Powroty z powrotów

October 31, 2008 · Drukuj

Niestety, niektórzy z nas bezkrytycznie uwierzyli doniesieniom o wspaniałej koniunkturze w Polsce, o setkach tysięcy imigrantów wracających do kraju, dzisiaj mlekiem i miodem płynącego. Może nie zaraz 400 tysięcy, ale kilka osób z mojego sąsiedztwa powrotu do Polski spróbowało. Powrócili na krótko, przyjechali z powrotem jeszcze szybciej.

Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma – głosi stara maksyma. Agnieszka i Maks po dwóch tygodniach burzliwych dyskusji doszli do wniosku, że dalsze życie w Southampton nie ma już większego sensu.
-To nie był chwilowy impuls, raczej wypracowana w pocie czoła decyzja – opowiada Maks. – A wszystko odbyło się z kartką w ręku. Ja zarabiam około 850 funtów, Agnieszka w Asdzie na pół etatu ma około 400. Na naszą siedmioletnią Ewę dostajemy około 18 funtów tygodniowo child benefit. To daje razem około 1322 funty. Za mieszkanie płaciliśmy 525 funty, kolejna stówa szła na council tax. Zostaje około 697 funtów. Wystarczy na rachunek za światło raz na trzy miesiące i na godziwe życie w Anglii, ale z drugiej strony… Czy po to tu przyjechaliśmy, by po prostu żyć? Chcieliśmy odłożyć jakieś większe pieniądze, czegoś się dorobić. Stwierdziliśmy, że to nie ma sensu i postanowiliśmy: wracamy do Polski.
Powrót do Polski to skomplikowana operacja logistyczna. Trzeba się rozliczyć z landlordem, operatorem telefonii, internetu, dostawcą energii elektrycznej i gazu czy wreszcie nawet TV Licensing.
W zasadzie nie ma możliwości załatwienia wszystkiego w jednej chwili, do każdego operatora trzeba wysłać wypowiedzenie usług, poprosić o rachunek z ostatecznym rozliczeniem, a niektórych – jak TV Licensing czy City Council poprosić o zwrot nadpłaconych rachunków. Na rozliczenia trzeba zaczekać.
Postanowili całą operację przeprowadzić w dwóch turach.
- Plan był prosty – wylicza Maks. – Agnieszka pojedzie do Polski pierwsza, rozejrzy się za pracą dla siebie i za jakimś mieszkaniem, zapisze małą do szkoły. Ja zostanę, by wszystko rozliczyć, zdam mieszkanie, odbiorę kaucję i – mieszkając u brata – popracuję jeszcze przez kilka tygodni, by mieć jakiś zapas finansowy na początek życia w Polsce i by wspierać Agnieszkę w kraju.
Wyliczyli, że pensja Agnieszki powinna wystarczyć na wynajem mieszkania w Krakowie. On miał dosyłać na „życie” około trzysta funtów miesięcznie. Planowali, że w ciągu trzech miesięcy odłożą około 1000 funtów, na dobry początek w Polsce.

Znasz li ten kraj?
Swój plan wdrożyli na początku września. Dzięki pomocy znajomych poszło błyskawicznie, a załatwianie formalności było nawet mniej kłopotliwe niż się spodziewali. Agnieszka odwiedziła szkołę i poinformowała, że Ewa przerywa naukę, by ja kontynuować w Polsce.
Znalazły się w Krakowie, początkowo pod gościnnym dachem rodziny. Kolejny miesiąc był nieprzerwanym pasmem rozczarowań i zimnych pryszniców.
- Po pierwsze, najtańsze dwupokojowe mieszkanie do wynajęcia kosztowało 1500 zł miesięcznie. To tylko najem, dla właściciela. A oprócz tego trzeba było zapłacić za prąd, gaz i ciepłą wodę – opowiada Agnieszka. – Już wcześniej byłam umówiona na spotkanie w sprawie pracy w firmie przetwórstwa spożywczego. Potrzebowali marketingowców ze znajomością angielskiego. Ja mam licencjat z marketingu i zarządzania, a do tego płynny angielski z praktyką w Anglii, więc praca wydawała się jak dla mnie stworzona. Szef firmy zaproponował mi… 1500 zł miesięcznie brutto, a więc około 1000 zł na rękę. Prawie się zaśmiałam, gdy mi powiedział o stawce. Gdy zobaczył moją reakcję, warknął: – To wracaj do zmywaka! Grzecznie zwróciłam mu uwagę, że podczas dwóch lat spędzonych w Anglii nie pracowałam na zmywaku. Siedziałam na kasie w markecie, ucząc się języka, którego znajomość podobno jest teraz cenna. Wyśmiał mnie.
Kolejnych rozczarowań robiąc zakupy. Agnieszka wybrała się do osiedlowego samu. Do koszyka wrzuciła trochę pomidorów, puszkę tuńczyka, chleb, masło, kilka drobiazgów, za które w Asdzie w Southampton zapłaciłaby około 5 funtów. W Krakowie rachunek przekroczył 40 zł.
- Zdębiałam – opowiada. – W pierwszej chwili byłam pewna, że to pomyłka kasjerki. Jednak po przestudiowaniu rachunku okazało się, że wszystko jest zgodne z cenami.
U producenta dżemów przepracowała niecały miesiąc. W połowie października przeprowadziła z Maksem długą konferencję telefoniczną.
Maks: – Znów ołówek poszedł w ruch. Założyliśmy, że przy odrobinie szczęścia jesteśmy w stanie zarobić miesięcznie około 2500 złotych netto. Po odjęciu najmu mieszkania zostanie tysiąc. Rachunki za prąd i gaz połkną sporą część reszty. Na życie pojmowane jedynie w kategoriach jedzenia pozostanie około 700 złotych. To po… 21 złotych na dzień. Zakładając, że nie kupujemy odzieży, butów, książek, nie mamy żadnej kultury. Za 21 złotych jednak nie da się przeżyć, zwłaszcza w sytuacji, gdy ceny wielu produktów żywnościowych w Polsce są dzisiaj wyższe niż w Anglii.
Decyzja była nieodwołalna. Pomimo finansowych i biurokracyjnych komplikacji Agnieszka z Ewą w drugiej połowie października wróciły do Southampton. Na szczęście Agnieszka nie zrezygnowała ostatecznie z pracy, wzięła jedynie bezpłatny urlop i udało się stanowisko odzyskać, zwłaszcza że jesień to w sieci Asda tradycyjnie okres urlopowy. Ponowne nawiązanie umów z dostawcami mediów i nowy kontrakt z agencją mieszkaniową kosztowały ich około 500 funtów.

Komu na tym zależy?
Nie ma tego złego… mówi inne ludowe przysłowie. Bo dzięki zawirowaniu z landlordem i po kolejnych wizytach w City Council dowiedzieli się, że Ewa powinna mieć swój własny pokój, a dotychczasowe mieszkanie, złożone jedynie z traktowanego jak ich pokój salonu i jednej sypialni, według angielskich standardów było za ciasne. Mieszkanie z dwoma sypialniami to koszt 650 funtów, ale… ku osłupieniu dowiedzieli się, że należy im się właśnie od urzędu miejskiego dopłata, tzw. housing benefit. Mieszkanie znaleźli dość szybko, uruchomienie dopłaty też nie było skomplikowane. Pierwszą ratę dostaną w listopadzie.
- Więc ostatecznie nie było takiej wielkiej tragedii – ocenia Maks. – Cała przygoda była nawet dość pouczająca. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że w Angli jest teraz kryzys. I to chyba najpoważniejszy od lat 60. Pracuję z Anglikami, którzy nieustannie narzekają na drożyznę. Naiwne jednak było myślenie, że w Polsce czeka mnie raj. I największy żal mam do polskich mediów. Na każdym kroku apelują: Wracajcie, potrzeba nam fachowców, rąk do pracy! Tysiące Polaków już wróciły z Anglii, Irlandii, w Polsce naprawdę można już też się dorobić czegoś… Kiedy przeczytałem w internecie pierwszy taki artykuł, śmiałem się. Po drugim zacząłem się zastanawiać, po trzecim nawet wierzyć i myśleć o powrocie. I skończyło się, jak się skończyło. Nie wiem, komu zależy na tym, by nam tu wmówić, że wszyscy nagle chcemy wyjechać. Tym bardziej że – niestety – rodzinny kraj wciąż bardzo niewiele nam oferuje. Czeka nas tam poniżenie, bieda i pogarda, której zresztą i tak nie brak na forach internetowych. Dwa dni temu jakiś matoł napisał w komentarzu pod artykułem dementującym wieści o exodusie emigracji brytyjskiej: „Jak wam się nie podoba Polska to spier…lajcie do swoich zmywaków. Mam nadzieję, że wkrótce przestanie wam się to opłacać”. Odpisałem mu: „Drogi przyjacielu, winny ci jestem jedne przeprosiny i jedno podziękowanie. Przepraszam, bo rzeczywiście, tak jak sobie życzysz, spier…liłem. Ale spier…liłem z twoimi, tak tak, twoimi pieniędzmi. Bo ty, jako podatnik, płaciłeś za moje studia nauczycielskie. Ale także dziękuję ci. Dziękuję, bo dzięki takim matołom jak ty nabieram przekonania, że nie warto jeszcze do Polski wracać. Żyjąc tu unikam całej tej frustracji, która – jak sądzę po twoich niewybrednych słowach – jest twoim udziałem. Życie w Anglii nie jest najsłodsze. Tu trzeba pracować. Ale ten kraj daje mi jedno, czego w Polsce nigdy nie zaznałem: beztroskę, niemartwienie się o to, za co zapłacę rachunki i czy wystarczy mi do pierwszego. I może dzięki temu nie jestem tak sfrustrowany!

Grzegorz Borkowski

Komentarze

2 Responses to “Powroty z powrotów”

  1. MD on November 2nd, 2008 2:58 pm

    Zgadzam się z tym, że w Anglii życie codzienne jest bezstresowe jak ma się pracę i jakiś dach nad głową no i jest wielka tolerancja dla wszystkich czego w Polsce brak. Jestem już babcią a w UK jestem od 2,5 roku.W Polsce zostawiłam dobrą pracę za biurkiem , duże mieszkanie i wyjechałam do UK za moimi córkami, urodziła mi się wnuczka więc uznałam ,że będę tu przydatna przy dzieciach a w Polsce byłam sama w mieszkaniu i czułam się z tym niekomfortowo.Mówi się ,że starych drzew się nie przesadza ale ja akurat z tym się nie zgadzam i nie żałuję swojej decyzji o emigracji do UK.W Polsce mimo nie najgorszych zarobków nie było mnie stać na wiele,po opłaceniu rachunków (mieszk.70zł+en.el.50zł+telef.80zł),leków(120zł.),przejazdów do pracy(110zł) i itp.zostawało mi 300 zł.na życie, czyli ok.10zł na dzień.Jak chciałam odwiedzić córki i wnuczka czy też zorganizować święta Bożego Narodzenia na przyjazd dzieci to musiałam brać pożyczkę w pracy,którą spłacałam przez rok i tak było przez cały czas.Przyjechałam tutaj bez znajomości języka, podjęłam pracę fizyczną w fabryce, mam kontrakt,poczucie pewności,ogólnie jestem zadowolona.Codziennie widzę swoje córki i wnuczki,stać mnie na to by tu się jakoś urządzić,utrzymywać mieszkanie w Polsce,robić prezenty dzieciom,odłożyć sobie trochę pieniędzy, pojechać na wczasy na które w Polsce nie jezdziłam .Ogólnie czuję się tutaj bardziej komfortowo niż w Polsce.Ojczyznę mam w sercu i wspomnienia. Przyjemnie jest teraz pojechać do własnego domu z gotówką w kieszeni móc korzystać z wielu dobrodziejstw w Polsce na które nigdy przed wyjazdem nie było mnie stać.Pozdrawiam wszystkich i życzę powodzenia. MD

  2. emigrant on June 12th, 2009 10:02 pm

    Szkoda, że Polska jest traktowana przez emigrantów jako bardzo droga wycieczka, na którą trzeba min. raz w roku pojechać. Sam zostawiłem w kraju mieszkanie do remontu, na który nie byłoby mnie stać z wynagrodzenia w polskiej firmie (banku, gdzie pracowałem). Zainwestowaliśmy wraz z dziewczyną też w ziemię, na którą z łatwością otrzymaliśmy kredyt w polskim banku, po przedstawieniu zarobków z UK. Myślimy o powrocie. Jednak czy będzie nas stać na życie w Polsce? Trzeba spłacać raty kredytu, wyżywić nie tylko siebie ale i nasze dziecko, opłacić rachunki. Co prawda nie będziemy musieli płacić za wynajem, ale czy z normalnej pensji będzie nas stać na luksus mieszkania w Polsce? Nie chodzi mi o wychodzenie ze znajomymi do pubu czy dyskoteki 5 razy w tygodniu i spożywania posiłków w restauracjach; chodzi mi o rachunki (gdzie jak przychodzi 01 stycznia nowego roku, to standardowo wszystko idzie do góry), o przedszkole dla dziecka (gdzie trzeba zapisywać na rok wcześniej) a później szkołę (kupić podręczniki) a gdzie ubrania, gdzie wyjazdy z rodziną choćby nad nasze morze lub w góry albo nad jezioro, gdzie spotkania z przyjaciółmi nawet w domu? Jaką pracę musimy dostać aby płaca wystarczyła nam na te podstawowe rzeczy? A gdzie dopiero budowa własnego domu? Tutaj mając nawet posadę zmywacza – stać na to wszystko. Więc wracać, czy zostać w UK i szukać lepszej pracy, która pozwoli nie tyle przetrwać i conieco odłożyć, ale żyć w tym kraju na takim poziomie, jaki przyjęliśmy że będziemy żyć w Polsce po powrocie – tak jest łatwiej.
    A ci wszyscy, którzy chamsko wypowiadają się na forach, którzy zostali w Polsce … cóż, jaki kraj, tacy ludzie.

Got something to say?