Oska, prezes Active Polish Community. – Starałam się o możliwość korzystania z budynku, ale spotkałam się z opinią, że Polacy w Luton to lenie i pijacy. To boli bardziej niż wyzysk w chłodniach czy na taśmach fabrycznych.

Stowarzyszenie Polskich Kombatantów z siedzibą w londyńskim POSK-u reprezentowane przez wicerpezes Barbarę Orłowską, wystawiło budynek na sprzedaż na wolnym rynku. Obecnie jest on w dyspozycji agencji nieruchomości, która reklamuje go na swojej stronie internetowej. Według nieoficjalnych informacji SPK chce go sprzedać za 600 tysięcy funtów i ani grosza mniej. Co najciekawsze jednak, Active Polish Community ma spore fundusze na wykup budynku. Agencja nieruchomości nie jest jednak zainteresowana polskimi sprawami, a pani Orłowska nie wydaje się być chętna, by zejść z ceny mimo że działający w Active Polish Community rodacy według statutu SPK powinni być prawowitymi następcami w sztafecie pokoleń. Stąd dramatyczny apel do SPK, który zamieszczamy obok. W rozmowie telefonicznej z „Nowym Czasem” pani Barbara Orłowska nie kryła niechęci do poruszania tego tematu.

– Polacy w Luton chcą odkupić Dom Kombatanta, który wystawiła pani na sprzedaż. Czy dostała pani list w tej sprawie? – pytam.

– Dostałam. Zobaczymy, co mają i ile mają. Ale to nie jest do prasy. Nie ma o czym pisać – poinstruowała mnie wiceprezes SPK.

– Dlaczego nie chce pani, aby o tym pisać?
Odpowiedzią na pytanie było długie milczenie.

– Dlaczego wystawiliście państwo na sprzedaż Dom Kombatanta, skoro SPK jest organizacją charytatywną pomagającą Polakom, a oni chcą go używać?

– Proszę pana, nie mogę z panem rozmawiać. Nie może pan o tym pisać.

Z żalem wobec pani Barbary Orłowskiej i poczuciem konieczności działania w interesie publicznym postanowiłem napisać. Czy uda się zatrzymać sprzedaż budynku zbudowanego społecznie przez Polaków dla Polaków? Do sprawy wrócimy.

Maciej Psyk

Z ostatniej chwili:

Agencja nieruchomości, do której zwróciło się SPK, dowiedziawszy się o tym, że jest to organizacja charytatywna działająca na rzecz Polaków rozważa odstąpienie od pośrednictwa w tej transakcji.

LIST OTWARTY

The Polish Ex-Combatants Association in Great Britain Trust Fund
Charity number 249509
240 King Street, London, W6 0RF
Sz. P. Barbara Orłowska – Wiceprezes

Szanowna Pani,

Active Polish Community jest organizacją skupiającą polską społeczność w okolicach Luton. Jako nowo powstała organizacja musimy sprostać wielu problemom. Jedną z najważniejszych kwestii jest lokal, który w pełnym stopniu umożliwiłby nam wykorzystanie potencjału ludzi skupionych wokół stowarzyszenia oraz realizację naszych zadań. W chwili obecnej Active Polish Community prowadzi cztery projekty, kolejnych sześć jest w przygotowaniu. Więcej informacji o naszej działalności znajdziecie Państwo na stronie internetowej  www.activepolish.co.uk, w cotygodniowej audycji radiowej w Radiu Flash oraz innych polskich mediach.

Ku naszemu niezmiernemu zaskoczeniu dowiedzieliśmy się o wystawieniu budynku należącego do SPK w Luton na sprzedaż na wolnym rynku. Ubolewamy nad tym z wielu powodów, choćby dlatego, iż od dawna staramy się o przywrócenie temu budynkowi jego dawnej świetności i funkcjonalności, którą wykazywał wiele lat temu. Zakończenie działalności społecznej i charytatywnej w budynku nie powinno jednak skutkować jego sprzedażą, lecz przeciwnie – tchnięciem w niego nowego życia, zgodnie z celami statutowymi SPK wśród których jest: „any charitable purpose for the benefit of Poles throughout the world and for the purposes of this deed Poles shall mean individuals who are or have been at any time Polish citizens or the descendants of such individuals or the spouses child or dependants of such individuals or descendants”.

Celem SPK jest także „education, training and relief of poverty” poprzez „making grants to individuals or organizations”.

Mamy mocne podstawy by sądzić, że w myśl tych zapisów jesteśmy głównym partnerem SPK w rozmowach o przyszłości tego budynku. Nie oczekujemy jednak przekazania tego budynku za darmo, mimo podstawy prawnej. W związku z zaistniałą sytuacją zgromadziliśmy środki pozwalające nam na odkupienie go. Prosimy o wstrzymanie sprzedaży, co pozwoliłoby polskiej społeczności zrzeszonej wokół Active Polish Community na kontynuację tak znakomicie zapoczątkowanej i trwającej przez wiele lat działalności SPK na rzecz Polaków w Wielkiej Brytanii. Poddajemy pod rozwagę, że sprzedaż budynku byłaby na szkodę samych członków SPK, odbierając im możliwość uczestniczenia w spotkaniach integracyjnych, towarzyskich oraz promujących polską historię i kulturę.

Active Polish Community rozważa realizację projektu polegającego na zapewnieniu starszym osobom regularnych spotkań, wycieczek oraz warsztatów integracyjnych z młodzieżą. Korzyści płynące ze spotkań różnych pokoleń Polaków są wielorakie, począwszy od przekazywania świadectwa historycznego, poprzez zapewnienie kontaktu z polskimi tradycjami, po zaspokojenie podstawowego ludzkiego pragnienia bycia potrzebnym.

Sprzedaż budynku byłaby najgorszym rozwiązaniem – nie tylko krzywdzącym i niepotrzebnym, ale też sprzecznym z przytoczonymi celami charytatywnymi. Bardzo liczymy na pozostawienie budynku SPK w rękach polskiej społeczności oraz możliwość kontynuowania przez Active Polish Community znakomitego dzieła, które zostało rozpoczęte przez emigrację z okresu II wojny światowej.

W tej sytuacji prosimy o spotkanie z Panią oraz Powiernikami celem omówienia przyszłości budynku.

Z poważaniem,
Magdalena Oska
Active Polish Community. Reg. No. 6822049
9 Thtford Gardens, Luton LU2 7FE
tel: 01582 459 595, email: info@activepolish.co.uk

Next Page »