Nowy Czas w PDF 6(122)

March 30, 2009

ncz2803_p01c1

Bogate wpływy teatru ubogiego

March 30, 2009

jerzy-grotowskiTeatr jest jedną z najstarszych, jeśli nie najstarszą, nie służącą celom praktycznym, formą ekspresji człowieka. Był częścią jego rozwoju duchowego, wyrażał jego wierzenia, lęki, tragiczne losy życia doczesnego. Zanim uniezależnił się od wierzeń i religii był misterium. Stworzył hermetyczny język i sytuacje powtarzane przez stulecia, nie potrzebował do swojego istnienia dramaturgów. Z czasem na kanwie tego pierwszego przesłania, począwszy od tragedii greckiej, powstawały inne formy, które zaczęły służyć  również szeroko pojętej rozrywce. Teatr oddalał się od swoich źródeł, by w końcu zamknąć swój obszar w pudełkowej scenie teatru mieszczańskiego. Na przełomie XIX i XX wieku pojawiają się pierwsi reformatorzy poszukujący pierwotnego przesłania działań teatralnych.

Do takich reformatorów należał Jerzy Grotowski. Zaczynał od teatru pudełkowego, ale już tam demaskował aktorską rutynę i dominację na scenie literatury z wszechobecnymi didaskaliami. Demiurgiem stawał się reżyser, a nie autor sztuki. W końcu w rozwoju artystycznym Jerzego Grotowskiego przyszedł też kres kariery reżysera. Powstał Teatr Laboratorium, który wystąpił z ideą teatru ubogiego, gdzie centralną postacią był aktor. Ale doskonalenie jego warsztatu nie miało nic wspólnego z perfekcjonizmem zawodowym. Poszukiwanie coraz doskonalszych form wyrazu było poszukiwaniem misterium, odkrywaniem w rutynowych gestach ukrytych i zapomnianych znaczeń. Aktor nie był też skazany sam na siebie, działał w grupie, która współtworzyła nowy język komunikacji międzyludzkiej. Nikt w czasach nowożytnych nie myślał o teatrze w sposób tak radykalny. Co z tego pozostało dziesięć lat po śmierci Grotowskiego?

Na to pytanie zamierzają odpowiedzieć uczestnicy konferencji poświęconej twórczości Jerzego Gro-
towskiego. W Roku Grotowskiego uchwalonym przez UNESCO Szkoła Dramatu, Filmu i Sztuk Wizualneych w Uniwersytecie Kentu w dniach 11-14 czerwca organizuje spotkania z badaczami, krytykami teatralnymi i aktorami Jerzego Grotowskiego. W bogatym programie przewidziane są odczyty, warsztaty teatralne, wystawy zdjęć i rekwizytów teatralnych oraz pokazy filmów.

pt_107683_grotowski_a2Oczywiście film może być tylko namiastką teatru, szczególnie takiego teatru, jaki tworzył Jerzy Grotowski, gdzie widz stawał się uczestnikiem i współtwórcą spektaklu. Będą to jednak filmy wyjątkowe, między innymi film autorstwa Maurizio Buscarino. Wśród fotografii prezentowane będą zdjęcia Francesco  Galli. Po inauguracji w Canterbury wystawa pojedzie do Walii (Aberystwyth), odwiedzi też Londyn (Battersea Arts Centre i National Theatre), a w październiku Paryż.

Największą atrakcją spotkania w Kent będzie zapowiadana przez organizatorów obecność współzałożyciela Laboratorium i najbliższego współpracownika Grotowskiego – Ludwika Flaszena.

W warsztatach teatralnych weźmie udział długoletnia aktorka Teatru Laboratorium Rena Mirecka.

Nie zabraknie też aktorów angielskich. Swój udział zapowiedział Nitin Ganatra, który jako 19-latek pracował z Grotowskim, a obecnie znany jest z serialu „Eastenders”, w którym gra listonosza Masooda oraz aktorzy wielkiego brytyjskiego reżysera Petera Brooka – Barry Stanton i Ian Hogg.

Konferencja jest częścią programu Polska! Year sponsorowanego przez Instytut Adama Mickiewicza. Organizatorem konferencji jest profesor Paul Allain.

Grzegorz Małkiewicz

Więcej informacji:
www.britishgrotowski.co.uk
tel. +44  7538 786 808

Był rok 1938

March 30, 2009

O historii organów J. W. WALKER & SONS oraz rodzących się muzycznych tradycjach polskiego kościoła p.w. Chrystusa Króla na Balham w Londynie opowiada PRZEMYSŁAW SALAMOŃSKI – organista, dyrygent i kompozytor.

Muzyka organowa zajmuje ważne miejsce w historii muzyki kościelnej. Organy słusznie nazywane są „królem instrumentów”. O królewskim rodowodzie tego instrumentu decyduje nie tylko obfitość barw i brzmień piszczałek ujętych w tak zwane rejestry, ale i bogata skarbnica dzieł muzycznych wybitnych kompozytorów. Liczni konstruktorzy przez wieki całe prześcigali się w pomysłach, aby to ich instrument zyskał miano najlepszego, najpiękniej brzmiącego.

Był rok 1938, kiedy znana brytyjska firma J. W. WALKER & SONS podjęła się wybudowana organów dla English Reformed Church na Balham (wówczas nie był to jeszcze kościół polski). Wspaniały zakład organmistrzowski, tradycjami sięgający XIX wieku, w krótkim czasie podejmuje zadanie, stawiając w prezbiterium kościoła instrument odpowiadający panującej natenczas modzie – trzymanuałowy, wyposażony w bogatą dyspozycję głosów będzie od tej pory towarzyszyć odprawianym w kościele nabożeństwom, wspierając śpiew wiernych i chóru.

I rzeczywiście, instrument spisuje się znakomicie, tradycyjne angielskie założenia konstrukcyjno-brzmieniowe idealnie korespondują z anglikańską tradycją liturgiczną. Modna w latach trzydziestych XX wieku postromantyczna dyspozycja organów, obfitująca w subtelne głosy wąskomenzurowe nadaje organom brzmienie miękkie i ciepłe, quasiorkiestralne. Przewaga tychże głosów nad pryncypałowymi i fletowymi okazuje się jednak zdecydowanym ograniczeniem dla organisty, pragnącego wykroczyć poza ramy XIX-wiecznej konwencji muzycznej.

organy-2

fot. Paweł Konopski

Instrument poddany zostaje stopniowej przebudowie. W pierwszej kolejności szafa instrumentu wraz ze wszystkimi zespołami piszczałek i wiatrownicami przeniesiona zostaje z prezbiterium na galerię chóru. Następnie dodane zostają mixtury 4-6 chórowe, sesquialtera 2-chórowa, a kilka głosów smyczkowych zastąpionych zostaje przez szlachetne, na sposób niemiecki intonowane głosy pryncypałowe oraz fletowe. Nowa, uniwersalna, 50-głosowa dyspozycja pozwala na wykonywanie nie tylko muzyki Medndelssohna czy Liszta, ale także Bacha i Buxtehudego. Bogactwo głosów językowych (łącznie 10) otwiera i szerokie drzwi dla muzyki francuskiej.

Tak oto drogą wieloetapowych prac i starań proboszcza, ks. prałata Władysława Wyszowadzkiego, klasyczny instrument liturgiczny przekształca się we wspaniały instrument koncertowy. Prace nad dalszą rozbudową organów trwają. Jeszcze w tym roku zainstalowany zostanie unikatowy rejestr Trąbka Hiszpańska 8’. Głosem tym poszczycić się mogą najczęściej wielkie katedralne instrumenty.
Wszelkie prace konstrukcyjne i intonacyjne od kilku lat przebiegają pod kierunkiem znanego warszawskiego organmistrza Andrzeja Nagalskiego. Urodę organów kościoła Chrystusa Króla znają nie tylko parafianie, ale i koneserzy, uczęszczający na organizowane tu koncerty. Ks. Prałat, znany z wysokiego kunsztu muzycznego (sam jest organistą), gorąco wspiera różnorodne inicjatywy muzyczne, dzięki czemu parafia Chrystusa Króla tętni życiem. To z jego inicjatywy przy kościele powstały i działają dwa chóry: mieszany im. Jana Pawła II pod kier. Anny Jarowicz oraz prowadzony przeze mnie Chór Chłopięcy św. Grzegorza. Działa tu także schola młodzieżowa oraz grupa Pro Ecclesia sięgająca po średniowieczne śpiewy Kościoła. W ramach nabożeństw regularnie można usłyszeć profesjonalnych muzyków i śpiewaków, w odnowionych murach kościoła często rozbrzmiewa muzyka Bacha, Mendelssohna, Haendla, Mozarta. Sprzyjające warunki akustyczne, mocno ulepszone za sprawą nowej kamiennej posadzki, czynią świątynię nie tylko miejscem kultu, ale i miejscem koncertowym.
Duszpasterze kościoła na Balham dbając o piękno i czystość liturgii chętnie sięgają do źródeł, wskrzeszając tradycyjne nabożeństwa, np. uroczyste nieszpory średniowieczne przy świecach i muzyce gregoriańskiej, msze łacińskie, gorzkie żale, officja za zmarłych. W nadchodzącym czasie przygotowywanych jest kilka wydarzeń.

W piątek 3 kwietnia, po mszy św. o 19.00, upamiętniając rocznicę śmierci Jana Pawła II, odprawiona zostanie Droga Krzyżowa z adoracją w duchu Taize i Medjugorje. Z kolei w Wielki Piątek o godz. 20.00 w rozświetlonym blaskiem świec kościele zabrzmią średniowieczne śpiewy scholi grego-
riańskiej, wzmocnionej przez gościnnie występujących artystów: Maciej O’Shea (baryton), Peter Krepski (tenor). W niedzielę Zmartwychwstania Pańskiego zapraszamy na Uroczyste Nieszpory (godz. 17.30), podczas których radosne psalmy wraz z muzyką, specjalnie na tę uroczystość skomponowaną, wykonywać będzie Chór Chłopięcy św. Grzegorza, schola Pro Ecclessia oraz kantorzy Katarzyna Mędlarska (sopran) i Anna Jarowicz (sopran).

Każdy zatem, kto kocha tradycję, pogłębioną modlitwę, muzykę organową Bacha, gregoriańskie jubilacje czy medytacyjne kanony z Taize, nie powinien się wahać, by jak najszybciej odwiedzić kościół polski na Balham. Jest prawdą, iż tempora mutantur et nos mutamur in illis, wciąż się gdzieś spieszymy, czy jednak musimy ulegać presji czasu, w którym przyszło nam żyć?

Kościól pw. Chrystusa Króla
234 Balham High Road, SW17

Przerwane milczenie Skolimowskiego

March 30, 2009

Idę robić wywiad – mówię do młodego stażysty. – Z kim? – Ze Skolimowskim. – A kto to? Opowiadam o tym redakcyjnemu koledze wędrując uliczkami Mayfair w drodze do hotelu Claridge’s, gdzie zatrzymał się polski reżyser. – Nie, to niemożliwe – oburza się. – Nie wiedział kto to Skolimowski? – Jeśli ktoś ma dwadzieścia lat, nie jest fanatykiem X Muzy ani tropicielem peerelowskich dysydentów to chyba nie jest wielkim grzechem, że nie zna reżysera, który przez kilkanaście lat nie zrobił żadnego filmu – próbuję bronić młodego stażysty.

– Po swoim ostatnim filmie miałem uczucie, że był on bardzo przeciętny. A ja nie lubię być przeciętny. Wycofałem się. Oddałem się malarstwu, drugiej pasji mojego życia. Mieszkałem w Malibu i malo-
wałem. A lata płynęły…

Taką opowieścią Jerzy Skolimowski rozpoczął swoje spotkanie z publicznością 18 marca w British Film Institute przy South Bank. W miejscu dla koneserów filmowej branży. Sala wypełniona po brzegi. Kończy się opowieść o Leonie. Brytyjska premiera „Czterech nocy z Anną” w ramach Kinoteki, Festiwalu Filmowego zorganizowanego po raz siódmy przez Instytut  Kultury Polskiej w Londynie dobiega końca. Rozlegają się brawa. Na ekranie nikną napisy. Nikt jednak nie wychodzi, bo za chwilę na scenie pojawi się on.

Choć ma prawie 71 lat wchodzi energicznym, lekkim krokiem. Jerzy Skolimowski zwraca się do prowadzącego spotkanie Micheala Brooka, krytyka filmowego, specjalisty w dziedzinie filmu Europy Środkowo-Wschodniej: – Michael, zagraj swoją rolę udając polski akcent.

apopi_ddmmrrMichael prowokacji nie podejmuje. Szkoda, może rola za trudna? Ale zadanie pilnego studenta filmoznawstwa odrobił bez zarzutu. Daty premier, tytuły, obsadę znał lepiej niż sam reżyser.
– Chciałem mieć przerwę, ale nie sądziłem, że może ona trwać tak długo – żartuje Skolimowski. – Po długiej nieobecności zacząłem się przymierzać do realizacji filmu na podstawie powieści Susan Sontag „In America”, wielomilionowej produkcji z wielkimi gwiazdami. Wkrótce dowiedziałem się, że producent nie wierzy, że reżyser, który nie zrealizował filmu przez 15 lat, jest w stanie zrobić coś dobrego. Postanowiłem więc zrobić film o skromniejszym budżecie. Czas jednak płynął, i nic się nie działo. A ja wciąż malowałem. Kiedy okazało się, że pozostało sześć dni do wywiązania się ze wstępnych warunków kontraktu, wpadłem na pomysł, który zasugerowała mi notatka w sekcji z dziwactwami w „Los Angeles Times”. Wyobraźnia zaczęła pracować. W ciągu sześciu dni napisaliśmy z żoną scenariusz. Producent orzekł, że „znakomity, robimy”. 42 dni zdjęciowe na Mazurach, aktora znalazłem w jednym z prowincjonalnych teatrów północnej Polski. Wiedziałem, że jest idealny, kiedy siedząc w gabinecie dyrektora, zauważyłem, że drzwi lekko się uchyliły, a zza nich wysunął się Artur Sterankno sprawiając wrażenie, że to chyba pomyłka, że to nie z nim chciałem rozmawiać. A ja wiedziałem, że to bohater mojego filmu. Zrealizowałem ten film dokładnie tak jak chciałem, miałem wielki komfort i nie musiałem iść na żadne kompromisy.

Chciałoby się powiedzieć, że warto było na ten komfort czekać tyle lat, by wyreżyserować film, w którym wszystkie elementy wydają się precyzyjnie ze sobą zestawione, nie ręką rzemieślnika, ale artysty. Prowokują widza, niepokoją go i wyprowadzają niejako w pole, a mimo tych manipulacji dają mu szansę na wzruszenie…

– Może jestem reżyserem filmów za dwa miliony, a nie za dwadzieścia – kwituje opowieść o swojej ostatniej przygodzie reżyser. Na sali rozlega się śmiech i brawa. Również za wielki szacunek dla widza, który czuliśmy w każdej jego wypowiedzi.
Micheal Brook przygotował też prezentację wybranych scen z kilku filmów zrobionych przez Skolimo-
wskiego w Polsce: „Rysopis”, „Bariera”, „Ręce do góry”. Reżyser ze swadą komentuje grę aktorską, jazdę kamery, przygodę z Komedą, dawną komunistyczną Polskę.

– Kiedy dowiedziałem się, że cenzura nie puści filmu „Ręce do góry”, bo pokazaliśmy w nim czterookiego Stalina, poprosiłem o spotkanie z Gomułką. Przed oblicze I sekretarza nie zostałem dopuszczony, ale umówiono mnie z drugą najważniejszą osobą w Komitecie Centralnym. Jeśli nie zgodzicie się na projekcję tego filmu towarzyszu Kliszko, nigdy niczego już w Polsce nie zrobię.
Wyjechał i nie zrobił, przez wiele długich lat…

Teresa Bazarnik

Odsłona druga

O siem razy przekładano jego lot, organizatorzy do końca nie wiedzieli, czy spotka się z dziennikarzami (indywidualnie?, grupowo? – my wybieramy opcję grupową, daje nam więcej czasu na rozmowę z artystą). I stało się.

– Jestem już trochę zmęczony – mówi, zbijając nas nieco z tropu, a wyrafinowana elegancja hotelu Claridge’s, gdzie odbyły się spotkania reżysera z dziennikarzami, nie pomaga skupieniu.

– Przede mną Jerozolima, Hajfa, Tel-Awiw, Hong Kong i Makao, Kalifornia, Korea Południowa, a w międzyczasie Istambuł, w kwietniu spędzę kilkanaście godzin w Warszawie… W ciągu czterech ostatnich miesięcy byłem kilka razy na tamtej półkuli: Toronto, Nowy Jork, Los Angeles, Palm Spring.
Po „Ferdydurke”, filmie, który sam uznaje za średni, i 15 latach rozbratu z kinem, Skolimowskiego, niczym twórców z epoki neorealizmu włoskiego, zainteresowała krótka notka w „LA Times”. Lakoniczna historyjka przefiltrowana przez wrażliwość artysty przerodziła się w poruszający film o chorobliwie nieśmiałym człowieku, który nie potrafi sobie poradzić ze swoim uczuciem. Podgląda Annę, obiekt swojej miłości, nachodzi ją w nocy, lecz nie potrafi nawiązać z nią bezpośredniego kontaktu.

4nightswithanna

Kadr z filmu „Cztery noce z Anną”

– Przedstawił pan bolesne studium wrażliwości człowieka. Co pana bardziej fascynowało – studium miłości, czy studium nieśmiałości? – Nie podchodziłbym do tego jako do studium czegoś tam. Ja opowiedziałem historię złożoną z wielu elementów. Jednym z elementów jest nieśmiałość, innym jest miłość, ale jest szereg innych też. Więc to był splot różnych opowieści. – Ale jest to jednak piękny film o miłości. – No jest. Ale miłość nie jest ukazana w konwencjonalny sposób…

– Jaki byłby to film, gdyby zrobił go pan lata temu? – Na pewno byłby inny, bo byłem wtedy innym człowiekiem, inny był mój sposób myślenia, interesowały mnie trochę inne sprawy. Może byłby to film bardziej efekciarski, czego nie należy mylić z efektownym, bo efektowność w filmie mnie satysfakcjonuje. W młodym wieku pewnie bym dodał trochę dziwacznej fotografii… Teraz jestem już na tyle artystą dojrzałym, że wiem, że wystarczą środki, które są ograniczone, dla dyscypliny formalnej i treściowej. Myślę, że robię teraz filmy znacznie lepsze jakościowo. Tamte były bardzo interesujące i potrzebne, ale w tej chwili chyba po raz pierwszy jestem w stanie dokładnie kontrolować to co robię.

– Zrobił pan film na przekór modzie. Skromna historia, długie, wolne ujęcia, ogromne skupienie na grze aktora, udźwiękowieniu, scenografii…

– No tak. Są tam jednak kawałki niby tego, co się uważa za współczesne kino, choćby scena gwałtu czy scena palenia rzeczy. To przecież prawie MTV. Ale takie dwie sceny były wystarczające, jak na wizytówkę artysty współczesnego, całą resztę mogłem sobie rzeźbić na swój sposób.
Dźwięk w filmie „Cztery noce z Anną” po prostu zwala z nóg. Uderzanie ciała o maskę samochodu, ucieranie tabletek nasennych, ciężkie kroki Okrasy, plusk wody, szczekanie psów, poruszająca muzyka Michała Lorenza…

– Czy to były efekty zamierzone?

– Miałem na to ogromny wpływ.  Choć nad ostatecznym kształtem filmu pracowaliśmy wspólnie z Michałem Lorenzem. On jest takim partnerem, który nadstawia ucha. Co ciekawe, ścieżka dźwiękowa filmu to produkcja francuska. Ludzie się pytają, jak to możliwe, że zrobili to Francuzi, którzy nie znają polskiego. Ale ile pada w tym filmie słów?

Rzeczywiście, słów w najnowszym filmie Skolimowskiego pada mało. Pewnie dlatego scena widzenia w areszcie tak mocno zapada w pamięć. Anna, grana przez Kingę Preiss, odwiedzając odsiadującego karę Leona, wypowiada ledwie kilka słów: „Nie chcę, weź. Nie przyjdę już”.

Znakomita ścieżka dźwiękowa, znakomita scenografia…

– Marek Zawierucha z Krakowa to tego typu scenograf, który bardziej jest artystą plastykiem niż scenografem. – No tak, niektóre kadry filmu są jak namalowany obraz. – W tym też miałem jakąś swoją zasługę – śmieje się Skolimowski.

Patrzenie, podglądanie, nasłuchiwanie dźwięków z zewnątrz, gdy inni o tym nie wiedzą. „Cztery noce z Anną” to bardzo ważny film w światowej kinematografii. Ściszony, a jednak głośny, skromny, ale zapadający w pamięć, dewiacja, która okazuje się krystalicznym uczuciem. Film doskonały w warstwie dźwięku, obrazu, scenografii, piękny wizualnie, ascetyczny i aktorsko wyzywający. – Zrobił pan po prostu niesamowity film. – No, tak, mnie się też tak wydaje – śmieje się po raz kolejny. Jest twórcą na tyle świadomym swojego warsztatu, że nie musi się przed nikim  krygować. – Od początku miałem świadomość, że będzie to wielki film. Od pierwszego momentu miałem za sobą całą ekipę. Mieliśmy świadomość, że robimy coś wielkiego… Pracowałem z bardzo utalentowanymi ludźmi.

– Zrobił pan to, o czym pan marzył. Udało się.

– Nie.  Ja nie marzyłem. To nie było marzenie, to była ciężka praca – twarz Skolimowskiego tężeje, on sam robi się nieco nerwowy. – Kiedy zabierałem się za ten film wiedziałem, że czeka mnie ciężka harówa.

Opowiada o tym, jak bardzo męcząca była to praca, zmienne warunki atmosferyczne, napięte terminy, wczesne wstawanie i nieprzespane noce, przeglądanie materiału i równoległe montowanie. – Bywało, że w czasie realizacji spałem po dwie godziny, czasem mniej – dodaje. – To tak jak pójście do kamieniołomów i rąbanie kamienia, żeby coś wykuć.

Wysiłek ogromny, z czego z pewnością nie zdaje sobie sprawy widz siedzący wygodnie w kinowym fotelu.

Pada jeszcze wiele pytań na temat filmu i nie tylko, jest w nich jakaś nerwowość, bo czujemy nieubłaganie uciekający czas, co uświadamia nam koordynująca serię wywiadów Sarah z Instytutu Kultury Polskiej. Skolimowski odpowiada nieśpiesznie.

– Czy wróży pan karierę Arturowi Steranko? Kiedy spojrzał w kamerę, w jednej z pierwszych scen, to aż ciarki przeszły…

– To zależy od niego. Jeśli trafi na właściwą rolę, a tych ról nie ma tak dużo w Polsce, jeśli dokona niezłych wyborów aktorskich, to tak, wierzę, że zrobi karierę. Trzymam kciuki, żeby wybrał właściwą rzecz, a nie pierwszą lepszą, bo to mogłoby zepsuć tę fantastyczną prawdę, jaką ma w sobie. Talent jego musi się przebić tak czy inaczej.

– Czy dobrze czuje się pan w Londynie?

– Ostatnio spędziłem tu dwa miesiące grając w filmie Davida Cronenberga. Dobrze się bawiłem. Lubię być w miejscu oswojonym.

– Jakieś szanse na powstanie „Fuchy 2”? Nowe czasy, mnóstwo Polaków…

– Nie, nie widzę takiej możliwości.

– Coraz częściej bywa pan w Polsce. Nakręcił pan tam film. Czy to oznacza, że wszędzie dobrze, ale w kraju najlepiej?

– Od trzech lat przebywam w Polsce znacznie więcej niż w Stanach. Nie lubię Warszawy. Traktuję ją jako miasto przejazdowe, ale na szczęście znalazłem sobie dom głęboko w lasach, na Mazurach. Nie w modnym miejscu nad brzegiem jeziora. Jeziora mam trzy dookoła, ale najbliższe jest w odległości 800 metrów. Jestem w dzikiej puszczy, z dziką zwierzyną, którą dzień w dzień widzę. Chciałbym tam być jak najczęściej.

Tekst: Jacek Ozaist, zdjęcie Jerzego Skolimowskiego: Piotr Apolinarski
Z Jerzym Skolimowskim rozmawiali:
Teresa Bazarnik, Agnieszka Okońska, Jacek Ozaist.

Na przekór oczywistemu

March 23, 2009

Wraz ze spadkiem sprzedaży płyt CD, kurczeniem się powierzchni sieciówek muzycznych i stale rosnącej liczby fanów korzystających z dobrodziejstw internetu (czyli nielegalnego ściągania płyt), wielkie wytwórnie muzyczne już od kilku lat zaciskają pasa. W niepamięć wydają się odchodzić czasy, kiedy oryginalni i utalentowani artyści otrzymywali sowite zaliczki na nagranie debiutanckich płyt. Trend inwestowania w „oczywiste”, czyli w artystów popularnych i rentownych bardzo trafnie odzwierciedlają tegoroczni laureaci nagród Brits czy Grammy. Bo czyż na przykład Duffy to nie ubiegłoroczna Amy Winehouse?

18 lutego, w dzień, w którym branża muzyczna gratulowała sobie nagród Brits 2009, punk-rockowy Royal Treatment Plant (RTP) przekornie lansował swój singiel „Half as much” w jednym z klubów w centrum Londynu. Zdobywając uznanie takich stacji radiowych, jak BBC Radio 6 i XFM czy opiniotwórczego NME, RTP odzwierciedla losy alternatywnych zespołów, których duży potencjał paraliżują chude lata w przemyśle muzycznym.

Lansujecie dziś „Half as much”, singiel z Waszej debiutanckiej płyty „Hope is not enough”, która ukazała się w lipcu zeszłego roku. Skąd to opóźnienie?

Paula (wokal, gitara): „Half as much” jest naszym ulubionym utworem, więc postanowiliśmy go specjalnie potraktować i wydać jako singiel. Nie przejmujemy się zbytnio tym opóźnieniem.

A za co lubicie „Half as much”?

Lubię sposób, w jaki buduje się klimat utworu – zaczyna się spokojnie, tajemniczo; czujesz, jak coś nadchodzi, ale nie jesteś pewien kolejnych taktów. Podoba mi się, sposób w jaki ten okres „budowania” współgra ze środkiem utworu, który jest szybszy i psychodeliczny. Uważam, że „Half as much” jest jednym z bardziej melodyjnych utworów, jakie do tej pory nagraliśmy – odbiega od naszego stylu grunge, dzięki czemu jest mniej oczywisty, jakby nasiąknięty nostalgiczną głębią.

Tom (gitara elektryczna): Dla mnie jest transcendentalny, unosi się nad nami… no i można przy nim tańczyć.
A my lubimy tańczyć! (dodaje Paula)

rtp21

Fot. K. Kula

Za muzykę odpowiada cała nasza piątka. Jeśli chodzi o mnie to, gdy tylko wpadnie mi jakiś pomysł do głowy, siadam z gitarą i pracuję nad pierwszymi akordami. Potem puszczam chłopakom moje nagranie, oni proponują swoje pomysły. Każdy dodaje coś od siebie, i tak zaczyna się nasza zabawa. Stopniowo pierwotna linia melodyczna ewoluuje, powstają różne wersje tego samego utworu i na koniec wybieramy, naszym zdaniem, najlepszą opcję. Tak wygląda mniej więcej proces powstawania naszych utworów.

DJ, zanim założyłeś Royal Treatment Plant studiowałeś muzykę klasyczną. Jak i kiedy nastąpiła u Ciebie tak diametralna zmiana muzycznych upodobań?

DJ Walde (gitara basowa): Nadal lubię muzykę klasyczną… Właściwie, to lubię każdy gatunek muzyczny. Lubię nawet to, czego nie lubię, bo dzięki temu wiem, czego powinienem unikać… Tak poważnie, to inspirują mnie Radiohead, Bjork i Jeff Buckley, ale to po usłyszeniu Nirvany zamarzyłem o grze w zespole rockowym, długich włosach (wybuchamy śmiechem, bo DJ ma krótkie włosy). Zainspirowała mnie energia Nirvany, ich surowe gitary, porażające buntem kawałki. To były czasy grungu – wszyscy, których znałem, chcieli grać na gitarze. Ja wybrałem gitarę basową.

Paula, czytałam, że dorastałaś w rodzinie chrześcijańskich misjonarzy osiadłych przez kilka lat w Nowej Gwinei – jakiej muzyki wtedy słuchałaś? Kiedy poczułaś, że chcesz grać punk rocka?

Zawsze kochałam muzykę. Edukację zaczęłam od klasyki. Muzyka popularna była mi obca, bo moi rodzice akceptowali tylko muzykę klasyczną i kościelną, no, może w wyjątkiem U2, którzy byli postrzegani przez nich jako grupa chrześcijańska. Jako dziecko grałam więc na pianinie i śpiewałam w kościele, potem studiowałam klasykę w Australii. Pomimo wyjazdu do Australii, gdzie oczywiście zderzyłam się z muzyką rockową, wciąż wolałam swoją klasykę. To w Londynie (Paula mieszka w Londynie od sześciu lat) zaszły we mnie zmiany co do muzycznych inspiracji i stylu grania. Początkowo grałam akustycznie. Jestem jednak cynikiem i denerwują mnie melancholijni muzycy, którzy grając na gitarze, wylewają swoje smutki – choć nieźle na tym zarabiają. Wydaje mi się, że przyjazd do Londynu zrodził we mnie bunt, który z kolei przerodził się w złość. Zaczęłam zmierzać się z przeszłością, kwestionować metody, jakimi mnie wychowano, religię, którą mi narzucono…

To interesujące jak Twoje religijne wychowanie wpłynęło ostatecznie na to, że grasz punk rocka.

Tak już jest, że pociągają nas zazwyczaj tematy czy rzeczy nam zakazane lub nieznane, że postępujemy często wbrew naukom swoich rodziców. To, co gram, jest wynikiem buntu wobec przeszłości, wobec rodziców, którzy widzą w mojej muzyce samo zło.

A kiedy poczułaś, że gra w RTP to coś poważniejszego niż wyraz buntu?

Od momentu kiedy zaczęliśmy grać razem, zarówno ja jak i chłopaki traktowaliśmy zespół poważnie.

Wciąż jednak wykonujecie „dzienne” prace. (Paula jest nauczycielką, DJ uczy muzyki w The Roundhouse, jest także dyrektorem artystycznym „Into the Hoods”, słynnego musicalu hip-hopowego wystawianego w West End).

Jesteśmy realistami, jeśli chodzi o branżę muzyczną. Wiemy, że nie zawsze zespoły, które lubimy, możemy usłyszeć w radio. Jak każdy, potrzebujemy pieniędzy, a obecna sytuacja w branży jak wiadomo jest beznadziejna, dlatego wciąż pracujemy w ciągu dnia, a gramy wieczorami. Uczymy się jednocześnie, jak działa brytyjski rynek muzyczny – aby odnieść sukces, potrzebny jest niestety pełny kontrakt. Mimo wszystko, jesteśmy szczęśliwi, że możemy grać razem.

Zdołaliście wejść jednak pod skrzydła Universalu.

Nasz menedżer pokazał płytę „Hope is not enough” znajomemu z Universalu w Australii. Mimo że płyta spodobała się, nie zagwarantowano nam pieniędzy na porządne jej wydanie. Universal pomógł nam natomiast w jej dystrybucji i promocji. Jako grupa grająca alternatywę, bez wielkich pieniędzy i koneksji w mediach, nie jesteśmy w stanie zapewnić naszej muzyce takiego statusu medialnego i szerszego odbioru, abyśmy mogli z niej żyć.

Zastanawiam się, jaką drogę obierzecie, jeśli chodzi o dalszy los RTP. Z jednej strony, sami nagraliście i wydaliście bardzo dobrą płytę, sami produkujecie interesujące tele-dyski pokazywane na MTV2, z drugiej strony uzyskaliście już wsparcie Universalu.

Planów mamy wiele. Czekamy na rezultaty z Australii, gdzie „Hope is not enough” ukaże się w przyszłym miesiącu. Dziś świętujemy wydanie singla „Half as much” w Wielkiej Brytanii – mamy nadzieję, że wzbudzi on zainteresowanie tutejszych mediów. Oprócz tego planujemy kilka koncertów i pracę nad nową płytą. Mamy dużo materiału, który chcielibyśmy wydać jak najszybciej – nie możemy czekać aż duża wytwórnia się o nas upomni.

Na koniec, cofnijmy się do Waszych początków. Zdradźcie skąd wzięła się nazwa Royal Treatment Plant.

Nazwę Royal Treatment Plant wymyślił kumpel, z którym ja i DJ graliśmy przed obecnym składem. To taka zabawa słowami. Tłumaczone dosłownie, Royal Treatment Plant oznacza królewskie traktowanie rośliny. Roślina jest krucha i delikatna i zasługuje na traktowanie w stylu gwiazdy spacerującej po czerwonym dywanie. Z drugiej strony, wyraz „plant” tłumaczony jako fabryka, to metafora, złośliwy żart, na niegodziwe traktowanie ludzi pracujących fizycznie… Wiele znaczeń, wiele odpowiedzi, aby nie popaść w oczywistość.

Rozmawiała Anna Gałandzij

Czy można pić whisky z otwartej butelki?

March 23, 2009

Pub o nazwie Ain’t Nothin’ But The Blues Bar znajduje się w samym centrum londyńskiego West Endu, w zaułku pomiędzy Carnaby Street a Regent Street. Nie ma tam nic, tylko blues. Piwo oczywiście też jest, ale z muzyki tylko blues, jakaś kapela gra każdego wieczora, na ścianach porozwieszane są potrtety miestrzów: Muddy Waters, B.B. King, John Lee Hooker. Nawet toalety wymalowane są w potrety mistrzów na czarnym tle ściany.

Największy z nich namalowany jest na suficie nad schodami prowadzącymi do toalet: uśmiechnięty Robert Johnson z gitarą, kopia znanej fotografii. Czemu właśnie Robert Johnson znajduje się na tak prominentnym miejscu? Skąd to wyróżnienie dla muzyka, który za życia wydał tylko jedenaście trzeszczących płyt na 78 obrotów? I który od ponad półwiecza nie żyje?

Nie wiadomo, kiedy powstał styl muzyki zwany bluesem, ale przyjmuje się, że na początku XX wieku. Nikt wcześniej tej muzyki nie zapisywał w nutach (nikomu nie przyszło do głowy, że muzyka grana w spelunkach murzyńskich gett może być warta nutowego zapisu, a sami muzycy oczywiście nut nie znali), a najwcześniejsze nagrania pochodzą z lat dwudziestych. Szybko jednak się okazało, że na takie nagrania jest popyt i można na nich zarobić, dlatego jest ich spora liczba. Są nagrania bluesa w stylu jazzowym, jakie na przykład w Chicago robił Louis Armstrong, są nagrania tak zwanego „klasycznego bluesa”, czyli głosu (najczęściej kobiecego, na przykład Bessie Smith) z towarzyszeniem fortepianu, są też nagrania tak zwanego „wiejskiego bluesa”, czyli głosu (tym razem zwykle męskiego) z towarzyszeniem gitary, na której grano często z niezwykłą wirtuozerią. Przy czym murzyńscy muzycy grali na gitarze w sposób który niewiele miał wspólnego z tym, co wówczas grali biali gitarzyści. Murzyńscy muzycy grali z pomocą „szyjki od butelki”, czyli metalowej lub szklanej tulejki nakładanej na mały palec, która umożliwiała charakterystyczne bluesowe glissando.

metalowa-gitara-blursowaW latach czterdziestych pojawił się nowy instrument: gitara elektryczna, szybko podchwycona przez bluesowych muzyków z Chicago i Memphis. Dzięki temu wynalazkowi powstał nowy nurt zwany „miejskim bluesem”, grany zazwyczaj przez czteroosobową kapelę, w której składzie są gitara elektryczna, gitara basowa, perkusja oraz harmonijka ustna. W latach pięćdziesiątych pewien młody muzyk z Memphis (nie-Murzyn, co istotne) podjął ten styl, tylko przyśpieszył tempo, nazwał to rock-n-roll i sprzedał nie-murzyńskiej klienteli. Od tego momentu blues zaczął podbijać świat.

Moda szybko przyjęła się za oceanem, a zwłaszcza w Londynie, (któremu mentalnie bliżej jest „za staw”, czyli do Nowego Jorku, niż za kanał La Manche – do Paryża). W latach sześćdziesiątych powstały tu grupy najzupełniej białych muzyków grających przede wszystkim bluesa: John Mayall’s Bluesbreakers, Rolling Stones, Peter Green’s Fleetwood Mac. Ci muzycy chcieli dotrzeć do źródła, podróżowali więc „za staw”, by odwiedzić miejsca, gdzie grano wiejskiego bluesa, słuchali opowieści murzyńskich muzyków, kolekcjonowali stare nagrania. Okazało się, że wśród tych nagrań na trzeszczących płytach jest kilka, które wyróżniają się czymś niezwykłym, co trudno nazwać. Były to nagrania Roberta Johnsona. Zaczęto więc szukać tego muzyka. Może gdzieś jeszcze gra, w jakiejś zapomnianej knajpce? Może przestał grać i zajął się czymś innym, ale dałby się namówić na nowe nagrania? Poszukiwania zakończyły się jednak odkryciem, że Robert Johnson zmarł pod koniec lat trzydziestych. Znaleziono technika, który z nim robił nagrania – Robert Johnson miał dwie sesje nagrań, a na trzecią nie przyjechał, bo w międzyczasie został otruty. Z zazdrości.

Wychował się w okolicy zwanej Mississipi Delta. Nazwa jest nieco myląca, bowiem nie jest to wcale delta rzeki Mississipi, tylko jej wschodni brzeg, mniej więcej pomiędzy miastami Vicksburg i Memphis. Jest to urodzajna równina, gdzie uprawia się bawełnę. Jest to też teren zamieszkały w dużej mierze przez ludność murzyńską, która po godzinach pracy lubi się zabawić. To właśnie w tym rejonie rozwinął się styl muzyki zwany Delta blues, którego Robert Johnson jest najwybitnejszym przedstawicielem. Ale muzyka Johnsona jest tak naprawdę czymś więcej. Wszystkie jego utwory nagrane są – tak jak „wiejski blues” – tylko z akompaniamentem gitary akustycznej, ale w jego stylu obecne są już wszystkie elementy późniejszego „miejsckiego bluesa” z Chicago. Moża włściwie powiedzieć, że cały rythm-n-blues i rock-n-roll wywodzą się od tego wiejskiego muzyka wychowanego wśród plantacji bawełny.

Robert Johnson urodził się w 1911 roku w Hazlehurst w stanie Mississipi. Sytuacja rodzinna była raczej zawikłana, przez jakiś czas Robert mieszkał z ojczymem w Memphis, potem z matką i innym ojczymem w Robinsonsville, potem jakiś czas w Clarksdale, potem po drugiej stronie rzeki w miasteczku Helena, w stanie Arkansas. Pierwszy raz ożenił się kiedy miał 18 lat, ale jego dwa lata młodsza żona zmarła wkrótce przy porodzie. Z drugą żoną się rozstał, z następnymi kobietami nie zawierał formalnych związków. A miał tych kobiet dużo. Za dużo, na pewno o tę jedną, ostatnią. Miał ich tyle, bo jeździł od miasta do miasta i grał muzykę, a grał tak, że ciarki chodziły po plecach. Grywał z muzykami, którzy później zdobyli sławę światową. Honeyboy Edwards, który z nim był podczas ostatniego koncertu, grywał później w Londynie, sam go parę lat temu słyszałem. Sonny Boy Williamson, gwiazda bluesa lat pięćdziesiątych, też był tam obecny, a nawet widział co się święci i próbował zapobiec nieszczęściu. Bezskutecznie.

Stało się to pewnego sobotniego wieczoru w lipcu 1938 roku, w knajpie Three Forks (Pod Trzema Widelcami) w Greenwood, w stanie Mississipi. Grali tego wieczoru Sonny Boy i Robert Johnson, Honeyboy przyszedł nieco później. W przerwach Robert podrywał pewną laskę, która – tak się złożyło – była żoną właściciela lokalu. W pewnym momencie ktoś podał Robertowi otwartą butelkę whisky. Sonny Boy, widząc co się święci, wytrącił mu ją z ręki mówiąc: – Nie pij nigdy whisky z otwartej przez kogoś butelki! Robert się zezłościł i wrzasnął: – A ty mi nigdy nie wytrącaj butelki z ręki! Następną podaną mu butelkę Johnson spokojnie wypił. To był jego ostatni koncert, pochowano go na cmentarzu pod Greenville.

Jest jeszcze legenda zasłyszana nie wiadomo gdzie. Podobno za młodu Robert przechodził z gitarą koło cmentarza marząc o sławie, kiedy nagle zza zakrętu wyszedł Wielki Czarny Człowiek i powiedział: – Daj, nastroję ci. Wziął gitarę do ręki, pokręcił kluczami i oddał. Odtąd gitara grała tak, że słuchaczom (i co ważniejsze – słuchaczkom) ciarki przechodziły po plecach. – Spotkamy się Pod Trzema Widelcami – powiedział Wielki Czarny Człowiek i znikł, pozostał tylko po nim pogłos szczekania ogarów, głęboki, jakby spod ziemi, i unoszący się w powietrzu zapach siarki.

Drogi Czytelniku, nie daj się nabrać, ta legenda to jedna wielka bujda. Muzyka Roberta Johnsona nie jest z piekła rodem. A morał opowieści o ostatnim koncercie jest jeden: nie pij nigdy whisky z otwartej przez kogoś butelki.

Włodzimierz Fenrych

Wystawa Elżbiety Chojak-Myśko

March 23, 2009

posk2

Retrospektywna wystawa Elżbiety Chojak-Myśko „The joy of creation”

POSK Gallery, 238-246King Street, London W6 0RF

Studentem być, ale gdzie?

March 22, 2009

Szumnie przyjęty projekt pod nazwą „Pakt dla wiedzy” i strategia dla edukacji na lata 2007-2013 zgodnie stwierdzają, że studia w Polsce powinny być płatne. Nie wiadomo tylko od kiedy i ile. Choć bezpłatne kształcenie jest często tylko z nazwy „darmowe”, wielu polskich studentów nie czeka na kolejną reformę szkolnictwa wyższego, tylko pakuje plecak i rusza na studia zagranicę.

[Czytaj dalej]

Terms and conditions

March 17, 2009

1.This free prize draw is open to all residents in the UK and Eire.
2.Employees of Vue Services Limited (“Vue”), Walt Disney and Nowy Czas and anyone professionally connected with this draw and their immediate families are excluded from entry.
3. There is no charge to enter. Entries are to be made by sending picture of drawing of UFO to marketing@nowyczas.co.uk. Entries submitted personally and entries made by third parties or agents will be invalid.
4. Entries must be made between 16 March 2009 and midnight (GMT) on 29 March 2009 (inclusive).
5. The winner will be selected at random and notified by writing on or before 30 March 2009.
6. Only one entry per person as defined by address.
7. Five random entries will be picked and will receive a free ticket to see Race to Witch Mountain movie at VUE Cinema Acton.
8. No other alternative shall be available (in whole or part) and the decision of the promoter shall be final and binding in all matters.
9. To obtain the name and county of residence of the prize winner, please send an SAE marketing@nowyczas.co.uk no later than 28 March 2009.
10. The winner and his/her guest may be required to participate in publicity and by entering the draw entrants agree to participate in such publicity free of charge and that Vue and Walt Disney and Nowy Czas may use any subsequent publicity materials free from restriction.
11. The promoter respects all entrants’ privacy and the use and protection of the personal information (including any personal information provided by entrants).
12. The promoter reserves the right to modify, suspend or withdraw this offer at any time without notice due to circumstances beyond its reasonable control.
13. Any dispute arising in relation to this draw shall be subject to English law.
14.  Promoter: Nowy Czas

Teraz Polska! Nasz rok w UK

March 17, 2009

Polskie sezony kulturalne odbyły się już we Francji, Austrii, Hiszpanii, Rosji i Niemczech. Teraz nadszedł czas na Zjednoczone Królestwo. Będziemy świadkami około 200 różnych wydarzeń: wystawy, koncerty, spektakle teatralne, imprezy sportowe, pokazy mody i wiele innych. Celem tego przedsięwzięcia jest ukazanie bogatego i różnorodnego dorobku kultury polskiej i ukazanie naszego wkładu w dziedzictwo kulturowe innych narodów. Patronat nad wydarzeniami objęła królowa Elżbieta II.

PL! Rok Polski w UK to projekt rządowy. Decyzja o organizacji tego przedsięwzięcia została podjęta przez Radę Ministrów z inicjatywy Ministerstwa Spraw Zagranicznych na początku 2006 roku.

Oficjalnie Polski Rok w w Wielkiej Brytanii ma się rozpocząć w maju 2009 (początkowo nazwany The Polish Season). Pierwszą jednak wystawę będzie można zobaczyć już w tę sobotę w Tate Britain. Ekspozycja zatytułowana „Symbolizm w Polsce i Wielkiej Brytanii” powstała przy współpracy Tate Britain z Instytutem Adama Mickiewicza w Warszawie i Instytutem Kultury Polskiej w Londynie. Będzie to pierwsza wystawa sztuki polskiej w tej jednej z najważniejszych galerii brytyjskich. Jest to jednocześnie inauguracja Polskiego Roku w Zjednoczonym Królestwie.

foto-apollo2

›› Stanisław Wyspiański, Apollo, projekt witraża, 1904, pastel na papierze, Muzeum Narodowe w Krakowie

Na wystawie pojawią się dzieła ze zbiorów państwowych i prywatnych. Eksponaty przyjechały do Londynu z Muzeum Narodowego w Warszawie, Krakowie i w Poznaniu. Znajdą się też eksponaty z kolekcji Marka Sosenko w Krakowie, a także prace ze zbiorów Tate Britain. Podziwiać będzie można dorobek tak wybitnych artystów jak: Kazimierz Sichulski, Józef Pankiewicz, Stanisław Wyspiański, Witold Wojtkiewicz, Jacek Malczewski, Józef Mehoffer, Edward Burne-Jones, Lawrence Alma-Tadema, Alfred Gilbert i wielu innych. 17 prac polskich artystów pojawi się obok obrazów prerafaelitów i dzieł malarzy epoki wiktoriańskiej.

Organizatorzy tego wielkiego przedsięwzięcia spodziewają się, że wystawę zwiedzi ok. 100 tys. osób. Jej celem jest ukazanie analogii pomiędzy sztuką obu krajów na przełomie XIX i XX wieku, pokazanie dialogu między artystami, ich wzajemnego oddziaływania na siebie oraz źródeł ich inspiracji.

Okazuje się, że związki między Polską a Wielka Brytanią w okresie modernizmu były bardzo silne. Wielu polskich artystów naśladowało swoich kolegów z Wysp, szczególnie bardzo popularnych w tamtych czasach prerafaelitów.
Bez wątpienia punktem kulminacyjnym całej wystawy będzie „Apollo” Stanisława Wyspiańskiego, obraz z 1904 roku, który podróżował z Muzeum Narodowego w Krakowie całe trzy dni. Dla wielu Polaków oraz Brytyjczyków będzie to prawdopodobnie jedyna okazja, aby ujrzeć to dzieło.
Oprócz „Apolla” podziwiać będzie można między innymi: „Dziwny Ogród” Jozsefa Mehoffera, „Medytacje” Witolda Wojtkiewicza oraz „Anioła” Kazimierza Sichulskiego.
W dziełach tych można łatwo dostrzec estetyczne pokrewieństwa z obrazami wielu brytyjskich artystów początku XX wieku. Bardzo dobrym przykładem związków między oboma krajami jest twórczość Feliksa Jasińskiego i jego graficzne wersje obrazów Edwarda Burne-Jonesa.
Oczywiście będzie można również porównać, w jaki sposób polska sztuka i wielcy Polacy oddziaływali na brytyjskich twórców tamtych czasów. Nie można tutaj pominąć wielkiego zafascynowania Ignacym Janem Paderewskim, który został sportretowany przez takich artystów jak Edward Burne-Jones, Alfred Gilbert czy Lawrence Alma-Tadema.

Kuratorzy zadecydowali, że wystawa będzie eksponowana w stałej galerii sztuki brytyjskiej, wśród najbardziej znanych obrazów takich malarzy jak m.in. John Everett Milais, George Frederick Watts, Dante Gabriel Rossetti czy wspomniany wcześniej Edward Burne-Jones.

Nie ulega wątpliwości, że my, Polacy, jesteśmy tu wciąż postrzegani jako pracownicy fizyczni. Czy Sezon Polski przyczyni się do zmiany tego wizerunku? Czy uda nam się pokazać, że jesteśmy narodem nie tylko sumiennym i pracowitym, ale również kreatywnym, z bardzo bogatą historią i kulturą? Miejmy nadzieje, że tak, i że wystawa ta, jak i cały Rok Polski w Wielkiej Brytanii przysłuży się do nawiązania trwałych kontaktów pomiędzy środowiskami artystycznymi obu krajów.

Aneta Grochowska

Tate Britain, Millbank, SW1P 4RG. Tel. 020 7887 8888
Wystawa czynna od 14 marca do 21 czerwca, wstęp darmowy.
1 maja wystawę wzbogaci polska edycja cyklicznej imprezy „Late at Tate’. W dniach 12-13 czerwca w Birkbeck University of London odbędzie się konferencja „Rebels, Martyrs and the Others: Rethinking Polish Modernism”.

Next Page »