Opowieści wigilijne Janusza Kohuta
December 21, 2008
Przyjmujemy zamówienia na ciasta i karpie, Xmas trees, Special Christmas offers, et cet. Londyn przemienił się w kolorowy jarmark i choć podobno ludzie przestraszeni widmem kryzysu kupują mniej niż w minionych latach, to przynajmniej polskie sklepy nie mogą narzekać na brak klientów. Polacy, wiadomo, lubią dobrze zjeść, a świąteczne obżarstwo to nasza narodowa tradycja.
Pośród pierogów, serników, karpi, choinek (- Nie! Ta jest za mało zielona. – No co ty! – Ta jakaś taka mizerna, pokurczona. – Nieee! – No, taką krzywą choinkę to przecież nie kupimy!) i prezentów uwadze rodaków umknął wyjątkowy koncert.
W piątek 12 grudnia w kościele św. Mateusza w londyńskiej dzielnicy Ealing Common kompozytor i pianista Janusz Kohut i towarzyszący mu na trąbce Tomasz Nowak, wystąpili z koncertem polskich kolęd nowatorsko interpretowanych.
- Rozpoczniemy od kolędy „Wśród nocnej ciszy”, bo od niej zawsze rozpoczyna się polska Pasterka – mówi Janusz Kohut zasiadając przy fortepianie. W kościele robi się tak jakoś jaśniej i weselej. Muzyka rozbrzmiewa radośnie, ogłaszając wszystkim dobrą nowinę.
Polska rzeczywistość lat 80. Moja rodzinna Skorogoszcz niemal utonęła w śniegu. Jest bardzo wczesny, grudniowy ranek. Zimno. Temperatura poniżej zera. Mała dziewczynka opatulona po czubek głowy brnie przez zaspy w kierunku kościoła. W ręce dumnie trzyma lampkę zrobioną z puszki oklejonej kolorową bibułą. To dzieło jej taty. Jest kryzys i w sklepach niczego nie można dostać. Ludzie radzą sobie jak mogą. Inne dzieci, też z lampkami domowej roboty, idą w tym samym kierunku co ona. Za parę minut w kościele zaczną się Roraty. Dziecko, które nie opuści ani jednego nabożeństwa, dostanie od księdza upominek. Ma on oczywiście dzieci zachęcić i w pewien sposób przekupić.
Uśmiecham się do swoich wspomnień.Nigdy nie udało mi się dobrnąć do końca Rorat bez co najmniej kilku opuszczonych nabożeństw. Żaden upominek nie był w stanie zachęcić mnie do wstania z łóżka wcześnie rano. Nie zmieniło się to do dzisiaj.
- A teraz kolęda góralska, którą wszyscy bardzo dobrze znamy – głos Janusza Kohuta przywołuje mnie z powrotem do kościoła św. Mateusza, który nagle ożywa skocznymi dźwiękami kolędy „Oj maluśki, maluśki, maluśki”.
- „Lulajże Jezuniu” to chyba najpiękniejsza polska kolęda – mówi artysta i dodaje uśmiechając się – my oczywiście wolimy, kiedy Jezus jest taki malutki i bezbronny, bo wiemy, że nic nam wtedy nie grozi.
Nastrojowe, głębokie, impresyjne dźwięki fortepianu pięknie podkreśla zdecydowana, pełna ekspresji trąbka, na której gra Tomasz Nowak. Obaj muzycy stanowią doskonały duet.
- Wigilia i Boże Narodzenie to czas, kiedy powinniśmy być razem ze swoimi bliskimi. Zagramy teraz „Modlitwę matki”. Polska, czasy komunizmu. Strajk w kopalni „Piast”. Zbliża się Wigilia. Matka, której syn jest jednym z górników strajkujących pod ziemią, bardzo się o niego martwi i modli się o szybki powrót syna do domu. Widząc przejęte twarze słuchaczy, Janusz Kohut szybko dodaje: – Wszystko na szczęście dobrze się kończy. Syn cały i zdrowy wraca do domu tuż przed samą Wigilią.
Później były jeszcze dwie inne opowieści wigilijne. O Jezusie, który w postaci brudnego żebraka zjawia się w wieczór wigilijny w rodzinie, w której panuje głęboki smutek. Ciężko chora matka, niewidoma córka i ojciec, który stracił cały majątek i nawet chciał się wieszać sadzają biednego włóczęgę za stołem wigilijnym i dzielą się z nim wszystkim, co mają. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ich życie się odmienia. – Bo dostajemy od życia tyle, ile dajemy innym – dodaje artysta.
Druga opowieść jest bardzo smutna i bardzo współczesna. Zapracowany ojciec, który nie ma czasu, dzieci, które zaczynają schodzić na złą drogę i matka modląca się w Wigilię Bożego Narodzenia o to, aby zły los się odwrócił i dzieci wyszły na ludzi.
- Wierzę w moc modlitwy – mówi Janusz Kohut i uśmiechając się dodaje – moja babcia też się za mnie modliła i pewnie dlatego wyszedłem na ludzi.
Fortepian brzmi przejmująco, żałośnie, jak skarga. Nawet dźwięk trąbki nieco słabnie, zmienia się w ciche ostrzeżenie. Światło w kościele jakby nieco przygasa, a powietrze robi się ciężkie.
- No wystarczy tych smutków. Na koniec będzie coś weselszego – artysta wyrywa słuchaczy z zadumy – zagramy teraz „Pójdźmy wszyscy do stajenki”. Kościół jaśnieje. Ludzie uśmiechają się. Muzyka znowu ogłasza dobrą nowinę.
W drodze do stacji metra nie mogę się powstrzymać i nucę pod nosem kolędy. Gnębi mnie jednak jedno pytanie. Jak to możliwe, że na taki wspaniały koncert przyszła zaledwie garstka ludzi? Ziąb na dworze i brak czasu niczego nie wyjaśnia. Gdzieś indziej należy szukać przyczyn takiego stanu rzeczy. Obok mnie w pociągu chłopak rozmawia przez telefon. Po polsku.
- No ta k… pojechała. Jej stary kończy 80 lat. Mogła pojechać po świętach, ale nie. Uparła się, że pojedzie k… teraz! A zresztą, co mi tam! Stać mnie jeszcze k… na to, żeby kupić sobie parę browarów i jakoś k… te święta spędzić.
Zrobiło mi się zwyczajnie chłopaka żal. Ale wreszcie zrozumiałam, czym spowodowana była pustka na koncercie. Wielu Polakom mieszkającym tutaj, w Zjednoczonym Królestwie, dokucza samotność, którą normalnie, na co dzień, jako tako da się znieść. Jednak w Boże Narodzenie samotność staje się nie do zniesienia. Muzyka skłania do refleksji, do wspomnień, do zastanowienia się, a browar? Cóż, pozwala łatwo zapomnieć, nie myśleć i dobrze się bawić, a przynajmniej udawać, że się dobrze bawimy. Najwyraźniej rodacy wolą to drugie.
Chciałabym życzyć nam wszystkim, abyśmy spędzili te święta z ludźmi, których kochamy i zasiedli przy wigilijnym stole z otwartym sercem.
Irena Bieniusa
December 21, 2008
Bezdomnie, ale z nadzieją?
December 20, 2008
W wtorek, 9 grudnia, dziennik BBC London ukazał krótki, aczkolwiek niezwykle szokujący reportaż; obraz tego, w jakich warunkach nadal żyje wielu Polaków w Wielkiej Brytanii. Bruce Marquat z fundacji dobroczynnej Upper Room z zachodniego Londynu twierdzi, że takich osób w samym Londynie może być nawet do czterech tysięcy – bez pieniędzy, bez pracy, samotnych, często bez dachu nad głową.
Całkowicie nieprzygotowani do życia tutaj, nieznający tutejszego systemu, zwyczajów, a co gorsze, języka, w starciu z bezlitosną rzeczywistością zwykle ponoszą porażkę. Aczkolwiek z bliżej nieznanych powodów wielu z nich upiera się, żeby pozostać na Wyspach i nie wracać do kraju.
Głównym bohaterem reportażu BBC był Wojtek, mieszkający w zachodnim Londynie, który sypia na squatach, żywi się m.in. w Upper Room, a cały swój dobytek nosi na plecach. Twierdzi, że szuka pracy, ale bezskutecznie. Czas spędza w bibliotece rozsyłając CV w nadziei, że w końcu znajdzie pracę i ułoży sobie życie w Anglii. Twierdzi, że trudno go złamać. Chce coś osiągnąć w życiu, dlatego zamiast powrotu do ojczyzny, wybiera życie na ulicach Londynu.
Obecna sytuacja ekonomiczna w Wielkiej Brytanii sprawia, że bezrobotni Polacy stają przed murem, który może okazać się nie do przebicia. Brytyjskie organizacje charytatywne z przerażeniem obserwują rosnącą liczbę bezrobotnych i bezdomnych Polaków i coraz trudniej sobie z tym radzą, obawiając się pogorszenia tego stanu. Dwie z nich, Simon Community oraz Housing Unleash, zwróciły się o pomoc do polskiej fundacji Barka. Razem stworzyli Polish British Mission for Employment, która ma na celu stworzyć sieć placówek pomagających bezrobotnym szybko znaleźć pracę. Ewa Sadowska, koordynator londyńskiego oddziału poznańskiej Barki mówi: - Polacy, którzy z różnych powodów trafili na ulice, nie chcą wracać i wierzą w to, że za tydzień, dwa znajdą jakieś zajęcie. Swoją bezdomność traktują jako okres przejściowy.
Alison Gelder, chief executive officer z organizacji Housing Unleash uważa, że sytuacja bezrobotnych Polaków w Londynie zdecydowanie się nie polepsza, wręcz przeciwnie, jest ich coraz wiecej. – Jedną z przyczyn, dla których ci ludzie znajdują się na ulicy to oszustwa, jakich doświadczyli, często od swoich rodaków – mówi Alison Gelder. – Najczęściej załatwiają sobie pracę i zakwaterowanie jeszcze w Polsce, wpłacają wszystkie oszczędności w przekonaniu, że mają zapewnioną pracę i mieszkanie, a po przyjeździe tutaj okazuje się, że padli ofiarą oszustwa. Drugi scenariusz to osoby, które miały pracę, w większości na budowie, ale teraz ją tracą z braku zleceń. Jeśli mogłabym się zwrócić do Polaków przyjeżdżających do pracy do Anglii, proszę, wybierajcie zaufane agencje pracy i nie przyjeżdżajcie w ciemno -nawołuje Alison.
- Większość z nich nie wraca do Polski z prostego powodu; nie mają pieniędzy na powrót. W tym wlaśnie pomaga nam fundacja Barka. Inni są zbyt dumni, aby wrócić bez niczego do kraju, wstydzą się. Jeszcze inni po prostu nie mają już do czego wrócić, poniewaz zerwali związki, zostawili swoje dawne życie – dodaje Alison.
Jedna z placówek, która od wielu lat zajmuje się pomocą i wsparciem w szukaniu pracy, jak również dożywianiem potrzebujących jest mieszcząca się blisko stacji Stamford Brook w zachodnim Londynie organizacja charytatywna ur4jobs.co.uk, współpracująca z fundacją Upper Room, która swoją siedzibę znalazła w nieczynnym kościele, gdzie codziennie podawane są posiłki dla imigrantów ze wschodniej Europy, w tym w większości Polaków.
W ur4jobs.co.uk pracuje Bartek Zdrowowicz, który jest koordynatorem do spraw zatrudnienia. Pomagają imigrantom z Europy Środkowo-Wschodniej głównie w znalezieniu pracy. Współpracują między innymi z Barką (która zbiera z ulic i parków bezdomnych Polaków i stara się sprowadzać ich z powrotem do Polski), Zjednoczeniem Polskim w Wielkiej Brytanii, Eastern-European Advice Centre, polską grupą AA, Konsulatem RP, Klubem Polskich Psychologów, ks. Bronisławem Gostomskim z kościoła pw. św. Andrzeja Boboli. To dzięki pomocy tych organizacji Upper Room i ur4jobs.co.uk mogą działać siedem dni w tygodniu od godz. 13.00 do 18.00 i wydawać 35 tysięcy gorących posiłków rocznie, organizować 127 osobom kurs przygotowujący do egzaminów budowlanych BHP (angielskie CIS). Co tydzień prowadzone są również darmowe lekcje języka angielskiego.
- Ludzie przychodzą tu głównie po porady finansowe, chcą, by pomóc im coś przetłumaczyć lub chcą pomocy w znalezieniu pracy. Zajmujemy się tu wszystkim – od załatwiania numeru ubezpieczeniowego, poprzez porady medyczne, pomoc w otwarciu konta bankowego po szkolenia BHP, no i oczywiście szukanie pracy – tłumaczy Bartek. – Codziennie próbuję znaleźć w internecie dobre, wiarygodne agencje i oferty, aby im ułatwić proces szukania pracy. Staram się wszystkie firmy sprawdzać, aby unikać oszustw.
Pytam o Wojtka, bohatera relacji w dzienniku BBC, a Janie Kidston, manager organizacji z radością oznajmia, że po emisji programu w BBC Wojtek dostał telefony z ofertami pracy. Teraz może przebierać i nie ma wymówek. Na pytanie, czy dużo osób dostaje pracę, Bartek odpowiada, że różnie bywa, nawet jak ją dostaną, to jeszcze nie znaczy, że ją utrzymają albo że naprawdę chcą ją utrzymać.
- Część z osób, które tu przychodzą to osoby mające problemy z alkoholem lub, rzadziej, z narkotykami. Większość z nich mieszka w pustych budynkach, i wydaje się, że chyba nie bardzo chcą cokolwliek zmienić. Człowiek przyzwyczaja się do pewnego stylu życia. Mamy tu do czynienia z tzw. bezdomnością strukturalną, gdzie nawet jeśli podaje się człowiekowi wyciągnięta rękę, to i tak nie zawsze chce on skorzystać z pomocy – twierdzi Bartek.
Na pytanie, dlaczego nie wracają do Polski, tylko godzą się na takie nędzne życie, Bartek odpowiada:
- A po co mają wracać, do czego? Przecież nie można wrócić do Polski bez niczego, bez osiągnięć, pieniędzy, to wstyd! – taka jest niestety polska mentalność, polskie myślenie co poniektórych o tych, którzy wyjechali za granicę. Część osób naprawdę nie wie już, co ze sobą zrobić, część po prostu nie chce wracać. To może zabrzmieć paradoksalnie, ale w pewnym sensie tak jest im dobrze, na squtach, żywiąc się codziennie za darmo, i to często rarytasami. W Polsce byłoby dużo gorzej. Wyobrażasz sobie, żeby w Polsce bezdomni jedli winogrona na deser, w środku zimy?
Bartek prosi o pomoc finansową: – Potrzebujemy przede wszystkim pieniędzy na nowe komputery. Te, które tutaj mamy, są stare i strasznie wolne. Nowe przydadzą się do wielu rzeczy. Fundacja prosi również o żywność z długoterminową ważnością, płaszcze, kurtki, rękawice, czapki, skarpety oraz buty (także zimowe), śpiwory, przybory toaletowe i książki w języku polskim lub innych językach słowiańskich.
Pytam o tegoroczną Wigilię. Janie mówi, że oczywiście organizują w tym roku kolację wigilijną w Upper Room. Sponsorem będzie Konsulat RP w Londynie. – Potrzebujemy ludzi, którzy zechcą przynieść jedzenie i pomogą ugotować kolację wigilijną, ja nie mam niestety bladego pojęcia, jak przygotować te wszystkie polskie potrawy wigilijne – śmieje się Janie.
Pod budynkiem Salvation Army na Rochester Row, w dzielnicy Westminster spotykam pana C. Właśnie skończył posiłek i pali poobiedniego papierosa. Jest strasznie zimno, ale do budynku niestety nikt z prasy nie ma wstępu. W biegu więc pytam go, co się stało, jak znalazł się na ulicy?
- No jak? Okradziono mnie, ze wszystkiego. Miałem dobrą pracę, za zarobione pieniądze szybko kupiłem samochód. Potrzebny mi był, bo dojeżdżałem do pracy bardzo daleko, 30 mil. Niestety, zostałem napadnięty i ukradziono mi samochód, dokumenty, pieniądze. Tak się znalazłem na ulicy. Do Polski nie wrócę, bo nie mogę, ścigają mnie za alimenty. Śpię na Victorii, pod pomnikiem Focha, jak my to mówimy – w ambasadzie.
Pytam, jak spędzi święta Bożego Narodzenia. – Kolację wigilijną już mieliśmy tutaj, w Salvation Army, 10 grudnia. Teraz, 23, zabierają nas gdzieś autobusem na dziesięć dni, coś dla nas organizują na święta, jedziemy autokarem. Ale 30 wracamy i z powrotem nas wywalą na ulicę.
Z budynku wychodzi coraz więcej mężczyzn. Sami Polacy, w bardzo różnym przedziale wiekowym. Jak twierdzi pan C., 80 proc. bezdomnych przychodzących tu na posiłki to Polacy. Na plecach cały dobytek życiowy, w ręku kubek z kawą. Czas wracać na Victorię, „do domu”. Na pytanie dlaczego nie wrócą do Polski, wszyscy zgodnie odpowiadają: -A po co? Tam nic nie ma. – Ja w Polsce nie mam absolutnie nic i nikogo. – mówi T.
Są już gotowi do drogi, z całym dobytkiem na plecach. Zapraszają mnie na Victorię, gdzie możemy spokojnie usiąść i porozmawiać. Każdy z nich ma swoją historię do opowiedzenia, twierdzą, że wyszedłby z tego wspaniały reportaż. Tylko że ja do pracy muszę iść na noc. A w dzień nie da rady, niestety, panowie są bardzo zajęci, każdy ma wiele spraw do załatwienia… Większość czasu spędzają w bibliotece, dużo czytają.
- No i szukacie pracy, tak? – Jakiej pracy?- śmieją się i spoglądają na siebie porozumiewawczo. – Za mało płącą. Za 700 funtów tygodniowo mogę pracować, ale nie mniej – mówi T.
- Chłopaki, recesja nadchodzi, może dumę trzeba schować do kieszeni i zgodzić się na trochę mniejsze pieniądze? Nikomu nie jest łatwo teraz – próbuję przekonywać.
Uśmiechają się i kiwają głowami. Oni wiedzą swoje. Rozchodzimy się więc – ja w jedną stronę, lekko oszołomiona tym, czego właśnie doświadczyłam, spóźniona biegnę do pracy. Oni – poniekąd beztroscy, z powrotem „na ambasadę”, na Victorię…
Karolina Zagrodna
Wielka Orkiestra Londyńskiej Niemocy
December 20, 2008
Stało się. Już wiadomo, że po raz kolejny w Londynie nie zabrzmi Owsiakowe: Sieee ma! Za sprawą szopki godnej lokalu przy ul. Wiejskiej w Warszawie, podczas której wszyscy pokłócili się ze wszystkimi, chore polskie dzieci nie dostaną złamanego funta.
Największe bodaj skupisko Polaków na świecie nie ufunduje im nowoczesnej aparatury medycznej ani nie uratuje żadnego życia, a nas, zwykłych ludzi, ominie okazja do niezłej zabawy i poczucia, że zrobiliśmy coś dobrego i, choć ten raz w roku podzieliliśmy się tym, co mamy.
Kilkakrotnie już Polacy w Londynie pokazali, że potrafią się zjednoczyć i z ochotą uczestniczyć w czymś, co dla nich ma sens i znaczenie. Świadczą o tym marsze w rocznicę śmierci Jana Pawła II, tłumy pod lokalami wyborczymi owej pamiętnej niedzieli, festiwale polskie, koncerty, a nawet z pozoru drobne inicjatywy, jak sprzątanie grobów w listopadzie. Polacy chcą się spotykać i masowo brać udział w dużych wydarzeniach związanych z naszą historią i tradycją narodową. Przecież Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy jest prawie tak stara, jak III RP i pół IV! Szły niemal ramię w ramię. Czy zatem WOŚP nie zasłużyła na miano najlepiej pojmowanej polskiej tradycji? Takiej, którą warto się pochwalić, pokazać innym narodom, postawić za wzór?
Chciałoby się splunąć trzy razy za siebie i krzyknąć: a kysz! Lecz mara nie zniknie, tak jak znika szansa na pokazanie Anglikom, że co tam ich charity shopy, skoro my, tak po naszemu, w krótkim narodowym zrywie, w jeden dzień możemy tak wiele. Nic z tego, bo ktoś się z kimś nie dogadał, bo partykularne interesy zwyciężyły, bo nie znalazł się nikt, kto uderzyłby pięścią w stół i powiedział do jednych: wyp…, a do drugich: drodzy państwo, do roboty. Nie znalazł się, bo polski Londyn jest miałki, nijaki i nade wszystko skoncentrowany na kasie. Stara gwardia powoli ustępuje miejsca emigracji poakcesyjnej, ta zaś nie ma ani mentorów, ani autorytetów, ani… żadnego duchowego spoiwa. Szczerze mówiąc, nawet nie wiadomo, czy go potrzebuje.
Polacy mają tu niezłe biznesy, koncerny medialne, domy i samochody. Organizują targi, festiwale, marsze i przemarsze, ale nie potrafią spojrzeć ponad lusterko swojego SUV-a. Gdyby choć jeden z nich, raz w życiu wzniósł się na wyżyny i zdecydował samemu zrobić Orkiestrę, zbiłby kapitał społeczny i polityczny, o jakim konkurencja mogłaby tylko marzyć. Niestety, człowieka bogatego, od człowieka, który ma tylko pieniądze, dzieli prawdziwa przepaść. Ten pierwszy myśli, co z wypracowanymi środkami zrobić, drugi ciągle rozmyśla, czy już ma dość i czy aby nie za mało.
Obrodziło też w stowarzyszenia i organizacje, które mają jasno sformułowane programy i czytelne cele. Co jednak z tego, skoro w żadnej z nich nie ma choćby „ćwierć-Owsiaka”, człowieka z wizją, charyzmą i nonszalancją, pozwalającą pokonać wszelkie bariery? Naszych ośrodków dyplomatycznych się nie czepiam. Mają dość ustawowo przydzielonej pracy, by nie musieć myśleć o charytatywnych fanaberiach.
Są wszakże inne instytucje, które reprezentują Polaków i nieźle na tym zarabiają, a jednak znów wykazały się niemocą, mimo że już organizowały udane finały WOŚP w przeszłości.
W tę wielką, styczniową niedzielę, jak co roku, chciałbym być w Krakowie i w tramwaju, autobusie, na Plantach czy Rynku wrzucić co łaska do puszki wolontariusza, przyczepić sobie czerwone serce i dumnie paradować ulicami. Ale mnie tam nie będzie. Jak co roku, prześledzę Finał Orkiestry w telewizji, spróbuję wysłać SMS-a, siądę do komputera, by zrobić przelew i pójdę spać z poczuciem, że coś w tym jest nie tak, bo nie wiem, jak Was, lecz mnie cieszy kontakt z wolontariuszem, bawi wrzucanie kasy do puszki i własnoręczne przylepianie „serca” do klapy. Raduje mnie koncert w centralnym punkcie miasta i współuczestnictwo w nim rzeszy ludzi, którzy naprawdę w to wierzą i są ze sobą do samego końca.
Myślę, że w stolicy Wielkiej Brytanii wielu ludzi myśli tak samo. I chciałoby pojechać na koncerty WOŚP do klubu w Camden, Balham czy Hammersmith, spotkać wolontariusza z puszką w wagonie metra i zatłoczonym doubledekerze, pod konsulatem i POSK-em, pod sklepem Hindusa i w ulubionym pubie, u fryzjerki i księgowej, w solarium i w kościele.
Drodzy londyńczycy. A może w przyszłym zrobimy sobie Orkiestrę sami? Znajdziemy rozsądną gazetę, by nas promowała, zlokalizujemy dobre miejsce (np. Hyde Park), by zorganizować koncerty i odszukamy wolontariuszy, by zbierali kasę? To wydaje się takie proste. Skoro w Polsce dają radę, to tutaj nie możemy? Wolne żarty!!!
Jacek Ozaist
To był przełomowy sezon
December 20, 2008
Za nami kolejny rok ligowych zmagań największej polonijnej ligi piłkarskiej na świecie. O jego podsumowanie, plany na przyszłość oraz odpowiedź na kilka niewygodnych pytań poprosiliśmy członka Zarządu, Piotra Zacharskiego.
Jak Pan ocenia miniony sezon pod względem organizacyjnym i sportowym?
Bez wątpienia był to sezon przełomowy. Pod względem sportowym na pewno było trochę gorzej niż przed rokiem. Przewaga mistrza ligi Inko Team była miażdżąca. To między innymi efekt powrotów wielu zawodników do Polski. Tak się stało m.in. z Domaxem, którego piłkarze grają obecnie w futsalowych drużynach na Śląsku. Muszę jednak zaznaczyć, że w trzeciej lidze poziom wzrósł diametralnie. Dlatego ogólnie nie powinniśmy narzekać.
Niewątpliwie do plusów należy zaliczyć podpisanie kontraktu z nowym sponsorem. Na jak długo podpisano umowę i na jaką kwotę ona opiewa?
Na oferty nie narzekaliśmy, bo firmy bardzo dobrze zdają sobie sprawę, że sponsoring ligi to bardzo dobry interes. Na dobry początek Sami Swoi wspomogli nas pod koniec sezonu. Umowa będzie obowiązywała jeszcze przez rok, ale od razu zaznaczam, iż obie strony chcą ze sobą współpracować co najmniej kilka lat. Ze względu na tajemnicę handlową kwoty oczywiście ujawnić nie mogę, ale jest ona nie mniejsza niż poprzednie i w pełni nas zadowala.
W trakcie obecnego sezonu doszło do kilku organizacyjnych zgrzytów. Nie do końca wyjaśnione były
W trakcie obecnego sezonu doszło do kilku organizacyjnych zgrzytów. Nie do końca wyjaśnione były sprawy awansu do pierwszej ligi Panoramy i LondonTV. Jak ostatecznie rozwiązano te sprawy?
Z Panoramą sprawa jest oczywista. Drużyna Young Juve połączyła się z London Boys. Fuzję pilotował Robert Zalewski, który zobowiązał się do zapłacenia długów Juve. Sytuację porównałbym do znanej w polskiej ekstraklasie fuzji Groclinu Grodzisk Wielkopolski z Polonią Warszawa. Trochę bardziej skomplikowana sytuacja wynikła z LondonTV, ale sprawę szybko wyjaśniliśmy i zespołu tego nie ma już w naszym gronie.
Właściciel tego zespołu zarzucił Zarządowi, że liga działa nielegalnie.
Pan Mirek Błoch to nasza największa porażka mijającego roku. Liga działa jak najbardziej legalnie. Jesteśmy zarejestrowani jako organizacja non-profit. Można nas też sprawdzić poprzez Companies House. Nasze interesy reprezentuje firma prawnicza pana Salingera, a bilans finansowy zlecimy zewnętrznej firmie księgowej.
Czy wyjaśniono już do końca sprawę rozliczeń Krzysztofa Wiciaka?
Można powiedzieć, że na dzień dzisiejszy sprawa rozliczeń wyjaśniona jest w osiemdziesięciu procentach. Będziemy jednak dążyć do tego, aby temat został zamknięty jak najszybciej.
Jak poradziliście sobie z boiskowymi brutalami? Jeszcze niedawno z boisk wiało grozą. Sam byłem świadkiem kilku awantur zakończonych pobiciem…
Postawiliśmy na ostre kary. Jesteśmy bardziej rygorystyczni, a przede wszystkim bezwzględni. Nie ugniemy się przed nikim, nawet jeśli odbędzie się to kosztem całej drużyny.
Kto szefuje rozgrywkom największej polonijnej ligi na świecie?
Nie ma prezesa, ani zastępców. Ligą kieruje po prostu pięciu równorzędnych członków Zarządu. Każdy ma jakieś obowiązki, z których stara się wywiązać jak najbardziej rzetelnie. W tej chwili Zarząd tworzą: Piotr Zacharski, Sylwester Jedynak, Piotr Osiński, Robert Zalewski, Tomasz Cisak.
Jakiś czas temu padł pomysł, aby zorganizować turniej z udziałem zespołów z lig w Londynie, Birmingham, Cork oraz Dublina…
Temat nie jest zamknięty. Sprawa wymaga wielu przygotowań. To jest przede wszystkim duże przedsięwzięcie logistyczne.
Jak dokładnie wyglądał będzie system przyszłorocznych rozgrywek ligowych?
Do 15 stycznia czekamy na zgłoszenia wszystkich chętnych drużyn. Dopiero wtedy ostatecznie zdecydujemy o kształcie ligi oraz terminach. W tej chwili mamy zapewnienia od 25 ekip. Będziemy zadowoleni jeśli w styczniu będzie ich co najmniej 32. Tak jak informowałem już tydzień temu najprawdopodobniej będą dwie ligi po dwie grupy. System rozgrywek będzie bardziej atrakcyjny poprzez wprowadzenie systemu play-off. Jak tylko wystartuje nasza strona internetowa podamy dane kontaktowe.
Kiedy pojawi się więc nowa oficjalna strona internetowa ligi?
To jest w tej chwili nasz największy priorytet. Zrobimy wszystko, aby strona powstała jak najszybciej. Pomoc w tej kwestii obiecał nam sponsor, dlatego jestem dobrej myśli.
Dziękuję za rozmowę i życzę sukcesów, bo od kilku lat nad ligą panuje jakieś fatum jeśli chodzi o niektórych działaczy.
Ja również dziękuję. Jestem przekonany, że najgorsze za nami. Mamy spory bagaż doświadczeń z których na pewno wyciągniemy wnioski. Jestem dobrej myśli.
Rozmawiał:
Daniel Kowalski
Komu potrzebna nawigacja?
December 16, 2008
Wszyscy rozmyślający o przeprowadzce nad Wisłę mogą teraz wejść w posiadanie wiedzy większej, aniżeli niejeden rodak, który nigdzie za pracą nie wyjeżdżał. Pozazdrościć…
Już z pobieżnej lektury „Powrotnika”, który przywiózł nam Pan Premier widać, iż jest gruntownie przemyślany i nieźle przygotowany merytorycznie. Zespół redagujący „Nawigację dla powracających” zadał sobie sporo trudu, by w gąszczu inicjatyw legislacyjnych wyłowić kwestie najpotrzebniejsze każdemu, kto zdecyduje się na powrót do kraju. Także te, z którymi nie mogliśmy mieć do czynienia kilka lat temu, a które teraz mogą mieć wpływ na nasze życie. Są to kwestie dotyczące relacji (lub ich braku) z Urzędem Skarbowym i ZUS-em, dostęp do świadczeń rodzinnych, sprawy małżeństw mieszanych i ich potomstwa, rozwodów, alimentów itp. A także te najtrudniejsze- poszukiwanie pracy w Polsce i zasiłek dla bezrobotnych po powrocie.
Propaganda powrotów?
O ile zawartość merytoryczna „Powrotnika” robi naprawdę dobre wrażenie, wstęp jest irytujący, począwszy od zdania: „Wielu Polaków pracujących za granicą rozważa powrót do Polski”, od razu przywołujące dyskusję, która wciąż jeszcze to tu, to tam pobrzmiewa. Kto wraca? Jak wielu? „Powrotnik” w świetle tego wstępu wydaje się być częścią propagandy powrotów i traci nieco na wiarygodności. Pachnie to robotą na zamówienie, jak gdyby rząd rzeczywiście potrzebował nas z powrotem.
Czy nie prościej byłoby zacząć: „Drogi, Polaku, jeśli planujesz powrót do Polski, zapoznaj się przepisami prawa, których będziesz musiał przestrzegać, kiedy powrócisz”. Równie dobrze ktoś złośliwy mógłby stworzyć „Niepowrotnik” i zawrzeć w nim wszystko to, za czym nie tęsknimy. Wstęp wówczas mógłby brzmieć tak: „Wielu Polaków nie rozważa na razie kwestii powrotu do Polski, czekając na efekty pracy różnych Przyjaznych Komisji, a w skrajnych przypadkach nawet na kolejne pokolenie polityków i pracodawców, które niechybnie kiedyś nastanie”.
Bez Wyjezdnika
Jeszcze głupszym i z gruntu nieprawdziwym, jeżeli chodzi o Wielką Brytanię, zdaniem ze wstępu jest: „Polacy, którzy wyemigrowali w poszukiwaniu pracy, wiedzą doskonale, ile praktycznych i formalnych trudności musieli pokonać”. Rzeczywiście, musieli znaleźć pokój do spania, dobrą pracę i umieć wydukać na stacji metra: One week travelcard, please. Potem wystarczyło mieć papierek od pracodawcy, kilkadziesiąt funtów na opłatę wpisową oraz parę pensów na kopertę i znaczek do Home Office. Trochę trudniej mieli budowlańcy (z kartą CIS) i osoby samozatrudnione, ale też założenie firmy nie zajmowało aż tyle czasu, by rwać włosy z głów – najczęściej wystarczał telefon i wizyta w Job Centre, celem załatwienia National Insurance Number. I absolutnie żadnych opłat. No, chyba że ktoś po angielsku umiał powiedzieć wyłącznie: yes. Wtedy szedł do pierwszej z brzegu życzliwej firmy i za stosowną opłatą załatwiał cały pakiet formalności za jednym zamachem. Czy ktoś w Polsce ma pojęcie, jakie fortuny powstały w Londynie z załatwiania formalności dla rodaków, którzy w tym samym czasie martwili się tylko tym, jak zarabiać pieniądze?
Nie mieliśmy też niczego w rodzaju „Wyjezdnika”, zbioru porad, co robić i jak się poruszać po Wielkiej Brytanii. Nikt zresztą wtedy nie miał „mapy drogowej”, „kompasu”, „nawigacji” ani żadnej innej, śmiesznie nazwanej książeczki, która pomogłaby mu wyjechać i odnaleźć się na obczyźnie.
Od okienka do okienka…
Przeskoczmy parę rozdziałów do strony 58 „Powrotnika”: „Jedną z możliwości po powrocie do kraju jest założenie działalności gospodarczej. Dzięki temu można przenieść na grunt polski rozwiązania z innych krajów oraz wykorzystać zdobyte tam doświadczenia. Wiele osób wyjeżdżało za granicę między innymi po to, aby zdobyć środki, które miały zostać zainwestowane we własną firmę. Teraz chce zrealizować w praktyce swój cel.”
A jak w praktyce wygląda realizacja tego celu? Z idei „jednego okienka” nic nie wyszło, więc czeka nas bieganie od okienka pani Zosi do biurka pani Hani i patrzenie z obawą czy kawka im nie ostygła, bo może to oznaczać, że niczego nie załatwimy. Rejestracja wciąż jest wieloetapowa, czasochłonna i nie za darmo (choć 100 zł pewnie nikogo nie przeraża). Nadal pokutuje wpis do Ewidencji Działalności Gospodarczej, wpis do Krajowego Rejestru Urzędowego Podmiotów Gospodarki Narodowej, założenie konta firmowego, NIP, obowiązkowa pieczątka, bez której nic w Polsce nie ma mocy prawnej, zgłoszenie w ZUS i Państwowej Inspekcji Pracy, jeżeli chcemy zatrudniać pracowników. I już po 14 dniach/miesiącu mamy upragnioną firmę. No, nic prostszego.
A gdzie są informacje, ile kosztuje ubezpieczenie zdrowotne szefa i pracowników, o Funduszu Pracy i Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych? Albo: co z podatkami, ich rodzaj i wysokość się podaje, ale bez informacji, że bez księgowej ani rusz i że co miesiąc trzeba płacić jej i Urzędowi Skarbowemu?
PIH, PIP, SANEPiD
Byłoby uczciwiej pokazać też ciemniejsze strony, by powracający mieli możliwość rzetelnej oceny szans i możliwości. Zamiast tego czytamy, że przedsiębiorca-petent może liczyć na fundusze pożyczkowe, fundusze poręczeń kredytowych, inkubatory przedsiębiorczości, a nawet na Sieć Anio-łów Biznesu.
Po co mu to, skoro jedzie z grubym portfelem inwestować w ukochanym kraju? Potrzebuje jasno sformułowanych przepisów, przejrzystych zasad i reguł, a nie kolejnego kredytu. W Polsce wciąż trzeba m.in. ganiać po tablice rejestracyjne własnego auta do stosownego urzędu albo użerać się z różnymi instytucjami typu PIH, PIP, SANEPID…, które z góry zakładają, że mamy coś na sumieniu i zamiast doradzać, szukają błędów i uchybień. Są raczej opresyjne, a nie – jak powinny być ze swojej natury – doradcze, tak jak w Anglii.
Prywatny poradnik
Jeśli ktoś ma widoki na pracę od 8.00 do 16.00, święty spokój, wiele dni wolnych w roku i pewną emeryturę, niech wyjeżdża. Jeśli ktoś zawsze marzył o własnym biznesie i wreszcie nazbierał dość funduszy, niech rozważy za i przeciw, ale przede wszystkim dobrze policzy koszty działalności w stosunku do szacowanych przychodów. Lecz jeśli ktoś jedzie szukać pracy, chodzić z CV od drzwi do drzwi i wysłuchiwać, by wracał na zmywak, to „Powrotnik” mu na nic. Z tej błahej przyczyny, że nie powstał dla niego.
Pamiętajcie o rozsądku, decydując się na powrót. Nie słuchajcie polityków, ale „Powrotnik” i tak poczytajcie. Poznawanie prawa to przywilej ludzi mądrych.
Jacek Ozaist
Komentarz Andrzeja Krauzego
December 16, 2008
Na czasie: „Londyńczycy”
December 16, 2008
To, że Brytyjczycy przedstawiają nas w swoim zwierciadle, a obraz wychodzi z tego krzywy – można zrozumieć. Można zrozumieć oburzenie Polaków wysyłających protesty, które nic nie dają. Gramy na wyjeździe, i każde najmniejsze potknięcie jest przez tutejsze media odnotowane. Ale przyznać trzeba, że kiedy gramy dobrze, co zdarza się znacznie częściej, media gospodarzy nas chwalą.
A jak nas postrzegają nasze media, polskie, krajowe? Sensacyjnie, to znaczy właśnie potknięcia (a kto ich nie ma) trafiają na łamy polskiej prasy, internetowe witryny i do telewizyjnych relacji. Ponieważ sensacja jest motorem współczesnego przekazu, nikt się tym specjalnie nie przejmował. Niech sobie piszą i pokazują. Za takim stoickim podejściem przemawiał również fakt, że media są w dużej mierze własnością prywatną, liczy się pieniądz, a sensacja to czyste złoto.
I nagle do tej gry przystąpiła polska telewizja publiczna. Popularność stacji prywatnych potraktowała jako dowód profesjonalizmu i zapragnęła, aby jej słupki również rosły. Zrobiła to naszym kosztem, produkując sagę na temat naszej gry na wyjeździe. No cóż, można i tak. Dużym nakładem kosztów powstała mydlana opera „Londyńczycy”. Dzięki niej TVP każdego tygodnia odnosi sukcesy oglądalności. Przypuszczam, że kolejne odcinki oglądają całe rodziny i znajomi emigrantów. Co oni tam robią, jak im się wiedzie? Ano, nie najlepiej. Muszą kombinować.
Sauna na włosy
December 16, 2008
Nie sposób nie zauważyć tego zakładu na piętrze jadąc z Ealing Brodway w stronę Uxbridge. Na banerze polskie nazwisko: Katarzyna Bilkiewicz Zakład fryzjerski. Jej kalendarz jest zapełniony, trzeba zadzwonić i się umówić, a wychodząc można nabyć niezbędne do pielęgnacji włosów kosmetyki, bo na parterze jest sklep fryzjerski. Klienci niosą wieść po mieście – nie wierzycie? Przyjdźcie się przekonać.
Pani Katarzyna jest zajęta sześć dni w tygodniu. Telefon dzwoni kilkanaście razy dziennie, starzy klienci wpadają prosto z ulicy, żeby się umówić z wyprzedzeniem. Próbuje więc znaleźć dla każdego choć pół godziny. Zakład na piętrze ma już swoją renomę, przychodzili tu ludzie rozkręcający internetową telewizję, przychodzi sąsiadujący z zakładem naczelny magazynu dla wielbicieli motorcrossingu, lekarze, prawnicy i lokalna Polonia.
Pani Kasia wcale nie miała być fryzjerką – w podstawówce zdobywała puchary w zawodach dla biegaczy. Chciała nawet kontynuować sportową karierę w szkole średniej, ale kobiece sentymenty wzięły górę – trafiła do szkoły fryzjerskiej.
Mały zakład fryzjerski w małej miejscowości okazał się sukcesem, ale w Londynie przed wstąpieniem Polski do Unii Europejskiej nie było łatwo. Praca u Marokańczyka, brak swobody. Londyn wydawał się jednak dobrym wyzwaniem dla kogoś ambitnego, z zacięciem do prowadzenia własnego biznesu. Był tu zresztą narzeczony pani Kasi. Łut szczęścia sprawił, że właściciel sklepu z fryzjerskimi kosmetykami i akcesoriami zagadnął ją, czy nie chciałaby wynająć pomieszczenia na zakład – świetna lokalizacja. Tak się zaczęło. Pani Kasia ambitnie założyła, że zbuduje swój sukces na lojalności klientów. Przez pierwsze miesiące w ogóle się nie reklamowała, mimo tego klientów przybywało. W Londynie trudno o niedrogiego, dobrego fryzjera – miała atuty w ręku. Czasami kolejne klientki dzwoniły w pół godziny po tym, jak ich koleżanka wróciła w nowej fryzurze do biura czy domu.
Z czasem wieść o dobrym zakładzie rozeszła się po okolicy. Katarzyna Bilkiewicz jednak nie spoczęła na laurach – wciąż się dokształcała na kursach L’Oreal i wprowadza nowinki fryzjerskie do usług zakładu.
Sauna i przedłużanie
Z przedłużaniem włosów to nie taka prosta sprawa. Rzadko klientka ma świadomość, że trzeba najpierw przyjść na konsultację – nie każdy włos się nadaje i nie każdy utrzyma ciężar doklejonych włosów. Do tego trzeba systematycznie przychodzić na gratisową wizytę, sprawdzającą kondycję nowych włosów. Nie można używać tradycyjnych szamponów i trzeba myć głowę pod prysznicem, by niepotrzebnie nie zmienić kąta układania się włosów. To skomplikowane, usługa w całości kosztuje z 300 funtów – jednak chętnych nie brakuje. Krótko obcięta blondynka może w jednym dniu stać się długowłosą szatynką, a o metamorfozę właśnie chodzi. Pani Kasia wprowadza nowe zabiegi, by podnieść atrakcyjność zakładu. Czasami sama już nie daje rady, jednak o dobrego pracownika trudno nawet w Londynie. Zdolne fryzjerki radzą sobie same – niezdolne marnują opinię i czas w zakładzie.
Dla wybrednych, a jednocześnie spragnionych głębokiej pielęgnacji klientów fryzjerka przygotowuje saunę na włosy – zabieg w parze, który poprawia przyswajanie substancji odżywczych i witaminizowanych nakładanych na włosy.
- Klientki często zapominają, że po wyjściu z salonu nie kończy się dbanie o włosy. Owszem mycie, układanie to podstawa, jednak codzienne używanie suszarki czy prostownicy bardzo wysusza i trzeba wtedy systematycznie nakładać specjalne maseczki na włosy – tłumaczy pani Kasia.
Pełna entuzjazmu klientka wychodząc zostawia jeszcze kilka funtów w sklepie na dole i o to pewnie chodziło właścicielowi, który wynajmując pani Kasi pomieszczenie na piętrze, wyczuł dobry interes. Włosy mają wymagającą strukturę, szczególnie te farbowane potrzebują dobrego traktowania.
- Jeśli pani farbuje włosy szamponami koloryzującymi słabej jakości, kolor schodzi dość szybko, dodatkowo może niszczyć włosy. Do suchych włosów proponuję wtedy farby bez amoniaku. Problem zaczyna się, jeśli włosy są zupełnie siwe, proponuję wtedy farbę Suprem i koniecznie dodatkowe odżywki. Nie zalecam farbowania całości, gdy mamy już na głowie jakiś kolor po czym przy farbowaniu odrostów, chcemy go zmienić w całości. To bardzo wysusza włosy. Radzę zawsze przejście na farby półtrwałe, które nie niszczą tak włosów, jak te oparte na amoniaku. Najlepszej jakości farby oczywiście są dostępne tylko w zakładach… To tak jak z testerami w perfumeriach – nikt ich nie sprzedaje, bo są najbardzej stężone.
Pani Kasia chętnie udziela porad – zna swój fach. Stara się też podążać za nowymi trendami. Wnętrze zakładu jest chłodne, ale jasne, dzięki dużym oknom. Miło jest wpaść i pogadać o nowościach.
Co dalej?
- Osiągnęłam mój mały sukces w Londynie – śmieje się pani Kasia. – Pora chyba wracać…
Wciąż nie wiadomo jeszcze kiedy, jednak czasami tęsknota za krajem bierze górę. Londyn daje wiele możliwości, jednak bywa też bezwzględny, tu liczy się tylko praca. Życie spędza się w zabieganiu, tłocząc się godzinami w środkach masowego transportu. Bywają miłe momenty – jak wysoki napiwek czy szczere „dziękuję”, jednak czasami to nie rozpędza chmur nad głową pękającą ze zmęczenia.
Atmosfera zakładów z Polski jest nie do przeszczepienia na Zachód. Kolejeczka na sofie mimo zapisów, szeptane ploteczki, zapach kawy w powietrzu – kto nie pamięta takich salonów. Ma się do nich sentyment – nowa fryzura w sobotnie południe okazywała się szałem jeszcze w niedzielę na mszy – to urok małych miasteczek. Pewnie dużo się w Polsce zmieniło, umiejętności wielu młodych fryzjerów nie odbiegają od paryskich standardów – szkolą się na potęgę. Tu natomiast mięknie nam serce, gdy witają nas w drzwiach po imieniu: – To jak dziś strzyżemy, pani Gosiu?
Małgorzata Białecka
Nowy Czas w PDF 49 (114)
December 14, 2008












Komentarze