Nie spieszcie się…
January 19, 2009 · Drukuj
Na małym stoliku „Pismo Święte” i „Monastyczna liturgia godzin”. Obok półgłucha komórka i mój stary laptop. Za oknem gęstnieje mrok i wąski księżyc zaczyna wędrować za murem. A Tyniec czuwa. Stuka odgłosem stóp w klasztornych korytarzach. Pali światła w okienkach cel.
Przez biały, lekkoo pokryty śniegiem dziedziniec przechodzą co chwilę postacie ciągnące walizki na kółkach. Przystają. Rozglądają się niepewnie w przestrzeni między kościołem a murami klasztoru. Kiedy znajdują już właściwe drzwi, krążą po korytarzach, z lekką obawą przyglądając się zakonnikom, którzy z szelestem habitów przemykają od recepcji do furty klasztoru.
Zaczyna się właśnie tyniecki „Antysylwester”. Benedyktyńska gościna dla zmęczonych przyjęciami, wizytami i spragnionych spokoju. Na przełomie dwóch lat kalendarzowych w klasztorze zderzyły się dwa odległe światy i dwa odległe czasy.
Przystań, pomyśl…
Przybysze z zewnątrz uczą się słów: Kompleta i Lectio divina. Jedzą o stałych porach, tak jak zakonnicy (długo będą nazywać poczciwy „refektarz” – „reflektarzem”). A sami mnisi?
- Dla mnie głównym czasem jest czas liturgii – mówi o. Szczepan, prefekt Domu Gości. – Bo my w zakonie staramy się jak najlepiej zanurzać w nurcie czasu świętego. I właśnie liturgia nam daje tę możliwość.
Ale nurty czasu klasztornego też są różne. I teraz ojcowie oprowadzają wycieczki. Doglądają pracy recepcji. Pilnują, by jedzenie dotarło do gościnnego refektarza. Suną przez korytarze, a tam zakapturzoną postać chętnie zatrzymują i otaczają wianuszkiem postacie w ciemnych garniturach i niebieskich dżinsach.
- My właściwie jesteśmy jedną nogą tu, drugą tu – uśmiecha się o. Szczepan – bo jest przecież możliwość połączenia tych dwóch wymiarów. Ludzie, którzy do nas przychodzą z zewnątrz, stawiają nas wobec czasu… – zastanawia się chwilę, szuka w myśli – czasu kalendarzowego? Nie wiem, jak go nazwać… – uśmiecha się, zakłopotany.
Ale w tym starciu czas świecki przegrywa z czasem liturgii. Gość, który wchodzi do malutkiego pokoju, znajdzie klasztorny informator z rozkładem dnia: „Pobudka zakonników – 5.30. Jutrznia – 6.30… 19.00 – nieszpory”. Można skorzystać. Nie ma przymusu, ale jest możliwość.
- Chcemy, żeby ludzie mogli przystanąć, pomyśleć. Zobaczyć, że rok mija. Mają możliwość adoracji, spowiedzi – wylicza o. Szczepan. Przybysz jest wciągany w ten klasztorny czas.
- Bo nawet jeśli ktoś zamyka się w swoim pokoju, to obejmuje go przecież modlitwa. On też wchodzi w ten obieg – podsumowuje o. Szczepan.
I widać, że to się dzieje
Samochody na krakowskich, warszawskich, śląskich rejestracjach stoją spokojnie pod ścianą klasztoru. Przysypuje je śnieg. Właściciele wysuwają nos na zewnątrz tylko po to, by przejść do kościoła lub nad Wisłę. Artur, dziennikarz z Warszawy, chwali się, że przez cały czas, choć ma internet w pokoju, nie zagląda do komputera. Krzysiek, informatyk z Łodzi mówi: – Przez całe święta nie włączyłem komputera. Tutaj czytam książki.
Ja sama wyciągam z ogólnodostępnej biblioteczki pisma św. Teresy z Avila. Czuję jeszcze wewnętrzne napięcie, że powinnam skończyć to i to. Brać ze sobą komórkę, gdy idę na obiad. Sprawdzić pociągi powrotne, choć to jeszcze trzy dni. I tak dalej.
Niedługo o. proboszcz podsumuje to w kazaniu skierowanym specjalnie do sylwestrowych gości: „Świat każe się ciągle spieszyć. Spiesz się, gdy rozmawiasz. Spiesz się, gdy jesz. A ja wam mówię, nie spieszcie się…”.
W Nowy Rok bez sentymentu
Moje okno wychodzi dokładnie na dziedziniec i schody kościoła. Punkt centralny opactwa w sensie przestrzennym i czasowym. Wczoraj przechodził tędy orszak ślubny. Robili fotografie. Ksiądz szedł z komunią do chorych (czarna postać w pelerynie sunęła potem dostojnie przez wiślane wały). Teraz pod furtą stoją ministranci, mający iść z wizytą kolędową. A pod kościołem zaparkował karawan i czeka na zakończenie nabożeństwa.
Jeden dziedziniec, a przecinają go szlaki tylu ludzkich dróg. I to tak różnych… Goście sylwestrowi, którzy akurat robią zdjęcia ponad murem, aż przystają. Dopiero tutaj widzą bieg czasu w jego drobnych szczegółach. W raczkującej dopiero miłości dwojga ludzi, chorobie, a w końcu w śmierci. Mimo woli uczestniczą w odnawianiu się czasu świętego. Zgodnie z intencją zakonników, którzy goszczą ich w swoim opactwie.
- Dla ludzi koniec roku to jest często nostalgia – mówi o. Szczepan. – Ale to nie jest dobre - zastanawia się chwilę. – Bo taka postawa nie jest impulsem ku temu, co będzie. Trudno ją spożytkować twórczo. Poza tym, proszę sobie to wyobrazić - tłumaczy – że kiedy idę i oglądam się w tył, to nie widzę tego, co przede mną. I potykam się. A tu chodzi o to, co mówi święty Paweł: „Nie patrzę na to, co za mną, ale wytężam siły ku temu, co przede mną”. Owszem, przeszłość jest ważna. Bo ważne jest dziękczynienie składane Bogu za cały zeszły rok. Ale chodzi o to, by patrzeć w przyszłość. A przyszłość – to zawierzenie. To nadzieja… – podsumowuje.
Czasu zmartwychwstanie
Po drugiej stronie drogi, u stóp klasztornego wzgórza jest cmentarz. Nad bramą duży napis: „Wierzę w ciała zmartwychwstanie”.
Podchodzę do równego rzędu jednakowych krzyży benedyktyńskich. – Niemożliwe… Nie wiedziałam, że on umarł! - dziwię się. Aż zaszeleściłam kurtką. Ile ja ślęczałam nad jego tekstami pisząc magisterkę i doktorat. Wydawało mi się, że tacy ludzie są wieczni! A on od czterech lat pod kamiennym krzyżem. „Czas człowieka jako tło historii świętej zmierza stale na przód ku ujawniającej się stale nieśmiertelności, która będzie udziałem w wieczności samego Boga…” – pisał osiem lat temu o. Augustyn Jankowski. Pamiętam dobrze, mam przed oczami spokojne słowa o czasie w ręku Boga. Ten jego grób, którego kształt ginie w grudniowej szarówce, jest dla mnie inny niż pozostałe. Tak, jakby o. Augustyn faktycznie czekał. Patrzę na ten grób i wierzę… .„Wierzę w czasu zmartwychwstanie”.
Cicho zamykam za sobą żelazną bramę.
Aleksandra Solarewicz






Komentarze
Got something to say?