Credit Action

November 30, 2008

Credit Action – organizacja charytatywna zajmująca się edukacją finansową – opublikowała polską wersję poradnika Thinking About Money, który ma na celu pomoc w lepszym zarządzaniu finansami osobistymi. Chris Napp, dyrektor Credit Action powiedział: „To bardzo ważne aby wszyscy, niezależnie od barier językowych, mieli dostęp do niezależnych i rzetelnych informacji o finansach. Jestem pewien, że ta publikacja pomoże wielu Polakom zamieszkałym w Wielkiej Brytanii zdobyć wiedzę i umiejętności, które pomogą im sprawnie zarządzać swoimi finansami oraz unikać kosztownych pułapek.”

Przewodnik to kompendium wiedzy na temat organizowania i planowania własnej przyszłości finansowej. Informuje, jakie błędy popełniamy korzystając z produktów kredytowych i w jaki sposób ich unikać. Znaleźć tam można informacje jak, krok po kroku, poradzić sobie z własnym zadłużeniem, jak zaplanować budżet domowy, a także słownik finansowy, który w przystępny sposób wyjaśnia skomplikowane słownictwo finansowe. Dostępne są również porady z zakresu prawa konsumenckiego oraz adresy i kontakty do instytucji, w których można szukać pomocy w zakresie doradztwa finansowego.

Jedną z nich jest Credit Counselling Service, organizacja która zajmuje się pomocą osobom zadłużonym. Ich usługi są dostępne online kontaktując się z Debt Remedy Service, lub bezpłatną infolinią: 0 800 138 1111, od poniedziałku do piątku od 8:00 do 20:00. Z kolei International Personal Finance to firma, która chce być postrzegana jako ‘ludzka twarz finansów’ i zajmuje się oferowaniem prostych i przejrzystych produktów i usług finansowych.

Więcej informacji można znaleźć na stronie internetowej Credit Action, a poradnik, można bezpłatnie ściągnąć z adresu poniżej:

http://www.creditaction.org.uk/money-manuals.html

Liberalni demokraci wychodzą do Polaków

November 30, 2008

W poniedziałek, 17 listopada, w siedzibie władz Londynu, czyli City Hall, pod hasłem „Czy macie pytania?” odbyło się spotkanie liderów Liberal Democrat Party z polską społecznością. Obecni byli m. in. lider partii Nick Clegg, jej przewodniczący, a jednocześnie poseł z North Southwark & Bermondsey Simon Hughes, jedyny „polski” burmistrz w Wielkiej Brytanii – Stefan Kasprzyk, gospodarz dzielnicy Islington, rzecznik partii Mike Girling oraz doradcy lidera i kandydaci do wyborów do Parlamentu Europejskiego.

W zaproszeniu Nick Clegg napisał: „Jest dla mnie bardzo ważne, by mniejszości mieszkające w Londynie były wysłuchane i lepiej reprezentowane przez wybranych polityków. Jeśli polska społeczność nie ma możliwości wypowiedzenia się, staje się ofiarą uprzedzeń i kształtowanych przez media stereotypów. Lepsza reprezentacja i silniejszy głos w demokracji może doprowadzić do zaprzestania postrzegania Polaków w taki sposób”.
Wszyscy dwoili się i troili, by pokazać, jak bardzo szanują Polaków i chcą im pomóc. Simon Hughes w latach 80. szmuglował do PRL literaturę drugiego obiegu, więc pomoc Polakom ma niejako we krwi. Kandydatka partii w wyborach do Parlamentu Europejskiego Dinti Batstone ma równie dobre referencje, ponieważ „jest w 1/16 Polką”, jako że jedna z jej praprababci była Polką. Brakowało tylko badań DNA i sakramentalnego pytania: „Kraków? To nad Bałtykiem?”. Większość z nas nie zna swoich przodków aż do czwartego pokolenia wstecz, więc nie wykluczone, że jestśmy w 1/16 Anglikami.

fot. Maciej Psyk

Nick Clegg mówił między innymi o tym, że 31 proc. londyńczyków urodziło się poza Wielką Brytanią, o tym, że jest to miasto kilkuset języków, o upadku XIX-wiecznego nacjonalizmu i idei niezależności, które w dzisiejszej Europie nie są już możliwe, o globalizacji, której Londyn jest najlepszym wyrazem i pionierem. Zarówno on, jak i inni podkreślali, że bez imigrantów, w tym Polaków, gospodarka brytyjska stanęłaby jak samochód z zepsutym silnikiem. Było to zręczne budowanie mostów do brytyjskiej Polonii. Jednak mimo całej grzeczności i erudycji byłoby naiwnością sądzić, że Nick Clegg i jego partia rzucą się jak lwy walczyć za na o nasze interesys. Poza tym nie jest to stowarzyszenie mniejszości narodowych, lecz niezależna od narodowości – choć otwarta na nie – partia polityczna, więc realizuje program wynikający z jej doktryny. Przekonują o tym jego odpowiedzi na pięć pytań, które zadałem we własnym imieniu:

[Czytaj dalej]

Na czasie: Piraci

November 28, 2008

Kiedy byłem małym chłopcem, bawiłem się w piratów. Chciałem być piratem, romantycznym rozbójnikiem, dla którego ląd jest tymczasową przystanią, o której myśli z pogardą. Nie chciałem mieć nogi i oka, by upodobnić się do ideału. Wyrosłem z tego, jak z wielu dziecięcych fascynacji. Zapomniałem o nich, o piratach, Janosiku, Zorro, Robin Hoodzie. Dziecięcą wyobraźnię przytłumiła codzienność życia dorosłych.

I nagle widzę, że dorośli uprawiają grę, którą ja porzuciłem. Piraci rządzą morzem. Ale scenariusz i atrapy zmieniły się. Supertankowce nie mają żagli, pirat jest dwunożny i dwuoczny, a jego zdobycz to nie kufer wypełniony złotem, ale kilkumilionowy okup wpłacony na konto bankowe.

[Czytaj dalej]

Dużo, mało, ile?

November 25, 2008

Ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski, znany m.in. jako autor książki „Księża wobec bezpieki”, ponownie zbiera cięgi, choć – prawdę mówiąc – także i pochwały (ostatnio Bronisław Wildstein nazwał go „szaleńcem bożym”, w jak najlepszym słów znaczeniu). Niepokorny kapłan wezwał metropolitę lubelskiego, arcybiskupa Józefa Życińskiego do rozliczenia się z przeszłością. Poszło o słynną książkę Cenckiewicza o Wałęsie, w którym to dziele abp. Życiński figuruje jako tajny współpracownik SB o pseudonimie „Filozof”. Zarejestrowany w roku 1977 figurował w rejestrze jako czynny kontakt do końca, do roku 1990. Miał kolejno trzech oficerów prowadzących.

Ks. Isakowicz-Zaleski twierdzi, iż jest niemożliwością, by trzech kolejnych bezpieczniaków utrzymywało w rejestrach współpracownika fikcyjnego, dla np. korzyści majątkowej. Odpadałoby więc tłumaczenie, jakie znamy ze spraw Zyty Gilowskiej czy metropolity gnieźnieńskiego, abpa. Muszyńskiego. Raczej nie zdarzy się, że trzech byłych esbeków oświadczy, iż fałszowali akta dotyczące tej samej osoby. Dodatkowego smaczku sprawie dodaje powszechna znajomość gorących, antylustracyjnych wystąpień lubelskiego metropolity. Teraz, ustosunkowując się do wypowiedzi Isakowicza-Zaleskiego, Życiński oświadczył, że nieraz już próbowano go oskarżać na podstawie „ubeckich papierów”, on zaś do żadnej winy się nie poczuwa. Ks. Isakowicz-Zaleski postawił jednak swoiste ultimatum – albo arcybiskup pozwie do sądu jego, Cenckiewicza i trzech byłych oficerów prowadzących, albo przyzna się do współpracy z SB.

[Czytaj dalej]

Inko w lidze angielskiej!

November 24, 2008

Piłkarze Inko nie spoczywają na laurach. Już w najbliższy weekend na Wembley Stadium mistrz polonijnej ligi zagra w wielkim finale turnieju UMBRO FIVES.

Od lutego rozpocznie rywalizację w futsalowej lidze angielskiej i to od razu w najwyższej klasie rozgrywkowej!

Warto wspomnieć, że dwie najlepsze ekipy FA Futsal 2009 zagrają w europejskich pucharach. Zwycięzca w Lidze Mistrzów, a wicemistrz w Pucharze UEFA.
Do obu imprez drużyna przygotowuje się niezwykle intensywnie. Przez ostatnich dziesięć tygodni zespół trenował trzy razy tygodniowo, zawodnicy mięli również zapewnioną odnowę biologiczną. Oprócz tego były sparingi oraz mecze w lidze.

Nie jedziemy na Wembley po to tylko aby zagrać – mówi menedżer zespołu Radosław Kurczab. – Chcemy zdobyć medal, a jeśli dobrze pójdzie to nawet wygrać ten turniej. Przez ostatnie tygodnie pracowaliśmy nad szybkością i wytrzymałością. Nie zapomnieliśmy również o taktyce – kończy Kurczab.

Oto aktualny skład zespołu: Mariusz Lachowicz (bramkarz), Łukasz Bison, Paweł Kiełtyka, Artur Mroziak (kapitan), Adrian Hermaszuk, Marcin Nowak, Mirosław Spychała, Daniel Ejsmond, Radosław Kurczab (menedżer i właściciel zespołu).

Daniel Kowalski

Listy do redakcji

November 22, 2008

Dear Ms Hannah Beveridge,

I have to say that the Federation Chairman Dr Jan Mokrzycki and myself are very disappointed by the conclusions reached by the PCC. Following your organisation’s positive role in the earlier dispute between the Federation of Poles and the “Daily Mail”, we had expected a more positive judgement from the Commission.

Those who trusted in the objectivity and high mindedness of the British media had expected that the outrageous comments by Giles Coren, which the “The Times” sub-editors had allowed themselves to publish in “The Times”, would be condemed by the PCC because they fly in the face of good community relations, a sense of fairness and sound English common sense. Both the “Times” editors and yourself had already referred to Giles Coren’s articles as “prejudiced”. How wrong we were. Obviously these are not the criteria on which the sole press watchdog in the UK, the PCC, now operates.

The Equality and Human Rights Commission is prevented by its terms of reference from commenting on the printed press. Consequently the monitoring of ethical standards in the British press is the sole preserve of the PCC.  However your decision has exposed the fact that the Editors’ Code of Practice has no protection against slander against whole communities, only against named individuals. I have already made the point that “Polacks” is an offensive term but your Commissioners refuse to condemn it. You cover yourselves by the letter and not the spirit of the Code of Practice to justify such a phrase on the grounds that, as it refers to a whole community and not to an individual, it is beyond your jurisdiction. The quotation I provided from the “Jewish Chronicle” was sufficient evidence that Giles Coren’s attitudes is dominated by contempt and hatred and so cannot be justified as an innocuous humorous aside.

What of offensive terms made about other minorities in the British press? What legislation then protects Jews and Indians against abusive terms like “Kikes” and “Pakis”? If neither the PCC nor the EHRC can intervene in such cases, what prevents the use of such abusive terms against them. A sense of propriety? Fear of disapproval by their readers or their own staff? A fear of litigation on grounds of incitement? Why then cannot Poles be protected by similar measures? Are there no Polish readers, no Polish newspaper staff, no Polish litigants, no Polish rioters or demonstrators to fear?
Furthermore though we successfully showed that there was no evidence provided by “The Times” of Poles locking up and burning Jews in synagogues as a recreational Easter pastime, you have used an incident in the Ukraine during the terror and chaos of the Russian Revolution, in which (…) there was no active participation by Poles, as justification for your Commissioners to maintain that this passage justified Giles Coren’s Polonophobic jibes about Easter.

I chose to remind the PCC before your final decision that this episode has caused considerable outrage both in Poland and among Poles in the UK. There have been parliamentary interventions in Poland, complaints from the Human Rights Commissioner in Poland, letters from concerned British citizens such as Lord Belhaven, and a 2000 strong petition from the Polish Professionals which “The Times” appear to have been completely ignored, I said that the reputation in Poland of the British press as a whole is at stake in this decision. Today your ruling has caused that reputation enormous damage.

We maintain that communities in the UK deserve and require protection against inaccurate information and insults. Effectively you say that this is no longer the role of the PCC. You have now put both British parliamentarians and the Court of Justice of the European Comunities on notice that another body needs to protect Poles and other minorities against this kind of abuse and xenophobia in this country and that the European Convention on the Protection of National Minorities needs to find a champion in this country.
We hope you will convey our disappointment over your decision to all your Commissioners.

Yours sincerely,

Niesforny pop Mariny

November 21, 2008

Gdy media biją pokłony Britney Spears za jej mozolnie wyszlifowany come back, scena alt popu rodzi kolejną niepokorną artystkę z pianinem u boku. Marina jako Marina and the Diamonds odważnie bawi się popową estetyką. Niebagatelne liryki. Wokal naładowany zmanierowanym dramatyzmem. Błyszczyk i kicz. Ostatnim występem w londyńskim Cargo, ta 23-letnia Walijka poraziła jednak dojrzałym performancem, a przede wszystkim siłą przebicia niesfornego ducha czerpiącego z tradycji największych wokalistek popkulturowej spuścizny.

Opiniotwórczy „The Guardian” porównuje Cię do Kate Bush, Kate Nash i Reginy Spektor. Czy uważasz, że takie porównania mogą zaszkodzić, czy może pomogą Ci przebić się na rynku?

Uważam, że wątek z Kate Nash to leniwe dziennikarstwo – obie gramy na keybordzie, więc ustawiono nas koło siebie, ignorując rozbieżności stylowe. Z drugiej strony, takie porównania pomagają ludziom odnieść się do artystów im nieznanych, więc obecnie już się tak nimi nie przejmuję.

Wydajesz się należeć do dość wąskiej grupy wokalistek, które same tworzą swoje artystyczne wizje – stąd porównania do Kate Bush, Kate Nash czy Siouxsie Sioux.  Jakie są Twoje muzyczne wpływy?

fot. David Nelson

Do 18. roku życia słuchałam popu, między innymi Britney (śmiech) – wiem, żadna z niej artystka, jeśli chodzi o komponowanie muzyki.  Potem polubiłam Nirvanę, Daniela Johnstona i The Destillers. Jest jeszcze Fiona Apple, Annie Lennox, PJ Harvey i Patti Smith. Kocham Kate Bush. Kate jest wyjątkowa i ponadczasowa.

Twój pierwszy utwór na My Space, „Mogwil’s Road”, jest naładowany kobiecą sensualnością, jak zresztą pozostałe kawałki, ale w przeciwieństwie do nich słychać też afrykańskie beaty.

„Mogwli’s Road” jest moim ulubionym kawałkiem. Kiedy go komponowałam, właśnie taki refren miałam na myśli -  plemienny, w stylu jungle. Nie słucham muzyki afrykańskiej, ale pisząc własne utwory dużo eksperymentuję, próbuję i mieszam. Najpierw zakochuję się w pomyśle, kilka dni później zapisuję linię melodyczną, a potem siadam do pianina i komponuję. Od mojej pasji do pierwszych taktów rodzi się pomysł na całą resztę.

Utwór „Girls, Girls, Girls” to czysto popowy żart, który napisałaś we współpracy z producentem New Order, Gabrielem Pascalem. Jak doszło do tej współpracy?

Skąd o tym wiesz? (śmiech) „Girls, Girls, Girls” to totalnie popowy i absurdalny numer! Pascala poznałam przez My Space. Napisałam do niego, że nagrałam w sypialni demo i spytałam się, czy wyprodukowałby go za darmo. „Nie” – odpisał. (śmiech) Ponieważ podobały mu się moje teksty i muzyka, zaproponował, abyśmy razem napisali kilka utworów. Tak powstał wspomniany „Girls…” i „Shampain Sleeper”. Na początku denerwowałam się na myśl wspólnego pisania, bo wcześniej z nikim nie komponowałam.

W „Girls, Girls, Gilrs”, odważnie naśmiewasz się ze współczesnej kobiety skupionej na swoim wyglądzie. Czy sugerujesz, że feminizm się wypalił?

Wiesz, czuję się zażenowana, kiedy mam opowiadać o swoich tekstach. Ogólnie mówiąc, media tworzą fałszywe wzorce kobiet; wzorce wyglądu i zachowań, które nie odpowiadają rzeczywistości.  Ale nie sądzę, aby feminizm się wypalił. Może jestem hipokrytką. Z jednej strony chcę wyglądać ładnie, a z drugiej staram się nie przekraczać pewnej granicy, aby nie zatracić się w wizerunkach kreowanych przez media.

A ja czasami zastanawiam się, czy feminizm nie zjadł swojego ogona. Żyjemy przecież  w czasach, kiedy kobieta celebruje swoją kobiecość, a męska dominacja wydaje się być już zużytym stereotypem.

Wydaje mi się, że nasze pokolenie nie docenia feminizmu. Nie można już mówić o męskiej opresji, ale wciąż istnieją pewne podwójne standardy, które faworyzują mężczyzn. Mam na myśli wymogi społeczne wobec kobiety i jej życia seksualnego. Istnieje wciąż wiele rozgraniczeń.

Z drugiej strony, tzw. trzecia fala feminizmu, w tym ruch „riot girrrls” końca lat 80., zrodził wiele artystek, które przejęły kontrolę nad produkcją i promocją własnej muzyki. Zastanawiam się, jaką drogę Ty obierzesz.

Niedawno duża wytwórnia zaproponowała mi kontrakt. Nazwę na razie chcę utrzymać w tajemnicy. Pierwszy singiel, „Lion Gold”, planuję wydać w lutym. Oczywiście ważne jest dla mnie, aby  wciąż móc kontrolować swój image i swoją muzykę. Uważam, że publika wyczuwa, gdy artysta nie jest wiarygodny i wierny sobie.

Na koniec, wytłumacz, proszę, co kryje się za nazwą: Marina and the Diamonds.

Jestem w połowie Walijką, a w połowie Greczynką. Marina to moje prawdziwe imię, a Diamond to nazwisko po ojcu. Ja jednak nie chciałam typowego połączenia w stylu Kate Nash, stąd przewrotność: Marina and the Diamonds. Marina to imię popularne w Rosji i w innych krajach Europy Wschodniej. Mój tato pracował na Ukrainie, więc oczywiście spędziłam dużo czasu w tym kraju. Uwielbiam Europę Wschodnią – jest wciąż tak inna niż Zachód.

Rozmawiała: Anna Gałandzij

Pietrkiewicz niezapomniany

November 21, 2008

Są ludzie, którzy nigdy nie odchodzą. Świadectwo ich życia pozostaje. Do takich należy zmarły rok temu poeta, pisarz, tłumacz, wykładowca Jerzy Pietrkiewicz. „Nie wszystek umrę” – napisał Horacy myśląc z pewnością o swojej poezji. Profesor Pietrkiewicz zostawił nie tylko swoją twórczość, ale grupę wspaniałych ludzi, przyjaciół, znajomych z kręgów literackich, naukowych oraz wiernych studentów, którzy przywołują go z drugiego brzegu, nie pozwalając zniknąć w cieniu.

W sobotę 15 listopada w polskim kościele na Devonii zorganizowali uroczystą mszę świętą w jego intencji. Podniosłość nabożeństwa podkreśliła dobrze dobrana muzyka w doskonałym wykonaniu Wioletty Gawary (śpiew) i Przemysława Salamońskiego (organy). Liturgia odprawiana była przez ks. prałata Tadeusza Kuklę po angielsku, bo tak się złożyło, że grono, które o profesorze nie zapomina, tworzą w większej mierze Anglicy. Wśród nich Rosie Hunt – ostatnia doktorantka prof. Jerzego Pietrkiewicza, która jako spiritus movens czuwała, by wszystko przebiegało zgodnie z dobrze opracowanym scenariuszem.

Jerzy Pietrkiewicz zmarł rok temu, 26 października, w wieku 91 lat. Poeta, prozaik i tłumacz literatury polskiej, związany był z Wielką Brytanią od wojny i stał się legendą pisarsko-pedagogiczną emigracji polskiej.

fot. Mariusz Milwicz vel Delach

Miał bardzo ciekawe koleje losu. Urodzony w wiejskiej rodzinie w Fabiankach koło Dobrzynia przez pięćdziesięcioletnią matkę. Z tego powodu traktowany był przez lokalną społeczność jako zjawisko nadprzyrodzone. Jego rodzice zmarli, gdy miał czternaście lat. Po ich śmierci przebywał w szkole z internatem we Włocławku. Potem, podczas studiów w Uniwersytecie Warszawskim, wegetował na skraju nędzy. Niebawem rozpoznano w nim awangardowy talent poetycki. Jeszcze przed 1939 rokiem pracował jako redaktor literacki w jednym z dzienników. Po wybuchu wojny, przez Bukareszt, La Rochelle i Plymouth dotarł do Londynu. Tu, po okresie dorywczej pracy pisarskiej, ukończył studia najpierw na Uniwersytecie St Andrews w Szkocji, a następnie zrobił doktorat w King’s College w Londynie. W tym samym czasie ożenił się z pisarką Christine Brooke-Rose. W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych zabłysnął jako wyróżniający się pisarz angielskojęzyczny, a w siedemdziesiątych, po dwudziestu latach pracy akademickiej w School of Slavonic and East Europeaen Studies został szefem wydziału języków wschodnioeuropejskich w University of London. Swoje późniejsze życie dzielił między Anglię a południową Hiszpanię, gdzie w Andaluzji wybudował sobie dom. Tam wzmocniła się jego fascynacja mistycznymi dziełami św. Jana od Krzyża. Jerzy Pietrkiewicz przełożył na angielski i doprowadził do wydania gros twórczości Karola Wojtyły.

›› Carol O’Brien, redaktor wielu brytyjskich wydawnictw i wielu książek Pietrkiewicza. Spędziła z nim dużo czasu nie tylko w Londynie, ale również w jego domu w Hiszpanii.

Brytyjska krytyka literacka ceniła twórczość Pietrkiewicza, uznając ją za zbiór dziwnych, nie dających się sklasyfikować gatunkowo książek o sporej dawce magii. Był kimś na wzór Nabokowa w Stanach Zjednoczonych lub Samuela Becketta we Francji. To zadziwiające w przypadku poety, który przyjeżdżając do Wielkiej Brytanii w 1940 roku, prawie w ogóle nie znał języka angielskiego. Nasuwa się tu naturalne porównanie do Conrada, z tym że Pietrkiewicz został dostrzeżony jako poeta jeszcze w Polsce, zaś Conrad tworzył tylko po angielsku.
Jego najważniejsze dzieła poetyckie i prozatorskie to: „Wiersze o dzieciństwie”, „Znaki na niebie”, „The Knotted Cord” (1959), „Isolation” (1961), „The Quick and the Dead” (1961), „Inner Circle” (1966).

RAFICQ ABDULLA:
Kiedy się spotykaliśmy, zawsze kończyło się na tym, że rozmawialiśmy o poezji, choć rozmowa schodziała  na tematy idei, literatury, rozstrząsaliśmy sprawy wiary i religii. (…) Były też chwile, kiedy rozmawialiśmy bardziej otwarcie o tym, co czujemy. Wtedy momenty przechodziły w godziny, a godziny traciły swą czasową miarę, zanikała różnica wieku między nami i stawaliśmy się dziećmi, nieskalanymi, niewinnymi , które próbują się porozumieć. Choć w nasze rozmowy wkradały się dygresje, zawsze wracaliśmy do tajemnicy i radości, którą ma w sobie poezja. (…) Było wiele tematów pojawiających się regularnie. Na przykład cudowny czas dzieciństwa. Jerzy z dużą intensywnością wydobywał z pamięci miesjca związane ze swym dzieciństwem. Z wielką miłością wspominał swoją ukochaną matkę, która zmarła, kiedy był jeszcze chłopcem, i na całe  życie pozostawiła w nim uczucie straty. Uważał, że dzieciństwo ma ogromne znaczenie dla samego poety i jego poezji. Jako poeta przywiązywał ogromną wagę do precyzji słowa. Czytając moje wiersze z niezwykłym wyczuciem zwracał się do mnie z dobrze przemyślanymi sugestiami – dodana fraza tu, wyrzucone słowo tam – uszlachetniając w ten sposób moją poezję. Robił to w niezwykle subtelny sposób, zdejmował niepotrzebny makijaż z moich wierszy obnażając przede mną ich prawdziwą twarz… Inną, niezwykle ważną rzeczą była dla Jerzego potrzeba ciszy w poezji. Dla niego dobra poezja z ciszy się rodziła i do ciszy wracała. Jakże trudne zadanie dla poety, który musi użyć słów, by przedstawić ich  brak, precyzyjnie określić słowami to co kryje się w ciszy. Kiedy przez lata spotykaliśmy się, rozmawiając godzinami, śmiejąc się, potrafiliśmy z ciszy budować znaczenia. To był największy dar, jaki dostałem
od niego. Teraz ta cisza jest jeszcze większa. Pozostała we mnie, by przez nią powracać do naszych
rozmów, by w niej przywoływać jego obecność…

Po mszy świętej organizatorzy zaprosili wszystkich do sali parafialnej, gdzie przy dobrym winie słuchaliśmy krótkich wspomnień o długim, wspaniałym życiu. Profesora wspominały osoby, które chciały się podzielić tym, co je wiązało z tym niezwykłym erudytą, Europejczykiem i człowiekiem głębokiej wiary.
Zaczęto jednak od fragmentu z książki Knotted Cord (jednej z autobiograficznych powieści Jerzego Pietrkiewicza), dość brawurowo przeczytanego przez aktorkę Annie Irving, przyjaźniącą się z poetą przez około 30 lat.

››  Lady Camilla Panufinik, autorka zdjęcia wystawionego na ołtarzu, a potem w sali parafialnej, opowiadała o wizytach profesora w ich domu w Twickenham i długich rozmowach dwóch artystów-emigrantów

Jeszcze dłuższą znajomością, bo aż do śmierci, z pisarzem i poetą może poszczycić się Carol O’Brien, redaktor wielu brytyjskich wydawnictw i wielu książek Pietrkiewicza. Spędziła z nim dużo czasu nie tylko w Londynie, ale również w jego domu w Hiszpanii. Kiedy właśnie tam przebywali, Jerzy Pierkiewicz dowiedział się o wyborze papieża-Polaka, którego utwory przekładał później na język angielski. Po opublikowaniu przekładów pojechała z Pietrkiewiczem do Watykanu na spotkanie z Ojcem Świętym. Wciąż ma w oczach wzruszający obraz tych dwojga rodaków, rozmawiających o Polsce.
Prof. Moskalowa, literaturoznawca, znana z niekonwencjonalnych wystąpień opowiedziała zebranym jak na przedstawieniu „Biesy” padało na Jerzego Pietrkiewicza, mężczyznę o niezwykle bujnych, artystycznie niepokornych włosach punktowe światło, w taki sposób je podświetlając, że nikt nie mógł mieć wątpliwości, iż ich właścicielem był wielki poeta. Alicja Moskalowa z akcji dziejącej się na scenie nie zapamiętała nic.

Mariusz  MILWICZ VEL DELACH:
Profesora znałem bardzo krótko, bo tylko przez dwa lata przed śmiercią. Spotykaliśmy się w jego mieszkaniu, kiedy już nie był w stanie samodzielnie się poruszać. Pretekstem było przynoszenie zakupów raz na jakiś czas. Rozmawialiśmy o historii przedwojennej, literaturze – głównie o Norwidzie,
i muzyce – głównie o Chopinie. Profesor lubił czytać na głos poezję, teskty z antologii liryki angielskiej, ale także własną, na przykład niezapomiane ballady dobrzyńskie z lokalnym dobrzyńskim akcentem.
W czerwcu 2006 roku towarzyszyłem Profesorowi w wyprawie do St. Andrews w Szkocji po odbiór doktoratu honoris causa, przyznany mu przez tamtejszy uniwersytet, na którym studiował tuż po przyjeździe do Wielkiej Brytanii. Przyjęty został bardzo ciepło i z wielkimi honorami. Zrobił olbrzymie wrażenie na profesorach i studentach swoim powrotem do St Andrews po 65 latach, nie wspominajac o dorobku życiowym.
Do ostatnich chwil był pełen życia i ciekawy ludzi. Tak jak w środku nocy w hotelu w St Andrews, kiedy w całym budynku rozległ się alarm pożarowy, Profesor z radością, powoli schodził do wyjścia pozdrawiając osobno każdego z wybiegających w piżamach ludzi i wbiegajacych w uniformach strażaków.

Do grona przyjaciół Jerzego Pietrkiewicza należał nieżyjący już wielki kompozytor, pianista i dyrygent, Andrzej Panufnik, który od 1954 roku mieszkał w Londynie. Wdowa po nim, lady Camilla Panufinik, autorka zdjęcia wystawionego na ołtarzu, a potem w sali parafialnej, opowiadała o wizytach profesora w ich domu w Twickenham i długich rozmowach dwóch artystów-emigrantów. A także o tym, jak profesor uczył ją polskiego, upierając się, że może to tylko zrobić posługując się poezją.
Na spotkaniu był też Zbigniew Mieczkowski, szkolny kolega Jerzego Pietrkiewicza, który przyznał, że ich gimnazjum we Włocławku wykształciło wielu wspaniałych ludzi, jednak największym z nich był niewątpliwie Jerzy Pietrkiewicz.

Katharine Tylko:
Jestem bardzo dumna, że mogłam być studentką prof. Peterkiewicza studiując w latach siedemdziesiątych literaturę polską w University of London. On wznosił się jak wieża ponad innych wykładowców w School of Slavonic and East European Studies. Był niezwykle inspirującym nauczycielem, a przy tym niezwykle uprzejmym, dającym nam duże wsparcie. Jego wykłady były żywe, prowadzone z wirtuozerią, jakby przygotowane dla telewizji. Peterkiewicz – poeta, pisarz i tłumacz – objaśniał nam tajniki sztuki literackiej. Peterkiewicz – erudyta – wykorzystywał swoją ogromną wiedzę o kulturze europejskiej tłumacząc nam źródła poezji, prozy czy dramatu. Jego głęboka wiedza obejmowała nie tyko polską i angielską litearturę, ale w równym stopniu historię, sztukę, religię, politykę. Był niezwykłą, wzbudzającą zachwyt osobowością, raczej formalną. Zwracał się do nas po nazwisku. Zawsze nieskazietlnie ubrany w elegancki, ciemny garnitrur, ale kiedy na nasze końcowe egzaminy przyjechał egzaminator z Cambrirdge, profesor pojawił się w tym ważnym i stresującym dla nas dniu w obcisłych jeansach, w głęboko, niemal do pasa rozpiętej koszuli, z połyskującym złotym medalionem na szyi. Wprowadzenie przeciwnika w błąd, czy może sztuczka, która miała nas rozluźnić?
Kochaliśmy tego człowieka.

Jednak najbardziej wzruszające okazały się tego wieczoru wspomnienia byłej studentki Katherine Tylko oraz prawnika i poety Rafucqa Abdulla.
Wolą zmarłego (który nigdy nie zapomniał o pomocy, jaką doznał zarówno w Polsce jak i tutaj, by móc w latach wielkiego ubóstwa studiować) było założenie fundacji, która wspierałaby finansowo zdolnych młodych ludzi (w wieku od 18 do 24 lat), chcących studiować literaturę. Życzenie to zostanie niebawem spełnione, gdyż dobiegają końca prace związane z zarejestrowaniem Jerzy Peterkiewicz Educational Foundation (Peterkiewicz, gdyż po jakimś czasie pobytu na Wyspach Brytyjskich zaczął używać takiej formy swojego nazwiska). Prezesem fundacji jest Rosemary Hunt, skarbnikiem Lady Panufnik, sekretarzem Mariusz Milwicz vel Delach, członkami: Carol O’Brien, Tomasz Dorantt (były student) oraz dwie osoby z rodziny profesora: dr Maria Pietrkiewicz z Warszawy i Agnieszka Galicka z Torunia.
Całej uroczystości towarzyszyła ekipa Telewizji Polskiej, która realizuje film dokumentalny poświęcony temu wybitnemu Polakowi, o którym jego rodacy wciąż tak mało wiedzą.

Teresa Bazarnik

Pomiędzy teatrem ulicznym, a sztuką graffiti

November 21, 2008

W muzeach i galeriach tłumy zwykłych ludzi, ale najnowszej sztuce tego nie dosyć. Wychodzi na ulice. Latem zewnętrzne ściany Tate Modern pokryły olbrzymie graffiti artystów tworzących zwykle na ulicach Nowego Jorku, Sao Paolo, Bolonii, Paryża i Barcelony. Tymczasem najsłynniejszy angielski twórca graffiti, ukrywający swą twarz Banksy, z ogromnym powodzeniem sprzedaje już swe prace i w szanujących się galeriach na całym świecie. Sam Damian Hirst ma ich kilka w swojej kolekcji. Dużo wcześniej, przed ponad dwudziestu laty, od graffiti malowanych na murach nowojorskiego Brooklinu zaczynał swą karierę nowojorski artysta Jean-Michael Basquiat (1960-1988). Pozostał wierny stylowi ulicy i potem, tworząc już na dużych płótnach swe późniejsze obrazy, sprzedawane dziś za miliony. I ja, inspirowany szablonami z ulic Gdańska i Warszawy z wczesnych lat 90., próbowałem przed laty robić swoje graffiti na londyńskich ulicach. Potem i w galerii Watermans Art Centre w londyńskim Brentford, a Victoria & Albert Museum kupiła nawet do swych zbiorów małą książeczkę moich wizerunków, które – dusząc się od wyziewów – „wydrukowałem” sprayem, używając szablonów, jakimi wcześniej malowałem swe obrazki na ulicy. Ksiązka leży pewno gdzieś w ich przepastnych archiwach. Stare dzieje.

Teatr rysowany kredą

Teraz w Hayward Gallery na południowym brzegu Tamizy odkrywam wystawę południowoafrykańskiego artysty, który jeszcze inaczej podchodzi do coraz bardziej popularnej „sztuki ulicy”. To urodzony w roku 1974 w Cape Town, Robin Rhode. Od kilku lat mieszka w Berlinie. Maluje na ulicznych murach, ale tego co robi, nie można właściwie do grafitti zaliczyć. To raczej rodzaj teatru, ulicznego przedstawienia. Stworzony na ścianie wizerunek – uproszczony rysunek samochodu, czarnych kul-piłek czy półkola sugerującego tor do popisów jazdy na deskorolce, nie jest dla Rhode czymś co samo w sobie ma być przez nas podziwiane. Ich rysowanie/malowanie na jezdni czy ścianie to tylko część teatralnej gry-akcji, jaką artysta wokół nich rozgrywa. Kredą i sprayem tworzy miniaturowe zdarzenia-historie, dla których to co narysowane jest czasem scenografią, częściej centralnym rekwizytem. Będzie się więc na przykład próbował włamać do narysowanego przed chwilą samochodu, zmienia mu koła, albo popycha mażąc przy tym ścianę; żongluje piłkami rysowanymi w coraz to innej pozycji na murze albo wyczynia „akrobacje” na deskorolce leżąc na jezdni i udając, że jeździ po wyimaginowanej, narysowanej trasie. Wcześniejsze akcje zdają się prostsze, bardziej prowokujące, nawet agresywane. Późniejsze bardziej wieloznaczne, poetyckie i wyszukane – jakby zaczynając od ulicy wraz z dojrzewaniem nie zrywał z ulicą, ale swe nowsze prace adresował już do trochę innej publiczności bywalców galerii i muzeów nowoczesnej sztuki, znajdując też dla swych działań coraz większe uznanie.

fot. Andrzej Maria Borkowski

Fotografia-film-teatr

Zaczynał od spontanicznego, jednoosobowego teatru-zabawy, teatru rysowanego kredą na ulicy, ale niedługo potem postanowił swe scenki fotograficznie dokumentować. Tak powstały serie fotografii. Ułożone w rzędy i szeregi oglądamy je teraz w Hayward Gallery – trochę jak zatrzymane klatki animowanego filmu łączącego rysunek i żywą osobę. Oglądamy też zresztą w galerii i jego krótkie filmy, i wideo, bo artysta posługując się różnymi mediami dalej rozwijając swą szczególną sztukę. Wymyśla coraz to inne sposoby, by w poetycki, skrótowy sposób łączyć to co realne, z tym co wyobrażone, narysowane kredą.
Świetny na przykład krótki film, w którym prawdziwą zapałką zapala świeczkę narysowaną na kartonie. Kartka kartonu zaczyna naprawdę płonąć. Łączy z tym Rhode grę pozytywu i negatywu filmowego obrazu, wyrafinowanie grając z medium. W innym rogu sali wyimaginowany latawiec sugerowany czterema napiętymi linkami jest jednocześnie ekranem, w którym oglądamy niebo i drzewa migające na poboczach drogi, jak gdybyśmy biegli zadzierając głowę. To sugestia pędu i lotu, w połączeniu z dziwnym odwróceniem tego co tłem i tego, co filmowanym przedmiotem. Ta poetycka sztuka kwestionuje zastane kategorie i przyzwyczajenia. Nie ilustruje jakichś wywodów. Woli prowokować, dziwić, zadawać pytania nie przestając bawić i ciekawić.
Źrodła tej sztuki są na ulicy, zrodzone z krótkich akcji i interakcji z zaskoczonym przypadkowym widzem i poetycką wyobraźnią artysty pierwszej klasy. Jedno drugiemu nie musi przeczyć. Z pewnością pomaga też szersze doświadczenie artysty. Robin Rhode zdobył przecież dyplom sztuk pięknych w Johannesburgu, a później w tym samym mieście studiował jeszcze w Południowoafrykańskiej Szkole Dramatu, Filmu i Telewizji. Tak jak Basquiat, który nie był lumpem, władał czterema językami i pochodził z zamożnej rodziny (ojciec był ministrem spraw wewnętrzych na Haiti), tak i Robin Rhode nie jest cudem odkrytym naiwnym chłopakiem ze slumsów, choć czerpie z nich inspiracje i nie gardzi być w ich pobliżu. To artysta pierwszej wody, wrażliwie reagujący na to co wokoło, przekładający spontaniczność i anarchiczną wolność ducha ulicy na bardziej wyrafinowaną sztukę.
Zresztą czyż powstająca z nieustannej konfrontacji z życiem sztuka ulicy nie jest dziś czymś bardziej na czasie, niż pieczołowicie wygładzane w zaciszu pracowni, olejem malowane martwe natury? Ale z drugiej strony, czy sztuka musi biec tylko jednym torem i apelować do każdego? Pyatnia, pytania, pytania… Jeśli interesuje Was sztuka działająca na pograniczach artystycznych domen, próbujaca czegoś innego, koniecznie powinniście obejrzeć tę wystawę.

Andrzej Maria Borkowski

Moda PO(l)SKa

November 21, 2008

- Zapowiada się ładnie – zachwalała koleżance starsza pani w płaszczu z broszką. – My już widziałyśmy modelki, bo my tu pomagierki jesteśmy. Z drugiej strony inna pani reklamowała znajomemu wyjątkowe, kolorowe fryzury. Między rzędami przechadzała się sympatyczna blondynka, pytając, „czy program ktoś życzy?”, a jeśli tak, to w jakim kolorze.

Sala w POSK-u wypełniła się szybko i wszyscy oczekiwali rozpoczęcia pokazu mody. Starszej pani siedzącej przede mną tak bardzo zależało na uchwyceniu każdego, nawet najdrobniejszego detalu prezentowanych kreacji, że skłonna była zaatakować fotografa, który – wykonując swoją pracę – chwilowo zasłonił jej widoczność. Na szczęście dla niego, i dla nas, skończyło się tylko na krótkiej wymianie zdań. Zdjęcia zrobił.

fot. Grzegorz Grabowski

Zanim na wybiegu pokazały się modelki, modele i konferansjer, Jurek Jarosz, na scenie pojawiła się doktor Bożena Laskiewicz z Medical Aid for Poland Fund i pokrótce opowiedziała o celach organizacji i przeznaczeniu zebranych, m.in. dzięki pokazowi mody, pieniędzy. Zasilą one konto fundacji, która zajmuje się przede wszystkim zakupem najbardziej potrzebnego sprzętu medycznego dla polskich szpitali.
- Everything… będzie po polsku – zaznaczył konferansjer, a następnie zachęcił publiczność do ciepłego powitania osób biorących udział w pokazie. Rozpoczęła Agnieszka, ubrana w furto, zielony szal, krótkie czarne spodnie i kozaki. Całość dopełniały doczepione do fryzury pasma błyszczących, złotych włosów. Za nią Marcin, Kasia, Paweł i kolejne osoby prezentujące różnego rodzaju kapelusze, futra, płaszcze, pikowane kamizelki, swetry czy spódnice. Rozmaitość stylów, od eleganckich do kowbojskich połączeń dżinsu i skóry.
- Pani Marta, trochę z akcentem wschodnim…, tajemniczy mężczyzna…, Janeczka…, a tu pani Wiesia, mama Janeczki. Różnica pokoleń nie istnieje – komentował pan Jurek. Następnie na wybiegu pojawiły się stroje bardziej eleganckie, suknie, garsonki, marynarki. Fantazja konferansjera, opisującego poszczególne kreacje nie miała granic. – Kołnierzyk stoi, krawat wisi… – stuprocentowy mężczyzna – relacjonował. Za mężczyzną były między innymi „biedroneczki są w kropeczki”, Julie Tymoszenko, kreacje z Ritza, a nawet z nowego filmu o Bondzie.

fot. Grzegorz Grabowski

Nie zabrakło też strojów z historią, jak czarna suknia wieczorowa z odsłoniętymi plecami i tylko cienkim sznureczkiem, łączącym brzegi. Do sklepu Medical Aid for Poland Fund na Ealingu oddał ją podobno mąż, niezadowolony, że małżonka nosiła ją tył do przódu. Pokaz zakończyły efektowne suknie ślubne z długimi trenami, falbanami, kokardami wpiętymi we włosy modelek.
Publiczność nagrodziła organizatorów brawami, a część z osób zaczęło sięgać po portfele, w oczekiwaniu na wyprzedaż prezentowanych kreacji. Ja co prawda nie podzielałam aż tak entuzjazmu, szczególnie że w trakcie dwugodzinnego pokazu tylko kilka razy dłużej zatrzymałam wzrok na ciekawie skrojonej sukience lub marynarce. Moją uwagę bardziej skupiały komentarze, przypominające często zachowania weselnego wodzireja i nie mające wiele wspólnego z tym, co aktualnie na wybiegu było prezentowane. Szkoda, że zabrakło w nich trochę pastiszu. W przypadku rzeczy podarowanych możliwości stworzenia wyjątkowych kreacji są dosyć ograniczone. Warto jednak docenić wielkie zaangażowanie tych wszystkich, którzy dla szczytnego celu poświęcili swój czas, szczególnie że w tym roku przygotowanie pokazu trwało krócej niż zwykle.
- Przedtem to zajmowało nam trzy, cztery miesiące, a tym razem trzy i pół tygodnia. Pracowaliśmy nocami, często kończyliśmy próby o dwunastej, pierwszej – opisuje Ula Jarosz, choreografka Fashion Show 2008. – Spotykaliśmy się co niedzielę na próbie chodzenia, oprócz tego przymierzanie, dopasowywanie ubrań, a w tym tygodniu bardzo intensywnie, takie finałowe próby z dodatkami, biżuterią, żeby to skompletować, żeby wszystko grało – dodaje Agnieszka Dobkiewicz, jedna z modelek.

Jednak mimo ograniczonych możliwości i dużego stresu wszystko się udało – sześćdziesiąt modelek i osiemnastu modeli wyszło na wybieg, aby pewnie, z pomysłem zaprezentować stroje z charytatywnego sklepu na Ealingu. Było warto nie tylko dla szczytnego celu, ale chociażby dla kilkunastoletniej dziewczynki, która z błyskiem w oku przyglądała się sukniom i fantazyjnym uczesaniom, a po pokazie z uśmiechem pozowała na POSK-owym wybiegu, być może stawiając pierwsze kroki w karierze modelki.

Magdalena Kubiak

Next Page »