Polska Feiruzade
January 27, 2009
Występując przed publicznością arabską, prezentuje im również polskie utwory. – Pokazuję im, że możemy się nawzajem dobrze rozumieć, a nawet podziwiać, tylko musimy się najpierw poznać – mówi Aneta Barcik.
Początki jej nietypowych zainteresowań sięgają jeszcze szkoły podstawowej. – Pamiętam dokładnie, że w piątej klasie na lekcji historii przerabialiśmy starożytność i zaczęliśmy od Egiptu. Do dziś mam jeszcze gdzieś zeszyt z tych lekcji z moimi rysunkami map, piramid i sfinksa.
Wtedy była to pierwsza młodzieńcza fascynacja. Na jej dalszy rozwój wpływ miało później samo życie. W wieku dwunastu lat przeprowadziła się z mamą do Hamburga, gdzie po raz pierwszy zetknęła się z przenikaniem i współistnieniem różnych kultur.
- Niemcy byli dla mnie obcy i zimni, dlatego lepiej czułam się wśród obcokrajowców. Najpierw w polskich kręgach, a gdy dorosłam, świadomie szukałam kontaktu z innymi kulturami. Wtedy zaprzyjaźniłam się z kilkoma Egipcjanami, którzy zapoznali mnie z oryginalną muzykąarabską, sprowadzaną prosto z Egiptu. Zachwyt nad nowo poznanymi dźwiękami przerodził się w pasję, a nawet sposób na życie.
Aby nauczyć się języka, przez rok studiowała islamologię na Uniwersytecie Hamburskim. Dziś muzyka arabska jest stałym i znaczącym punktem w repertuarze Anety Barcik.
Od urodzenia wychowywała się w świecie dźwięków, można nawet powiedzieć, że zainteresowanie muzyką wyssała z mlekiem matki – piosenkarki wykonującej utwory popowe i musicalowe. Jej ojciec jest jazzowym gitarzystą i kompozytorem. Pierwsze trzy lata życia spędziła w Domu Aktora i teatrze w Chorzowie, gdzie wśród jej najbliższego otoczenia byli nie rówieśnicy, a współpracownicy jej mamy. – Na zdjęciach z moich trzecich urodzin widać uśmiechniętą mnie i samych dorosłych: tancerzy, aktorów, piosenkarzy. Ja miałam trzy latka, oni dwadzieścia parę i świetni sięe dogadywawliśmy – mówi Aneta. – Natomiast w przedszkolu nikt nie chciał się ze mną bawić, ja też nie wiedziałam, co robić z rówieśnikami, którzy jedzą palcami i krzyczą, kiedy ja już dawno posługiwałam się nożem i widelcem oraz elegancko siedziałam przy stole. Zamiast budować babki w piaskownicy, Aneta chodziła na próby przedstawień teatralnych. A w wieku czternastu lat napisała pierwszą piosenkę.
Najwięcej muzycznych sukcesów przyniosło jej wykonywanie jazzu. Zdobyła między innymi nagrodę na festiwalu Jugend Jazzt, najważniejszego młodzieżowego konkursu w Niemczech. Przez pięć lat była solistką w big-bandzie Jazzessence, następnie została zaproszona do BuJazzO, najbardziej uznanego big-bandu młodzieżowego na terenie Niemiec. Jego dyrygentem był światowej sławy mistrz Peter Herbolzheimer.
W głowie Anety był jednak nie tylko jazz, dlatego wielokrotnie brała udział w festiwalach muzyki arabskiej oraz koncertowała w ambasadach. Wydarzenia te miały dla niej szczególne znaczenie, gdyż mogła wtedy obserwować jak reagują na jej twórczość rodowici Arabowie. – Oni traktują mnie jak gwiazdę. Po każdym występie robią sobie ze mną zdjęcia, składają niekończące się wyrazy uznania i zachwytu. Pamiętam, że gdy zaczęłam występować z repertuarem arabskim, umiałam śpiewać tylko trzy piosenki. Na koncercie w konsulacie egipskim w Hamburgu wykonałam to, co umiałam, a publiczność zaczęła domagać się bisów. Musiałam powiedzieć im, że nie znam innych utworów, ale ku mojemu zaskoczeniu oni dalej nalegali na powtórkę tego, co już usłyszeli – wspomina Aneta. Po innym koncercie, w Pałacu Wilanowskim w Warszawie, widzowie nazwali ją polską Feiruz, nawiązując do nazwiska legendy muzyki libańskiej i zarazem jednej z ulubionych wokalistek Anety.
Zapytana o to, co najbardziej zafascynowało ją w kulturze i muzyce arabskiej, Aneta nie potrafi jednoznacznie odpowiedzieć. Gdy zaczęła przyjaźnić się z Egipcjanami, urzekła ją ich odmienna mentalność i styl życia pełen mistycyzmu. Podobne wartości odnalazła w ich muzyce. – Jest ona pełna płaczu i radości jednocześnie. Arabowie nazywają to tarab – najwyższy stopień sztuki, który wręcz oszałamia – tłumaczy Aneta. – Rytmy, melodie, wszystko jest inne niż u nas. Jedyne co jest podobne, to poezja. Tak jak my mamy poezję śpiewaną, tak Arabowie również mają przepiękne teksty.
Będąc Polką wykonującą repertuar arabski Aneta Barcik nie tylko rozwija swoje zainteresowania, ale stara się zbliżyć do siebie obie kultury. Występując przed publicznością arabską, prezentuje im również polskie utwory. – To są niesamowite momenty, bardzo piękne i drogocenne – mówi.
- Pokazuję im, że możemy się nawzajem dobrze rozumieć, a nawet podziwiać, tylko musimy się najpierw poznać.
W walentynkowy wieczór Aneta Barcik wystąpi na żywo w Londynie, w Muna’s Restaurant. Na lutni akompaniować jej będzie pochodzący z Libanu Abdul Salam Kheir, artysta znany między innymi z nagrania płyty z zespołem Led Zeppelin.
Magdalena Kubiak
Krotochwile w krachu
January 27, 2009
Dobrego felietonistę podobno poznać po tym, jak zaczyna. A nie jak kończy. Bo bez dobrego początku czytelnik może końca nie doczytać. Więc zacznę od maksymy na bieżący rok: wielka polityka zawsze dopadnie człowieka. Należy zatem się starać, żeby go nie dopadła bez gaci. Bo nikt nie lubi być goły, jak święty turecki. Ta maksyma powstała w gołych czasach PRL-u i jak głosi legenda, stała się zaczątkiem fortuny emigranta. [Czytaj dalej]
Komentarz Andrzeja Krauzego
January 27, 2009
Pod dyktando Austriaków
January 27, 2009
Aż siedmiu polskich skoczków punktowało w pierwszym dniu zakopiańskiego Pucharu Świata. W sobotę było już nieco gorzej. Oba konkursy zdominowali reprezentanci Austrii.
Piątkowa rywalizacja była niezwykle udana dla polskiego teamu. Tylu zawodników do czołowej trzydziestki nie zakwalifikowało się jeszcze chyba nigdy w historii konkursów. Zaskoczył nie tylko Małysz, który zajmując ósmą lokatę, po raz pierwszy w tym sezonie zameldował się w pierwszej dziesiątce. Dobre jedenaste miejsce zaliczył Kamil Stoch, udanie zaprezentował się również Rafał Śliż, który był trzynasty. „Pierwsze skrzypce” odgrywali jednak dwaj Austriacy: Wolfgang Loitzl oraz Gregor Schelierenzauer, którzy w końcowym rozrachunku pokonali Niemca, Martina Schmitta.
W sobotę biało-czerwoni spisali się już nieco gorzej. Adam Małysz zajął dopiero dwunaste miejsce, a tak odległą lokatę zawdzięcza pierwszemu skokowi, który był bardzo słaby. Małysz wylądował dopiero na 117 metrze, co dało mu odległe szesnaste miejsce. W drugiej serii było już nieco lepiej (126 metry), ale taki rezultat dał tylko awans o cztery lokaty, bo rywale osiągali odległości dużo większe. W pierwszej trzydziestce zameldowało się oprócz Małysza jeszcze tylko trzech zawodników naszej kadry. Kamil Stoch był czternasty, Łukasz Rutkowski dwudziesty czwarty, a Stefan Hula dwudziesty dziewiąty. Górowali ponownie Austriacy, którzy tym razem zamiast Niemca na podium „wpuścili” reprezentanta Szwajcarii, Simona Ammana.
CO DALEJ Z MAŁYSZEM?
Co się stanie po piątkowo-sobotniej rywalizacji w Zakopanem z aktualnym mistrzem świata? Jeszcze nie tak dawno podczas Turnieju Czterech Skoczni utytułowany wychowanek Klubu Sportowego Wisła Ustronianka poważnie zastanawiał się nad zakończeniem kariery. Po obiecującym starcie z Zakopanem wiara jednak powróciła. Teraz jego głównym celem są tegoroczne mistrzostwa świata w Libercu, a za rok Igrzyska Olimpijskie w Vancouver, w których chce sięgnąć po medal z najcenniejszego kruszcu. W osiągnięciu założonych celów Małyszowi ma pomóc fiński trener Hannu Lepisto, pod którego wodzą nasz skoczek zdobył w 2007 roku mistrzostwo świata oraz zwyciężył w klasyfikacji Pucharu Świata. Fin do marca tego roku był trenerem naszej narodowej kadry, ale Polski Związek Narciarski nie przedłużył z nim kontraktu. Pierwszy turniej pod wodzą nowego konsultanta Adam Małysz zaliczy już 7 i 8 lutego w Willingen.
Wyniki pierwszego dnia turnieju:
1. Wolfgang Loitzl (Austria), 2. Gregor Schelierenzauer (Austria), 3. Martin Schmitt (Niemcy), 4. Roman Koudelka (Czechy), 5. Simon Ammann (Szwajcaria), 6. Jakub Janda (Czechy), 7. Dmitrij Wasiliew (Rosja), 8. Adam Małysz (Polska), 9. Markus Eggenhofer (Austria), 10. Andreas Kuettel (Szwajcaria), 11. Kamil Stoch (Polska), 13. Rafał Śliż (Polska), 18. Stefan Hula (Polska), 22. Krzysztof Miętus (Polska), 29. Piotr Żyła (Polska), 30. Marcin Bachleda (Polska), 39. Łukasz Rutkowski (Polska), 45. Maciej Kot (Polska), 49. Dawid Kubacki (Polska).
Wyniki drugiego dnia turnieju:
1. Gregor Schelierenzauer (Austria), 2. Wolfgang Loitzl (Austria), 3. Simon Amman (Szwajcaria), 4. Dmitrij Wasiliew (Rosja), 5. Martin Schmitt (Niemcy), 6. Michael Uhrmann (Niemcy), 7. Roman Koudelka (Czechy), 8. Anders Bardal (Norwegia), 9. Andreas Kuettel (Szwajcaria), 10. Markus Eggenhofer (Austria), 12 . Adam Małysz (Polska), 14. Kamil Stoch (Polska), 24. Łukasz Rutkowski (Polska), 29. Piotr Żyła (Polska), 33. Rafał Śliż (Polska), 29. Stefan Hula (Polska), 47. Maciej Kot (Polska).
Klasyfikacja Pucharu Świata po turniejach w Zakopanem:
1. Simon Ammann (Szwajcaria) 1122 pkt, 2. Gregor Schlierenzauer (Austria) 1120 pkt, 3. Wolfgang Loitzl (Austria) 981 pkt, 4. Martin Schmitt (Niemcy) 532 pkt, 5. Thomas Morgenstern (Austria) 443 pkt, 6. Harri Olli (Finlandia) 438 pkt, 7. Ville Larinto (Finlandia) 417 pkt, 8. Dmitrij Wasiliew (Rosja) 389 pkt, 9. Martin Koch (Austria) 382 pkt, 10. Anders Jacobsen (Norwegia) 364 pkt, 25. Adam Małysz (Polska) 125 pkt, 36. Kamil Stoch (Polska) 49 pkt, 47. Rafał Śliż (Polska) 20 pkt, 53. Stefan Hula (Polska) 13 pkt, 54. Łukasz Rutkowski (Polska) 11 pkt, 61. Krzysztof Miętus (Polska) 9 pkt, 66. Piotr Żyła (Polska) 4 pkt, 68. Marcin Bachleda (Polska) 3 pkt.
Daniel Kowalski
Zakopane
Nowy Czas w PDF 2(118)
January 27, 2009
Ile razy jeszcze to usłyszę…
January 27, 2009
Kiedy w 2005 roku kupiłem swój piewszy angielski samochód, od tej pory kilka razy w roku przyjaciele proszą mnie o podrzucenie lub odebranie z lotniska. Woziłem ich już do Stansted, Luton, Gatwick, czasem Heathrow. Woziłem na LOT, British Airways, Wizz Air, SkyEurope, easyJet, nawet Centralwings, o którym niedługo nikt nie będzie pamiętał. Woziłem też na Ryanair i za każdym razem było to przeżycie nie do zapomnienia. Nabrałem przekonania, że naprawdę tani to może być bar dworcowy, osiedlowy sklepik czy szalet publiczny, ale na pewno nie linie lotnicze.
Lipiec 2006
Wstałem o trzeciej nad ranem, by podwieźć Kamila i Filipa na lotnisko Stansted, lot Ryanair do Krakowa. Ruchu o tej porze właściwie nie ma, więc dotarliśmy na miejsce szybko i sprawnie. Obaj przyjechali do Londynu autokarem. Ten lot samolotem miał być dla nich pierwszym w życiu. Wiedziałem, że nie mają pojęcia, jak poruszać się po lotnisku, więc odprowadziłem ich do hali odpraw i wskazałem kolejkę do punktu, gdzie mają zdać bagaże. Potem pokazałem wyjście z napisem: Departures, uściskałem ich i pojechałem na kawę na pobliską stację benzynową. Dwadzieścia minut potem gnałem już M11 w stronę London Orbitial. W połowie drogi zadzwonił telefon.
- Nie polecieliśmy?
- Jak to!?
- Kolejka była za długa.
- Jak to za długa!? Co ty bredzisz?
Samolot poleciał bez nich. Kolejka do bramki Ryanair obejmowała pasażerów kilkunastu lotów i obowiązywała zasada – kto pierwszy, ten lepszy. Nikt o niczym nie informował. Jedynie na tablicy napisano, że na lot taki a taki bramkę zamyka się o tej i o tej. Żadnego wywoływania, ostrzeżenia, nic. Dopchasz się, lecisz, nie dasz rady, rób co chcesz. Zawróciłem i zarezerwowałem chłopakom lot o godz. 16:00, za dopłatą 40 funtów od osoby.
Listopad 2008
Znów gimnastyka przedporanna. Musiałem zawieźć kumpla do Luton, bo w Polsce czekała go rozprawa o umożenie odsetek od kredytu mieszkaniowego, by mógł powrócić do zaniechanej spłaty rat. W kraju nie dawał rady. Po roku pracy w Londynie okazało się, że może odzyskać straconą już niemal nieruchomość. Na szczęście dał sobie dzień na dojazd do domu i przygotowanie do rozprawy, bo gdyby założył, że Ryanair dowiezie go do Poznania tego samego dnia, sąd mógłby być dużo mniej przychylny.
Podrzuciłem kumpla na terminal na dwie godziny przed odlotem. Zdążyliśmy wypalić po papierosie, zanim parkingowy ruszył, by mnie przegonić. Waldek latał już wielokrotnie, więc nie musiałem martwić się, że coś pójdzie nie tak. Wsiadłem do auta i pojechałem z powrotem do Londynu. Zaparkowałem pod domem i wskoczyłem do łóżka, by urwać jeszcze choć godzinę snu… Po kwadransie telefon.
- Jacek. Nie poleciałem.
- Jezu, co znowu?
- Nie wzięli mnie.
Odprawił bagaż. Przeszedł kontolę paszportową. Wszystko zrobił jak trzeba. Na chwilę zatrzymała go kontrola osobista zaordynowana przez krzepkich strażników lotniska. Gdy z niej wyszedł, okazało się, że Ryanair na niego nie czekał. Bilety rozdano, pasażerów przeprowadzono do samolotu, bagaże były w drodze. Nikogo nie obeszło to, że jeden z podróżnych odprawił walizkę i gdzieś się zabłąkał. Waldek próbował kogoś odnaleźć, zapytać, złożyć skargę. Wszędzie było pusto, a jego bagaż, jak w surrealistycznym filmie, nadjechał wkrótce na wózku prowadzonym przez znudzonego Jamajczyka.
Waldek pobiegł do stanowiska Ryanair i zażądał wyjaśnień. Kiepsko opłacana pani z recepcji oświadczyła, że reklamacje można składać w siedzibie firmy, czyli w Dublinie, a jeśli mu się spieszy, to jest lot następnego dnia o tej samej porze za jedyne 250 funtów. Zbladł, zwiotczał, kupił. A ja jechałem po niego znowu i następnego dnia znowu go odwoziłem.
Czy to jest recepta Mr O’Leary na przyspieszenie gospodarki? On sprzedaje bilety, ludzie płacą, samoloty startują albo nie, pasażerowie dostają się na pokład albo nie, jego firma spala paliwo albo nie, za pracę personelu płaci się albo nie. I tak dalej. Pasażerowie za to mają możliwość jeżdżenia na lotnisko tam i z powrotem, płacąc za bilet u jakiegoś przewoźnika albo za paliwo do samochodów swoich znajomych. Koniunktura nakręca się niczym dziecięcy bączek. Pytanie brzmi, czy jak on, kiedyś stanie?
Styczeń 2009
Szczecin-Goleniów. Brzmi tak samo śmiesznie, jak Londyn-Luton, Londyn-Stansted. Niby Szczecin, a jednak 100 kilometrów dalej. Goleniów stanowi spore ułatwienie dla pasażerów z województwa zachodniopomorskiego, choć korzystają z niego również ludzie z okolic Piły, Bydgoszczy i innych miast północnej Polski.
Jadę po Piotra i Lillę do Luton. Mijam Cranford, wyjeżdżam na A312 i kieruję się w stronę M25. Oczywiście dzwoni telefon.
- Nie jedź jeszcze.
- Czemu?
- Nie wiem. Samolot stoi. Nie wpuszczają nas. Czekamy. Dam znać.
Zjeżdżam w zatoczkę obok vana z kiełbaskami i burgerami. Gryzę paznokcie. Znowu Ryanair, tylko w odwrotną stronę. Co stało się tym razem? Zapalam papierosa. Palę. Jednego, drugiego. Znów telefon.
- Ptak wpadł do silnika, mówi mi pani. Dziś lotu nie będzie.
- Dobra, o której jutro?
- Następny lot jest w sobotę.
- Co??? Przecież jest wtorek!
- O 11.00 lądujemy na Luton. I tak mamy szczęście. Awanturowałem się, więc dali nam bilety na sobotę. Reszta leci we wtorek. Ten dzisiejszy samolot po naprawie leci do Berlina na przegląd, a potem do Londynu.
- Rób zadymę. Coś wam się chyba należy!
- Pani powiedziała, że pretensje to do Ryanair w Dublinie. Tu jest Goleniów i ona może tylko tyle. Jeśli chcemy wracać do Szczecina, podstawią autobus za odpłatnością… A tu przecież ludzie z różnych stron poprzyjeżdżali. Rodzina ich podrzuciła i teraz nie wiedzą co robić…
Rajanaijr stajl. Kupuj, masz kupić, proszę kup. Resztą będziemy martwić się później. Jeśli zdążysz, jeśli uda ci się nadać bagaż i przybiegniesz do stanowiska, odlecisz tam, gdzie chcesz. Jeśli nie, twoja wina. Jeśli my nawalimy, miejże człowieku cierpliwość, w końcu taniochą lecisz, no, co ty? Za rok możemy zlikwidować połączenie i będziesz sobie autokarem jeździł. A tak, za złotówkę polecisz…
Dopóki naiwni będą lecieć na lep tzw. tanich połączeń, dopóty O’Leary będzie traktował swój personel jako zło konieczne, samoloty jako limuzyny dla ubogich, a pasażerów jak bydło, które może zmieścić w dowolnych ilościach i przewieźć w dowolne miejsce na ubój. A gdy ciężarówka nawali, przepędzi się bydło do następnej. I wyprawi za tydzień.
Dziś rano znów przyszedł spam, że tysiące biletów po 5 złotych. A niechby były i za darmo. Nie wezmę, bo nie wiem, jaka egzotyczna przygoda spotka mnie na lotnisku lub w samolocie, czy wylecę we wtorek, czy też w sobotę lub następny wtorek. Może to linia dobra dla ludzi na luzie, skłonnych do zabaw ekstremalnych, ryzyka i bez zobowiązań, terminów itp. Ja dziękuję.
Rok 2007
Miesiąca nie pamiętam. Odwiozłem znajomego Jarka na Stansted. Pili we trójkę przez półtora roku. Oczywiście też pracowali. Ale on ciągle tęsknił za rodziną i Częstochową. Chciał wracać, choćby miał iść na piechotę. Nie mogłem mu odmówić. Zawiozłem go na lotnisko. Wyrzuciłem przed terminalem i pojechałem do domu. Godzinę później zadzwonił telefon.
- Nie ma dziś lotu do Katowic. Odwołany.
- Mam wracać?
- Powiedziałem ci: choćby na piechotę… Obiecali mi w zamian lot do Łodzi. I to bezpłatnie!
- Przecież jesteś z Częstochowy!
- Taka sama droga…
Poleciał do Łodzi i tyle go widziałem. Myślę, że gdyby polecili mu lot do Gdańska, też by poleciał. A do Częstochowy dojechałby autostopem. On i inni zwariowani ludzie mogą sobie pozwolić na ekstrawagancję. Większość z nas potrzebuje jednak solidności w dotrzymywaniu terminów, by dostać się na miejsce i na czas.
Ryanair. Linia wariatów. Frustratów. Ryzykantów. Desperatów. Panie O’Leary, gratuluję klienteli.
Klientelo, gratuluję Ryanaira.
Jacek Ozaist
Kryzys wkroczył do Polski
January 27, 2009
W brew zapwiedziom polskich władz, wbrew zapewnieniom specjalistów związanych z bankiem centralnym, Polsce nie udało się przejść obok światowego kryzysu gospodarczego obojętnie, a przynajmniej z zaledwie lekkimi obrażeniami.
O ile do końca grudnia wydawało się, że sytuacja znajduje się jeszcze pod jakąś kontrolą, o tyle po pierwszym stycznia można już chyba mówić o karuzeli zwolnień. Lista firm zamierzających niebawem przeprowadzić kadrowe redukcje powiększa się z dnia na dzień. A na niej – co najgorsze – znajdują się przedsiębiorstwa, których finanse nie budziły do tej pory żadnego niepokoju. Tym bardziej przerażające stają się zapowiedzi o zwolnieniach takich gigantów jak Telekomunikacja Polska S.A. czy bank PKO BP. Na bruk trafi w ciągu najbliższych miesięcy kilkaset tysięcy ludzi ze wszystkich branż. Komisja Europejska przewiduje, że w związku z kryzysem Warszawa nie utrzyma dziury budżetowej poniżej 3 proc. PKB. A to oznacza, że nie spełnimy podstawowego warunku przystąpienia do strefy euro. Bez euro jesteśmy zdani na ciągłe huśtawki obcych walut względem złotówki. Takie zachowania waluty nie wpływają korzystanie na wydostanie się z kryzysu.
Nie czarujmy, działajmy
To sformułowanie winno być dzisiaj mottem rządzących, którzy jeszcze w grudniu ubiegłego roku zachwycali się kondycją polskiej gospodarki. Tak w opinii premiera, jak i prezydenta Polska miała dzielnie stawić czoło finansowym kłopotom Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Niemiec. Okazuje się jednak, że nie stawiła. Problem bowiem w tym, że nasz polski przemysł, którym zachwycali się politycy, jest mocno uzależniony od gospodarki światowej. Największe koncerny, zatrudniające tysiące osób są w większości własnością zagranicznych spółek czy holdingów. W momencie gdy centrale zaczęły odczuwać problemy, ratowały się swoimi oddziałami w innych krajach. Ratunek polegał na redukcji kosztów, a te na cięciach etatów, obniżaniu kosztów socjalnych czy wydatków „luksusowych”, ale także na ograniczaniu inwestycji. Brak inwestycji oznacza brak zamówień dla polskich wykonawców, brak pracy wykonawców pociąga za sobą zwolnienia, bo polscy pracodawcy myślą prawidłowo, kapitalistycznie – też się ratują tnąc koszty. I nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Takie są prawa wolnego rynku.
W tej chwili pozostaje działać, by zapobiegać skutkom kryzysu. Samych kłopotów nie da się już uniknąć, ale trzeba myśleć, w jaki sposób złagodzić skutki gospodarczego dramatu. W tym zakresie na odkrywcze przedsięwzięcia nie ma co liczyć. Jednym wyjściem jest interwencja państwa. Trąci epoką socjalistyczną, ale za takim rozwiązaniem opowiedziała się już zarówno Ameryka jak i Wielka Brytania. Słynny plan Paulsona to nic innego, jak bezpośrednia ingerencja państwa w sektor finansowy.
Polska z racji ciągle sporego zadłużenia względem zagranicznych podmiotów państwowych i niepaństwowych, nie jest dzisiaj w stanie dokonać podobnego manewru. Z pustego bowiem i Salomon nie naleje.
Pamiętajmy, że ostatnie lata rozwoju i inwestycji publicznych (a trzeba przyznać, że w wielu przypadkach imponujących i pożytecznych) to zasługa naszego przystąpienia do Unii Europejskiej i korzystania z licznych programów pomocowych. Ostatni rok należy do szczególnie korzystnych, bo na lata 2007-2013 przypada Polsce najwięcej w historii pieniędzy z unijnej puli. Drugiego takiego okresu nie należy się spodziewać. Rządzącym, w ramach łagodzenia skutków kryzysu i przeciwstawiania się mu pozostaje więc podejmowanie mniej spektakularnych działań, w dodatku dotyczących planowania. A więc korekty prognoz dotyczących wzrostu gospodarczego, prognozy zadłużenia, zysków, dochodów z podatków PIT i CIT, itd. Tu więc kłania się umiejętne stworzenie budżetu, z czym przy zaciętej opozycji – bez względu na to, czy byłaby ona z prawej czy lewej strony – jest dość ciężko. Inna sprawa, to zmieniająca się jak w kalejdoskopie sytuacja w polskiej gospodarce. Dzisiaj wiele z obowiązujących pod koniec roku wskaźników jest już nieaktualnych. Jak wspomnieliśmy, pod koniec grudnia lista przedsiębiorstw oznajmiających możliwość przeprowadzenia zwolnień była niewielka. Po Nowym Roku liczba ta z dnia na dzień rośnie.
Kto zwalnia?
Telekomunikacja Polska S.A., największy w Polsce operator telefonii stacjonarnej, największy dostawca Internetu i operator telefonii komórkowej zapowiedział zwolnienie w całej Polsce ponad 2 tys. pracowników. Z pracą w TP S.A. ma się pożegnać dokładnie 2.300 osób. To bardzo dużo biorąc pod uwagę tylko jedną firmę. Z kolei potentat sektora bankowego, PKO BP zapowiedział zwolnienie 1,7 tys. osób. Ponadto zwalniają towarzystwa emerytalne, banki komercyjne, szczególnie te trudniące się udzielaniem szybkich pożyczek i kredytów. Zwalniają ludzi firmy telekomunikacyjne, zwolnienia planowane są w branży motoryzacyjnej, która chyba najbardziej i najwcześniej odczuła kryzys finansowy. Gdy spadło zapotrzebowanie na nowe samochody, spadło również zapotrzebowanie na części do nich. W Polsce, co należy podkreślić, powstały niemal setki zakładów produkujących podzespoły dla znanych na świecie koncernów samochodowych. W powiecie nowosolskim (woj. lubuskie) na bruk trafi kilkaset osób. Podobnie w powiecie krośnieńskim na Podkarpaciu. Jeszcze do niedawna jeden z najlepiej rozwijających się regionów w kraju, dzisiaj nie wie co ze sobą zrobić. Tamtejsza huta szkła zwalnia ludzi, producenci części samochodowych także zwalniają. Trudna sytuacja panuje w mazowieckiem. Liczba planowanych zwolnień w Warszawie i okolicach wzrosła do 56 firm, które łącznie zamierzają się rozstać z ponad 12 tys. pracowników. Dla stolicy to będzie problem. Zachodnia Polska w jakiś sposób, najpewniej czarnorynkowy, poradzi sobie wykorzystując bliskość Niemiec i uwielbienie mieszkańców tego kraju dla taniej siły roboczej. Biorąc pod uwagę przewagę euro nad złotym, pracujący na czarno Polacy, w jakiś sposób dadzą sobie radę u nas w kraju. O ile inflacja nie zacznie szaleńczo pędzić w górę.
Problem ma również południe kraju. W krakowskim Wojewódzkim Urzędzie Pracy chęć zwolnienia blisko tysiąca pracowników zgłosiła Huta im. Tadeusza Sendzimira. Huta jest od pewnego czasu własnością stalowego koncernu europejskiego, Arcelor Mittal. Ten już wprowadził ograniczenia zatrudnienia we wschodnich Niemczech, gdzie posiada jedną z największych hut w całym kraju. Arcelor już w ubiegłym roku wprowadzał ograniczenie produkcji i posyłał ludzi na przymusowe urlopy. Dzisiaj ich zwalnia.
Zwalnia też jeden z największych polskich producentów kabli – Tele-Fonika. Zakład planuje wyrzucenie z pracy 900 osób. Stracą więc zatrudnienie pracownicy w oddziałach bydgoskim, szczecińskim, krakowskim i myślenickim. W Dolnośląskiem zwalniać będzie 91 zakładów, łącznie 3,6 tys. osób. Na Pomorzu z pracą żegnać się będzie – wg ostatnich danych – ok. tysiąc osób. W Stoczni Gdynia, której nie uwzględniono w tym zestawieniu z pracy ma odejść – korzystając z programu dobrowolnych odejść – 5,2 tys. osób. To wszyscy pracownicy stoczni. Dane spływające z wojewódzkich urzędów pracy są niepokojące, są wręcz tragiczne. Wynika z nich, że jeszcze w tym roku pracę może stracić blisko 700 tys. osób(!)
Kryzys w miastach
- Kryzys najbardziej uderzy w największe miasta: Warszawę, Kraków, Wrocław i Poznań – mówi ekonomista z Business Center Club, Stanisław Gomułka. Jak tłumaczy, tam znajduje się największa koncentracja zakładów pracy. Dostanie się również regionom najuboższym, które do dzisiaj nie zdołały dźwignąć się po okresie transformacji, albo właśnie na nim straciły, gdy upadały państwowe molochy zatrudniające setki tysięcy osób. – Problem dotyczy regionów o najwyższej stopie bezrobocia – dodał Gomułka.
Dzisiaj nie można już mówić, że Polska w swej niezmierzonej doskonałości gospodarczej udowodni innym krajom Unii Europejskiej, że z kryzysem można sobie poradzić. Bo jak dzisiaj powiedzieć zwalnianym pracownikom, że wszystko będzie dobrze, że kryzys jest przejściowy, a Polska sobie z nim radzi. W momencie gdy tracimy pracę, nie obchodzą nas wskaźniki makroekonomii.
Co robić? – Rząd powinien postawić na prace interwencyjne, zwiększyć zakres robót publicznych reali-
zowanych przez samorządy – zgłosił propozycję ratunku jeden z liderów SLD, Wojciech Olejniczak. Owszem, pomysł zasługuje na częściową akceptację, ale z pewnością nie można go traktować jako leku na całe zło. – Prace interwencyjne nie są złym pomysłem. Realizujemy je w naszym mieście od ośmiu lat. Problem jednak w tym, że wydajność tych programów jest niewielka. Kiedyś sięgała 8-16 proc. – mówi pracownik jednego z powiatowych urzędów pracy, zastrzegający sobie anonimowość. – No przecież nie mogę powiedzieć, że pomysł jest skazany na niepowodzenie. Nie w obliczu kryzysu – dodał.
Pozostaje tylko żywić nadzieję, że kryzys w jakiś cudowny sposób złagodnieje, nie będzie tak straszny i nie będzie długotrwały. W przeciwnym razie, dla Polski jedynym ratunkiem będą środki z Unii Europejskiej. Ale dla ich wykorzystania zawsze potrzebny jest jeszcze jakiś wkład własny. Gdy go zabraknie, i unia nie pomoże.
Przemysław Kobus
Piłkarskie powroty
January 19, 2009
Styczeń to tradycyjnie okres wzmożonego ruchu na rynku transferowym. Dla wielu klubów to ostatnia szansa przed decydującą fazą rozgrywek, aby wzmocnić swoje szeregi.Styczeń to tradycyjnie okres wzmożonego ruchu na rynku transferowym. Dla wielu klubów to ostatnia szansa przed decydującą fazą rozgrywek, aby wzmocnić swoje szeregi.
Tegoroczne zimowe „okienko” transferowe w Polsce upływa pod znakiem powrotów z zagranicznych wojaży. Największym hitem ma być transfer Macieja Żurawskiego, który po kilku sezonach spędzonych w Celticu Glasgow oraz greckiej Larisie już za kilka tygodni ma wrócić do krakowskiej Wisły. Chyba nie ma lepszego miejsca na odbudowę dawnej formy, dlatego też zadowolenie piłkarza nie powinno nikogo specjalnie dziwić. Początkowo mówiło się o wymianie. Za Żurawskiego w Grecji mięli się pojawić Maciej Zieńczuk oraz Marcin Baszczyński, ale w ostatnich dniach działacze Larisy zmienili zdanie. Nie chcą oddawać „Żurawia”, a dwóch pozostałych piłkarzy chcą nabyć za dwieście tysięcy euro. Jaki będzie finał pertraktacji przekonamy się już w najbliższych dniach.
Na dzień dzisiejszy krakowianie podpisali umowę z Łukaszem Gargułą. Klub ze stadionu przy ulicy Reymonta już od dawna zabiegał o ten transfer, ale dopiero teraz mógł zostać sfinalizowany. To bez wątpienia bardzo duże wzmocnienie, które jest sygnałem, iż Wisła jak najbardziej poważnie myśli o walce o najwyższe laury również w przyszłym sezonie. Garguła koszulkę z Białą Gwiazdą przywdzieje bowiem dopiero po zakończeniu obecnego.
Do Polski powrócił już Tomasz Frankowski, który jeszcze nie tak dawno reprezentował barwy Chicago Fire. Jak sam twierdzi czas spędzony na obczyźnie stracony na pewno nie jest, ale do kraju wraca z wielką ochotą. Tym bardziej, że Jagiellonia Białystok to klub, w którym stawiał pierwsze kroki w profesjonalnym futbolu. W Białymstoku pojawił się również Kamil Grosicki, który jeszcze nie tak dawno reprezentował barwy szwajcarskiego FC Sion.
Z Anglii do Krakowa przeniósł się Bartosz Ślusarski. Na Wyspach Brytyjskich wychowanek Groclinu Grodzisk Wielkopolski kariery nie zrobił. Nie powiodło mu się ani w West Bromwich Albion, ani też w Blackpool i Sheffield Wednesday, do których był później wypożyczany. Ślusarski bez wahania zgodził się na dużo mniejszy kontrakt, aby tylko móc odbudować dawną formę. Oprócz niego do klubu zawita inny emigrant – Maciej Murawski – który zaliczył epizod w greckim Apollonie Kalamarias. Z Grecji do Polonii Warszawa wraca ponadto Piotr Piechniak, któremu nie udało się zrobić wielkiej kariery w APO Levadiakos.
Spore ruchy transferowe będą też w Górniku Zabrze, który po rundzie jesiennej zamyka ligową tabelę. Główny sponsor, firma Allianz, jest wyjątkowo hojny, bo z ostatnich doniesień wynika, iż zabrzanie będą mięli jeden z najwyższych budżetów w lidze. Na dobry początek klub pożegnał się z Tomaszem Hajto, który zasili Łódzki Klub Sportowy. Były reprezentacyjny obrońca spisywał się ostatnio coraz gorzej, nie miał też najlepszych relacji z kolegami z drużyny. Z klubem pożegna się też Jerzy Brzęczek. Na dzień dzisiejszy największą gwiazdą klubu jest… trener Henryk Kasperczak. Znany trener ściągnął już kilku piłkarzy. Z Austrii wrócił Paweł Strąk (SV Reid), a z Łodzi Dawid Jarka. Za nieco ponad milion kupiono również Roberta Szczota z Jagielloni Białystok.
Z innych wydarzeń na uwagę bez wątpienia zasługuje kontrakt Łukasz Załuska z Celtikiem Glasgow. Bramkarz Dundee United przed kilkoma tygodniami podpisał przedwstępny kontrakt, który obowiązywał będzie od czerwca tego roku. Załuska ma być alternatywą dla będącego w słabszej ostatnio formie Artura Boruca, a po jego ewentualnym transferze ma wielkie szanse na koszulkę z numerem 1. Na szkockich boiskach ponownie zadebiutował Grzegorz Szamotulski. „Szamo” na sześć miesięcy związał się z Hibernianem Edynburg, a jeśli obie strony będą zadowolone dojdzie zapewne do przedłużenia kontraktu.
Po wypożyczeniu z duńskiego Aalborga powrócił też Marek Saganowski, który znów zagrał w barwach Southampton. Reprezentant Polski liczy, że na stałe zagości w pierwszym składzie „Świętych”.
Do zakończenia transferowego okresu jeszcze trochę pozostało, dlatego też możemy się spodziewać jeszcze kilku innych interesujących zakupów.
Daniel Kowalski
Żąda zwrotu nerki
January 19, 2009
W Stanach Zjednoczonych odbywa się ciekawy proces rozwodowy. Sprawę do sądu wniósł lekarz Richard Batista z powodu niewierności swojej żony. W przeciwieństwie do podobnych spraw, nie chodzi tu o podział majątku małżonków. Pan Batista żąda zwrotu… swojej nerki, która została przeszczepiona żonie kilka lat temu. Prawdopodobnie na decyzję o natychmiastowym rozwodzie wpłynęła świadomość, że część jego ciała, w tym przypadku nerka, uczestniczyła w akcie zdrady. Jak wiemy, niektórzy uważają, że to właśnie nerka, a nie serce jest odpowiedzialna za nasze uczucia. Ewentualna rekompensata finansowa nie wchodzi w grę, bo ludzkie organy przeznaczone do przeszczepu w Stanach Zjednoczonych nie mogą mieć ceny.
Baron de Kret
Made in Africa
January 19, 2009
Mimo iż jest pierworodnym synem Feli Kuti – kontrowersyjnego twórcy afrobeatu, który jeszcze za życia stał się źródłem inspiracji dla takich sław jak James Brown czy Paul McCartney, Seun Kuti zdołał wyjść z cienia wielkiego ojca. Wraz z ojcowskim zespołem, Egypt 80, zapełnia europejskie sale, rozpraszając chłód ciężkich czasów afrykańską zmysłowością, jazzową improwizacją i polityczną prowokacją. 15 grudnia, w dzień po występie na gali towarzyszącej wręczaniu Pokojowej Nagrody Nobla, Seun Kuti powiedział, iż nie mógłby obrać innej drogi.
Koniec 2008 roku uwieńczasz dużym sukcesem: dwa wyprzedane koncerty w Londynie i występ podczas gali wręczania Pokojowej Nagrody Nobla.
Zaproszenie na występ w Oslo było dla mnie ogromnym wyróżnieniem, choć, tak naprawdę, nie do końca wiem, dlaczego mnie wybrano. Myślę, że organizatorom imprezy chodziło o artystę, który reprezentowałby kontynent, a ja podobno jestem obecnie gorącym debiutantem w Afryce. [śmiech] Idea nagród Nobla jest mi bardzo bliska, tym bardziej że w 1986 roku mój wujek (Wole Soyinka), jako pierwszy Nigeryjczyk, został laureatem Literackiej Nagrody Nobla.
Czy otrzymałeś formalne gratulacje od prezydenta Umaru Yar’Aduy?
Od prezydenta? (śmiech). Nie otrzymałem żadnych oficjalnych gratulacji i ich nie oczekuję. Nie mógłbym stać obok kogoś, kto należy do grupy ludzi niszczącej przyszłość kontynentu. Nie jestem też typem osoby, która wychodzi do dziennikarzy i krzyczy o swoich sukcesach. Po noblowskim występie podszedł natomiast do mnie Martti Ahtisaari (laureat Pokojowej Nagrody), uścisnęliśmy sobie dłonie, po czym dałem mu swoje CD.
Podobało mi się, co powiedziałeś przed występem w Oslo: W Afryce mamy pieniądze, teraz potrzebujemy porządnych rządów.
Afryka jest najbogatszym w surowce naturalne kontynentem – nie jesteśmy żebrakami, ale potrzebujemy ludzi z zewnątrz, którzy „posprzątaliby” bałagan po naszych politykach; innymi słowy, wykopali złych ludzi (śmiech).
Spędziłam rok w Ghanie, gdzie również przez pewien czas mieszkał Twój ojciec. Oto obraz, jaki zapadł mi w pamięć: wielkie domy, dużo samochodów i… wielkie cierpienie…
W Afryce panuje wszechobecna opresja. Żyjemy wciąż w systemie niewolniczym, jaki panował w XVIII wieku. Pan ma dużą posiadłość, więc zatrudnia niewolników, aby na niego pracowali. Niewolnik ma dach nad głową, ma co jeść – jest mu lepiej niż tym na zewnątrz, bo ma pracę. I tak rodzi się miłość do pana. W Nigerii wielka korupcja tworzy wielkie pieniądze – prywatyzują się główne gałęzie przemysłu, tworzą się tzw. miejsca pracy, w efekcie społeczeństwo staje się tak naprawdę niewolnikami tych biznesmenów. Wasi przywódcy w Europie o tym wiedzą, ale nic nie robią z tym problemem.
Piętno, jakie odcisnął kolonializm niewątpliwie jest wciąż bardzo żywe. Afryka jest dogłębnie zakompleksiona. Afrykańska cywilizacja jest postrzegana wciąż przez pryzmat standardów bogatego Zachodu zarówno przez jej mieszkańców, jak i na Zachodzie.
Ale po odzyskaniu niepodległości było w nas wiele dumy. Bardzo szybko jednak doszliśmy do sytuacji, w której wszystko sprowadza się do posiadania pieniędzy. W Afryce jeśli nie jesteś zamożny, jesteś nikim, nikt cię nie szanuje, nie masz elektryczności, nie masz dostępu do informacji, możesz być aresztowany bez przyczyny. W Afryce, w przeciwieństwie do Europy, bogaci ludzie, czyli politycy, nie ingerują w życie biednych. Mam szczęście, że pochodzę z uprzywilejowanej rodziny – naszą zamożność zawdzięczamy sztuce, za pomocą której uświadamiam o tym, co dzieje się w Afryce.
Śpiewasz o korupcji, biedzie i niesprawiedliwości w Nigerii, czyli o tych samych problemach, które poruszał Twój ojciec. Czy to znaczy, że w Nigerii nic nie zmieniło się od czasów, kiedy Fela osiągnął sławę w latach 70.?
Mimo że Nigeria plasuje się jako jeden z bogatszych krajów w Afryce, w dalszym ciągu borykamy się z ogromnymi podziałami społecznymi – bogaci się bogacą, a biedni biednieją. Oprócz tego wciąż mamy poważne problemy z prawami człowieka, z podstawowymi pniedostatkami, jak chroniczny brak elektryczności…
W Ghanie wyłączano elektryczność średnio trzy razy w tygodniu…
Pod tym względem w Nigerii jest jeszcze gorzej… Nie możesz też protestować bez pozwolenia, a tego nigdy ci nie przyznają. Rząd nie reprezentuje społeczeństwa, a prawo jest dla polityków biznesem.
Twojego tatę nieprzerwanie ścigano i więziono za obrazę władz nigeryjskich. Czy Ty śpiewając np. „don’t bring this shit to Africa”, jesteś bezpieczny w swoim kraju?
Czuję się na tyle bezpiecznie, aby wciąż tam mieszkać.
Mimo iż pod wieloma względami przypominasz ojca, na pewno zdołałeś wyjść spod jego cienia. Niewielu dzieciom słynnych rodziców to się udaje. Zastanawiam się, co prócz talentu i determinacji pomogło Ci osiągnąć taki status?
Akceptacja własnego ja – to największe wyzwanie człowieka. Podświadomie żyjemy w konflikcie między tym, kim jesteśmy, a kim chcemy być. Fraza „syn Feli” nie definiuje tego, kim jestem. Widzę siebie jako dobrego muzyka, praktykanta afrobeatu, niezależnie od legendy Feli Kuti.
Zespół Egypt 80 przejąłeś po śmierci Feli w wieku 14 lat, co było nie tyle odważnym, co szalonym krokiem. Ostre recenzje krytyków i ciągłe porównania z ojcem-gwiazdą mogłyby przecież negatywnie wpłynąć na karierę nowicjusza, jakim byłeś.
To była spontaniczna decyzja. Po tym, jak usłyszałem, że wraz ze śmiercią ojca umiera zespół, nie mogłem do tego dopuścić. Przecież Egypt 80 i afrobeat wyznaczały sens jego życia. Egypt 80 to wspaniały zespół, synonim afrykańskiej muzyki i kawałek afrykańskiej historii. Podczas zebrania rodzinnego, zdecydowałem, że przejmę zespół. Rodzina zgodziła się, ale ostrzegła mnie, abym nie przychodził do nich z problemami. Od tego czasu wszystko układa się pomyślnie, a krytycy oczywiście mogą wpłynąć na opinie o mojej muzyce, ale nie wpłyną na moją muzykę. Podróżowałem często z ojcem jako dziecko. Wychowałem się na afrobeacie – pierwszy swój koncert grałem z Nim mając 9 lat. Afrobeat to ja.
Swoją pierwszą płytę „Many things” wydałeś dopiero kilka miesięcy temu, czyli 10 lat od momentu przejęcia Egypt 80 – dlaczego czekałeś tak długo?
Tak naprawdę materiał do „Many things” powstał dwa lata temu. Rok później podpisałem kontrakt, a potem płyta ukazała się w Europie. Ponieważ przejąłem grupę jako nastolatek, musiałem najpierw zrozumieć, co chcę powiedzieć; w jaki sposób wyrazić siebie jako muzyk Afrobeatu. Afrobeat to trudna muzyka, muzyka walczących, która nakłada na artystę dużą odpowiedzialność za niesiony przekaz. Tu nie ma miejsca na kompromisy.
Rozmawiała Anna Gałandzij











Komentarze