Do szkoły pod górkę
February 26, 2009
Historia polskich szkół sobotnich w Wielkiej Brytanii sięga końca lat 40. minionego stulecia. Powojenna emigracja przez całe lata starała się o zachowanie polskiej tożsamości na Wyspach. Nie inaczej dzieje się teraz z ostatnią falą przyjeżdżających do Wielkiej Brytanii rodaków, którym również zależy na tym, by ich pociechy obok edukacji w szkołach angielskich miały kontakt z polskim językiem, tradycją i kulturą.
Wciąż mówi się o odpływie Polonii i powrotach do kraju, tendencję taką trudno jednak zaobserwować w liczbie zgłoszeń do sobotnich szkół polskich. W Wielkiej Brytanii takich placówek jest już ponad 70. W samym Londynie funkcjonuje 16, a mimo to miejsc brakuje. Utworzenie kolejnej takiej szkoły okupione jest ogromnym wysiłkiem i ciężką, często wolontaryjną pracą. Jednym z ostatnich przykładów jest powstała w listopadzie szkoła w dzielnicy Streatham, w południowym Londynie.
Kto na ochotnika, ręka do góry
Założycielką i dyrektorką szkoły jest doświadczony pedagog, mgr Ewa Adamiak-Pawelec. Szkolnictwu poświęciła ponad 40 lat. Do Londynu przyjechała po przejściu na wcześniejszą emeryturę. Przez pierwsze trzy lata była kierowniczką Szkoły Polskiej w Forest Gate, przez kolejne dziesięć uczyła klasy gimnazjalne w szkole na Balham. Jest doskonałym przykładem połączenia talentu organizacyjnego z naturą społecznika. W Polsce założyła jedną z pierwszych Poradni Wychowawczo-Zawodowych w Radomsku, w Żyrardowie zaś pierwsze Prywatne Studium Języków Obcych. Jest nauczycielem dyplomowanym, mianowanym oraz byłym prezesem oddziału Związku Nauczycielstwa Polskiego. Nadal nie brakuje jej zapału i energii, którego owocem jest kolejna szkoła sobotnia.
Lekcja słuchania, czyli o potrzebach Polonii
- Starania o zorganizowanie Polskiej Szkoły Sobotniej rozpoczęłam w listopadzie 2007 roku -mówi Ewa Adamiak-Pawelec. – Potrzebę utworzenia szkoły zauważyłam będąc naocznym świadkiem zapłakanych rodziców, których dzieci nie mogły dostać się do szkoły na Balham, gdyż ze względu na ograniczoną liczbę miejsc kierownik zmuszony był odmawiać przyjmowania kolejnych uczniów. Miałam też okazję rozmawiać z polskimi dziećmi uczęszczającymi do St. Andrew’s School w Streatham. Ogromna liczba dzieci w różnym wieku chciała uczyć się w polskiej szkole. Były też takie dzieci, które czekały rok, a nawet dwa lata, aby ostatecznie, mając dużą lukę w nauce, móc kontynuować edukację przynajmniej w szkole sobotniej. Truizmem byłoby wyjaśniać, jakie korzyści maja dzieci uczęszczające jednocześnie do obydwu szkół: angielskiej i polskiej.
Lekcja geografii,czyli znaleźć miejsce
Streatham to miejsce, gdzie mieszka setki rodzin polskich. W Lambeth Borough, do którego Streatham należy, nigdy szkoły polskiej nie było. Realizację pomysłu otwarcia polskiej szkoły rozpoczęto więc od szukania miejsca.
- Zaczęłam wędrówki po szkołach angielskich wokół mojego miejsca zamieszkania – mówi o początkach pani Ewa Adamiak-Pawelec.
Lekcja polskiego: Syzyfowe Prace
- Ze względu na to, że mniejsze szkoły nie są czynne w soboty, tzw. possession guard [czyli szkolni ochroniarze- red.] nie wyrażali zgody na pracę w weekendy, natomiast na naszych ochroniarzy angielskie szkoły nie chciały wyrazić zgody. Postanowiłam zatem udać się do Lambeth Council, gdzie spotkałam się z sympatycznym przyjęciem i wyznaczeniem szkoły katolickiej – Thames Bishop Grand School. Dyrekcja szkoły powtarzała, iż są keen of having Polish School in their building i że należy już tylko czekać na formalny podpis zarządu, który miał się zebrać w lutym, potem w maju. W czerwcu oznajmili, iż odpowiedź zarządu szkoły jest pozytywna i umówiono nas na spotkanie z dyrekcją, po czym przełożono spotkanie na sierpień. Do spotkania doszło, ale dyrektor szkoły chciał się ponownie porozumieć z zarządem. 26 września przekazano nam odpowiedź negatywną.
Krótka przerwa
- W międzyczasie zorganizowałam zebranie rodziców celem poinformowania o sprawach organizacyjnych przedstawienia grona pedagogicznego oraz wybrania dziesięcioosobowej Rady Rodziców, z którą podpisałam umowę o wynajem budynku – kontynuuje dyrektorka szkoły. Po ukonstytuowaniu się zarządu tejże rady przystąpiliśmy do sprawdzania niekaralności poprzez wysłanie formularzy do CRB (Criminal Record Bureau), co według obowiązującego prawa jest konieczne w pracy z dziećmi.
Praca na piątkę
Szukanie nowego miejsca na szkołę znów stało się natychmiastową koniecznością. Zapisanych było już 150 dzieci, które czekały na otwarcie szkoły. – Po odmowie Thames Bishop Grand School skontaktowałam się ponownie z Lambeth Council i już w następnym tygodniu szkoła Dunraven wyraziła zgodę na rozpoczęcie zajęć szkoły polskiej w ich budynku przy ulicy Leigham Court Road.
Tabliczka dzielenia
Jednak Rada Rodziców postanowiła najpierw zorganizować zebranie, by przeprosić za opóźnienie. Była to już połowa października i inne szkoły rozpoczynały zajęcia. Ponieważ na drodze do utworzenia szkoły były duże trudności i opóźnienia, rodzice próbowali umieścić swoje dzieci w innych placówkach. Niektórym się to udało. Wielu nie poinformowało szkoły o zmianie decyzji. Niektórzy wyjechali do Polski, inni musieli zrezygnować ze względów finansowych, jeszcze inni postanowili uczyć dzieci prywatnie bądź odpowiadali, iż wyślą dzieci do szkoły jak ona ,,wypali”. Ostatecznie liczba dzieci zmalała do 95. Dodatkowo, z dnia na dzień, trzy osoby z Rady Rodziców, w obliczu kłopotów, zrezygnowały z funkcji, której się podjęły, odmawiając dalszej pracy, w tym również nad pozyskaniem jakichkolwiek funduszy na pokrycie wysokich kosztów utrzymania szkoły .
Lekcja historii, czyli bój o szkołę
- Na tym jednak działania tej trzyosobowej grupy nie zakończyły się. Wkrótce pojawili się u mnie, żądając mojej rezygnacji. Zapowiedzieli, iż mają zamiar przejąć władzę nad szkołą. Kiedy odmówiłam, rozpętała się seria złośliwych działań wokół mojej osoby, szkoły, a przede wszystkim dzieci. Rozsyłali paszkwile w postaci emaili adresowanych do grona rodziców i nauczycieli, w których bezpodstawnie oczerniali moją pracę oraz pracę nauczycieli, podważając moje i ich kompetencje. Zarzucali mi niegospodarność w prowadzeniu szkoły, nad organizacją której tak ciężko pracowałam ponad rok i o mały włos nie zostałam zbojkotowana – kończy swoją opowieść dyrektor Ewa Adamiak-Pawelec.
Szkoła, mimo trudności, funkcjonuje dzięki nieustannym wysiłkom dyrekcji, rady pedagogicznej oraz niektórych rodziców. Dzieci w wieku od 6 do 17 lat mogą uczyć się tu języka polskiego, matematyki, geografii, religii, historii oraz podtrzymywać tradycję i kulturę polską. Zgodnie z wymogami wyznaczonymi przez Polską Macierz Szkolną, przeprowadzane są w niej angielskie egzaminy państwowe z języka polskiego: GCSE oraz A-levels.
Jednak by sprawdzić zasadność poczynionych na rzecz najmłodszej emigracji działań, wystarczy odwiedzić szkolę w sobotnie przedpołudnie, usłyszeć gwar wypełnionych po brzegi sal lekcyjnych i zobaczyć uśmiechnięte buzie rozbieganych w czasie przerw między lekcjami urwisów – to właśnie dorastający gwaranci polskości tu, na Wyspach, warto więc zatem dbać, by gwarancja ta była najwyższej próby.
Joanna Bąk
Droga Redakcjo,
Z przykrością stwierdzamy, że w artykule pt. „Do szkoły pod górkę” (NC 23.01), dostrzegliśmy poważne niezgodności z faktami w opisywanej w nim historii. Nieścisłości dotyczą między innymi stopnia naszego zaangażowania i roli, jaką odegraliśmy w zakładaniu Polskiej Sobotniej Szkoły na Streatham. Zostaliśmy przedstawieni jako destruktywna grupa ludzi, nie wspominając ani słowem o tym, że byliśmy trójką rodziców najaktywniej działającą przy jej organizowaniu. Otwarcie szkoły dla naszych dzieci nie było, jak sugerują wypowiedzi kierowniczki szkoły, efektem pracy tylko jednej osoby! Przyczynił się do tego duży zespół ludzi. Nigdy również nie podejmowaliśmy działań, które mogłyby w jakikolwiek sposób zaszkodzić dzieciom. Naszym celem było zawsze doprowadzenie do stworzenia prężnej placówki, która działałaby na rzecz polskich uczniów i ich rodziców.
Jesteśmy oburzeni sposobem, w jakim kierowniczka szkoły pani Ewa Adamiak-Pawelec dyskredytuje naszą pracę. Przykro nam, że nasz wysiłek i entuzjazm nie zostały docenione. Jesteśmy niepocieszeni faktem, że pani Joanna Bąk, pisząca ten artykuł nie przedstawiła innych opinii na temat wydarzeń dotyczących powstawania szkoły i jej funkcjonowania. Być może fakt, że wielu rodziców zabrało dzieci z tej szkoły, nie jest wynikiem napotykanych przez panią kierowniczkę obiektywnych trudności, lecz efektem niezadowolenia tych rodziców, ze sposobu, w jaki szkoła jest prowadzona. Chcielibyśmy zakończyć nasz komentarz smutnym stwierdzeniem, ze czasami historia pisana jest przez ludzi, którzy krzyczą najgłośniej, tym bardziej gdy ich głównym celem jest pochlebianie samym sobie.
Iwona Madalińska,
Joanna Szwej-Hawkin,
Tomasz Gala
OD REDAKCJI:
Szanowni Państwo,
Tematem Sobotniej Szkoły na Streatham zainteresowałam się jeszcze przed jej utworzeniem, z uwagą śledząc starania w jej zorganizowaniu. Przykro mi było, kiedy dowiedziałam się o wydarzeniach, które ostatecznie wpłynęły na treść mojego artykułu. Nie był on dziennikarską fantasmagorią, a jedynie ,,niemym krzykiem” większości. Kierowniczka szkoły, pani Ewa Adamiak-Pawelec, której słowa jedynie cytowałam, wypowiedziała się w imieniu rodziców jak i pedagogów, z którymi miałam możliwość osobiście rozmawiać. Ich opinia była tożsama ze słowami mojej rozmówczyni. Nie neguję Państwa wkładu przy organizacji szkoły, nie twierdzę i nie napisałam w moim artykule, iż jest ona efektem pracy jednej osoby. Niemniej to pani Ewa poczyniła w tym względzie największe starania i choćby z tego powodu zasłużyła co najmniej na szacunek, którego moim zdaniem zabrakło. Zamiast tego zobaczyć można było jak na dłoni nasze narodowe przywary, a w tym brak dialogu. Wierzę jednak, że z pozytywną siłą, jaka towarzyszyła początkom Waszych działań, uda się pokonać konflikty, nie gubiąc po drodze idei, którą jest dobro Waszych dzieci.
Z poważaniem
Joanna Bąk
Komentarze
8 Responses to “Nowy Czas w PDF 4 (120)”
Ku przestrodze…
February 24, 2009
Jeśli coś może się nie udać, to się nie uda. A jeśli coś może się źle skończyć, to się źle skończy. Bo to, co przewidujemy, rzadko się sprawdza. A to, czego nie przewidujemy, sprawdza się najczęściej. Co potwierdza kryzys i różne przeszłe euforie. Szczególnie dotyczące otwartych granic i bezgranicznej tolerancji narodowościowej.
Zaledwie kilka lat temu żyliśmy w radosnej euforii. Polacy podbijają Wyspy! Tak pisały polskie media. I napędzały łatwowiernych rodaków do wypraw po brytyjskie i inne złote runo. A jak zalała Wyspę fala przybyszy, tygodnik „Wprost” ogłosił: „Londyn, siedemnaste polskie województwo!”. Z tą, niestety, typową dla nas arogancją – my im pokażemy, że Polak potrafi! Pewnie i potrafi to i owo. Tylko nikt nie przewidział, że w raczej sprzyjających ku temu warunkach. A warunki, jak wiemy, gwałtownie się zmieniły.
Tolerancja wszędzie żywi się chlebem. Bez chleba powoli zanika. Z nastaniem biedy, wybucha ksenofobia, uśpiona dobrobytem. Nic to odkrywczego. Są tego liczne przykłady w dziejach ludzkości. Ale nawet w okresach dobrobytu mniejszości narodowe nie mają łatwego życia na obcej ziemi. Szczególnie wtedy, kiedy się rozrastają. I powoli schodzą do gett. Nie asymilują się, nie biorą czynnego udziału w życiu społecznym i politycznym kraju osiedlenia. A nawoływania do asymilacji mało skutkują.
Dotyczyło to i nadal dotyczy Polaków w tym kraju. Nas, nieznanych przybyszy z nieznanej krainy, mówiących nieznanym językiem. Pamiętam, jak mnie kiedyś, lata temu, zapytano: – Czy wy mówicie rosyjskim narzeczem? – Nie – odpowiedziałam – narzeczem mongolskim. To wy żyjecie w stepach, mieszkacie w jurtach i żywicie się koniną? – Nie – odparłam. – Mieszkamy w jaskiniach, żywimy się korzonkami i popijamy kumysem, czyli kobylim mlekiem.
Polska była wtedy dla większości Brytyjczyków, wychowanych na historii i geografii imperialnej, krajem zupełnie nieznanym. I to mimo wkładu polskich żołnierzy w wojnę czy polskich lotników w bitwę o Wielką Brytanię. Dlatego wtedy być Polakiem zobowiązywało do zbiorowej odpowiedzialności. Do kultywowania własnego języka, kultury i tradycji. Do dbania o nasz narodowy wizerunek, żeby image – jak się dzisiaj mówi – był pozytywny. Mniejsza o maniery przy stole. O mlaskanie, siorbanie czy bekanie. O rozróżnianie funkcji noża od widelca, a rękawa od serwetki. Chodziło o naszą sumienność, rzetelność, przyzwoitość i niezależność. O to, żeby nikogo o nic tu nie prosząc, ani niczego nie oczekując, stanąć samodzielnie na własnych nogach. I to nam się bodaj w pełni udało. Chociaż przeżyliśmy w tym kraju różne kryzysy, ksenofobiczne strajki, fobie związków zawodowych i słynną zimę protestów – Winter of Discontent. Czasem czuliśmy się na emigracji jak Żydzi-wieczni tułacze. Ale szyb nam w oknach nie wybijano. Kamieniami w nas nie rzucano. Pogromów nam nie robiono. Nie agitowano nawet w okresach kryzysów: Polacy do Polski. Poza krótkim tylko okresem powojennym nakłaniania nas do powrotu. I jak dotąd nie widać tu afiszy ani transparentów z napisem: Anglia dla Anglików. Jak kiedyś w Polsce: Polska dla Polaków-katolików.
Kiedy za oknem sypał biały puch, ja siedziałam w domu pod puchową kołdrą i nadrabiałam czytanie gazet. W „Dzienniku Polskim i Dzienniku Żołnierza” przeczytałam tytuł: „Szef MSZ ratunkiem dla Polaków”. Zadrżałam. Czy już zaczęły się tu pogromy? Czy kogoś z nas, przepraszam, biją tu i mordują? A przecież niedawno temu czytałam w prasie o długach brytyjskich wobec Polaków i o podziękowaniach im składanych za wkład w tutejszą gospodarkę. I nagle taki gwałt z powodu antypolskich nastrojów? Że rzecznik praw obywatelskich dr Janusz Kochanowski uznał za konieczną ingerencję ministra Sikorskiego? A co w tej sprawie miałby zrobić minister? Tupnąć nogą, zmarszczyć brew i zagrozić Wielkiej Brytanii sankcjami?
Wracam do tego, już omówionego tematu, bo przewiduję, że temat może wrócić. Szczególnie jeśli kryzys się zaostrzy. Więc co mamy robić w tym kryzysie? Przeczekać cicho i dyskretnie. Zachowywać się bez wrzasków, dyplomatycznie. Nie narzucać się ze swymi pretensjami. Na wszystko mówić lovely i za wszystko thank you. Nie czas teraz na fanaberie i wybrzydzanie. Trzeba chwalić co się tu da i nikogo tu nie pouczać. To wypróbowany przez wielu imigrantów sposób na życie na obcej ziemi. Lata temu niektórzy starzy emigranci tak się w tę ziemię wtapiali, że nawet zmieniali imiona i nazwiska na angielskie. Strzeszewski na Stuarta, a Przybyszewski na Tudora na przykład. Jak już, to już. Niepotrzebny to dziś zabieg. Bo dziś tu wszyscy łamiemy sobie języki na egzotycznych nazwiskach. Żyjemy także w innej niż dawna rzeczywistości. Zglobalizowanej i unijnej. Żyjemy też mimo różnych wybryków w kraju cywilizowanym i tolerancyjnym. Jakoś nikt jeszcze nie pisze tu wierszyków o imigrantach w stylu: „Chleba im nie odbierzesz, ziemi im nie dodasz, ktoś musi ustąpić, gość albo gospodarz”. Co zapamiętałam z lat dziecinnych, zaprzeszłych, dawno temu w Polsce. Ten wierszyk dotyczył mniejszości żydowskiej.
Możemy się przecież wyżywać tutaj do syta polskością w domach przy polskich programach telewizyjnych, w kościołach i na różnych spektakalch czy kabaretach. Jak niedawno wyżywaliśmy się polskoscią w londyńskim POSK-u podczas kabaretu Jana Pietrzaka. A grzmiał on ze sceny tą polskością zagorzałą i niemal szowinistycznym patriotyzmem. Widownia to chłonęła i chłonęła, brawa biła. Z miejsc powstała i na stojąco wysłuchała pieśni: „Żeby Polska była Polską”. Jeśli takie pienia i pieśni zaczną tu wyśpiewywać Anglicy o Anglii, może wtedy trzeba będzie zwijać manatki. Na szczęście to, co przewidujemy, rzadko się sprawdza. Wesołych Walentynek!
Krystyna Cywińska
Zdjęcia dziecka niepoprawne
February 23, 2009
Styczniowy czwartek, wczesne popołudnie. Dołączamy do szpaleru ojców, matek i malców w wózkach w kolejce przed Konsulatem RP na New Cavendish Street.
W ulicznym ogonku jakieś osiemdziesiąt procent interesantów to rodzice z pociechami. W stu procentach powodem ich przybycia do konsultau jest konieczność uzyskania paszportu dla dziecka. Kolejka długa, pogoda byle jaka, ale jest trochę optymizmu. I cierpliwości. Zaraz otworzą konsulat (czynny w czwartki do osiemnastej). Trzeba tylko wystać swój czas, by dojść do drzwi urzędu, a potem do okienka. Jak już złożymy dokumenty, będzie po sprawie. Następny paszport dla dziecka za pięć lat. Może załatwimy go tutaj, a może w Polsce. Nie warto teraz rozmyślać.
Dokumenty, jak nam się wydaje, w komplecie. Wypełnione druki wniosków (obowiązkowo dwa) plus oświadczenie, że jako rodzice zgadzamy się na wystawienie paszportu. Jest akt urodzenia syna wydany przez polski Urząd Stanu Cywilnego (za nami niedawna wyprawa do Polski poświęcona tzw. umiejscowieniu aktu angielskiego w polskich księgach Urzędu Stanu Cywilnego). Na polskim akcie widnieje pieczątka z numerem PESEL dziecka, załatwiona podczas wspomnianej wyprawy. Bez PESEL nie ma mowy o wydaniu pięcioletniego paszportu dla małego Polaka. Obojętnie czy w Polsce, czy poza nią. Dlatego jesteśmy nawet dumni, że mamy wszystko. Nie powinno być kłopotów.
Jesteśmy optymistami, stoimy cierpliwie. Zza węgła budynku powolutku wychodzimy na prostą. Zbliżamy się do drzwi Konsulatu. Jeszcze, na wszelki wypadek, sprawdzamy dokumenty: roczny paszport tymczasowy synka, nasze paszporty… Dopinamy do pliku trzy zdjęcia (twarz synka na jasnym tle, fotki mają właściwe wymiary). Mija czwarta, już prawie piąta po południu.Wciskamy się do holu. Stajemy przed okienkiem. Szczęśliwi. Przez chwilę. Informacja z okienka: zdjęcia dziecka niepoprawne, dziecko ma niedomkniętą buzię. Musi mieć zamkniętą. I tyle. Urząd może przyjąć tylko komplet poprawnych dokumentów – słyszymy.
O Boże, czeka nas ponowna wizyta. Co robić? Denerwować się, pieniaczyć?
- Czy moglibyśmy zostawić wszystkie dokumenty, skoro są bez zarzutu? – pytam nieśmiało. – Moglibyśmy podpisać druczki, skoro przepisy wymagają jednoczesnej obecności i podpisu dwojga rodziców? – sugeruję z lekką obawą. – A czy nie moglibyście państwo sprawdzić, że przybyliśmy z naszym a nie cudzym dzieckiem? – podpowiadam. – Na sto procent bobasek z rocznego paszportu to nasz Stefanek, który siedzi w wózku – próbuję zażartować. – Bardzo proszę, zgódźcie się. Nie musiałbym przyjeżdżać ponownie z dzieckiem i żoną. A jutro tylko ja zwolnię się z pracy, zrobię nowe zdjęcia i dostarczę je państwu? – przedłużam listę próśb i sugestii. – Może też nie musiałbym stać ponownie w kolejce, a po prostu wejść i szybciutko dołączyć te zdjęcia do reszty dokumentów?…
Uff. Z okienka odbieram karteczkę. Adnotacja: dostarczyć tylko zdjęcia. Jest jeszcze jedna karteczka: reklamówka studia fotograficznego na Oxford Street i mapka. Studio nie jest polskie, ale tam wiedzą, jak zrobić zdjęcie do polskiego paszportu.
- Studio jest czynne do późnego wieczora, idźcie zaraz i zróbcie zdjęcie dziecku.
Uratowani i uradowani. W tył zwrot i szatańska myśl… Kwadrans po siedemnastej. Popychając w biegu wózek, za jakieś dziesięć, piętnaście minut bylibyśmy u tego fotografa. Potem galopem do Konsulatu… Może do szóstej wyrobię się i zamiast jutro, jeszcze dziś oddam zdjęcia? Ale byłoby fajnie!
Trzydzieści pięć minut akcji. Migiem przez Regent Street na Oxford Street i z powrotem. Udało się. Za dziesięt szósta (!) zziajany jak chart stanąłem przed tym samym okienkiem. Zza szyby uśmiech i komentarz: – Ho, ho, niezłe tempo macie. Możecie szybciutko iść do kasy i uiścić opłatę…
Dzięki wyrozumialej urzędniczce z Konsulatu RP w Londynie, nie straciliśmy dnia wystanego w kolejce i załatwiliśmy sprawę.
Jacek Stachowiak
190 x 250/Mirosław Bałka/White Cube
February 23, 2009
Mirosław Bałka jest jednym z najbardziej znanych współczesnych, polskich artystów za granicą. Jego prace sprzedawane są na światowych aukcjach sztuki, wystawiane w prestiżowych galeriach i nabywane do uznanych muzealnych kolekcji.
Przez dwa miesiące można je było oglądać w White Cube – na Mason’s Yard niedaleko Piccadilly Circus. Trudny do przetłumaczenia tytuł wystawy „Nothere” sugeruje uczucie pustki i izolacji, jak tłumaczą autorzy komunikatu towarzyszącego wystawie. „Nothere” to zarówno „no-there” jak i „not-here”. Oba słowa są zaimkami wskazującymi. Pozostaje nam zapytać na co artysta przy ich pomocy wskazuje i jaka jest retoryka zaprzeczenia tytułowego „tam” i „tutaj”?
Stoję przed budynkiem galerii – intensywna, zimna, modernistyczna architektoniczna forma. Beton i szkło. Wygląda jak dziecko National Theatre tylko zrobione z nowszych i lepszych materiałów. To rzeczywiście White Cube. W takim budynku muszą dziać się rzeczy niezwykłe. Mógłby znajdować się tutaj oddział Secret Intelligance Service lub mieszkać szalony konstruktor kosmicznych rakiet opętany ideą porządku, ale jest galeria. To też nieźle. Wchodzę do środka.
Pierwsza rzeźba Bałki odnajduje mnie z łatwością. Już spoza szklanych drzwi widzę szkielet jakiejś struktury wykonanej ze stalowych, pokrytych rdzą prętów. Oto stoję przed 250 x 700 x 455, Ø 41 x 41/Zoo/T (2007). Metalowy zbiornik z jakimś czerwonym, bulgoczącym płynem w środku. Co to za zapach? Wino, czy krew? Żarówka świeci blado i mętnie.
Od wielu lat tytuły rzeźb Bałki informują o ich wymiarach. To trick często stosowny przez minimal art, aby uniknąć literackich odniesień i nie prowokować u widza skojarzeń prowadzących poza logikę konstrukcji lub odciągać jego uwagę od fizycznych jakości materiałów, z jakich rzeźba jest wykonana. U Bałki jest inaczej. Tutaj zawsze możemy oczekiwać zagadki i ukrytych znaczeń. Często spotykamy wymiar 190 cm – to wzrost artysty. W Zoo/T 250 cm to jego wysokość z wyciągniętymi do góry ramionami. Ludzka miara, podstawowe wymiary ciała przyłożone do opisania świata. Michael Archer, wyjaśniając intencje artysty, napisał w katalogu wystawy: „Metoda tytułowania prac przez Bałkę podkreśla bliskość rzeczy, sposób, w jaki czujemy je pod ręką i sposób, w jaki ciało zachowuje się w relacji do nich”. Człowiek mierzy świat swoją miarą. Ale jaką miarą zmierzyć człowieka? Czy jest to miara serca, jak chce Jan Paweł II, czy miara moralnej i fizycznej próby w sytuacji ostatecznej. Jak mówi Wisława Szymborska: „Tyle o sobie wiemy ile nas sprawdzono”. Obie te miary różni chyba tylko dobór słów do opisania tego samego przesłania.

Instalacja Zoo/T nawiązuje do niewielkiego zwierzyńca albo zoo, które zostało zbudowane przez hitlerowców w 1942 roku w Treblince, gdzie w ciągu jednego roku zgładzono ponad 800 tysięcy Żydów.
To pytanie wplecione jest również w całą wystawę Bałki. Wszystkie prace prezentowane na wystawie, łącznie z omawianą rzeźbą, dotykają tematu zła, przemijania, zagłady i pamięci. Temat Holokaustu pojawiał się już wcześniej w twórczości artysty i to zarówno w instalacjach (Die Rampe, Selection, Winterreise) jak i realizacjach wideo (Bambi 1 i Bambi 2). W „Nothere” rzeźbiarz powraca do tego tematu. Zoo/T nawiązuje do niewielkiego zwierzyńca albo zoo, które zostało zbudowane przez hitlerowców w 1942 roku w Treblince, gdzie w ciągu jednego roku zgładzono ponad 800 tysięcy Żydów.
Wykonana ze sklejki konstrukcja w podziemiach galerii przywołuje obraz drogi śmierci w Treblince, po przejściu której więźniowie byli zmuszeni do rozebrania się i wejścia do komór gazowych. Drut kolczasty i szpaler drzew, otaczający ścieżkę, uniemożliwiały zobaczenie, co dzieje się w środku obozu.
I jeszcze dwa filmy wideo: 170 x 126 x 10/T. Turn, nakręcony w Treblince w 2004 roku. Obraz rzutowany jest na pokryty solą horyzontalny ekran w podłodze. Wydaje się, że artysta użył tutaj soli jako symbolu jałowości i zniszczenia zgodnie z dosłownym tłumaczeniem hebrajskiego wyrażenia zara makom melah („posolić miejsce solą”), co oznacza „zniszczyć kompletnie”. Ale sól może kojarzyć się również z oczyszczeniem jak i z kryształkami cyklonu B, którego używano do uśmiercania ofiar.
Drugi z filmów, Primitive to fragment z filmu Shoah Claude’a Lanzmanna, opowiadającego o ekstermi-
nacji Żydów w czasie II wojny światowej. Lanzmann odnalazł w latach 70. jednego z obozowych strażników Franza Suchomela i przeprowadził z nim rozmowę:
Suchomel: – Podam Panu moją definicję. Niech Pan to sobie zapamięta! Treblinka była prymitywną, ale dobrze funkcjonującą linią produkcyjną śmierci. Zrozumiał pan?
Lanzmann: -Linią produkcyjną…
Suchomel: – … śmierci. Rozumie Pan?
Lanzmann: – Ale prymitywną?
Suchomel: – Prymitywną! Jednak prymitywną, ale dobrze działającą taśmą produkującą śmierć.
Bałka wybrał z tego fragmentu trzy słowa wypowiedziane przez Suchomela Prymitywną! Jednak prymitywną… i odtworzył w pętli.
Prace Bałki stawiają opór. Wymagają od widza uwagi i staranności myślenia. Szyfrują przesłanie. Podobnie jest z wystawą w White Cube. Co oznacza jej tytuł? Do czego odnosi się Nie – tam i Nie – tutaj? Czy chodzi o odmówienie Żydom prawa do życia, plan zagłady całego narodu, dla którego faszyzm nie przewidywał żadnego miejsca zamieszkania? A może o zbudowanie subtelnej i skomplikowanej relacji pomiędzy czasem i miejscem, teraźniejszością i przeszłością, okrucieństwem obozu zagłady i estetyzującym kontekstem galerii?
Pytania pozostają bez odpowiedzi. Jeszcze raz idę wąską ścieżką wzdłuż ściany z plywoodu. Wychodzę. W uszach mam Primitiv! Zwar Primitiv.
Wojciech Goczkowski
Dublińczycy to nie „Londyńczycy”
February 23, 2009
Większość polskich mediów podchodzi do zjawiska nowej emigracji niczym ślepcy do słonia w buddyjskiej przypowieści. Dotykając wyłącznie jego kła stwierdzają, że słoń podobny jest do ogromnej marchwi… W ten sposób upowszechnia się mit Polaka pracującego na irlandzkim zmywaku albo kryminalny wizerunek emigrantów lansowany przez telewizyjny serial „Londyńczycy”. [Czytaj dalej]
U Topolskiego na Waterloo – cd.
February 16, 2009
Nie co dzień można zobaczyć tylu świadków ubiegłego wieku w jednym miejscu, poczuć drżenie murów, kiedy nad głową przejeżdża pociąg zmierzający do stacji Charing Cross i przeżyć podróż w czasie słuchając opowieści córki Feliksa Topolskiego snutej przed obrazami, na których uwieczniono najważniejsze wydarzenia XX wieku.
Galeria Topolski Century przy South Bank Centre w Londynie właśnie otworzyła swoje podwoje po kilkuletnim remoncie. Dotacja z Heritage Lottery Fund pozwoliła na przywrócenie dawnej świetności arkadom pod mostem w pobliżu Waterloo (pisaliśmy o tym w NC, 26.08.08). Do galerii można zaglądnąć przez duże okno, które również informuje o temacie, jakiemu poświęcone są imprezy w danym miesiącu. W styczniu dyrekcja galerii postanowiła uczcić elekcję Baracka Obamy i przybliżyć londyńczykom historię American Civil Rights Movement. Grupy, które oprowadza po galerii córka artysty Teresa Topolski mają więc okazję, by zerknąć na historię oczami malarza. W latach 60. artysta przyglądał się życiu Afro-Amerykanów i gościł w swoim domu samego Martina Lutera Kinga. Portret autora niezapomnianych słów: I had a dream powstał, kiedy na specjalne zaproszenie BBC King przyjechał do Londynu, by wziąć udział w programie Face to face.
Na obrazach Topolskiego zapisanych jest wiele prywatnych wątków, jednak ogromne rozmiary dzieł nie pozwalają ich dostrzec, jeśli nie znamy kontekstu powstania danej sceny. Tylko córka artysty potrafi wskazać postacie, którym jej ojciec nadał szczególną cechę charakterologiczną przez użycie konkretnego koloru czy pozycję ciała. Łatwo wtedy dać na odpowiedź na takie pytania jak: dlaczego papież Pius XII stoi tyłem, kiedy polski ambasador informuje go o ludobójstwie w obozach koncentracyjnych, a król Egiptu Farouk daje klapsa swojej nałożnicy? (odp. 1. papież nie chciał poznać prawdziwego obrazu nazistowskich zbrodni; odp. 2. nałożnica miała również romans z Topolskim).
Polak i obywatel świata
Czy galeria pozwoli choć odrobinę zmienić obraz Polaków w świadomości Brytyjczyków?
Sam malarz nigdy nie wypierał się swojego pochodzenia i z sentymentem wracał do kraju, z którego pochodził. Czuł się jednak również obywatelem świata, więc bez kompleksów potrafił znaleźć się w każdym środowisku, karmiąc próżność arystokracji i uwieczniając prostotę choćby czarnoskórych mieszkańców USA. Pierwszy obraz po lewej stronie zaraz po wejściu do galerii to jakby symboliczny akt urodzenia malarza. Matka wydająca go na świat, ojciec widziany na ulicach Warszawy, kuzynka podglądana przez dziurkę od klucza i dziadek – ortodoksyjny Żyd – ta mini biografia poparta doktoratem honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego u dołu obrazu jest jasną wskazówką dla każdego gościa galerii.
- Jestem stamtąd – zdaje się krzyczeć sam autor. Rodzice Feliksa nie byli religijni, bliżej im było do warszawskiej bohemy lat dwudziestych i ruchów rewolucyjnych niż do synagogi. Odcisnęło to silne piętno na wrażliwości malarza, który w roku 1927 rozpoczął studia na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Trudno jednak było mu okiełznać własny temperament i usiedzieć w miejscu, więc tuż po studiach wyruszył w podróż po Europie, z której nigdy już na stałe nie wrócił do Polski. Stał się za to naocznym światkiem historycznych wydarzeń. Nie rozstawał się ze swoim notatnikiem, gdzie kreślił widziane sceny i spotkanych ludzi. Przemierzył Hiszpanię generała Franco, Włochy za czasów Mussoliniego i hitlerowskie Niemcy. Paryż wywarł na nim tak ogromne wrażenie, że wraz z krytykiem Eugenio d’Ors wydał album ze swoimi rysunkami pt. Paris Lost. Oryginały prac odnalazły się po wojnie w Niemczech. Nie brakuje tam wielkich nazwisk znanych projektantów, ale też obrazów prostytutek z Montmartre’u i unoszącego się zapachu absyntu. Zamówienie złożone przez „Wiadomości Literackie” w roku 1935 pozwoliło Topolskiemu pojechać do Londynu na obchody srebrnego jubileuszu króla Jerzego V. Artysta postanowił się osiedlić w Wielkiej Brytanii, a zamówienie na ilustracje do Pigmalionu złożone przez dramatopisarza Bernarda Shawa otworzyło mu drogę na salony i do wielkiej kariery. Z czasem został uhonorowany członkostwem Królewskiej Akademii Sztuki w Londynie. Miewał doskonałych mecenasów, takich jak książę Filip, który u artysty zamówił ogromne malowidło ścienne przedstawiające koronację Elżbiety II.
Życie w obrazie
Feliks Topolski byłby nazwany fotoreporterem, gdyby zamiast pędzla sięgnął po aparat fotograficzny. Na szczęście jednak technika w tamtych czasach i ogromny talent pchnęły jego życie na właściwy tor. Dostarczał więc ówczesnym mediom ilustracji słanych z frontu i z wielu innych miejsc, gdzie naocznie przyglądał się historycznym przemianom. Topolski odwiedził Indie po raz pierwszy w czasie II wojny światowej, zaproszono go tam ponownie, by namalował na specjalne życzenie premiera Pandita Jawaharlala Nehru oficjalne powstanie republiki (26 stycznia 1950 roku). Topolski pozostał w otoczeniu świeżo wyłonionych indyjskich władz przez około dwa miesiące. Na swoich obrazach uwiecznił też Mahatmę Gandiego i Muhammada Ali Jinnah, których spotkał tylko raz. Pobyt zaowocował wieloletnią przyjaźnią artysty z rodziną Gandhich. Synowa Indiry Gandhi Sonia jest obecnie jednym z mecenasów galerii.
Po wykonaniu spektakularnego muralu z okazji Festival of Britain zorganizowanego w Londynie w roku 1951, Topolski postanowił wydawać własnoręczne odbitki swoich rysunków w postaci kronik, które ukazywały się co dwa tygodnie i były rozsyłane stałym prenumeratorom. Ogromna liczba prac ilustruje życie i historię Wielkiej Brytanii: od obrazu stolika w Cafe Royal, gdzie malarz poznał czołowych przedstawicieli angielskiego artystycznego światka, po afery polityczne, jak ta z Johnem Profumo, przez którego romans rozwiązano gabinet Harolda Macmillana w latach sześćdziesiątych. (Kochanka Profumo Christine Keeler była jednocześnie kochanką rosyjskiego szpiega).
W dalszej części galerii znajduje się ogromne obrotowe koło – symbol okrągłego stołu Organizacji Narodów Zjednoczonych. W kole brak jakby ćwiartki obrazu – Feliks był tak zachwycony mechanizmem obrotowym umożliwiającym obracanie się obrazu, że postanowił pokazać jego działanie nie zasłaniając go, w hołdzie konstruktorowi dzieła.
Od momentu powstania studia, a później galerii przy Waterloo można było porozmawiać z artystą w każdy piątek, kiedy organizował tzw. „dzień otwartych drzwi”. Dziś tę tradycję pragnie podtrzymać córka artysty Teresa i zaprasza na specjalne wycieczki po galerii, wtedy też można ją zapytać o inne szczegóły z życia jej ojca, jeśli nie uda się ich wyczytać z obrazów.
Małgorzata Białecka
Topolski Century
150-152 Hungerford Bridge
Concert Hall Approach
London, SE1 8XU, tel.: 020 76201275
www.topolskicentury.org.uk
Nowy Czas w PDF 4 (120)
February 16, 2009
Wspiąć się na szczyt świata
February 16, 2009
Mieszka w Londynie, pracuje w City. Z Anną Lichotą o zdobywaniu sześciu z siedmiu najwyższych szczytów świata (nie licząc tego w londyńskim City) rozmawia Grzegorz Małkiewicz.
Dla Anny Lichoty wspinaczka to znacznie więcej niż ekstremalny sposób spędzania wolnego czasu. To szkoła charakteru – jak mówi – z wyników której korzysta także w pracy zawodowej.
Wszystko, co do tej pory w swoim życiu robiła, można porównać ze wspinaczką, z pokonywaniem trudności, które mobilizowały ją do podejmowania kolejnych kroków. Dla Anny Lichoty każdy z nich był wyzwaniem, zapowiedzią samotnej walki, którą chciała stoczyć.
Wspinaczką zajmowała się już w Polsce, w trakcie studiów w Szczecinie. Nie były to jednak trudne trasy, bardziej turystyczne, które jednak zdecydowały o tym, że do gór wciąż wraca. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że będą to najwyższe szczyty na wszystkich kontynentach.
Zanim do tego doszło, absolwentka Uniwersytetu w Szczecinie przyjeżdża do Londynu. Jest rok 1996, postanawia kontynuować studia w London School of Economics. Wtedy, przed wejściem Polski do Unii Europejskiej, studiowanie w prestiżowej LSE nie było łatwe, a tym bardziej tanie. Rok studiów kosztował ponad 8 tys. funtów. Były oczywiście tańsze studia, ale te nie były brane pod uwagę, musiała być LSE. Anna nie wybiera łatwych rozwiązań. Zaczynają się strome schody, pierwsza prawdziwa wspinaczka, może mniej niebezpieczna niż te późniejsze, ale równie wyczerpująca.
Opłacenie czesnego było najtrudniejszą przeszkodą. Pożyczki w banku nie wchodziły w grę, była cudzoziemką, bez stałej pracy, i to z biednego kraju. W końcu udało się pożyczyć dużą sumę pieniędzy prywatnie. Pierwsza poważna inwestycja, ale takich Anna Lichota nie boi się. – To najbezpieczniejsza inwestycja – mówi z humorem. – Znasz samego siebie, tak dużo od ciebie zależy, musisz wygrać.
Nie było łatwo utrzymać się studentce prestiżowej uczelni z tygodniowym funduszem 70 funtów. Mieszkała w wieloosobowych pokojach, oszczędzała na żywności i transporcie. Po górskich wędrówkach z ciężkim plecakiem piesze pokonywanie londyńskich odległości nie było straszne. Dorabiała na tłumaczeniach, a jak brakowało pieniędzy, znajdowali się ludzie, którzy pomogli – nakarmili, „przechowali” w najtrudniejszym okresie. I wygrała, opłaciło się.
Po zdobyciu dyplomu pierwszą pracę dostała w amerykańskiej firmie General Electric, w której szybko awansowała. Pracodawca wysyła ją z Londynu na kolejne placówki. Między innymi do Moskwy, gdzie przez kilka miesięcy jest szefem sprzedaży Delta Bank, w którym udziały ma General Electric. Pracuje też w Rumunii, Czechach i Holandii. Szczyt wielkich korporacji zdobyty, szuka nowych wyzwań, tras trudniejszych.
Pomimo dobrej pracy i płacy szuka czegoś innego. Ma świetne wykształcenie i doświadczenie w pracy na szczeblu menedżerskim, więc o propozycje nie było trudno.
Wybiera bank inwestycyjny UBS w Londynie. W krótkim czasie zostaje menedżerem odpowiedzialnym za wdrażanie nowych systemów i technologii. Kieruje obecnie 15-osobowym zespołem. I tak już chyba przez jakiś czas pozostanie, bo bank, w którym pracuje, docenił jej pasję do wysokogórskiej wspinaczki.
- To bardzo ważne – mówi Anna Lichota. – Wyruszam na wyprawy w czasie urlopu, ale czas trwania wspinaczki trudno dokładnie określić, bo zależy od warunków atmosferycznych. Tak było w styczniu na Antarktydzie podczas zdobywania Mount Vision. W kontynuowaniu wyprawy przeszkodziła nam 36-godzinna burza śnieżna. W namiocie było minus 17 stopni. W takich warunkach trzeba pokonać nie tylko zimno, ale też nudę. Na szczęście wzięłam książkę, którą rozerwałam i luźnymi kartkami podzieliłam się z pozostałymi uczestnikami – zbędny bagaż okazał się jak najbardziej przydatny. Potem była piękna pogoda i zdobyliśmy szczyt w słońcu na tle niebieskiego nieba. Ale do pracy nie zdążyłam. Z telefonu satelitarnego zadzwoniłam do kolegi, którego poprosiłam o przesłanie maila do pracy. Nie było żadnego problemu, szef pogratulował mi zdobycia szczytu.
- Był to szósty już szczyt w ramach projektu wspinaczkowego „Korona Ziemi”. Co to za projekt, jak się zaczął?
- Bardzo prywatnie i nieformalnie. Wspinaliśmy się ze znajomymi w Alpach i ktoś wspomniał o tym projekcie. Postanowiliśmy spróbować.
- Jak wypadła pierwsza próba, na którym szczycie?
- Kilimandżaro w Afryce. Wtedy zrozumiałam, co to znaczy prawdziwa wspinaczka. Jak ważna jest odporność organizmu i okres przygotowań, żeby potem nie było najmniejszej niespodzianki. Kilimandżaro ma prawie 6 tys. m.n.p.m, nie jest więc najwyższym szczytem, ale na tej wysokości ludzki organizm reaguje inaczej. Pojawiają się wyraźne objawy, że ktoś nie wytrzymuje tych warunków – np. puchnięcie rąk, zawroty głowy. Zdarzają się zawały serca, u młodych, zdawałoby się wysportowanych ludzi. W takich wypadkach należy wyprawę przerwać, zejść niżej. Często z powodu jednego uczestnika, który nie wytrzymał, schodzi cała grupa. I tu zaczyna się prawdziwa szkoła charakterów. Jest to dla każdego uczestnika najgorszy scenariusz, poczucie winy, że z jego powodu wspinaczka jest przerwana. Powodem może być słabe przygotowanie, a nie wrodzone cechy, chociaż to też się zdarza. Byłam na jednej wyprawie z człowiekiem, który dopiero w takich warunkach odkrył w sobie lęk wysokości. Ale nie poddał się, unikał spoglądania w dół, pokonał swoją słabość. W takich ekstremalnych warunkach wszystko praktycznie zależy od ciebie. Nie ma ułatwień cywilizacyjnych, wszechobecnych ubezpieczeń, które rekompensują każdy nasz fałszywy krok. Nie ma też specjalnych ulg dla kobiet, choć stanowią mniejszość. Rzadko się zdarza, że ktoś pomoże. Ten sam plecak (25 kg), a na Antarktydzie dodatkowo załadowane sanie. Dochodzą do tego niezręczne sytuacje typu namiot dzielony z obcym mężczyzną. Ale to są warunki minimum, i jeśli w to wchodzisz, musisz je zaakceptować.
- Jak w takim razie wygląda przygotowanie do wyprawy w warunkach miejskich?
- Przede wszystkim zdrowe życie, zero alkoholu i intensywny trening – siłownia i spacery z dużym obciążeniem. Przed wyprawą do pracy na Liverpool Street, z Rotherhithe, gdzie mieszkam, chodzę z plecakiem wypełnionym butelkami z wodą, waży 25 kg.
- I nikogo to nie dziwi?
- Trochę tak. Kiedy leciałam do Chile, skąd jest połączenie z Antarktydą, musiałam przynieść cały sprzęt do pracy, miałam samolot wieczorem. Moja podopieczna chciała podnieść plecak i rozpłakała się, był dla niej za ciężki.
- Współczuła Pani, czy może sobie?
- Chyba mnie, że tak bardzo się męczę. Ale to jest mój wybór. A kiedy już byłam na Białym Kontynencie, to wiedziałam, że ten trud się opłacił. Tam było pięknie, około sto osób na całym kontynencie, ślady pozostawione na śniegu sprawiały radość. Prawdziwa ucieczka od szalonego świata, od codzienności, i szansa, żeby się nad sobą zastanowić, szansa na chwilę refleksji.
- Przypuszczam, że taka ucieczka od cywilizacji też sporo kosztuje…
- To prawda, ale zwykle szuka się sponsorów. Dotychczasowe wyprawy nie kosztowały tak dużo. Udało mi się nawet przekazać z zebranych pieniędzy 20 tys. dolarów na rzecz UNICEF-u i domu dziecka w Polsce. To jest jeden z celów moich wypraw – pomagać dzieciom. Znacznie droższa będzie wspinaczka na Mount Everest, około 30 tys. dolarów. Już teraz zaczęliśmy szukać sponsorów, chociaż wyprawę planujemy w 2010 roku.
- Ponad 8 tys. m.n.p.m. Na szczycie świata. To musi dawać ogromną satysfakcję…
- Daje, ale jest to dopiero połowa sukcesu, chociaż ma jakby największe znaczenie. Trzeba jeszcze zejść, co jest o wiele trudniejsze, przede wszystkim z powodu zmęczenia organizmu, większej możliwości popełnienia błędów, bo nie ma już tej adrenaliny.
- A potem jest jeszcze zejście trudniejsze, powrót do codzienności, do pracy biurowej…
- W której można wykorzystać doświadczenie zdobyte w górach, gdzie nie obowiązuje taryfa ulgowa.
Rozmawiał Grzegorz Małkiewicz
February 13, 2009
Rowerowy jazz
February 12, 2009
Historia Jacka Lisieckiego to dowód na to, że pasje i marzenia, przy odrobinie wytrwałości, szczęścia i improwizacji mogą przekształcić się w sposób na życie. Wystarczy pokierować nimi tak, jak kierownicą roweru.Historia Jacka Lisieckiego to dowód na to, że pasje i marzenia, przy odrobinie wytrwałości, szczęścia i improwizacji mogą przekształcić się w sposób na życie. Wystarczy pokierować nimi tak, jak kierownicą roweru.
Do Londynu przyjechał dwa i pół roku temu, odwiedzić znajomych. Pod pachą nieodłączny rower. Wcześniej albo „wiódł wesołe życie towarzysko-studenckie” w Krakowie, albo, podczas wakacji, zwiedzał Nowy Jork i sąsiednie stany. Na Wyspach postanowił jednak zostać trochę dłużej, szczególnie że poznał tu samych miłych i ciekawych ludzi. Nie przeszkadzała mu nawet londyńska pogoda, która nie zawsze sprzyja rowerowym wyprawom.
Szczęście dopisało mu także w poszukiwaniach pracy. W firmie, w której się zatrudnił, jego zadaniem było jeżdżenie rowerem od ambasady do ambasady z różnego rodzaju przesyłkami. Dla rowerowego maniaka był to wymarzony sposób zarabiania na życie. Sielanka skończyła się, gdy skradziono mu rower.
- Był to dzień, którego nie zapomnę do końca życia – opowiada Jacek. – Zerowa pomoc policji, pierwsza wizyta w londyńskim metrze, potężny „kac” na drugi dzień i przede wszystkim pustka w pokoju, który nagle zrobił się dużo większy.
Od tego momentu pobyt w Londynie nabrał dla niego nowego sensu. Postanowił, że odzyska to, co zabrało mu to miasto i nie wróci do rodzinnego Krakowa bez nowego, „wypasionego” roweru. Zdobycie go (tymczasem zadowolił się czymś znacznie gorszym) oddalało się jednak z każdą wypłatą, która z miesiąca na miesiąc z nieznanych powodów była coraz mniejsza, a na grafiku pracy przydzielano mu coraz mniej godzin.
I wtedy znów szczęśliwy traf skierował go we właściwe miejsce. W okolicach Altgate złapał gumę i aby szybko naprawić usterkę, wszedł do pierwszego sklepu rowerowego, który znalazł się w zasięgu jego wzroku. A tam akurat potrzebowali pracownika do pomocy w prowadzeniu zakładu.
- W ten sposób, po zaprezentowaniu swojej osoby i przede wszystkim mojej choroby, zwanej kompletnym zboczeniem rowerowym, dostałem pracę w S&S Cycle – wspomina Jacek.
Wtedy w jego głowie po raz pierwszy pojawił się pomysł otwarcia własnego biznesu. Na początku wydawało się to bardzo odległe i wymagające ogromnego zachodu. Jednak siedzenie kilkunastu godzin na dobę w sklepie rowerowym nie dawało Jackowi spełnienia. Miał jednak trochę czasu na myślenie i w ten sposób pomysł przerodził się w poważniejsze planowanie, gromadzenie oszczędności i niezbędnych narzędzi. Trwało to osiemnaście miesięcy. Po tym czasie coś ruszyło. Jacek wraz ze znajomym wynajął pomieszczenie w Islington, które własnymi siłami zaczęli remontować.
- Cieżkie to były czasy, niezmiennie od dziewiątej do osiemnastej w sklepie, a od dziewiętnastej do pierwszej w nocy u siebie w Jazz Cycles – wspomina Jacek.
Był jednak tak zdeterminowany, że nie przeszkodziły mu nawet cieknący dach i kilkakrotne włamania do budynku. Świeżo upieczeni właściciele warsztatu wyciągali z tego wnioski i starali się nie powtarzać wcześniejszych błędów. Na szczęście nie musieli zmagać się z papierkową robotą i wystawać w urzędach, oczekując na zgodę na prowadzenie własnej działalności. Brytyjski system jest przyjazny ludziom mającym własną inwencję i marzącym o byciu własnym szefem. I tak,od września ubiegłego roku ich warsztat, Jazz Cycle, działa pełną parą.
- Nazwa wzięła się od tego, że na początku była to wielka improwizacja – tłumaczy Jacek. Improwizacja, ale z konkretnymi pomysłami dotyczącymi sposobu działania warsztatu i usług, jakie ma świadczyć. Wykonujemy wszelkie naprawy dla praktycznie każdego modelu roweru, od miejskich holendrów po sprzęt downhillowy. Nie chcemy skupiać się na sprzedaży nowych części, bo to w Londynie robią wszyscy, a dużo rzeczy można po prostu naprawić, zamiast wyrzucać do śmieci.
Warsztat otwarty jest codziennie do późnego wieczora (w dni powszednie i soboty nawet do 22.00), aby ci, którzy długo pracują, mieli możliwość naprawienia swoich dwóch kółek sprawnie i szybko. Szczególnie że w serwisie Jacka większość napraw wykonywanych jest na miejscu. Tylko te bardziej skomplikowane zajmują chłopakom do dwudziestu czterech godzin.
Ich kolejnym powodem do dumy jest aktywna od kilkunastu dni strona internetowa warsztatu. Dowodzi ona, że głównym celem Jacka jest rozwój, a nie osiadanie na laurach. Te cechy, w połączeniu z ogromną pasją i zaangażowaniem założycieli, wyróżniają Jazz Cycle nie tylko spośród polskich przedsiębiorstw w Londynie, ale także z grona podobnych warsztatów, prowadzonych przez Brytyjczyków. A nabyte umiejętności być może kiedyś pomogą Jackowi zbudować własny „wypasiony rower”, którym poruszać się będzie po krakowskich uliczkach.
Magdalena Kubiak









gotowe projekty domów
Przykro mi jest czytać w jaki sposób wyidealizowany i głupi a jednocześnie bezczelny pani Joanna Bąk odpisuje na list do redakcji. Pani Joanno nie można oceniać powierzchownie. Czytałam już pani artykuł naiwny o medycynie niekonwencjonalnej a w tym też obiektywizmu za grosz. MNIEJ SŁÓW WIĘCEJ TREŚCI.
Pani Joanno Bąk – “NIEMY KRZYK” TO CHYBA JUŻ PRZESADA!!!!!!!!!
Totalny brak obiektywizmu, w artykule jest tylko wynikiem braku umiejetnosci piszacej p. Bak,. Znam sytuacje opisywana w szkole z dwoch stron, bedac rodzicem mialam okazje wysluchac z jakimi problemami napotkaly sie niektore osoby wspolpracujace z p. kierownik. Niestety w artykule brak choc jednego zdania ,ktore uslyszalam od nich. “Niemy krzyk” tych ludzi to wlasnie to czego brakuje w propagandzie p. Bak
Witam Pani Joanno.Bralam udzial w zebraniu w PSS na Streatham przed Bozym Narodzeniem i mialam okazje sie przekonac jak Pani Kierownik tej szkoly “miota sie w zeznaniach”.Moim zdaniem (i tych okolo 50 rodzicow) Pani Kierownik nie jest wiarygodna osoba.To miala byc szkola nowoczesna a nie jak za dziada pradziada
Rodzice i dzieci nie sa dobrze traktowani przez p.Kierownik wiec juz polowa z Nich odeszla.Ja i Moi znajomi po Pani artykule tez odeszlismy ale jeszcze “walczymy” o oddanie Nam pieniedzy czyli nadplate.Niestety nie mielismy zadnej umowy tylko swistek papieru i nie nie chca Nam ich oddac,bo skarbnik twierdzi,ze p.Kierownik taj zazadzila,bo nie ma pieniedzy na czynsz.
A co do ludzi z bylej Rady rodzicow to mysle,ze powinna sie Pani z Nimi skontaktowac i dowiedziec czemu odeszli.Mysle,ze to jest dopiero ciekawy temat na artykul.Czasem ludzie nie sa takimi jakimi Ich widzimy.Pozdrawiam.
Witam Serdecznie.
Chcialem zaznaczyc,ze to nie byla pierwsza Moja rozmow z ta osoba,bylo ich kilka i kazda wygladala podobnie.
Jestem Ojcem dziecka,ktore JESZCZE uczeszcza do tej szkoly.Piszac JESZCZE mam na mysli to,ze ciagle z zona sie zastanawiamy czy Nasza pociech ma tam ciagle uczeszczac.Wazne jest dla Nas aby Nasze dziecko umialo pisac i czytac po polsku i tez znalo choc troche Jej historie (urodzilo sie w Ang.) ale nie jestem pewien czy powinno chodzic do szkoly gdzie Glowa tejze szkoly traktuje ludzi jak zlo konieczne.Czlowiek z takimi manierami i charakterem nie powinien miec doczynienia z dziecmi.Ta Pani daje tym mlodym ludziom zly przyklad.Moja corka byla swiadkiem rozmowy Moje z Pania Ewa.temat dotyczyl przechodzenia dzieci z klasy do klasy.Uwazam i nie tylko Ja ,ze to zly pomysl ,bo dzicei sie ciagle gubily.Nauczyciel powinien isc do danej klasy na lekcje.Wiec Pani dyrektor powiedziala Mi krotko,ze niech organizacje szkoly zostawie komus madrzejszemu.Przez kulture osobista i szacunek do starszych osob nie skomentowalem tego ale Pani Kierownik dala Mi jasno do zrozumienia kto tu jest madrzejszy
Ja rowniez bylem na zebraniu przed Swietami Bozego Narodzenia.Sam na nie nalegalem.Zgadzam sie z p.Marta w zupelnosci.
Pani Joanno…czy ma Pani dzieci ? My chcemy dobrej szkoly dla Naszych dzieci i wykfalifikowanego kierownika z wysoka kultura osobista…Znam taka osobe,ktora spelnia te wszystkie warunki i chetnie bym ta osobe widzial na tym stanowisku w Polskiej Sobotniej Szkole na Streatham.
Pozdrawiam.Krzysztof
Przykre jest to Pani Bak, ze my rodzice nie widzielismy Pani nigdy wczesniej, a Pani smie pisac, ze interesowala sie ta szkola od poczatku jej powstania. To smieszne, prosze mi powiedziec, kogo Pani zna z tych osob, ktore zakladaly ta szkole, bo te osoby na pewno Pani nie znaja. Jak mozna pisac art. ktory jest relacja jednej osoby, w dodatku kobiety, ktora co drugie zdanie klamie, po to by bronic siebie. Niedopuszczalne jest tez to, ze ta manipulacja rodzicami tych dzieci, ktore jeszczeuczeszczaja do tej szkoly trwa i nikt nie chce nic zrobic. A przeciez sobotnie szkoly to nie przechowalnie.
Jestem pedagogiem, z doswiadczeniem w Polsce i Anglii. Rozmawialam kiedys z Pania Kierownik tej szkoly, jeszcze przed jej utworzeniem. Tak, chcialam w niej pracowac ze wzgledu na lokalizacje, bliska memu miejscu zamieszkania, ale po paru rozmowach z ta kobieta, po prostu stwierdzilam, ze to nie ma sensu. Pani Kierownik, zdaje sie, ze sama sie tak oglosila mimo tego, ze to troje rodzicow doprowadzilo do otwarcia tej szkoly, a nie ona. Tych troje rodzicow sami swietnie poprowadziliby ta szkole, ale nie mieli oni wiekszosci poparcia ze strony reszty rodzicow, poniewaz Ta kobieta (czyt. P.Kierownik) omamila wszystkich stekami bzdur, a jak to bedzie pieknie i ladnie, po prostu kazdemu mowila to co dana osoba chciala uslyszec. Powiem tylko, drodzy pozostali rodzice, wiedzcie, ze to wlasnie Wy mozecie pozbawic ja funkcji kierownika szkoly, musicie zlozyc petycje do Polskiej Macierzy Szkolnej (poniewaz szkoly sobotnie kozystaja z numeru charity PMS) jak i mozecie zlozyc skarge do charity commissioners. Zycze wszystkim wytrwalosci i powodzenia na drodze do zdrowej szkoly naszych dzieci.
Kierowniczka polskiej szkoly na Streatham nie jest klasycznym typem spolecznicy. Kto mial okazje z nia rozmawiac, mogl sie o tym przekonac. Wykazuje sie niechecia do komunikowania z ludzmi, nawyrazniej nie umie z nimi rozmawiac. Ale jesli juz musi, to predzej czy pozniej rozmowa zahacza o finanse. Czy ktokolwiek, kiedykolwiek slyszal od p.kierowniczki pytanie typu : a jaka jest pani/pana opinia na temat naszej szkoly? Czy chcialby pan/pani cos zmienic w jej organizacji? Czy uwaza pan/pani ze mozna cos ulepszyc? itp. Ja juz przestalam zaprowadzac moje dziecko do tej szkoly. Nie wyczuwalam tam przyjaznej atmosfery, za to widzialam chaos. Szkoda, ze cos na co czekalismy z taka niecierpliwoscia okazalo sie totalnym niewypalem. A jaki wstyd przed Brytyjczykami?