Instrument – orkiestra
April 24, 2009
Z Grzegorzem Nowakiem, dyrygentem Royal Philharmonic Orchestra w Londynie, rozmawia Łucja Piejko
Po co orkiestrze dyrygent?
– Orkiestra to zespół złożony z wielu muzyków. Każdy z nich jest odrębną indywidualnością artystyczną. Każdy ma własne podejście do sztuki, własną interpretację i wizję. Żeby ta całość ze sobą harmonijnie współgrała, potrzeba kogoś, kto w pewien sposób narzuci swą artystyczną wolę. Tą osobą jest właśnie dyrygent. W sensie czysto praktycznym, po prostu łatwiej się gra, gdy ktoś prowadzi zespół.
Zdarza się jednak, że zespoły występują na scenie bez dyrygenta.
– W muzyce dawnej nieobecność dyrygenta może się zdarzyć, ale już samodzielne zagranie Strawińskiego w ogóle nie byłoby możliwe. W utworach muzyki dawnej prowadzenie zespołu przez koncertmistrza czy klawesynistę było powszechnie przyjętą praktyką. Także kwartety smyczkowe bardzo często grają bez dyrygenta. Nie należy jednak zapominać, że dyrygent zawsze musiał być zaangażowany w przygotowanie zespołu. W przeciwnym razie zajęłoby to dużo więcej czasu, na co dziś nikt nie może sobie pozwolić. Poza tym, wizja artystyczna musi być spójna. W przypadku zespołu złożonego z wielu muzyków, może tego dopilnować tylko jeden człowiek. To dyrygent jest osobą odpowiedzialną za interpretację, a orkiestra – instrumentem, przy pomocy którego realizuje on swój twórczy plan.
Gombrowicz w swoim małym emigracyjnym pokoju słuchając muzyki stawał przed lusterm i dyrygowal. Zazdrościł dyrygentom ich sprawczej roli w interpretowaniu dzieła. Miał czego zazdrościć?
– Dyrygent gra na najbarwniejszym z najbarwniejszych instrumentów, złożonym z wielu elementów, kolorów, indywidualności, które dopiero idealnie poprowadzone, tworzą muzykę. Dyrygent machający batutą na podium nie wygeneruje żadnego dźwięku. W byciu dyrygentem jest więc jakaś metafizyczna wspaniałość. Coś, czego w inny sposób nie da się osiągnąć – wzajemna zależność, wynosząca muzykę na inny poziom. Jest w tym coś nadzwyczajnego. Trudno się więc Gombrowiczowi dziwić.
Z kolei Fellini w jednym ze swoich filmów posłużył się orkiestrą jako alegorią społeczeństwa. Czy można posłużyć się takim porównaniem? Jak dyrygent radzi sobie z istniejącymi w zespole napięciami międzyludzkimi?
– Orkiestra łączy w sobie najróżniejsze osobowości, temperamenty, charaktery. Często zupełnie wobec siebie przeciwne. Nic więc dziwnego, że muzycy grający ze sobą od wielu lat, po czasie mogą przestać ze sobą rozmawiać, a nawet, jak w przypadku słynnego Kwartetu Borodina, nocować w oddzielnych hotelach. I dopiero po wejściu na scenę zjednoczyć się na nowo magią dźwięku i muzyki. Z mojego doświadczenia wynika, że im lepsza orkiestra, tym bardziej sympatyczni, zwyczajni i przyjacielscy ludzie. Królewska Filharmonia w Londynie, z którą mam przyjemność współpracować, jest tego najlepszym przykładem. Ci wspaniali muzycy to po prostu grupa przyjaciół, zbierających się, by wspólnie muzykować. I to jest wspaniałe.
Studiował Pan skrzypce, kompozycję i dyrygenturę. Dlaczego ostatecznie poświęcił się Pan dyrygowaniu?
– O tym zadecydowało w zasadzie życie. Tuż po ukończeniu studiów na poznańskiej uczelni dostałem propozycję utworzenia orkiestry w Słupsku. Było to dla mnie na tyle ciekawe wyzwanie, że ochoczo się tego podjąłem. Później wyjechałem na stypendium do Stanów Zjednoczonych. Tam współpracowałem z takimi mistrzami batuty jak Leonard Bernstein, Seiji Ozawa i Erich Leinsdorf, przez co pokochałem i zafascynowałem się sztuką dyrygowania jeszcze mocniej. I od tamtego czasu jestem jej wierny.
Podczas koncertów dyryguje pan bez partytury. Czy uczy się pan na pamięć partii każdego z instrumentów?
– Jeden z moich mistrzów – Igor Markevitch, na zakończenie prowadzonego przez siebie kursu mistrzowskiego, podał trzy przykazania dyrygenta: po pierwsze – studiować partyturę, po drugie – studiować partyturę, po trzecie – studiować partyturę. I to w zasadzie wystarczy. Lepiej wreszcie, jak również mawiał Markevitch, mieć partyturę w głowie niż głowę w partyturze!
Czy mimo wszystko nie czułby się Pan pewniej, mając przed sobą nuty? Większość dyrygentów nie rezygnuje z tej wygody.
– Wielu dyrygentów rzeczywiście podpiera się partyturą. Ja jednak czuję się znacznie lepiej i swobodniej, gdy nie muszę martwić się przewracaniem kartek i śledzeniem nut i gdy całą moją energię mogę spożytkować na prowadzenie orkiestry w sensie muzycznej interpretacji.
Współpracował Pan z najjaśniejszymi gwiazdami muzycznego firmamentu. Którą z nich wspomina Pan najmilej?
– W ciągu mojej artystycznej działalności miałem przyjemność spotkania wielu fenomenalnych i zupełnie niesamowitych artystów, z których każdy zapadł na zawsze w moje serce i pamięć. Jest więc Filharmonia Królewska z którą obecnie współpracuję. Fanstastyczy zespół, złożony nie tylko z wytrawnych, niezwykle profesjonalnych i świadomych artystycznie muzyków, ale jednocześnie wyjątkowo miłych i sympatycznych ludzi. Nasze wzajemne relacje są więc bardzo ciepłe i przyjacielskie. Wśród solistów zdecydowanie najlepiej wspominam Krystiana Zimmermanna, który zagrał ze mną więcej koncertów niż z jakimkolwiek innym dyrygentem. Krystian jest wspaniałym artystą, który zna partyturę na wskroś i tak naprawdę nic nie umknie jego uwagi. A jest to rzecz wyjątkowa, bo nie każdy solista jest tak dogłębnie zaznajomiony z utworem symfonicznym. Co ważniejsze jednak, Krystian to bardzo miły człowiek. Za każdym razem współpraca z nim była dla mnie nie tylko wielkim, artystycznym przeżyciem, ale i niezapomnianą przygodą towarzyską.
„Karajan jest światowym dyrygentem numer jeden, gdyż najpełniej wciela osobowość ludzką swej epoki. Jest dyrygentem inżynierów i matematyków, jak Furtwängler był dyrygentem poetów i marzycieli” – pisał w swej książce Diabły i anioły Jerzy Waldorff. A jakim dyrygentem jest Grzegorz Nowak?
– Zapraszam na moje koncerty i to ja jestem ciekaw odpowiedzi no to pytanie.
Ballada o Tomaszku
April 24, 2009
Kim jest polski imigrant w Wielkiej Brytanii A.D. 2009? To godzien szacunku lekarz, pielęgniarka, nauczyciel, ceniony rzemieślnik, przedsiębiorca o dobrej opinii czy raczej warszawski cwaniaczek, złodziejaszek o lepkich łapkach, typowy „łysol”, który angielską uczciwość, łatwowierność i uprzejmość traktuje w kategoriach okazji do szybkiego i niekoniecznie uczciwego zarobku?
Historia, którą teraz opowiem, nie może być oczywiście generalizowana. Nie każdy z nas jest jak Tomaszek. Zdecydowałem się ją opowiedzieć ku przestrodze. Bo tak naprawdę wszyscy musimy być ostrożni i na takich „Tomaszków” wyczuleni. Potrafią naprawdę zakraść się pod nasze drzwi, wyłudzić wstawienie się za nimi, pomoc w urzędzie. I pozostawiają po sobie ruiny i zszarganą opinię polskiego środowiska, którą naprawić jest naprawdę bardzo ciężko.
Masz łeb i ch…j to kombinuj
To popularne w Polsce powiedzonko usłyszeć można często także w Anglii, szczególnie w miejscach zamieszkanych przez polskich emigrantów zarobkowych. Z jednej z takich dzielnic – „sołtchamptońskiego” Shirley – gdzie ani pomyśl o pozostawieniu roweru przed domem lub nawigacji satelitarnej w samochodzie – pochodził Tomaszek. Piszę: pochodził, gdyż jakiś rok temu, wraz z narzeczoną, zmęczony wszechobecną polszczyzną uznał, iż pora sprezentować sobie mały awans społeczny i przeprowadzić się do lepszej, angielskiej dzielnicy, wolnej od rodaków i kolorowych.
Tak oto zostaliśmy sąsiadami. Nie powiem, serce nawet mile drgnęło, gdy żona, wyglądając przez okno powiedziała któregoś dnia:
– Słuchaj, ci nowi to chyba też Polacy. Nie wierzę, że Angielka by tak solidnie myła okna po przeprowadzce.
I spełniło się. Tomaszek i Magda okazali się bardzo wylewni. A sąsiedztwo dobrze zaadaptowanych i płynnie znających angielski Polonusów zdawało się ich bardzo cieszyć. I nie bez powodu. Tomaszek z moją pomocą szybko załatwił wszystkie związane z przeprowadzką formalności. Napisałem do landlorda list wytykający usterki w mieszkaniu, a nawet wybrałem się z Tomaszkiem do agencji, by posłużyć za tłumacza.
Pierwsza drobna refleksja, ale widocznie niewystarczająca, obudziła się w mojej głowie, gdy podczas pewnego, lekko zakrapianego duńskim piwem sobotniego wieczora Madzia pochwaliła się nam nową cukierniczką.
– Gdzie kupiłaś? – oczywiście padło pytanie.
– A kto mówi o kupieniu? Madzia wyczaiła ją w funciaku. – Zmieściła się w kieszeni kurtki, na takie zakupy bierze się kurtkę z dużymi kieszeniami. Masz łeb i ch…j, to kombinuj! – odpowiedział Tomaszek.
Angole to głupole
Mijały kolejne tygodnie i miesiące. Tomaszek zaglądał do mnie średnio raz na tydzień, zawsze z jakąś drobną prośbą. To list przetłumacz z urzędu, to zadzwoń zarezerwować prom, to kolejne pismo do Agencji wysmaż, jedź z nim do sklepu, banku, porozmawiaj z jego szefem… Nie powiem, jego arogancki język coraz bardziej działał mi na nerwy. – Panie, powiedz co te głupole-Angole tu znowu powypisywały… – zwykł mawiać.
Aż wreszcie pewnego zimowego wieczora zjawił się u mnie Tomaszek jakiś odmieniony, wylękniony, poddenerwowany. Jego rozbiegane oczka latały po pokoju nie mogąc sie zatrzymać na niczym konkretnym.
– Panie, źle się robi. W naszej firmie transportowej zaczynają prześladować Polaków – wyjąkał wreszcie. – Kryzys jest, coraz mniej przewozów, chyba będą likwidować nocne kursy, a w pierwszej kolejności do zwolnienia są Polacy…
– Jak to Polacy? – zapytałem niedowierzając. – Przecież nie można ot tak sobie, w ramach zwolnień zbiorowych, kierować się narodowością. Można wydajnością, rodzajem kontraktu, ale nie można do obywatela Zjednoczonej Europy powiedzieć „zwalniamy cię, bo nie jesteś Anglikiem”.
– A ja ci, panie, mówię, że tak robią. Już przyczepili się do jednego łebka od nas, a ja podobno jestem następny.
Zjeżdżamy stąd
„Zjeżdżać” – słowo to robi ostatnio na Wyspach nową karierę. Może niekoniecznie zawrotną, ale można je usłyszeć tu i ówdzie. Bo ten i ów powtarza sakramentalne zdanie: „Chyba będziemy zjeżdżali…”. Oznacza ono oczywiście postanowienie powrotu do Polski.
No i pewnego dnia, na początku tej wiosny Tomaszek i Madzia wypowiedzieli swoje sakramentalne „zjeżdżamy”. – Zwolnili mnie gnoje! Po prostu zadzwonili, że nie mam już przychodzić do pracy, tak z dnia na dzień – odparł Tomaszek zapytany o powód.
– Słuchaj, nie chcę się wtrącać, ale co tydzień przeglądam „Daily Echo” i jest tam sporo ogłoszeń o pracy dla kierowców ciężarówek. Nie udało ci się w tej firmie, ale po co zaraz takie rozwiązanie drastyczne? Pomogę ci napisać CV, weź od tych ludzi referencje i w tydzień znajdziemy ci nową robotę, może nawet z lepszą płacą – zaproponowałem nieśmiało.
– Nic z tego, zjeżdżamy stąd, decyzja już podjęta – odpowiedzieli solidarnie.
I nie było co dyskutować. Nie powiem, łezka w oku się zakręciła. To w końcu rodak. Zżyłem się trochę z człowiekiem przez ten rok. Poznałem jego problemy, wszedłem do środka jego życia pisząc jego listy, reklamacje, skargi do landlorda czy tłumacząc przy sporach z pracodawcą… Z jednej strony trochę mnie to irytowało, z drugiej… pozostanie chyba jakaś pustka. Zawsze miałem rodaka, który mieszkał kilka metrów od moich drzwi.
Jakże gorzkie czekało mnie rozczarowanie…
Paliwo za trzy tysiące…
Prawdziwe powody zjazdu, a raczej panicznej ucieczki sąsiadów poznałem nieco po ich pośpiesznym zniknięciu, za sprawą znajomych znajomych. Ale wszystko w swoim czasie…
A wyjeżdżali naprawdę w pośpiechu. Pretekstem było załatwienie formalności w kraju. Jedno z nich miało wrócić po dwóch tygodniach, by – zgodnie z miesięcznym wypowiedzeniem – załatwić formalności związane ze zwolnieniem mieszkania, rozliczeniem ostatnich rachunków, podatku lokalnego i tym podobnych detali. Wcześniej jednak zabrali cały majątek – meble, sprzęt, odzież. Wszystko w panice pakowali na – prawdopodobnie wynajęty – samochód dostawczy. Zniknęli z naszego życia błyskawicznie – jak leżący zazwyczaj tylko kilka godzin i niezwykle rzadki na południu Anglii śnieg. Zostało puste mieszkanie i wybita na „do widzenia” szyba w salonie. Zniknęli, ale pozostał kac i to najgorsza jego odmiana – kac moralny, pogarszający się z każdą chwilą, gdy za sprawą znajomych zaczęły docierać do nas kolejne rewelacje na temat Tomaszka.
A więc po pierwsze: Tomaszek został oskarżony o kradzież paliwa i to nie kilku litrów. Jego szefowie, notując nieproporcjonalne nawet w branży transportowej straty paliwa, bez wiedzy kierowców zainstalowali w autach urządzenia GPS śledzące na bieżąco tryb pracy samochodu i zużycie paliwa. Zlokalizowanie winnego kierowcy było dziecinnie łatwe. Pozostała kwestia udowodnienia kradzieży. I to nie było trudne. Pewnego wieczora szefowie wybrali się za nim w trasę prywatnym samochodem. Znaleźli ciężarówkę zaparkowaną na poboczu, a na niej kanistry z nielegalnie ściągniętym z baku paliwem. Z kalkulacji firmy wynika, że spuszczając po trosze z baku Tomaszek skradł paliwo wartości ok. 3000 funtów. Pracodawca zawiózł go na posterunek policji, gdzie złożył oficjalne oskarżenie. Nie trzeba dodawać, że nasz bohater został zwolniony dyscyplinarnie…
Jesteśmy rozczarowani
Chociaż trudno było uwierzyć własnym uszom, afera z paliwem była zaledwie czubkiem góry lodowej. Rzekomy dwutygodniowy urlop minął, a nasz sąsiad nie wrócił, by rozliczyć się z landlordem. Dowiedziałem się o tym od kierowniczki agencji, telefonicznie.
– Jesteśmy rozczarowani – usłyszałem i mogłem jedynie przytaknąć.
Głupia sytuacja… Jako że to ja napisałem podanie o wcześniejsze wypowiedzenie umowy najmu, właśnie do mnie zwróciła się z pierwszym, niedowierzającym pytaniem: – Czy to możliwe, że mój sąsiad już nie wróci do Anglii?. Przy okazji dowiedziałem się, że na liście niecierpliwie oczekujących jego powrotu jest nie tylko agencja mieszkaniowa, ale także dostawca energii, operatorzy telefoniczni i sieci internetowej, o czym dobitnie świadczyły znalezione przy drzwiach rachunki… Krótko mówiąc, sąsiad uciekł z Anglii bezpowrotnie, nie płacąc ostatniego czynszu za mieszkanie, wszystkich bieżących rachunków i podatku lokalnego. Zgaduję, że nie zgłosił się także we wskazanym terminie na rozprawę sądową.
Zostawił mnie w naprawdę niezręcznej sytuacji wobec wspólnego landlorda, który dotąd zwykł łączyć nasze osoby. I trudno się dziwić, skoro na każdym kroku jawiłem mu się jako tłumacz Tomaszka. Jak teraz mam mu wytłumaczyć, że nie mam nic wspólnego z matactwami i nieuczciwością sąsiada Polaka? Nieważne, że od niemalże dwóch lat systematycznie i w terminie płacę czynsz, trzymam mieszkanie w nienagannym stanie, co potwierdzają kolejne inspekcje, rzetelnie płacę wszystkie rachunki. Dlaczego po niespełna dwóch latach uczciwej pracy muszę teraz znów kogoś przekonywać o mojej rzetelności?
Ilu takich Tomaszków?
Czy przykład Tomaszka jest odosobniony, a jeśli nie, to jak powszechne są podobne przykładny nieuczciwości naszych rodaków? W jakim stopniu takie przypadki wpływają na wizerunek Polaka w Wielkiej Brytanii?
Nie musi ich być wiele. Prawdę powiedziawszy wystarczy, by operator internetu bezprzewodowego i telefonii komórkowej „przejechał” się na kilku Polakach, którzy niespodziewanie wrócili do kraju nie regulując swoich rachunków. Najdobitniejszym dowodem, że coś jest na rzeczy niech będzie fakt, że obecnie w Southampton podpisanie umowy abonenckiej na telefon komórkowy czy modem internetowy dla Polaka praktycznie graniczy z cudem. A jeszcze rok temu obywało się to bez zbędnych formalności – wystarczył jeden dowód tożsamości i podpis. Teraz już się na nas poznali. To przykre. Coraz więcej agencji mieszkaniowych słysząc, że ma do czynienia z Polakami, prosi o wyższe niż zwyczajowe kaucje. Nie trzeba być naprawdę wyczulonym, by spotkać się w codziennym życiu z pewną ostrożnością, ot chociażby w sklepie RTV który chętnie sprzeda Polakowi każdy towar za gotówkę, ale nie rozłoży na raty…
Paradoks: to właśnie ci nieuczciwi, wracając do Polski rozprzestrzeniają wieści o tym, że Polacy w Anglii są źle traktowani, nie ma mowy o równości, są represjonowani w zatrudnieniu i życiu codziennym. I wieści te są trochę jak samospełniająca się wróżba – dzięki takim jak oni tu, w Anglii, cierpią przykładnie uczciwi polscy lekarze, nauczyciele, pielęgniarki, budowlańcy, sprzątacze, kucharze – ludzie solidnej, codziennej roboty, którzy tak naprawdę cenieni są tylko za jedno: że potrafią pracować tak ciężko, jak nikt inny.
Patetyczne? Może trochę. Ale zmęczony już jestem czytaniem kolejnych internetowych komentarzy w stylu: „Ja, mieszkający ciągle w Polsce proszę: Drodzy emigranci w Anglii, nie wracajcie…”. A wręcz mam ochotę sparafrazować: „Drodzy jumole, łysole, cwaniaki, złodzieje… wróćcie do kraju. A ci, którzy tam są, niech zostaną. Nie musi nas tu być półtora miliona. Wystarczy sto tysięcy, ale takich, za których nie będziemy się wstydzić”.
Grzegorz Borkowski
Imię bohatera zostało zmienione
Europa da się lubić
April 24, 2009
Polscy uczniowie mogą przekonać się o tym, dzięki aktywnym nauczycielom
Przyjazd do innego państwa dla większości wciąż łączy się ze stresem, bywa że ogromnym, czasem mniejszym. Polska była krajem jednorodnym narodowościowo i wyznaniowo. Mniejszości narodowe występowały nielicznie i tylko w niektórych regionach. Przez wiele lat widok cudzoziemca, zwłaszcza o innej karnacji skóry, budził ciekawość na pograniczu z nieufnością, a w mniejszych miejscowościach nawet sensację. Stąd pierwszy kontakt ze społeczeństwem tak różnorodnym jak np. brytyjskie wielu z nas zaskakiwał czy nawet szokował. Niepewność, zdziwienie połączone z kompleksami narodowymi i świadomością stereotypów na nas ciążących działała destrukcyjnie na poczucie własnej wartości i samopoczucie emigrantów. Dziś jest już nieco inaczej – Polacy wyjeżdżają coraz częściej, a i Polskę odwiedza coraz więcej cudzoziemców. Czy przez to następne pokolenia będą lepiej przygotowane do kontaktów międzykulturowych? Pewnie tak, ale to nie wystarczy.
Być Europejczykiem
Ważną rolę w przygotowaniu do prawdziwego obywatelstwa europejskiego odgrywa szkoła, polska szkoła. Nie chodzi tu tylko i wyłącznie o naukę języka obcego, choć to też ważne. Młody człowiek musi nabrać przekonania, że ludzie mieszkający kilkaset kilometrów od niego, w innym kraju, mówiący innym językiem, mającym inne doświadczenia historyczne, problemy codzienne mają bardzo podobne. To nie jest jakaś „elita”, mająca prawo patrzeć na nas z wyższością tylko dlatego, że ktoś pochodzi z biedniejszego kraju. Istotne także, by „ci inni” wiedzieli, że Polacy to nie pijacy czy ludzkie maszyny gotowe pracować długie godziny za najniższe stawki – to także naród o bogatej historii, niebagatelnych osiągnięciach kulturalnych, piękny kraj o dużych walorach krajobrazowych.
Aby ludzie przełamali stereotypowe myślenie, kontakty międzynarodowe trzeba zacząć jak najwcześniej. Takie akcje już podejmują polskie szkoły. Obecnie funkcjonuje sporo programów unijnych, które pomagają w takich kontaktach. Udział w nich wymaga od nauczycieli wiele pracy (dodajmy, że charytatywnej), jednak coraz częściej podejmują oni takie inicjatywy.
Co może zrobić szkoła
Posłużę się tutaj przykładem Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych w Szydłowie, w powiecie piotrkowskim (woj. łódzkie). Szkoła nieduża, uczniowie pochodzą przede wszystkim ze środowisk wiejskich. Rzadko wyjeżdżają, bo albo pomagają rodzicom w pracach gospodarskich albo rodziców nie stać na wycieczki i obozy. Ich motywacja do nauki języków obcych była więc niewielka, uczyli się „tyle, by zdać maturę”. Racjonalne argumenty, że „UE otwiera nowe możliwości…., znajomość języka się przydaje….itd.” jakoś do nich nie trafiały.
Zmieniło się to za sprawą projektów w programie Comenius (program finansuje szkolną współpracę międzynarodową). Choć szkoła w Szydłowie rozpoczęła prace dopiero we wrześniu 2008 roku, zmiany widać już teraz. Od września wyjechało już dziesięcioro uczniów (dwie osoby na Łotwę, osiem do Włoch), a dziewięcioro przygotowuje się jeszcze przed wakacjami do wyjazdu do Norwegii. W styczniu przyjechała duża grupa uczniów i nauczycieli z Norwegii, Hiszpanii, Łotwy i Wielkiej Brytanii. Polska młodzież spędziła z nimi kilka dni. Okazało się, że mimo barier językowych można się razem świetnie bawić na dyskotece, w czasie zajęć sportowych czy przy wspólnym ognisku. Bliższe poznanie pozwoliło na dostrzeżenia podobieństw, pokonanie barier, otwarcie umysłów.
Czy widać efekty?
Motywacją do nauki języka są już nie namowy nauczycieli, ale zwykłe życiowe problemy: „Podoba mi się ta Norweżka, ale nie umiem do niej po angielsku zagadać…”, „rozumiem, o co pytają Anglicy, ale nie mogę im tego wytłumaczyć, bo brakuje mi angielskich słówek”…

Fot. Michał Rosiak
To tylko jedna korzyść z programu. Inną jest wzmacnianie patriotyzmu. Może to wydać się dziwne, ale młodzież, gdy zobaczy, jak wyglądają szkoły w innych państwach, jakie warunki panują w domach ich zagranicznych rówieśników, jak wygląda życie codzienne w krajach Unii, bardziej zaczyna cenić to, co ma w Polsce. Nabiera przekonania, że w ojczyźnie nie jest tak źle, że nie ma się czego wstydzić. Układając program pobytu dla grupy obcokrajowców okazuje się, że w okolicy jest tyle rzeczy wartych pokazania, że trudno się zdecydować, co wybrać, bo nie sposób pokazać wszystkiego w kilka dni. Przy takich okazjach dobrze umieć zatańczyć poloneza czy zaśpiewać łatwo wpadającą w ucho polską piosenkę.
Młodzież zagraniczna, która w ramach projektów przyjeżdża do Polski, inaczej potem patrzy na polskich imigrantów w swoim kraju. Trochę już wie o polskiej kulturze, ma doświadczenia w kontaktach z polskimi rówieśnikami, czasami zawiązują się przyjaźnie. Dobra to więc wróżba na przyszłość.
– Anglików ucieszył nie tylko widok śniegu. Bardzo smakowało im polskie jedzenie, bo postaraliśmy się, aby było naprawdę polskie. Żadnych hamburgerów, pizzy czy kebabów. Za to kilka rodzajów pierogów, żurek, grochówka, kluski śląskie, bigos i ciasto drożdżowe. Trzeciego dnia żartowali, że gdyby spędzili u nas dwa tygodnie, to samolot by ich nie uniósł w drodze powrotnej – opowiada anglista, Michał Rosiak.
Jak to się robi?
Uruchomienie takiego projektu wymaga sporo pracy i zaangażowania kilkuosobowego zespołu nauczycieli. W niektórych krajach (np. na Łotwie, w Norwegii czy w Wielkiej Brytanii) utworzono w szkołach specjalne stanowiska do koordynacji takich projektów, w Polsce nie ma takiej praktyki. We Włoszech np. nauczyciel koordynujący projekt otrzymuje dodatkowe wynagrodzenie.
– W projekcie mogą uczestniczyć co najmniej trzy szkoły z trzech różnych państwa europejskich. Koordynatorzy szkolni nie tylko ustalają temat projektu, ale wszelkie działania na okres dwóch lat, wspólnie wypełniają kilkudzięsięciostronicowy formularz. Projekty zgłasza się do konkursu, nie wszystkie zyskują akceptację. Gdy projekt otrzymuje zgodę na realizację, a co za tym idzie i fundusze unijne, praca się nie kończy, ale zaczyna.
– Międzynarodowe spotkania to „czubek góry lodowej”, który widać – mówi koordynator projektów Comeniusa w ZSP w Szydłowie, a jednocześnie wicedyrektor szkoły, Ewa Grzesiak. – Masa pracy, którą trzeba wykonać „schowana jest pod wodą”. Trochę przykro, gdy słucha się, jak w innych krajach tworzy się specjalne stanowiska dla koordynatorów projektów szkolnych, aby zajmowali się tylko tym, podczas gdy u nas robi się to „po godzinach”.
Projekty pisze się na rok lub dwa lata. Już na etapie planowania ustala się liczbę uczestników, miejsca i terminy wizyt. Program wizyty układa szkoła, która jest gościem, ale musi być on zgodny z tematem projektu. Dlatego młodzież nie tylko poznaje życie rówieśników w innych państwach UE, lecz także zdobywa wiedzę czy umiejętności z określonej dziedziny.
Młodzież spędzając razem czas, uczestnicząc we wspólnych zajęciach, integruje się, przełamuje stereotypy.
Ruchy migracyjne w Unii Europejskiej to naturalny proces, warto więc zadbać, by nowe pokolenie lepiej było przygotowane do tego zjawiska. Odwiedzanie przez młodych Brytyjczyków, Hiszpanów czy Norwegów Polski zmieni ich postrzeganie naszego kraju. Wizyty polskich dzieci w europejskich szkołach pomogą im wyleczyć się z kompleksów, bo chociaż jako kraj mamy zaległości w rozwoju gospodarczym, to jako społeczeństwo, naród możemy być dumni z naszej kultury, tradycji,
historii.
Projekty unijne czekają na chętnych do ich relaizacji, a korzyści, które mogą przynieść, będą odczuwalne zarówno przez nas, jak i w przyszłości przez nasze dzieci. Dzięki takim działaniom emigrująca młodzież będzie czuła mniejsze osamotnienie, zagubienie niż ci, którzy wyjechali kilkanaście bądź kilkadziesiąt lat temu. To otwiera przed nimi szersze perspektywy, wyjazd na wymarzony Zachód nie jest już przywilejem dla nielicznych, ale możliowścią rozwoju i poszerzania horyzontów dla każdego. Takie działania to więc zmierzanie do budowy społeczeństwa europejskiego, dojrzałego i światłego – takiego, jakim wielu chciałoby go widzieć.
Milena Adaszek-Waliszczak
Reprezentacja
April 22, 2009
Nigdy nie było mi po drodze z formalnymi organizacjami. Partie nie te (oględnie mówiąc), działaczami nawet nie warto się zajmować. Organizacje w moim wieku poborowym były w dwójnasób skażone, nie tylko że wpisane w system, to jeszcze z jakiejś niższej półki, zależne, podległe, dyspozycyjne. Kiedy historia popuściła, byłem już niereformowalnym outsiderem, zdanym na samego siebie, co nie znaczy, że potrzeby zorganizowanych gremiów nie dostrzegam. [Czytaj dalej]
Ostatnia odsłona
April 22, 2009
Andrzej Żuławski, który w ramach Kinoteki pokazał w Londynie dwa swoje filmy – „Na srebrnym globie” i „Trzecią część nocy” – stworzył swój własny, wyrazisty styl, który często, jak podkreślał artysta na spotkaniu z widzami mylnie jest przypisywany „Polskiej Nowej Fali”. Takiej szkoły nie było twierdzi Żuławski. Wystarczy porównać reżyserów, których poza skończeniem łódzkiej filmówki nic nie łączy. W przeciwieństwie do „Francuskiej Nowej Fali”, czyli grupy artystów związanych z miesięcznikiem „Zeszyty Filmowe”.

Fot. Grzegorz Lepiarz
Na zakończenie Kinoteki, podczas wielkiej gali w Barbicanie wystąpił jeden z największych współczesnych brytyjskich kompozytorów Michael Nyman z polskimi akordeonistami Motion Trio (Janusz Wojtarowicz, Paweł Baranek, Marcin Gałażyn) i swoim zespołem Michael Nyman Band. Niezwykłość koncertu polegała na tym, że była to premiera muzyki skomponowanej przez Nymana do sekwencji kadrów z polskich filmów. Nowy film z tego zabiegu nie powstał, bo nie o to chodziło. Powstała dynamiczna muzyka z tematami polskiego kina w tle i niezwykłym wykorzystaniem brzmienia akordeonów. Pomysłodawcą projektu był Instytut Kultury Polskiej.
Szkoda że „Nowy Czas” nie jest gazetą większą, grubszą, w której można by pomieścić to wszystko, co wydarzyło się na festiwalu polskich filmów. Wydarzyło się sporo i byłoby o czym pisać, tym bardziej że festiwal cieszył się dużym zainteresowaniem również naszych czytelników. Z drugiej strony nie jesteśmy „Zeszytami Filmowymi” i nie zamierzamy stworzyć wokół naszego tytułu szkoły filmowej. Zresztą szkoły są bardziej potrzebne krytykom niż artystom. Przychylamy się więc do uwagi Andrzeja Żuławskiego, że żadnej „polskiej szkoły” nie było. Oglądając tak różnorodne tematycznie i artystycznie polskie filmy na festiwalu widzowie mogli sami sobie odpowiedzieć na ile ten skrót w katalogowaniu polskiej kinematografii odpowiadał rzeczywistości.
A w przyszłym roku będzie jeszcze lepiej
Trwający cały miesiąc festiwal Kinoteka już za nami. Choć tak trudno podsumowywać, coś co jeszcze niedawno miało się świeżo przed oczami, to jeszcze trudniej uwierzyć, że to koniec.
Autorskie wynurzenia Małgorzaty Szumowskiej, socjologiczne obserwacje Kasi Adamik, gęste, intensywne kino Doroty Kędzierzawskiej, zaskakujący powrót Jerzego Skolimowskiego, kolejny film duetu Piekorz-Kuczok, komedie Machulskiego i Koneckiego. Pełne sale, spotkania z twórcami, owacje. Prestiżowe miejsca.
Czułem się, jak za dawnych lat w krakowskim kinie Wanda (zamienionym parę lat temu na supermarket), gdzie bywali Antonioni, Kieślowski, Polański, Kusturica… Tam już nie zawita żaden mistrz, tymczasem tu, w Londynie, miałem na wyciągnięcie ręki zarówno legendy polskiego kina – Skolimowskiego i Żuławskiego, jak obiecujących twórców młodego pokolenia – Szumowską i Adamik.
Na pokazach było wielu, naprawdę wielu Brytyjczyków. Czasami trudno było poznać, kto jest kim. I nie miało to żadnego znaczenia.
Nurtują mnie pytania, na które nie jestem w stanie znaleźć odpowiedzi. Co oni wynieśli z tych pokazów? Jaką Polskę ujrzeli? Czy ich zainteresowała? Czy skutecznie przełamała stereotypy od lat stygmatyzujące nas i nasz kraj w opinii międzynarodowej? W tym roku zapewne nie uzyskam satysfakcjonującej odpowiedzi, ale kto wie, może za kilka lat, gdy festiwal wtopi się na stałe w kalendarz imprez kulturalnych Londynu…
Mnie najbardziej zapadł w pamięć 15-minutowy film Edyty Wróblewskiej „PRL de Luxe” (2007). Niejaki Crazy Mike organizuje „egzotyczne” wycieczki dla obcokrajowców po Nowej Hucie. Uczy prowadzić trabanta, wozi turystów pamiętnym „ogórkiem”, zabiera ich do kombinatu, próbując pokazać możliwości wielkiego pieca, pokazuje tradycyjne mieszkanie w bloku z wielkiej płyty, a nawet nietkniętą duchem czasu knajpę przy Placu Centralnym; poi ich wódką i wciąga w dyskusje o historii. Początkowo śmieją się głównie Polacy, ale już po kilku chwilach cała sala ryczy ze śmiechu, obserwując tę rozbrajającą lekcję komunizmu, który chyba nigdy nie był bardziej bezbronny. A niedługo potem w Riverside wyświetlono „Ile waży koń trojański?” Machulskiego…
Krótko mówiąc – udany festiwal. I aż trudno uwierzyć, że zorganizował to młody zespół z Instytutu Kultury Polskiej – z profesjonalizmem rzadko spotykanym w polskich instytucjach. Wielkie gratulacje!
Jacek Ozaist
Alterglobaliści w mieście Londyn, czyli nie taki diabeł straszny
April 22, 2009
1 kwietnia alterglobaliści z całego świata przybyli do pępka finansjery, przepychu i bogactwa z jednej strony, a nędzy, upadku w przepaść, bezdomności z drugiej. Przyjechali, by w przeddzień szczytu G20 – czyli spotkań przedstawicieli najbogatszych państw świata – zamanifestować swoje niezadowolenie wobec kapitalizmu, który szczególnie w ostatnich miesiącach kryzysu, nie zdał egzaminu. Przyjechali, by sparaliżować miasto, by dać wyraz swemu niezadowoleniu z porządku, w jakim przyszło nam żyć.
Manifestacje przetaczały się przez cały Londyn. Uczestniczyło w nich około pięć tysięcy protestujących. Jednak niezwykłej próbie wytrzymałości zostało poddane londyńskie City, zablokowane ze wszech stron. Demonstracje nadzorowane były przez Czterech Jeźdźców Apokalipsy, jak nazwano cztery różne demonstracje grupy Meltdown. Miały one dzielić ideologicznie protestujące masy. I tak Zielony demonstrował swoje niezadowolenie wobec zmian klimatycznych na świecie. Srebrny wymierzony był przeciw przestępstwom finansowym, szczególnie zaś bankierom z City, oraz znienawidzonemu przez alterglobalistów Bank of Scotland (RBS). Szkocki bank stanąwszy na skraju bankructwa, został finansowo wsparty przez państwo. Czarny przeciwko zmianom granic. Czerwony przeciwko wojnie. Wszystkie cztery demonstracje spotkały się koło godz. 12.00 w okolicach Bank of England. Aresztowano ponad 90 demonstrantów. Postawiono im głównie zarzuty zniszczenia mienia publicznego.
Następny dzień (2.04) nie wniósł niczego nowego. Szczyt G20 w londyńskiej ExCeL Exhibition w Docklands odbył się bez większych przeszkód. Demonstrowało zaledwie kilkaset osób.
Climate Camp
Autobus numer 100 relacji Shadwell – Elephant & Castle nie dociera do stacji Liverpool. „Zablokowane” – informuje kierowca. Wyskakujemy gdzieś w okolicach Bishopsgate, by za chwilę znaleźć się w centrum zamieszek. Tak to przynajmniej wygląda, w momencie gdy docieramy do grupy policjantów okalających szczelnie zgromadzenie manifestantów. Nie tak szczelnie, jak się pierwotnie wydaje. Udaje nam się wśliznąć w sam środek demonstracji.

Fot. Piotr Apolinarski
Taniec, zabawa. Gdzieś tam w oknach, na przystankach okupowanych przez radośnie uśmiechniętą młodzież, wysiadujących na dachach jak kury na grzędzie, wyeksponowane są hasła: „Kapitalizm jest zły”, „Ludzie a nie zysk”. Atmosfera jak na pikniku hipisowskim, bębny, taniec, muzyka, śpiewy. Wszędzie porozstawiane namioty. Kuchnia za darmo dla tych zgłodniałych. Tylko piwa brak.
Przysłuchujemy się wygłaszanym z rzadka manifestom.
O co właściwie chodzi?
Ruch alterglobalistyczny skierowany jest przeciw nowoczesnym stosunkom ekonomicznym, ekologicznym, politycznym. Jest antykapitalistyczny i łączy różne grupy polityczno-społeczne. „Kapitalizm zniewala ludzi, bo wszystko kręci się wokół pieniądza” – tłumaczy jedna z uczestniczek.
Bardzo oględnie przekazywane są manifesty ugrupowania Climate Camp. Mam wrażenie, że więcej tam obserwatorów, prasy, grup „przeciw” wszelkiej maści. Niby przeciw rządzącemu światem pieniądzu, niby przeciw zmianom klimatycznym. Domagają się konkretnych działań przywódców w sprawie kryzysu. Pracy dla bezrobotnych. Zmniejszenia pensji bankierów. Tak naprawę wiele grup, które wtopiło się w kolorowe miasteczko demonstrantów, nie ma wcale na uwadze dobra planety. Mijamy Anarchistyczną Grupę z Whitechapel (wszyscy w czarnych chustach, zakrywających twarz), członków Ludzie i Planeta, Londyńską Koalicję przeciwko Ubóstwu i wiele innych.
W tym samym czasie, w innej części miasta, gdzieś koło 11 zaczynają się zamieszki z prawdziwego zdarzenia. Protestanci wybijają szyby w Bank of Scotland. Ścierają się z policją. W tym czasie umiera na zawał jedyna śmiertelna ofiara zajść. Niejaki Ian Tomilson. Spekulacje dotyczące jego śmierci będą rozpatrywane w osobnym dochodzeniu. Czy umarł na zawał w sposób naturalny, czy też wymierzona przeciw niemu policyjna pałka pomogła mu w tym?
Tu, w okolicach Bank Station, demonstracje przyjęły bardziej wyrazisty obrót. Pierwsze ofiary, pierwsze aresztowania.
Myśl globalnie, działaj lokalnie
Nasze uczestnictwo nieoczekiwanie wydłuża się. Okazuje się, że ci, którzy weszli – czy to z czystej ciekawości, czy też z pobudek ideologicznych – nie mogą opuścić demonstracji. Jedynie prasa może bez ograniczeń wchodzić i wychodzić. Wolni obserwatorzy, których zadaniem jest pomoc wszelaka oraz negocjacje między pikietującymi a policją, nie są w stanie tak naprawdę w niczym nam pomóc. Rozmowy z policją oraz wznoszone przez grupę tych, którzy już najwyraźniej mają dosyć przeciągającej się wizyty na „polu bitwy”, okrzyki: – Let us out! – nie są w stanie rozmiękczyć serc funkcjonariuszy. Nawet osoby, które faktycznie potrzebują pomocy lekarskiej – jak Chris, pragnący wrócić do domu, by przyjąć niezbędne leki – nie są wypuszczane. – Wszedłeś na własne życzenie, na wyjście stąd musisz poczekać. Wiedziałeś, co robisz – ripostuje policjantka. Pomoc medyczna nikomu nie jest udzielana.
Nad głowami słychać monitorujące wszystko helikoptery. Gdzieś obok wciąż trwają prace budowlane. Demonstracja przebudza się z hipnozy zabawy i tańca, przeistaczając się w burzę mózgów. – Chcecie wyjść? – zapytuje przez megafon jedna z organizatorek. Tłum ryczy: – Chcemy zostać. Będziemy tu siedzieć nawet przez całą noc. Tylko po co ? – pytam w myślach. Można, jak w przypadku Doliny Rospudy, wywalczyć zmiany. Ale jakich zmian oczekują ci uczestnicy? Jakiegoś cudu? Zastopowania emisji dwutlenku węgla? Pracy dla wszystkich? Cudownego uzdrowienia gospodarki z recesji?
Brudny pieniądz
Owe wszelakie changes w głowach uczestników nieoczekiwanie spotykają się z hasłem wyborczym Obamy. Pewnie gdyby tu był, przybiłby z nami „piątkę”.
Rozumiem rozgoryczenie, jakie wywołuje fakt, iż miliony funtów wydano na organizację szczytu G20, podczas gdy większość demonstrantów pozostaje bez pracy. Agresja, jaką wyładowali uczestnicy akcji na Bank of Scotland, została wywołana przez bankierów, którzy z okien okolicznych instytucji powiewali banknotami 10-, nierzadko 50-funtowymi. Dali tym samym wyraz przywiązania, by nie rzec miłości, do pieniądza.
Pieniądza, który jawi się tu jako „zło” – ale jakże konieczne. Praca, jakiej domagają się manifestanci oraz walka z ubóstwem jest niczym innym jak chęcią polepszenia swej sytuacji materialnej. Walka o czystość planety, główne hasło, pod którym zorganizowano Climate Camp, jakoś stoi w sprzeczności do walających się wszędzie plastikowych butelek i takich samych talerzyków czy sztućców.
Rozmawiamy z niektórymi manifestantami. – Przyszliśmy się zabawić, potańczyć, popatrzeć, a przy okazji zobaczyć, co można zrobić – opowiada Karl, popijając szampana z butelki…
Przypuśćmy szturm
W końcu przychodzą rozwiązania. Pierwsze – damy się sfotografować, dzięki czemu wyjdziemy… z mandatami. Drugie: Będziemy szturmować policję. Pokojowo, oczywiście. Ale pomożemy rozbić szwadron funkcjonariuszy, by pomóc wyjść tym, którzy chcą wrócić do domów. Pamiętając, że nie jest to demonstracja przeciw policji, jakoś obawami napawa mnie ta wizja. Nacieramy na policjantów. Zebrało się ich już znacznie więcej. Gdzieś za barykadą widzimy kontrdemonstrację, bardziej agresywną w wyrazie. Potyczki z policją. To dlatego nie chcą stąd nikogo wypuścić. Boją się, że rozbiegniemy się po mieście i je zdemolujemy.
Około północy otwiera się brama do nieba, jak jawi nam się w tym momencie możliwość wyjścia z pułapki. Policja pojedynczo zaczyna nas wypuszczać. Pierwsi uwolnieni swe kroki kierują w stronę… McDonalda. Można w końcu załatwić najpilniejsze potrzeby – pójść do toalety (większość uczestników „zraszała” okoliczne budynki Bishopsgate), zjeść „coś porządnego”. Co za ironia – przez ponad sześć godzin tkwiliśmy uwięzieni na własne życzenie w pułapce wolności od wielkich korporacji, by następnie oddać się wprost w ramiona symbolu zniewolenia korporacyjnego.
Co z tego?
Wszyscy szukają wyjścia z kryzysu. I to łączy różne idee, które tego dnia spotkały się w wielu częściach miasta. Trochę na soft, trochę na poważnie. Nie rewolucja, ale wyczulenie rządzących na palące problemy społeczne. Nie walenie w podbrzusze finansistów, ale rozmiękczenie skamieniałego, kalkulacyjnego serca spod znaku kasy. Tylko co dalej? Co z tego? Blokada miasta i zwołanie dodatkowych sił policji powinno mieć poważniejsze wytłumaczenie aniżeli chęć biesiady, tańca i zwrócenia uwagi mediów. Tyle na pewno demonstrantom udało się uzyskać. Ale czy to aby nie za mało? Czy zamknięcie kilku instytucji i restauracji oraz obrzucenie inwektywami „kasiastych” z City jest wystarczającą rekompensatą na bolączki świata, na które uwagę próbowano zwrócić?
Jak będzie malować się przyszłość świata? Kiedy minie kryzys? Czy rządy państw znajdą antidotum na szerzące się bezrobocie i ubóstwo? Nie uzyskano odpowiedzi na te pytania. Lakoniczne changes dały wygraną Obamie. Jakie zmiany wprowadzą w życie tych, którzy się ich domagali w Londynie i domagać się będą przy innych tego typu okazjach?
1 kwietnia, znany wszystkim jako prima aprilis (w Wielkiej Brytanii Fools’ Day), przypominał trochę kiepski żart. Tylko kto kogo nabił w butelkę? Bankowcy, manifestując uwielbienie dla pieniądza (porzucając garnitury i przebierając się w ten dzień w dżinsy), rzucając demonstrantom w twarz stwierdzenie: „My pracę mamy”? Protestujący, którzy postawili w stan gotowości całą City of London Police z pomocą Metropolitan Police, wprowadzając utrudnienia komunikacyjne, obrzucając „błotem” bankierów, niszcząc mienie państwowe, nie uzyskując przy tym niczego?
Nie miało być rewolucji. Ruch alterglobalistyczny przycichł, złagodniał i … rozdrobnił się. Może trochę przez to adoptowanie dzieci wielu ideologii nie udało się wypracować jednego sensownego rozwiązania, postawić konkretnych żądań. Może to zwykły brak pomysłów w obliczu paraliżującego kryzysu? Może w końcu czas, by podjąć inne metody włączenia się do gry politycznej, zabrania głosu?
Gabriela Jatkowska
Polish Artists in Southwark
April 22, 2009
Artyści nie mogli
narzekać. Publiczność dopisała, pogoda też. Na wernisaż zorganizowany przez „Nowy Czas” przyszło około 300 osób. Obecni byli przedstawiciele lokalnej władzy dzielnicy Southwark i konsul RP Jakub Zaborowski.

Fot. Fernando Ezquerra
SYLWETKI
Aleksandra Kwaśniewska
Pochodzi z Bielawy, miasteczka u podnóża Gór Sowich w okolicach Wrocławia. W Anglii mieszka od trzech i pół roku. Na Wyspy przyjechała z Belgii, gdzie ukończyła Szkołę Muzyczną na Wydziale Jazzu. W Anglii ukończyła kurs wokalny w jednej ze szkół muzyki popularnej w Londynie i wciąż uczy się śpiewu w Londyńskiej Szkole dla Wokalistów VoxBox. Pisze i komponuje własne utwory. Specjalizuje się w jazzującym, łagodnym popie, któremu towarzyszą często polskie wiersze pióra Haliny Poświatowskiej. Wraz z formacją The Belgian Sweets nagrała debiutacką płytę „Island Girl”, która została bardzo ciepło przyjęta przez krytyków i słuchaczy. Album zgłoszony w preselekcjach do „Paszportów Polityki”, zdobył też kilka nominacji w kategorii jazzowej. W tym roku rozpoczęła współpracę z dwoma zespołami w Londynie w międzynarodowym składzie. Na co dzień użycza głosu w gościnnych projektach. Z wykształcenia anglistka.
W Nolias Gallery Aleksandra Kwaśniewska będzie śpiewać z Trio Tomasza Zyrmonta – bardzo zdolnego polskiego pianisty jazzowego nowego pokolenia. Czarnoskóry basista, który będzie z nimi występował, gra również z Amy Winehouse, więc zapowiada się ciekawie!
Tomasz Zyrmont
student prestiżowego konserwatorium Guildhall School of Music and Drama w Londynie, gdzie kontynuluje program uzupełniający w klasie fortepianu jazzowego. Absolwent studiów licencjackich na Akademii Muzycznej w Katowicach, w klasie wybitnego pianisty Wojciecha Niedzieli. Koncertował w wielu klubach oraz na festiwalach w Polsce, Wielkiej Brytanii, Francji, Niemczech, Belgii, Luksemburgu. Członek grupy Groove Razors.
Rick James
Rozchwytywany na lońdynskiej scenie muzyk sesyjny. Współpracuje z wieloma gwiazdami sceny jazzowej oraz pop, m.in. Amy Winehouse. Koncertował w klubach oraz na festiwalach w wielu krajach Europy. Czlonek grupy Groove Razors.
Flavio Li Vigni
Student konserwatorium Guildhall School of Music and Drama. Ukończył studia muzyczne w klasie perkusji w The Prince Claus Concervatory w Holandii. Czlonek big bandu GSDM, wraz z którym wziął udział w London Jazz Festival 2008. Koncertuje na terenie całej Europy.
Martin Drogosz
Urodził się w 1985 roku w Londynie. Oboje jego rodzice są Polakami.
Duży wpływ na jego wrażliwość artystyczną ma Londyn, rytm i klimat tego miasta, w którym mieszka od urodzenia i gdzie studiował. Podkreśla też silne związki z krajem pochodzenia swoich rodziców.
Dyplom z fotografii cyfrowej uzyskał w 2007 roku jako jeden z pierwszych studentów wydziału Digital Photography na London South Bank University. Swoje prace wystawia w wielu undergrundowych galeriach Londynu. Bierze udział w licznych projektach, również jako kurator, z którego najbardziej znaczącym jest Rubbish & Nasty, w New Cross w południowo-wschodnim Londynie.
Martina interesuje eksperymentowanie z dźwiękiem i sztuka performance’u – występuje w wielu miejscach w Londynie, jak również przez trzy ostatnie lata tworzy ruchome instalacje na słynnym festiwalu Glastonbury.
W tym co robi bardziej fascynue go eksperyment i eksploracja nieznanego niż gotowe dzieło.
Justyna Krystyna Kabala
Urodziła się w 1984 roku w Poznaniu. Artystka w swojej pracach łączy fotografię, grafikę i ilustrację. Po maturze z historii sztuki i ukończeniu kursu w pracowni malarstwa i rysunku Ventzislava Piriankova, w wieku 19 lat przyjechała do Londynu w celach edukacyjnych. Tutaj ukończyła studia w London College of Communication, na wydziale ilustracji. Teraz stara się o przyjęcie na wydział grafiki użytkowej w Royal College of Art. Swoje inspiracje czerpie z dziedzictwa sztuki europejskiej i polskiej, interpretując je w sposób nowoczesny, poprzez łączenie technik fotograficznych, rysunkowych, malarskich i różnych metod druku. Rok temu, wraz z hiszpańską artystką Celią Arias założyła galerię-studio „Danse Macabre” w południowo-wschodnim Londynie. Współpracując z licznymi artystami i projektantami angażuje się w projekty związane z fotografią, ilustracją i animacją, z modą jak i przemysłem muzycznym. Grafiki Justyny zdobią między innymi kolekcje Illustrated People, firmy związnej z Topshop.
Wojciech Sobczyński
Urodził się w 1944 roku w Polsce. W Londynie przebywa od roku 1968. Studiował na Akademii Sztuk Pieknych w Krakowie w pracowni Prof. Jacka Pugeta. Potem pod kierunkiem prof. Reg Butlerae w City & Guilds of London, Art School, oraz w Slade School of Art, University College, London. Jego prace pokazywane były w galeriach Londynu, Nowego Jorku, Krakowa.
Według mnie praca artystyczna to niekończaca konfrontacja z samym sobą.
W moich pracach, w nieustających próbach wypracowywania indywidualnego języka artystycznego staram się sterować w trudnym kierunku, wybierając drogę języka nowego, ale nie zrywajacego z przeszlością.
Zastosowanie koloru przy tworzeniu bryły dało mi odskocznię w kierunku bardziej skomplikowanych rozwiazań przestrzennych w rzeźbie, a jednoczesnie otworzyło mi drzwi do form malarskich. Moje artystyczne zainteresowania są zakotwiczone we współczesnych nurtach i poszukiwaniach nowych form wyrazu nowoczesnej sztuki naszych czasów. Opieram się na kompozycji koloru i formy, a treść na ogół odgrywa podrzędną rolę. Zarówno w trójwymiarowych jak i jednopłaszczyznowych pracach staram się budować pomost pomiędzy rzeźbą i malarstwem. Szukam języka wspólnego, który uwzględnia nurty szeroko pojętej kultury oraz łączy moje osobiste przemyślenia o naszych czasach.
Danuta Solowiej
Urodziła się w 1962 roku w Białymstoku. W 1987 uzyskała dyplom na wydziale rzeźby warszawskiej ASP w klasie medalierstwa prof. Zofii Demkowskiej. Po przyjeździe do Londynu studiowała przez rok w Royal College of Art, gdzie jest teraz wykładowcą sztuki medalierstwa.
Brała udział w wielu wystawach w Wielkiej Brytanii oraz za granicą. W latach 1997-98 jej wystawa „Ślady uczuć” była pokazywana w wielu galeriach w Polsce. W 2001 jej prace prezentowane były w Victoria and Albert Museum w ramach indywidualnej wystawy „Recall”. Zdobyła wiele nagród i wyróżnień na konkursach medalierstkich (m.in. BAMS – British Art Medal Society oraz za monetę pięciofuntową upamiętniającą 80. urodziny królowej Elżbiety II. Jej prace wystawiane są obecnie w galerii Medialia w Nowym Jorku, znajdują się również w wielu państwowych i prywatnych zbiorach brytyjskich, polskich, a także w Holandii i Finlandii. Jest zaangażowana w pracę społeczną, zajmuje się zagospodarowaniem i ochroną przestrzeni rekreacyjnych w Southwark.
Paweł Wąsek
Urodzony w 1973 roku w Zgierzu. Absolwent Wydziału Tkaniny i Ubioru Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi. Dyplom w Pracowni Projektowania Ubioru profesora Andrzeja Nawrota oraz w Pracowni Rysunku i Malarstwa profesora Wiesława Garbolińskiego obroniony z wyróżnieniem w 2000 roku. Tworzy rysunki, obrazy oraz instalacje skomponowane z przypadkowych przedmiotów, którym nadaje nowe znaczenie. Jego prace znajdują się w prywatnych kolekcjach m.in. w Polsce, USA, Włoszech, Francji i Irlandii. Od początku 2001 roku mieszka w Londynie.
Agata Kadenacy
Urodziła się w 1985 roku w Londynie. Kiedy miała siedem lat wróciła z rodzicami do Polski. Ukończyła w Krakowie Wyższą Szkołę Europejską im. ks. Jozefa Tischnera i obroniła licencjat z socjologii. Ale fotografia, którą interesuje się od sześciu lat zwyciężyła, i Agata rozpoczęła studia fotograficzne w Szkole Filmowej w Łodzi. Obecnie kontynuuje naukę fotografii w London College Of Communication. Oprócz fotografii interesuje się filmem oraz wieloma innymi dziedzinami szeroko pojętej sztuki.
Marcin Dudek
Urodził się w 1979 roku w Krakowie. W latach 2001-2005 studiował grafikę i malarstwo na Uniwersytecie Mozarteum w Salzburgu. W 2005 roku przyjechał do Londynu, gdzie w 2007 roku uzyskał dyplom MA in Fine Art w Central Saint Martin’s College of Art. Malarz, grafik, autor projektów przestrzennych, wideo i interwencji.
W swych pracach malarskich inspirowanych konstruktywizmem i minimal art prezentuje skrzyżowanie architektury z efemerycznymi fragmentami anonimowych obiektów. Konstrukcje te wydają się zmieniać swoją pozycję, tworząc ciągle to nowe wariacje kompozycyjne, a tym samym sugerując procesy ewolucyjne. Równocześnie tworzy instalacje totalne transformujące przestrzenie wystawiennicze, mieszkalne czy użytkowe, konstruując rodzaj para-sit tunelów wewnątrz istniejącej architektury. Prace te odnoszą się do podziemnych korytarzy na granicy USA z Meksykiem lub słynnego tunelu w Sarajewie. Instalacje Tunnel Recording czy Tunnel II skłaniają do próby wizualizacji nielegalnych obiektów ukrytych pod ziemią. Ważną stroną jego twórczości jest także sztuka wideo, gdzie architektura oraz obiekty codziennego użytku oscylują pomiędzy realnością miejsca, a wyimaginowanym rzeczywistością wideo.
Obecnie Marcin Dudek ukończył projekt Pumping Station przy współpracy z Matts Gallery London, który został realizowany w 23 europejskich miastach.
Wiecej informacji o jego projektach na: www.marcin-dudek.com
Sławomir Blatton
Studiował na warszawskiej ASP, gdzie uzyskał dyplom z nagrodą rektorską za malarstwo i grafikę. W 1970 roku dostał stypendium Ministerstwa Kultury i Sztuki i w tym samym czasie wyjechał do Londynu. W latach 1981-1994 pracował jako konserwator dzieł sztuki w The National Gallery, a od 1975 do 2004 wykładał na Working Men’s College w Londynie. Do roku 1980 był członkiem National Society of Painters and Sculptors, a do chwili obecnej The London Group oraz Związku Polskich Artystów w Wielkiej Brytanii (APA). Wystawiał w licznych galeriach londyńskich oraz w Polsce. Obecnie jego prace, jako członka The London Group, można oglądać w Morley Gallery.
Basia Lautman
Ukończyła Central St. Martins College of Art. Obecnie zajmuje się grafiką, w której pojawiają się dziwaczne stworzonka obrazujące wenętrzne stany duchowe.
Chodzi często na spacery z psami i ma studio w pobliżu Old Kent Road.
Joanna Szwej-Hawkin
Urodziła się w 1966 roku w Starachowicach. W 1991 roku skończyła pedagogikę na UMCS w Lublinie. Niedługo potem przyjechała (wyjechała?) do Londynu. Od kilku lat zajmuje sie garncarstwem i ceramiką. Pierwsze swoje kroki stawiała na wieczorowych kursach w Camberwell College of Arts, kolejne w Morley College i Southwark College. Pracuje teraz w prywatnej pracowni ceramiki artystycznej i użytkowej pod kierunkiem Rolanda Austina. Inspirują ją głównie formy pochodzenia organicznego. Do tworzenia ceramiki artystycznej najczęściej wykorzystuje technikę wypalania raku, a do tworzenia ceramiki użytkowej technikę wypalania kamionki.
Wyborom stało się zadość
April 22, 2009
Wiceprezes został prezesem, a prezes wiceprezesem.
Zjednoczenie Polskie w Wielkiej Brytanii, organizacja oficjalnie reprezentująca Polaków na Wyspach ma nowego prezesa. Dotychczasowy prezes został wiceprezesem a wiceprezes prezesem. Poza roszadą personalną 47. Zjazd ZP nie stał się areną żadnej głębszej refleksji.
W sobotę, 4 kwietnia, odbyło się Walne Zgromadzenie Zjednoczenia Polskiego w Wielkiej Brytanii, najstarszej organizacji parasolowej reprezentującej tutejszą Polonię. Wygasła bowiem dwuletnia kadencja ustępujących władz, z prezesem Janem Mokrzyckim na czele.
Wybory w Sali Teatralnej POSK-u zgromadziły około pięćdziesięciu delegatów z dwudziestu kilku organizacji, włącznie z Centralnym Kołem Członków Indywidualnych. Mandat delegata kosztował 40 funtów.
I „na dzień dobry” konfuzja. Czy mogę wejść na salę? Żaden ze mnie delegat, choć jestem członkiem organizacji członkowskiej Zjednoczenia Polskiego. Pojawiają się obiekcje. Na szczęście prezes Mokrzycki podejmuje salomonową decyzję – mam prawo wejść, pod warunkiem że nie będę się odzywał. Umowa stoi. Wchodzę.
300-osobowa Sala Teatralna POSK-u wydaje się być miarą ambicji władz Zjednoczenia. Równie dobrze mogła to być znacznie mniejsza Sala Malinowa. Przy około pięćdziesięciu osobach puste rzędy sprawiały przygnębiające wrażenie. Nawiązał do tego jeden z delegatów. – Pamiętam czasy, gdy ta sala była podczas wyborów wypełniona po brzegi – zauważył melancholijnie.
Ustępujący prezes zaczął zebranie minutą ciszy ku czci zmarłych w ostatnich dwóch latach działaczy tej organizacji. Następnie modlitwa. Zwyczaj cokolwiek anachroniczny, którego próżno by szukać w przestrzeni publicznej zarówno wśród polskich jak i angielskich organizacji. Wyjaśnia go jednak w zupełności struktura wiekowa zebranych. Za wyjątkiem kilku osób z Poland Street i Polish City Club, wszyscy obecni na sali z pewnością jeżdżą środkami komunikacji miejskiej za darmo.
Ryszard Kaczorowski, ostatni Prezydent RP na Uchodźstwie, przypomniał pokrótce historię Zjednoczenia Polskiego jako organizacji parasolowej licznie tu kiedyś działających stowarzyszeń, klubów etc. i reprezentującej nas wobec władz brytyjskich. Następnie usłyszeliśmy sprawozdanie ustępującego prezesa. W nim m.in. zreferowane zostało spotkanie z wiceburmistrzem Londynu, podczas którego dyskutowano o problemach Polaków mieszkających w brytyjskiej stolicy. Bez większych emocji przyjęto sprawozdanie finansowe. Na jeden głos z prośbą o wyszczególnienie wydatków na reprezentację i koszty transportu wiceprzewodnicząca Helena Miziniak odparła, że zjazd powinien mieć zaufanie do skarbnika.
Dochodzimy do momentu najważniejszego, czyli wyborów nowego prezesa. Zgłoszono dwie kandydatury – Andrzeja Morawicza, szefa Ogniska Polskiego, i Helenę Miziniak, dotychczasowego wiceprezesa Zjednoczenia Polskiego, prezesa Zjednoczenia Polek i prezydenta Europejskiej Unii Wspólnot Polonijnych. Ku zaskoczeniu co niektórych, Andrzej Morawicz nie wyraził zgody na kandydowanie motywując to anonimowym oskarżeniem go o współpracę z SB, które pojawiło się na kilka dni przed zjazdem. Proszony o to, by nie dawał satysfakcji autorowi anonimu i nie sankcjonował takiej metody walki przedwyborczej, minorowym głosem potwierdził jedynie, że to jego ostateczna decyzja, wobec czego pani Helena Miziniak została jedynym kandydatem.
– Chcę, by prezesem był ktoś kto się na tym zna – powiedziała o sobie w swoim wystąpieniu. Wówczas nastąpiło coś bardzo niespotykanego – głosowanie nad jedyną kandydaturą odbyło się jawnie. Tylko jedna osoba wstrzymała się od głosu. W innych organizacjach przeprowadza się tajne głosowanie, w czasie którego nazwisko kandydata można skreślić lub nie.
Jeszcze bardziej twórczo ideę demokracji rozwinięto podczas wyborów prezydium, w skład którego weszli: Helena Miziniak, dr Jan Mokrzycki, Tadeusz Stenzel, Małgorzata Sztuka, Maria Kruczkowska-Young, Monika Tkaczyk, Robert Nowakowski, Liz Walker, Bartek Wasilewski). Helena Miziniak, już jako nowy prezes, po prostu wyczytała osoby, które chciała tam widzieć. Na sakramentalne pytanie: – Czy ktoś jest przeciwko? – lasu rąk nie było. Na jedno nieśmiałe zaskoczenie delegata, czy jest już po wyborach, odpowiedziała, że jeśli są inne kandydatury to można je „dokooptować”. Najwyraźniej jednak szanowny delegat uznał, że w takich warunkach nikogo „dokooptować” nie chce. Stało się więc tak jak obiecał były prezes i nowy wiceprezes Jan Mokrzycki – było nudno. Jedyna dyskusja, jaka się odbyła, dotyczyła stosunku Zjednoczenia do sprzedaży Fawley Court. Starły się dwie koncepcje – legalistyczna, tj. uznania, że polskiej społeczności nie stać na utrzymanie lub wykup budynku, oraz romantyczna, tj. żądająca utrzymania budynku „w polskich rękach”. Ostatecznie zwyciężyła koncepcja „romantyczna”, tzn. zadeklarowano poparcie dla działań Komitetu Obrony Dziedzictwa Narodowego Fawley Court.
Następny demokratyczny zjazd Zjednoczenia Polskiego już za dwa lata.
Maciej Psyk
Polish Artists in Southwark
April 21, 2009

Danuta Sołowiej, „Witnesses”
Nowy Czas w PDF 7(123)
April 21, 2009






Komentarze