Zdaniem Konsula
October 31, 2008
Pomysł serii konferencji polskich organizacji społecznych działających w Wielkiej Brytanii, zbiera wyłącznie pozytywne recenzje. Na dwóch spotkaniach się nie skończy, planowane są kolejne. Z Konsulem Generalnym Robertem Rusieckim, inicjatorem konferencji, rozmawia Elżbieta Sobolewska
Na jakiej zasadzie dokonano selekcji organizacji, które wzięły udział w ostatniej konferencji?
- Kryteria, które miały znaczenie przy sporządzeniu listy zaproszonych, to teren, gdzie prowadzą działalność dane organizacje czy ośrodki. Z racji, że spotkanie zostało przygotowane przez Konsulat Generalny w Londynie, dotyczyło okręgu konsularnego tego właśnie urzędu. Był wyjątek od tej zasady, spowodowany stosunkowo niedawnym rozpoczęciem pracy przez placówkę konsularną w Manchesterze (do tego czasu Londyn odpowiadał za całą Anglię i Walię). Staraliśmy się o to, aby udział wzięły np. ośrodki wspierające Polaków, które dysponują informacją o tym, co dzieje się w ich okolicy i które przynajmniej część swoich funkcji realizują społecznie. Dodatkowo, informacja o konferencji została skierowana do organizacji, które Konsulat w Londynie zna i w związku z tym rozwija się między nami współpraca, czy choćby regularna wymiana informacji związanej z naszymi działaniami. Nie była natomiast prowadzona jakakolwiek selekcja, jak to zostało ujęte w pytaniu. Pojawiają się myśli o zorganizowaniu podobnego wydarzenia dla całej Wielkiej Brytanii, ale nie wystarczyłby na to jeden dzień, potrzebna byłaby dużo większa sala, noclegi etc., co ogromnie podniosłoby budżet i wymagałoby udziału znacznie większej liczby osób w fazie przygotowania. Pracownicy Konsulatu mają swoje codzienne obowiązki związane z realizacją funkcji urzędu, czego nie można odłożyć nawet na krótki czas po to, aby zająć się w sposób odpowiedzialny i sensowny zupełnie inną sprawą. Jest to jednak projekt, z którym – o ile będzie wystarczające zainteresowanie uczestników – możemy spróbować się zmierzyć.
Czy w wyniku pierwszej konferencji, któraś z organizacji zyskała dofinansowanie, wzbudziła szczególne zainteresowanie polskich władz?
- Trudno mi o tym wypowiedzieć się szczegółowo. Gdyby komuś zostało przekazane dofinansowanie, nie musiało to równać się to z podaniem takiego faktu do publicznej wiadomości. Mogę natomiast stwierdzić, że rośnie bardzo dynamicznie świadomość istnienia polskich organizacji i zakresu ich aktywności. Powoduje to coraz częstsze konsultacje i zapraszanie do udziału w posiedzeniach odpowiednich komisji lub przy innych projektach podejmowanych w kraju.
Jaka jest rola tutejszych mediów? To do nas często zgłaszają się ludzie potrzebujący pomocy. Czy media nie powinny więc prezentować swego profilu tak, jak robią to organizacje?
- Nie jestem specjalistą od mediów i nie podejmuję się definiowania ich roli. Uważam natomiast, że media mają ogromne możliwości prezentacji tego, co uznają za stosowne, za pośrednictwem własnych wydawnictw docierających do bardzo licznych czytelników.
Na czasie: Wyprostowana postawa
October 31, 2008
Próbuję sobie wyobrazić „bezzasadne użycie pałki” przez milicjantów w PRL, za które przepraszał na procesie generał Jaruzelski. Z tego co pamiętam, ja i moje plecy też, milicjanci wymachiwali pałkami jak maczugami i miało się wrażenie, że każde uderzenie to premia. O słynnych „ścieżkach zdrowia” nie wspomnę.
W trosce o swoje zdrowie psychiczne i ludzi, którzy poddawani takim absurdom, zachowali jeszcze resztki zdrowego rozsądku proponuję zwolnić generała i jego kolegów ze składania zeznań. Niech generał nie przeprasza. Nie chcę już słuchać, że naród uratował od zagłady. Stalin, podobno, też był humanistą kochającym dzieci a nie zbrodniarzem. Wymordował miliony – przyznawał pewien zwolennik „lepszego jutra” – ale ani jednego człowieka więcej. W przeciwieństwie do Hitlera, który mordował dla mordowania.
Współczuję też generałowi, kiedy oburza się z powodu stawianego mu oskarżenia (którego podstawą jest konstytucja PRL) o kierowanie związkiem przestępczym. Tym samym oskarżyciele uznają PRL jako państwo prawa, nadają mu legalną podmiotowość, a z generała czynią rzeczywiście bohatera. Generał przestaje być kolaborantem, służącym interesom obcego mocarstwa, staje się zbawcą narodu w najlepszej polskiej tradycji niepodległościowej.
Kiedy Zbigniew Herbert wystąpił publicznie z krytyką takiej wersji historii współczesnej, zdaniem wielu swoich dawnych wielbicieli, popełnił niewybaczalny grzech interwencji w sprawy polityczne. Interwencja poety była przedstawiana jako konsekwencja manipulacji środowisk prawicowych. Niektórzy, wychowani – jak przyznawali – na Herbercie, posunęli się nawet do oskarżeń o chorobę psychiczną trawiącą genialnego do tej pory wieszcza. Wielki poeta powinien pozostać na Panteonie, tam jego miejsce. Po co się wtrąca do polityki, którą my, wychowani na jego poezji, zaczęliśmy uprawiać.
Paradoksem wielkich poetów jest to, że ich poezję znają nieliczni. W przypadku Herberta wszyscy znali „Przesłanie Pana Cogito”: ocalałeś nie po to żeby żyć masz mało czasu trzeba dać świadectwo. Na tym cytowanie się kończyło. Zamknąć poetę w wierszu. Czasy się zmieniły i Pan Cogito stał się niewygodny. Szczególnie wtedy, kiedy mówił: niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda/ dla szpiclów katów tchórzy – oni wygrają/ pójdą na twój pogrzeb i z ulgą rzucą grudę/ a kornik napisze twój uładzony życiorys/ i nie przebaczaj zaiste nie w twojej mocy/ przebaczać w imieniu tych których zdradzono o świcie.
Czy Herbert się zmienił? Pozostał wierny przesłaniu swojej poezji, które powstało z dala od polityki, a początkiem była tragedia osobista poety – śmierć brata.
W latach 90. Herbert zabrał głos, kiedy Polska znalazła się na rozdrożu, nie jako poeta, lecz obywatel, poeta obywatel. Miał do tego prawo, a nawet obowiązek. W prawdziwej twórczości nie pisze się bezkarnie nie w twojej mocy przebaczać w imieniu tych których zdradzono o świcie.
Nie chcieli tego słuchać apologeci generałów, którzy namaścili Jaruzels-
kiego i Kiszczaka honorem.
Okruchy sporu o Herberta dotarły do Londynu. Na wieczorze w Purcell Room, poświęconym jego poezji, Herbert znowu przegrał z wrażliwością moralną Adama Michnika, o której mówiła Eva Hoffman. Czy jednak wybaczanie Adama Michnika jest wynikiem jego wrażliwości moralnej? Politycznej kalkulacji tam nie ma? Dla mnie osobiście wyzwaniem pozostaje wyprostowana postawa Pana Cogito, bez względu na polityczne konteksty.
Grzegorz Małkiewicz
To jest wojna!
October 31, 2008
17 października w galerii Barbican zostały otwarte trzy wystawy fotograficzne poruszające problematykę wojny. Dwie z nich to prace korespondentów wojennych z pierwszej połowy XX wieku, Roberta Capy i Gerdy Taro. Trzecia natomiast jest zbiorem prac czterech współczesnych artystów. Z Dominikiem Czechowskim, asystentem wystawy w galerii Barbican, rozmawia Ewa Żabicka.
Dlaczego zdecydowaliście się na zrobienie wystawy o tematyce wojennej?
- W tym roku mija siedem lat od momentu, gdy Amerykanie ogłosili „wojnę z terroryzmem”. Wojna cały czas trwa i my chcemy ten fakt podkreślić. Wystawa prezentuje temat z punktu widzenia czworga współczesnych artystów oraz dwójki fotografów, którzy zajmowali się reportażem wojennym w pierwszej połowie XX wieku. Istnieje pewna tradycja przedstawiania wojny, która zmienia się wraz z upływem czasu. Obecnie, w erze inernetu, człowiek jest zalany nadmiarem informacji i obrazów bombardujących nas z każdej strony. Chcieliśmy sprawdzić, jak z trudnym i bolesnym tematem wojny radzą sobie współcześni artyści, co mają do powiedzenia w tej kwestii. Chcieliśmy też przedstawić, jak zmienił się sposób wizualnego przedstawiania wojny.
Czy nie uważasz, że prace Capy czy Taro, jak i zdjęcia przedstawione na trzeciej wystawie, nie zostały wykonane przez artystów, a przez fotoreporterów, którzy wykonywali swój zawód?
-To się z upływem czasu zmieniło. Prace Capy i Taro nabrały wartości artystycznej, mimo iż wykonywali oni zawód korespondenta wojennego. Zdjęcia Capy były głównie publikowane na Zachodzie, w ilustrowanych magazynach, takich jak Life, Match czy Vu i zdobyły niesamowitą sławę. Tak więc oni startowali trochę z innego miejsca. My chcieliśmy zestawić dwie tradycje przedstawiania wojny, ukazując temat także z perspektywy tych, którzy zdobyli solidne wykształcenie artystyczne czy studiowali fotografię i działają współcześnie, odnoszą się do aktualnych konfliktów zbrojnych, właśnie nie będąc fotoreporterami czy korespondentami wojennymi.
Ale przecież nie wszystkie zdjęcia ukazane na trzeciej wystawie są zrobione przez artystów…
- Tak, ale większość prac – także projekcje wideo – są dziełami czworga uznanych artystów: Geerta van Kesterena, Paula Chana, Omera Fasta i An-My Lê. Van Kesteren jest właściwie fotoreporterem wojennym pracującym w tradycji Capy, ale sam nazywa siebie po prostu fotografem. Najbardziej interesuje go to, w jaki sposób wojna wpływa na ludność cywilną. W serii zdjęć Why, Myster Why, wykonanych w latach 2003-04 w Iraku, obrazuje codzienność z punktu widzenia mieszkanców kraju owładniętego wyniszczającą wojną. Fotografuje miejsca i ludzi, którymi na dobrą sprawę nikt poza organizacjami charytatywnymi się nie interesuje. Druga jego seria prezentowana na wystawie to Baghdad Calling, która składa się z kilkudziesięciu zdjęć wykonanych głównie przez Irakijczyków żyjących w obozach dla uchodźców. Jak się okazuje, ci ludzie mają olbrzymi dostęp do internetu i telefonii komórkowej, ale przebywają w miejscach zamkniętych dla przedstawicieli mediów. Van Kesterenowi udało się zdobyć zdjęcia cywilów wykorzystując swoje osobiste kontakty w Iraku oraz blogi internetowe. Te odbitki często są słabej jakości, ponieważ zostały wykonane przy niskiej rozdzielczości, na szybko, przez amatorów…, ale to właśnie wzmacnia siłę ich przekazu.
Czy jest jakiś szczególny rodzaj relacji między tymi wystawami?
- Jeśli chodzi o Capę i Taro, to partnerzy w życiu prywatnym jak i zawodowym. Razem wykreowali fikcyjną postać o hollywoodzko brzmiącym imieniu Robert Capa, by nadać swojej wojennej korespondencji o wiele większy prestiż. Fotografowali wspólnie pod tym przybranym nazwiskiem, na początku swoich karier. Dopiero trochę później, gdy pracowali na odddzielnych frontach, można określić, które zdjęcia zostały wykonane przez kogo. Poza tym, o ile Capa to wielka fotograficzna sława, Gerda Taro była jeszcze kilka lat temu postacią niemal zupełnie nieznaną. To pierwsza wystawa w Wielkiej Brytanii poświecona jej skromnemu, choć jakże niesłusznie przez wiele lat niedocenianemu dorobkowi. Natomiast trzecia wystawa, ukazująca obecną wojnę w Iraku i Afganistanie, ma nie tylko podkreślić różnice z pracami Capy i Taro, ale być też dla nich świetnym uzupełnieniem, formą dialogu między nimi.
Czy możesz przybliżyć temat kontrowersji na temat zdjęcia prezentującego śmierć republikańskiego żołnierza Falling Soldier?
- Cała sprawa została nagłośniona w latach 70. przez dziennikarza Philipa Knightley, który twierdzi, że zdjęcie zostało zaaranżowane. Według niego, biorąc pod uwagę ówczesną technologię, Capa nie byłby w stanie zrobić zdjęcia dokładnie w momencie, kiedy żołnierza przeszywa kula, ze względu na czas w jakim zamykały się klatki aparatu przesuwając film. Nigdy też nie odnaleziono całości tego negatywu. Całą sprawę badał nawet personel medyczny, analizujący ruchy ciała w momencie śmierci, sposób, w jaki układa się dłoń upadającego żołnierza, jakie wystąpiły skurcze itd. Wiemy również, że wielu żołnierzy mu pozowało, mając nadzieję, że ich zdjęcia zostaną opublikowane w którymś z magazynów. Powstała nawet teoria, iż któryś z żołnierzy pozując Capie w momencie przerwy w walkach, wdrapał się na pagórek i właśnie wtedy niefortunnie przeszyła go kula, przez co Capa mógł się nieumyślnie przyczynić do śmierci żołnierza. Z drugiej strony, wieloletni badacz i miłośnik prac Capy, Richard Whelan, autor bardzo drobiazgowej biografii poświęconej fotografowi, zawsze bardzo silnie opowiadał się za autentycznością Falling Soldier. Ogólnie cała sprawa nie jest do końca wyjaśniona i nadal jest szeroko dyskutowana.
Możesz powiedzieć o co chodzi z odnalezieniem walizki z negatywami Capy, tak zwanej Mexican suitcase?
- W grudniu zeszłego roku do International Center of Photography w Nowym Jorku, gdzie przechowywane są ocalałe archiwalia Capy, dostarczona została walizka z zaginionymi negatywami Capy, która była przechowywana od końca lat 30. w Meksyku. Na razie do końca nie wiadomo, co naprawdę kryje się w walizce. Podczas tej wystawy, galeria w Barbican jako pierwsza na świecie prezentuje kilka odbitek z tych nowo odkrytych negatywów. Oczywiście, wszyscy wstrzymują oddech i mają nadzieję, że walizka meksykańska zawiera ten najważniejszy negatyw z Falling Soldier, i że może cała sprawa się w końcu wyjaśni.
Czy uważasz, że żyjąc w zmedializowanej erze, w której ludzie mają powszechny dostęp do informacji, jesteśmy raczej obserwatorami wojny i trudno jest mówić o jej tradycyjnej formie?
- Tam, gdzie jest konflikt racji, który pociąga za sobą ofiary cywilne, tam jest wojna. Od XIX wieku wojny trwają nieprzerwanie, niektóre z nich ciągną się latami. Te współczesne mają trochę inny charakter. Jest to nie tylko walka o wpływy polityczne czy ekonomiczno-społeczne, ale także o podporządkowanie sobie kogoś pod względem kulturalnym, religii czy rasy. Jednak to, że wojny w XXI wieku prowadzone są głównie za pomocą komputera, wysoko rozwiniętej technologii, nie zmienia faktu, że to ludzie, a nie technika, są jej największymi ofiarami. Te konflikty dalej wywołują olbrzymie spustoszenie w ludzkiej psychice. Trzy powiązane ze sobą wystawy w Barbican nie tylko ukazują wojnę z różnych perspektyw i w różnym kontekście, ale również starają się opowiedzieć, jak bardzo zmienił się świat, jak zmedializowano konflikty zbrojne i doświadczenia ich pamięci.
» Dominik Czechowski, pracuje w renomowanej Barbican Art Gallery na stanowisku asystenta w dziale kuratorskim. Dyplom z historii sztuki, do którego materiały zbierał przez pół roku w Nowym Jorku, uzyskał na Uniwersytecie Łódzkim.
Do Anglii przyjechał cztery lata temu i jak większość nowo przybyłych miał – jak sam mówi – kilka przystanków na drodze do pracy w zawodzie: kelnerowanie w zwariowanej greckiej knajpie na Camden, gdzie talerze fruwały i wino lało się strumieniami – także dla personelu oraz stanowisko lokaja w londyńskiej siedzibie jednej z największych organizacji finansowych na świecie, tuż przy ambasadzie amerykańskiej. By wejść na ścieżkę prowadzącą do pracy w zawodzie, odbył staż w jednej z komercyjnych galerii sztuki. Po krótkim jednak czasie udało mu się jednak znaleźć pracę w przytulnym antykwariacie z wydawnictwami artystycznymi na Charing Cross Road, gdzie spędził ponad rok. To tam udało mu się zawrzeć pierwsze przyjaźnie z Anglikami, którzy okazywali mu niezwykłą życzliwość, doradzali i podwali mu pomocną dłoń gdy tego potrzebował. Oprócz sprzedawania książek i czasopism z zakresu sztuki, zajmował się tam również kolportażem specjalistycznych wydawnictw artystycznych, wyszukiwaniem rzadkich pozycji, albumów, wyczerpanych nakładów itd. Praca w księgarni pozwoliła mu na utrwalenie i rozszerzenie wiedzy nabytej w trakcie studiów, rozbudowanie aparatu badawczego, a przede wszystkim zapoznanie się z instytucjami kulturalnymi na świecie oraz rynkiem wydawniczym dotyczącym sztuk pięknych. Po antykwariacie trafił do galerii Barbican. Tam właśnie skończył przygotowania do piątej już wystawy w swoim dorobku. W 2007 roku pracował nad: In the Face of History – European Photographers in the 20th Century oraz Alvar Aalto: Through the Eyes of Shigeru Ban, w 2008 Seduced: Art and Sex from Antiquity to Now, Martian Museum of Terrestrial Art oraz wystawą o tematyce wojennej.
Sam twierdzi, że jego los migranta na brytyjskiej ziemi nie należy do typowych i że miał sporo szczęścia nie mając wielu przykrych doświadczeń, które często tu się Polakom przydarzają. Jego obecna praca wymaga od niego administracyjnego i logistycznego wsparcia dla zespołu kuratorskiego w zakresie organizacji międzynarodowych wystaw sztuki. Do jego obowiązków należy współpraca z kuratorem wystawy, artystami oraz prowadzenie badań związanych z projektami.
Obecna praca daje mu niebywale dużo satysfakcji, jak również pozwala na rozszerzenie szeregu różnych zainteresowań. Najbardziej jednak cieszy się możliwością uczestniczenia w ważnych, na skalę światową, wydarzeniach artystycznych mających miejsce w Londynie, który zalicza się do najważniejszych miejsc świata w dziedzinie sztuki. Dominik ma wiele pomysłów i planów, które chciałby zrealizować w swej karierze. Wiele z nich związanych jest z krajem ojczystym, gdzie widzi swoją przyszłość.
Powroty z powrotów
October 31, 2008
Niestety, niektórzy z nas bezkrytycznie uwierzyli doniesieniom o wspaniałej koniunkturze w Polsce, o setkach tysięcy imigrantów wracających do kraju, dzisiaj mlekiem i miodem płynącego. Może nie zaraz 400 tysięcy, ale kilka osób z mojego sąsiedztwa powrotu do Polski spróbowało. Powrócili na krótko, przyjechali z powrotem jeszcze szybciej.
Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma – głosi stara maksyma. Agnieszka i Maks po dwóch tygodniach burzliwych dyskusji doszli do wniosku, że dalsze życie w Southampton nie ma już większego sensu.
-To nie był chwilowy impuls, raczej wypracowana w pocie czoła decyzja – opowiada Maks. – A wszystko odbyło się z kartką w ręku. Ja zarabiam około 850 funtów, Agnieszka w Asdzie na pół etatu ma około 400. Na naszą siedmioletnią Ewę dostajemy około 18 funtów tygodniowo child benefit. To daje razem około 1322 funty. Za mieszkanie płaciliśmy 525 funty, kolejna stówa szła na council tax. Zostaje około 697 funtów. Wystarczy na rachunek za światło raz na trzy miesiące i na godziwe życie w Anglii, ale z drugiej strony… Czy po to tu przyjechaliśmy, by po prostu żyć? Chcieliśmy odłożyć jakieś większe pieniądze, czegoś się dorobić. Stwierdziliśmy, że to nie ma sensu i postanowiliśmy: wracamy do Polski.
Powrót do Polski to skomplikowana operacja logistyczna. Trzeba się rozliczyć z landlordem, operatorem telefonii, internetu, dostawcą energii elektrycznej i gazu czy wreszcie nawet TV Licensing.
W zasadzie nie ma możliwości załatwienia wszystkiego w jednej chwili, do każdego operatora trzeba wysłać wypowiedzenie usług, poprosić o rachunek z ostatecznym rozliczeniem, a niektórych – jak TV Licensing czy City Council poprosić o zwrot nadpłaconych rachunków. Na rozliczenia trzeba zaczekać.
Postanowili całą operację przeprowadzić w dwóch turach.
- Plan był prosty – wylicza Maks. – Agnieszka pojedzie do Polski pierwsza, rozejrzy się za pracą dla siebie i za jakimś mieszkaniem, zapisze małą do szkoły. Ja zostanę, by wszystko rozliczyć, zdam mieszkanie, odbiorę kaucję i – mieszkając u brata – popracuję jeszcze przez kilka tygodni, by mieć jakiś zapas finansowy na początek życia w Polsce i by wspierać Agnieszkę w kraju.
Wyliczyli, że pensja Agnieszki powinna wystarczyć na wynajem mieszkania w Krakowie. On miał dosyłać na „życie” około trzysta funtów miesięcznie. Planowali, że w ciągu trzech miesięcy odłożą około 1000 funtów, na dobry początek w Polsce.
Między słowami
October 31, 2008
Kiedyś dawno życie nauczyło mnie, że wielkie słowa są nieodzowne. Zwłaszcza na dzień powszedni. Bez nich grozi chodzenie na czworakach. Potem przeczytałem Herberta: …powtarzaj wielkie słowa powtarzaj je z uporem…. Więc je powtarzam. Z uporem, tzn. bardzo osobiście – tak, jak w danej chwili potrafię.
Roman Berger skomponował utwór Improvisation sur Herbert
29 listopada odnajdujemy w kalendarium jako datę urodzin Zbigniewa Herberta, jednego z najznamienitszych polskich pisarzy, ale nade wszystko genialnego poety. W rocznicę jego 84. urodzin magazyn Poetry International przy wsparciu Instytutu Kultury Polskiej w Londynie zorganizował w Southbank Centre wieczór poświęcony jego twórczości.
10 to już zatem lat Panie Cogito jak przystąpiłeś do grona zimnych czaszek. Wciąż jednak żywy w swym słowie. Idziesz wyprostowany i z podniesioną głową. Uniwersalność i ponadczasowość przynależna jest tylko nielicznym. Pisarz o wielkim dorobku, wyjątkowym autorytecie artystycznym i moralnym, o biografii tragicznie uwikłanej w historię XX wieku. Jest laureatem wielu polskich i zagranicznych nagród literackich. Należy do najczęściej tłumaczonych polskich pisarzy. Jako poeta debiutował w 1950, jednak pierwszą książkę poetycką („Struna światła”) wydał dopiero w 1956 roku. Stał się duchowym przywódcą polskiej opozycji. 10 lipca 2007 Sejm Rzeczypospolitej Polskiej uchwalił rok 2008 Rokiem Zbigniewa Herberta.
Twórczość Zbigniewa Herberta poznała już i doceniła środkowa i południowa Europa, wciąż jednak mało rozpoznawalny jest w środowisku brytyjskim. Środowy wieczór poezji – czytanie jego wierszy, projekcja kronikarskich zapisków filmowych oraz dyskusja nad twórczością pisarza unaocznił zebranym, iż poezja ta doskonale wpisuje się w kanony współczesności. Równie dobrze omija przeszkody językowe, kulturowe i obyczajowe, jak niegdyś czyniła to z żelazną kurtyna.
Mając więc na celu nie tylko upamiętnienie, ale i przybliżenie sylwetki poety zaproszono na spotkanie uznanych przedstawicieli środowiska literackiego. Troje gości reprezentujących trzy odmienne pokolenia oraz kultury, a tym samym odrębne drogi poszukiwań i powody uznania dla artysty. Wśród zaproszonych znalazł się przedstawiciel młodego pokolenia Nick Laird – poeta i pisarz z Irlandii Północnej, amerykańsko-polska pisarka Eva Hoffmann - tłumaczka dzieł Herberta oraz były redaktor działu poezji tygodnika „Observer” Al Alvarez. Jego znajomość z poetą zaowocowała w latach 60. pierwszym anglojęzycznym przekładem wierszy Herberta.
Cóż jednak jest kluczem, który otwiera poezji Herberta drogę do rozumienia i uwielbienia jego słów poza granicami Polski? Co sprawia, iż wymowa jego wierszy w tłumaczeniu na języki obce nie traci na wyrazistości, ani nie odbiera im wartości pierwotnej? Na to pytanie każdy z dyskutantów odpowie zgodnie. To język jego poezji. Jego własny język. Pełen przejrzystego piękna, powagi słów i prostoty zarazem. Eva Hoffmann docenia wyraźną w nich bystrość umysłu oraz obecność autoironicznej odwagi. Do Laira najbardziej przemawia ciągłe dążenie Herberta to prawdy, brak pokory i ucieczka od schematów. Dla Alvaraza poeta jest przykładem twórcy renesansu. Doskonale wykształconego, z dyplomem z ekonomii i prawa. Jest filozofem i moralistą zarazem. Doskonałym znawcą historii i literatury, czego przykładem jest wyraźna w twórczości obecność mitów i symboliki.
Nie sposób jednak zebrać wszystkich przytoczonych na spotkaniu zalet i powodów dla, których wciąż warto czytać i tłumaczyć Herberta. To nieśmiertelność zamknięta w słowa. Można ją jednak odkrywać na różne sposoby. Twój Herbert musi być inny, a jaki będzie, to już tylko… kwestia smaku.
Joanna Bąk
Venezuela
October 31, 2008
Fotografie:
Katarzyna Gryniewicz
Michał Straszewicz
Reportaż »
Święty z Los Menelos
October 31, 2008
Książka Piotra Śliwińskiego „Dziki kąt” to historia dorastania w późnym PRL-u, powrót do miejsc i ludzi, którzy już w tej chwili są mitem bądź legendą w wydaniu wyjątkowym, ponieważ autor powieści uszlachetnił swoich bohaterów plebejskim językiem oraz wzniosłymi myślami.
Narratorem powieści jest Święty, który wraz z kumplami Długim, Ćmagą, Heblem, Nyfkiem i paru innymi wegetują w Los Menelos, czyli w ich prywatnym Krakowie. Śliwiński uchwycił i opisał to, co nazwałabym znaną powszechnie punk-rockową legendą końca PRL-u, tu w wydaniu krakowskim. Chyba każda dzielnica, małe miasteczko i co większe wioski mają na sumieniu historie podobne do tych, które opowiada Śliwiński, to doświadczenie całego pokolenia 1970 i plus. Morze alkoholu, coś cięższego również i sporo później („dragi” pojawiają się wraz z demokracją), bo z kasą było krucho, a na wino zawsze się jakoś uzbierało…
Wydaje mi się, że niemal cała Polska zna pancura z Kornicy, który wpasowałby się w towarzystwo Świętego znakomicie, również stylistycznie. Tak więc, Los Menelos Śliwińskiego, jakkolwiek prywatne, staje się udziałem wielkiej rzeszy, dorastającej w tym samym czasie co autor, dzieciarni.
Mocną stroną powieści Śliwińskiego jest jej specyficzny język. Lokalna gwara wprost z Los Menelos to nadzwyczajna mieszanka folkloru lokalnego z rozbuchanym językiem ówczesnych punkujących, których śmiesznie byłoby dziś nazwać nastolatkami, choć rzeczywiście nimi byli (ale to były czasy przed-demokracyjne, wtedy nastolatki nie istniały). Słowo, tzw. „gadka”, było w tamtych czasach towarem pożądanym, istniało to, co zostało opowiedziane. Mało rzeczy można było kupić, a jeszcze mniej za pieniądze zarobione na sprzedaży makulatury czy butelek, dlatego język był jedną z najważniejszych sił ekspresji. Śliwiński pokazuje w swojej powieści niesamowite bogactwo przedziwnych tworów językowych, powiedzonek, określeń, które godnie reprezentują ten zamknięty już, a przecież piękny stylistycznie okres. Jednocześnie autor wyposaża swojego bohatera w niemałą wiedzę z zakresu literatury, sztuki czy filozofii, która w połączeniu z kwiecistym językiem daje efekt bardzo wyrazisty.
„Dziki kąt” to także próba pogodzenia się Świętego z odejściem dwóch ważnych dla niego osób: Długiego, kumpla, który został zadźgany za podrywanie dziewczyny na przypadkowej imprezie, w przypadkowej mieścinie („Ni ma co, frajerska śmierć – Nyfek splunął na krawężnik – Długi padł przez dupę.”) oraz Sztejmesa, idola lat dziecinnych, którego mityczna postać fascynowała go jeszcze wiele lat po zagadkowej śmierci. Jak wiadomo, autorytety i przyjaźnie z lat szkolnych to rzeczy najtrwalsze.
W swojej powieści Śliwiński ociera się również o historię, wspomina stan wojenny widziany oczami ucznia podstawówki (jest to ważny punkt w doświadczeniach tego pokolenia), oraz pierwsze kroki w raczkującej demokracji, a zwłaszcza późniejsze już wizyty w urzędzie pracy. Podobne, jak w „Dzikim kącie” doświadczenie historii i smutku wegetacyjnego ostatnich lat PRL-u można zaobserwować również w powieści Huberta Kilmko-Dobrzanieckiego. Autor książki „Raz, dwa, trzy” dodatkowo zahacza o patologie wychowawcze tamtego okresu.
Historie Śliwińskiego to przede wszystkim jednak opowieści o przyjaźni, o kumplach z podstawówki, z podwórka, wspólnych pierwszych papierosach, meczach Cracovii i ważnych rozmowach prowadzonych plebejuszowskim językiem. Jest to książka, która nie odbierając rytmu i dzikości dorastaniu w latach 80. jednocześnie odmalowuje jej głęboki duchowy rozwój, który uosabia w tej książce Święty z Los Menelos.
PS. Podziękowania dla Agnieszki Łasek z Wydawnictwa Czarne i jej przemiłej koleżanki za poświęcenie mi czasu i przesłanie kilku książek.
Justyna Daniluk
Kraków pany?
October 29, 2008
Ku niedowierzaniu mieszkańców i wbrew woli rządzących od lat miastem polityków i samorządowców, Kraków stał się drugim co do atrakcyjności miejscem na świecie.
Niby wszystko w Polsce odbywa się według powiedzenia: „chcieliśmy dobrze, wyszło jak zwykle”. Tymczasem naokoło coraz więcej dowodów, że nad Wisłą bywa też odwrotnie: chcieliśmy jak najgorzej, zamierzaliśmy wszystko ze szczętem spieprzyć, a wyszło całkiem nieźle lub zgoła fantastycznie.
To trochę tak jak z pokazywanym wczoraj przez media młodym zabrzaninem, który postanowił ze sobą skończyć. Wyskoczył w tym celu z jedenastego piętra swojego bloku. Spadł na dach samochodu sąsiada, a jedynym efektem tego desperackiego skoku było kompletnie zniszczone auto. Zabrzanin ma się dobrze, stał się nawet – choć nie wiem, czy nie wbrew swojej woli – gwiazdą mediów.
Pan prezydent z panem premierem też szczerze chcieli jak najgorzej. Dokonali razem w Brukseli spektakularnej próby samobójczej, nawet kilku prób pod rząd, prób, przy których skok zabrzanina był tylko niegroźnym epizodem. Nic z tego – próba samobójcza zakończyła się nieoczekiwanym niepowodzeniem. Zamierzali nasz kraj w Brukseli ośmieszyć i tym samym przegrać wszystko, co było do wygrania. Nie udało się – na szczycie Polska osiągnęła negocjacyjny sukces.
Również rządzący polską piłką od wielu już miesięcy strzelają sobie w łeb. Czynią starania, by sport ten w Polsce ostatecznie zlikwidować. W tym celu gotowi są do największych poświęceń: dają się aresztować, zawiesić, odwiesić, przekupują innych działaczy, dają się przekupywać, przesłuchiwać. Cały ich trud idzie jednak na marne – polscy piłkarze, choć kapryśni i zmienni, wygrywają jeden z trudniejszych meczów w ostatnich kilku latach.
Tak oto potwierdza się teoria, że w Polsce nic do końca nigdy nie wyszło – skoro takie klęski jak komunizm nie wychodzą, trudno, żeby udało się premierowi, prezydentowi i kilu skorumpowanym działaczom popełnić samobójstwo.
Nie udało się też, jak czytamy w ostatnich dniach, zrobić z pięknego Krakowa prowincję, mimo wspólnych i usilnych starań wielu ludzi dobrej woli. Mimo dziur w tynku i jeszcze większych w asfalcie, przez które można urwać sobie podwozie, albo zabić się, jadąc na rowerze. Mimo korków, które paraliżują ruch. Mimo tłoku w minibusach. Mimo niekończących się remontów. Mimo kibiców grasujących w wielu dzielnicach. Mimo drożyzny na Rynku, która przypomina tę londyńską. Mimo tych wszystkich i wielu jeszcze innych udogodnień – nie udało się.
17 tys. czytelników prestiżowego brytyjskiego dziennika „The Guardian” uznało Kraków za drugie najciekawsze miasto świata 2008 roku. To miły akcent na koniec słabszego niż w ostatnich latach sezonu turystycznego pod Wawelem.
- Wielki sukces, o którym będzie głośno na całym globie – cieszą się analitycy branży turystycznej. „Coroczne zestawienie Travel Awards tworzone przez czytelników opiniotwórczej gazety (…) to elitarny ranking, wedle którego kształtowane są przyszłe gusta milionów anglojęzycznych, aktywnych podróżniczo osób z całego świata”.
Wchodzę na forum pod tekstem. Sprawdzam, jak krakowianie cieszą się z sukcesu, jak nasze poczucie wartości po tym niewątpliwym sukcesie z każdą minutą wzrasta. Co widzę? „The Guardian” to gazeta proletariacka. Głosowali pewnie polscy emigranci. Albo internauci zmanipulowali wyniki. Cała w ogóle ankieta to pomyłka. A nawet jeśli nie, to co z tego wszystkiego wynika? Pod licznymi i na ogół pesymistycznymi głosami forumowiczów trzy krótkie anonse artykułów.
Pierwszy: „Za 300 zł miesięcznie krakowski student może zamieszkać… w garażu. Na innych czeka drewniana szopa czy blaszany barak”.
Drugi: „Pod Wawelem rowerzyści czują się jak w dżungli. Drogi rowerowe zastawione samochodami, mało stojaków, bierni urzędnicy…”
Trzeci: „Czy Kraków przestał być atrakcyjny dla turystów? Co zrobić, aby te niekorzystne tendencje odwrócić?”.
Przemysław Wilczyński
Czy napiwki trafią do kelnerów?
October 29, 2008
Dać napiwek? Nie dać? A jeśli dać, to ile? A jeśli już damy, czy trafi on do kieszeni przemiłej kelnerki, która sprawnie, szybko i z uśmiechem na twarzy nam podawała? Takie pytania wciąż nurtują gości tutejszych restauracji.
Wydawać by się mogło się, że wprowadzenie na rachunku pozycji service charge, czyli opłaty za obsługę, problem – przynajmniej w niektórych miejscach – rozwiąże. 12,5 proc. zostanie dopisane do rachunku, nie trzeba więc głowić się, ile zostawić i czy to, co zostawimy, jest kwotą odpowiednią.. Okazuje się jednak, że jest to jednostronne rozwiązanie problemu. Niektóre bowiem sieci restauracyjne, takie jak Pizza Express, Cafe Rouge czy Carluccio’s wykorzystują ów service charge jako część podstawowego wynagrodzenia pracowników bądź do pokrycia innych kosztów.
Joanna jest kelnerką w drogiej, renomowanej restauracji w Richmond. Zarabia cztery funty za godzinę plus service charge. Zdaje sobie z tego sprawę, że są kelnerzy w jej restauracji, którzy dodatek service charge dostają znacznie wyższy niż ona. Wszystko zależy od doświadczenia bądź, co zdarza się znacznie częściej, od relacji, jakie ma się z właścicielem. – Pracuje ze mną kelnerka, która zaczęła dopiero dwa miesiące temu, a już otrzymuje podwójną stawkę service charge. Szczerze mówiąc nie dziwi mnie to, gdyż w końcu jest córką przyjaciółki właściciela – mówi Joanna.
Joanna przyznaje też, że wszystkie napiwki, które dostaje (zadowoleni klienci zostawiają je niezależnie od dodanego do rachunku service charge) , idą do „wspólnego słoika”, a następnie zostają rozdzielone pomiędzy wszystkich pracowników, łącznie z barmanami czy pomocnikami w kuchni. Z kolei napiwki z kart kredytowych zostają opodatkowane, a następnie trafiają do wspólnej puli z pieniędzmi z service charge.
- Czasami myślę, że nie powinnam o to prosić, ale gdy widzę, że klient ma zamiar zostawić napiwek, który ma być zapłacony kartą kredytową pytam nieśmiało, czy nie mógłby zostawić go w monetach. Wtedy jestem pewna, że pieniądze trafią do mnie. Przecież moja podstawowa stawka jest bardzo niska – tłumaczy Joanna.
Jak powszechnie wiadomo, napiwek jest formą nagrody, którą zostawiają kelnerowi klienci w zamian za dobrą obsługę. Niestety wielu klientów wciąż nie zdaje sobie sprawy z tego, że napiwki wykorzystywane są do pokrycia pensji menedżerów, jak i pracowników kuchni. Również koszty posiłków oraz napoi, które pracownicy dostają w czasie pracy, są pokrywane pieniędzmi pochodzącymi z puli service charge. Na początku każdej zmiany wszyscy pracownicy wspólnie jedzą obiad. – Jak się niedawno dowiedziałam, obiady, jak również napoje, które dostajemy są również finansowane przez service charge – przyznaje Joanna.
Harrison, kelner z tej samej restauracji podziela zdanie koleżanki. – To miłe, kiedy możesz usiąść wraz z menedżerem i resztą pracowników po długim dniu pracy i napić się piwa, za które nie musisz płacić. Ale gdy więcej o tym myślisz, dochodzisz do wniosku, że to naprawdę nie fair, kiedy ludzie piją za pieniądze, które tak naprawdę należą się tobie.
Harrison zauważył, że po fali publikacji pojawiających się ostatnio w prasie na temat restauracji, które nie przekazują service charge swoim kelnerom, klienci wykazują większe zainteresowanie tym, gdzie trafiają ich pieniądze. Zaczęto pytać, co dzieje się z service charge i napiwkami, które zostawiają. – Ja zawsze mówię prawdę – wyznaje Harrison – i uważam, że klienci powinni znać prawdę. Kiedy ją poznają, często odmawiają płacenia dodatkowych 12,5 proc. i zostawiają w zamian napiwek.
Znaczy kapitan
October 29, 2008
Andrzej Placek zrealizował już jedną trzecią swojego marzenia. Niektórym się to udaje, jeśli zacznie się marzyć odpowiednio wcześnie i dość mocno.
Wypracowanie marzenia zajęło Andrzejowi prawie czterdzieści lat. Po raz pierwszy pomyślał o nim, kiedy nie wiedzieć czemu, spakował swoje rzeczy i wyjechał z Pabianic. Łódź była ledwie trzy kroki od domu, ale chłopakowi pstro w głowie, pływać mu się zachciało. Pojechał więc nad morze. I tak mu już zostało. Jak nie na morzu, to przynajmniej nad morzem, albo chociaż na Mazurach; jak z morza przyszło się na parę lat urwać, to knajpę się w Bełchatowie otworzyło. Na początku mały drewniany bar, Bulaj, na cześć okrętowego, okrągłego okienka. Potem kupił starą oborę, wyremontował ją, zmienił nie do poznania. Jak napisała w dzienniku pokładowym Małgosia – „Bulaj przestał być drewutnią i stał się prawdziwą żeglarską tawerną”, gdzie koncerty się szantom organizowało, gdzie pracownicy mianowali się załogą, a szefa kapitanem, bo nieczęsto zdarza się szef z taką na punkcie morza szajbą.
Prawdziwym kapitanem został jednak dopiero z dziesięć lat później, gdy o Bulaju dawno już w Bełchatowie zapomniano, a on zamieszkał na wyspie Wielka Brytania, na Atlantyku. Zahaczył się na wycieczkowym okręciku, który w te i wewte kursował po Tamizie, a on nim dowodził. Swoją wieloletnią praktykę pływania na dalekomorskich statkach połowowych doposażył w teorię i zdał egzaminy kapitańskie. Z osiem, siedem lat temu, kiedy jeszcze prowadził w Bełchatowie tawernę, Małgosia podarowała mu na imieniny dziennik pokładowy. – Tyle lat szef pływa, a dziennika się jeszcze szef nie dorobił. Jedną trzecią zapisałam historią naszego Bulaja, dalej to już musi szef wypełnić sam.
Małgosia napisała na pierwszej stronie dedykację. Z pozoru nic specjalnego, ot, standardowe życzenia, które zwykle puszczamy mimo myśli, bo ani że sto lat żyć będziemy, ani że w zdrowiu, ani że spełnimy swoje najskrytsze marzenia – nie wierzymy. Małgosia jednak musiała włożyć w swoją dedykację całą masę prawdziwej życzliwości, bo Andrzej Placek właśnie zaczął realizować swoje marzenie. Kupił jacht.










Komentarze