Zostań Orłem

September 30, 2008

Z Łukaszem Rzeczkowskim, założycielem i managerem  The Soaring Eagles rozmawia Łucja Piejko

Na początku było…
- Wszystko zaczęło się od pomysłu kilku osób grających na różnych boiskach Londynu. W pewnym momencie uświadomiliśmy sobie, że chociaż koszykówka nie jest brytyjskim sportem narodowym, to jednak jest na nią popyt. Że na setkach mniejszych i większych londyńskich boisk jest wielu fanów kosza, którzy czasem nie wiedzą, co ze swoją pasją zrobić. Bo choć jest wiele drużyn, które można znaleźć gdzieś w internecie, to rozpadają się one równie szybko, jak szybko powstają. My postanowiliśmy stworzyć drużynę, która nie rozpadnie się po kilku spotkaniach. Drużynę, która do czegoś dąży, która ma jakiś cel.

Od czego zaczęliście?
- Kiedy już mieliśmy sformowaną drużynę, zgłosiliśmy ją do London Metropolitan Basketball League, by mieć bodziec i motywację do gry. London Metropolitan League to największa półprofesjonalna koszykarska liga w Londynie. Tworzą ją ludzie, którzy kiedyś już grali, grają, i którzy przede wszystkim ten sport kochają. Swoje reprezentacje mają różne firmy, instytucje. Często jest to po prostu grupa kolegów, którzy spotykają się, by wspólnie grać. The Soaring Eagles idealnie pasuje do tego schematu.

Filary Orłów to…
- Są trzy osoby, które sterują drużyną. Ja zajmuję się finansami, szeroko pojętą organizacją, zdobywaniem nowych zawodników, a więc ogólnie organizowaniem całej drużyny. Jest Łukasz Mańka, specjalista od naszej, istniejącej od niedawna, strony internetowej. Jest wreszcie Zbyszek Szatkowski, trener z wykształcenia, zajmujący się naszą grą od strony technicznej. Zbyszek i ja mamy decydujący głos, bo to my założyliśmy i my prowadzimy drużynę. Jednak tak naprawdę każdy z zawodników ma swój własny, indywidualny wkład.

Mimo to szukacie profesjonalnego trenera?
- Choć i ja, i Zbyszek mamy kwalifikacje trenerskie, chcielibyśmy, żeby zajął się nami profesjonalista, ktoś stojący i patrzący z boku, niezaangażowany bezpośrednio w drużynę tak jak my. Chcemy, by ktoś popracował więcej nad naszą taktyką, nieco ją wyostrzył, podzielił się swoim doświadczeniem. Przede wszystkim musi być to ktoś z entuzjazmem. Mamy już na oku dwóch Brytyjczyków, ale na razie nie chciałbym zdradzać szczegółów.

Fot. ze zbiorów The Soaring Eagels

[Czytaj dalej]

DEJA VU

September 29, 2008

Oglądając mecze pucharowe Lecha i Wisły, nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że telewizja robi mnie w konia. Elektronicznie ubrali chłopaków z pierwszego meczu w inne majtki i puszczają gawiedzi ten sam mecz w innej oprawie graficznej…

Bo też i mecze były zaiste identyczne. Najpierw nieśmiałość i podchodzenie do przeciwnika niczym pies do jeża. Potem strata gola i błyskawiczny rewanż! A gdy wszystko już wydawało się poukładane do końca gry, to przeciwnicy ostudzili zapał poznaniaków i krakusów drugim
trafieniem.

Wyniki naszych pucharowych reprezentantów wcale nie są najgorsze, bo w kontekście rewanżu na własnym boisku pozwalają realnie myśleć o awansie. Jednak zamiast czajenia się na własnej połowie w oczekiwaniu na ewentualny kontratak, miałem nadzieję zobaczyć w akcji pitbula polskiej piłki. Niestety, zwierzę miast agresywności skupiło się na ochronie własnego odwłoka, a do ataku ruszyło tylko wtedy, gdy celny cios wybił mu z paszczy sztuczną szczękę…
Ale to nie jedyny wypadek deja vu w mijającym tygodniu. Szkoci mają w swojej lidze Boruca, a my – Cabaja. Nie jest przypadkiem, że Artur B. jest stawiany naszym golkiperom za wzór – teraz wiadomo, że ci ostatni stanowczo zbyt dosłownie biorą to do siebie.

Koszmarne błędy, jakie popełnił w meczu derbowym Boruc, zostały w ostatniej kolejce skopiowane przez Cabaja. Wstawiony do bramki po tota-
lnym klopsie w końcówce poprzedniego spotkania (strata piłki przy wybiciu skutkująca utratą gola) nie potrafił skutecznie się pozbierać i w fatalny sposób dopomógł Rogerowi w zdobyciu gola. Do tego jeszcze Cabaj – dokładnie jak Boruc – puścił strzał z niemal 30 metrów – co ułatwił mu doskonałym uderzeniem jego niedawny kolega klubowy, Giza.

[Czytaj dalej]

Na czasie: Oszuści

September 29, 2008

Do redakcji zadzwonił Czytelnik, mój imiennik Grzegorz. Zadzwonił, bo właśnie on i jego dziewczyna o mały włos nie stali się ofiarami oszustwa. Tylko jakiś siódmy zmysł uchronił ich od niemiłego, nie tylko dla kieszeni, doświadczenia. Zadzwonił, żeby ostrzec innych.

Oszuści są wśród nas, i to pospolici. Im bardziej pospolici, jak się wydaje, tym bardziej niebezpieczni. Jak inaczej wytłumaczyć proceder, który relacjonował Grzegorz. Po sprawdzeniu przeze mnie strony popularnego portalu ogłoszeniowego gumtree okazało się, że scenariusz powtarza się z regularnością od kilkunastu miesięcy. Ale nie wszyscy byli tak czujni jak nasz czytelnik Grzegorz i jego dziewczyna, stracili jednorazowo kilkaset funtów.
Scenariusz jest prosty. Na stronie gumtree.co.uk pojawia się ogłoszenie proponujące wynajęcie przyzwoitego mieszkania (o co nie jest tak łatwo w Londynie) w dobrej dzielnicy, za wyjątkowo atrakcyjną cenę. Aż się nie chce wierzyć, znając tutejsze realia. Zdjęcia pokazują przestrzenne pokoje, nowoczesną kuchnię i łazienkę. Zdesperowani i zdegustowani dotychczasowym poszukiwaniem decydują się na telefon. W końcu nic nie tracą, a w takich przypadkach oferta jest zwykle nieaktualna, ktoś jest od nas szybszy.

Dziewczyna Grzegorza miała szczęście. Telefon odebrał Brian, Irlandczyk. Podał zresztą irlandzki numer telefonu komórkowego. Jest w Irlandii – tłumaczył jakimś dziwnie brzmiącym angielskim. Trochę kłopotliwe uczucie, ale w końcu można nerwy uspokoić. Nie musi przecież być rodowitym Irlandczykiem. Najważniejsze, że mieszkanie było nadal aktualne.
- Czy mogłabym je zobaczyć? – zapytała Iwona. Tutaj powstał mały problem. Brian jest człowiekiem very busy i ma dosyć time waisters. Czas to pieniądz, on nie będzie go tracił na spotkania z ludźmi, którzy pieniędzy nie mają, nie będzie dla nich specjalnie przyjeżdżał do Londynu.

[Czytaj dalej]

Co się dzieje w September House?

September 29, 2008

- Polska marka nie ma już takich dobrych notowań, jak kiedyś – przyznaje Sebastian Sułek, szef September House, firmy remontowo-budowlanej. – Kiedyś, gdy ktoś mówił, że zatrudnił do remontu Polaków mogło oznaczać to tylko jedno: wykonali kawał dobrej roboty. Teraz już tak nie jest.

Jeszcze kilka lat temu Anglicy chętnie polecali Polaków swoim znajomym.
- Pracowaliśmy ciężko, ale dobrze, dokładnie i za rozsądne pieniądze – przyznaje Sułek. Teraz już tak nie jest. – Od czasu naszego wejścia do Unii Europejskiej i otwarcia rynku, do Anglii przyjechało całe mnóstwo pseudobudowlańców, którzy nie tylko nic nie potrafią, ale nawet nie mają oleju w głowie. I to się powoli mści na naszej opinii.

Sebastian wie, co mówi. Siedzi w tej branży już kilka lat i powoli, ale sukcesywnie zdobywa coraz to lepsze i ciekawsze zamówienia. Ale początki wcale nie były łatwe.
- Do Londynu przyjechałem jeszcze przed naszym wejściem do Unii. W czasach, kiedy trzeba było dostać wizę wjazdową, którą udało mi się zdobyć. Któregoś dnia ojciec zapytał mnie wprost: – Chcesz całe życie spędzić w fotelu? - Mam zamiar wyjechać – odpowiedziałem mu.
- Kiedy? - zapytał. – Jutro!

fot. Roman Waldca

Nie kłamał. Następnego dnia siedział z siostrą w samolocie do Londynu. W Polsce nie potrafił zagrzać miejsca. Najpierw studiował ekonomię, potem przeniósł się na medycynę na Uniwersytecie Jagiellońskim, ale i tam nie siedział długo. W końcu wylądował na… metalurgii, tylko po to, by dojrzeć do tego, że tak naprawdę ciągnie go w świat.
Początki w Londynie nigdy nie są łatwe. Sebastian nie był wyjątkiem. Zaczynał od pracy w barze.
- Tutaj chyba każdy zaczyna od nalewania piwa. Wówczas było to za dwa i pół funta na godzinę – śmieje się dzisiaj. – Któregoś dnia szef uciekł do Hiszpanii. O wypłacie można było zapomnieć i poszukać sobie nowego zajęcia.

Zatrudnił się na budowie. Szef, Irakijczyk, specjalnie nie interesował się tym, czy Sułek ma doświadczenie, czy nie. Płacił trzydzieści funtów dziennie i oczekiwał pracy przez siedem dni w tygodniu.
- Nie miałem wyboru. Siostra wróciła do Polski, ja nie miałem ochoty stąd wyjeżdżać. Więc nadal ciężko zasuwałem – wspomina.
Mieszkał wówczas na Vauxhall, u Polaków. Takie typowe polskie siedlisko. Kilka łóżek w małym mieszkaniu. Tam też nie miał szczęścia.
- Dzień przed płaceniem czynszu zorientowałem się, że moi rodacy właśnie mnie okradli. Pewnie potrzebowali kasy na wódkę. Zresztą to nie ma żadnego znaczenia. Nie miałem na zapłacenie czynszu, wylądowałem na ulicy. Koniec, kropka.

[Czytaj dalej]

Polski design na tapecie

September 29, 2008

Surowe piwniczne wnętrze z białymi ścianami, pozostałościami po poprzednich użytkownikach oraz odsłoniętymi instalacjami zmienione zostało w centrum polskiej sztuki nowoczesnej i siedzibę dwudniowego festiwalu Poland Street Underground.

- Sam sposób wystawiania poszczególnych elementów to jedna wielka instalacja – powiedziała „Nowemu Czasowi” Paulina Latham, koordynator projektu. – Nie była to normalna wystawa, a mimo to każdy odwiedzający wiedział, co jest sztuką. W ciągu dwóch dni wystawę odwiedziło około tysiąca ośmiuset osób.

Koncepcją festiwalu, jako części London Design Festival, było zaprezentowanie młodej polskiej sztuki, głównie użytkowej. Wiele z wystawionych dzieł zaprojektowanych zostało specjalnie na tę okazję. Jak bar, zamówiony przez sponsora (wódka Wyborowa), stworzony przez Tomka Rygalika. Jego kształt, oparty luźno na literze W, doskonale wpisał się w kampanię There’s no V in Wodka, a dwa dodatkowe stoliki, utrzymane w tej samej konwencji i ustawione po bokach, sprawiały wrażenie, jakby bar wychodził w przestrzeń i otwierał się na odwiedzających. Był on nie tylko efektowny, ale przede wszystkim funkcjonalny, co zostało udowodnione podczas imprezy promocyjnej, podczas której obsłużono przy nim pięćset osób bez zbędnych przestojów. Wraz z instalacją, złożoną z około sześćdziesięciu lamp, tworzył on niepowtarzalny klimat wnętrza, odczuwalny od razu po wejściu do pomieszczenia.

fot. Grzegorz Lepiarz

[Czytaj dalej]

Przedmiot: pielęgniarka

September 29, 2008

Skandal w Southampton. Sprowadzone przez renomowane agencje pielęgniarki przez nieudolność konsultantów zostały bez pracy, dachu nad głową i pieniędzy. Zarówno lokalni pośrednicy pracy, jak i przedstawiciele SOS Polonia są w szoku. Zdarzały sie przecież przypadki wykorzystania i porzucenia własnemu losowi pracowników rolnych, budowlanych, ale nie wykwalifikowanego personelu medycznego!

Elżbieta i Anna pochodzą z tzw. ściany wschodniej. Jednak do Anglii nie przyjechały bynajmniej za chlebem. W kraju miały dobrą i jak na standardy regionu, dobrze płatną pracę. Jedna pracowała w stacji dializ, druga jako siostra oddziałowa w szpitalu. Zarabiały miesięcznie 1700 do 2000 złotych. O pracy w Anglii myślały raczej w kategoriach szybkiego dorobienia się większych pieniędzy. Przygotowywały się do wyjazdu dość długo, przez ponad rok uczestniczyły w kursach językowych. Jednocześnie, poprzez internet, poszukiwały atrakcyjnych ofert pracy.

Oferta jak marzenie

I wreszcie trafiła się ta specjalna. Renomowana agencja medyczna Medyk 12. szukała pielęgniarek i opiekunek dla osób starszych i chorych. Obie Polki zarejestrowały się na stronie internetowej Medyk 12. Niebawem skontaktowały się z nimi konsultantki. Według oferty agencji wydelegowani konsultanci mieli pomóc skompletować niezbędne dokumenty, przejść przez proces rejestracji w Brytyjskiej Naczelnej Izbie Pielęgniarek i Położnych, przygotować do rozmowy z angielskim pracodawcą (która miała się odbyć jeszcze w Polsce), pomóc zarezerwować bilet, znaleźć mieszkanie i wreszcie wspierać w nowym miejscu pracy.
- A co najważniejsze, za pracę w szpitalu w Southampton zaproponowano mi naprawdę dobrą stawkę – 13 funtów za godzinę – opowiada Elżbieta. – Zgodziłam się nie zastanawiając się długo. Dałam wypowiedzenie w pracy. – Ja na szczęście wzięłam tylko urlop bezpłatny – dodaje Anna.

[Czytaj dalej]

W Ipswich lubią Polaków

September 29, 2008

Ipswich – stolica hrabstwa Suffolk – to miasto, które poza przyjaznym stosunkiem do Polaków jest generalnie bardzo przyjazne. Położone na wschodnim wybrzeżu u ujścia rzeki Orwell, sąsiaduje z Colchester i Essex. Przyciąga urokliwym wybrzeżem i historią sięgającą VII wieku n.e., a ostatnio również imprezami dla Polaków. W niedzielę, 21 września, odbył się tam pierwszy Polish Arts Festival.

Wystarczą tylko cztery miesiące, żeby dobry pomysł wcielić w życie, znaleźć na niego pieniądze i zorganizować imprezę, która na długo pozostanie w pamięci. Gosia Trojanowska-Hobson, jedna z organizatorek, przyznaje, że o polskim festiwalu w Ipswich, myślała od momentu, gdy rok wcześniej na festiwalu cygańskim zobaczyła polskich Cyganów. Swoim pomysłem podzieliła się z Ros Green i Douglasem Hunterem, tworzącymi coś w rodzaju agencji artystycznej Hungry Arts, a oni przygotowali projekt i wystąpili z nim do władz miasta.

Zaś władze miasta, w tym burmistrz David Hale, lubią Polaków! Przynajmniej odnosi się silne wrażenie, że cieszą się naszą liczną obecnością w okolicy. W samym 130-tysięcznym Ipswich szacuje się, że polska społeczność to około 5 tys. osób, zaś w okolicy ok. 17 tys.

Polish Arts Festival 2008 była pierwszą imprezą na taką skalę, poprzez którą władze miasta chciały podkreślić swój ciepły stosunek do emigracji z Polski. Nie bez znaczenia są tu intensywne działania w tym kierunku, podejmowane przez naszą ambasadę.

Fot. Max Stocker

[Czytaj dalej]

Mały donosik

September 28, 2008

Uprzejmie donoszę, że mój sąsiad nie donosi – pisał Sławomir Mrożek w jednym ze swoich „Donosów”, lapidarnych utworów, które więcej mówiły o rzeczywistości PRL niż niejeden uczony elaborat. Podmiot dziełka nie tylko nie wstydził się donoszenia do wiadomych służb, ale i wiedział, że niedonoszenie jest przestępstwem czy przynajmniej podejrzanym zaniechaniem, wskazującym na nieprawomyślność obywatela. „Donosy” Mrożka były równie kpiarskie co śmieszne, a to dzięki założeniu, że ich odbiorcy myśleli inaczej niż ów podmiot utworu, więc składania donosów nie uznawali za czynność normalną, moralnie obojętną, ot, trybut płacony władzy przez obywatela, który kupuje sobie święty spokój.

Okazuje się jednak, że istnieli i inni czytelnicy, tacy, dla których śmieszność nie musiała być oczywista, a nawet była wątpliwa. Słynny astronom, Aleksander Wolszczan, gdy wyszła na jaw jego dawna współpraca ze Służbą Bezpieczeństwa (w charakterze TW „Lange”), ogłosił, że SB była częścią peerelowskiego pejzażu i kontakty z nią wydawały się w tamtych latach oczywistością. Dodał też, że jeśli „pamięć zatruwa lud”, politycy powinni kazać zapomnieć. Kazać ludowi, rzecz jasna. Wolszczan ujawnił, że tę ostatnią mądrość wynalazł gdzieś pośród wypowiedzi ważnych postaci Wielkiej Rewolucji Francuskiej i zaleciłby ją wszystkim dzisiejszym politykom. Być może taki jest rodowód tej maksymy, choć nie wiąże się ona z duchem wolności, równości ani braterstwa. Wypowiadający ją dzisiaj stawia się w pozycji arystokraty, który arbitralnie wyznacza, co dla ludu jest dobre i odpowiednie, co zaś powinno być pospólstwu niedostępne. Otóż niedostępna powinna być historyczna pamięć, a – mówiąc najprościej – prawo moralnej oceny przeszłości Aleksandra Wolszczana.

[Czytaj dalej]

Medalobranie

September 28, 2008

Ostatnio znowu zatrzęsienie medali. Sezon medalobrania i zbierania odznaczeń. Włączam TV Polonia – rozdawanie i odbieranie. Orderów, medali, odznaczeń. Bukiety kwiatów, całusy, owacje, gratulacje i czysta ojczysta w barze. Czasem wino na wiwat. A w winie veritas mąci obraz, zasługi miesza z wysługami. I rodzi wątpliwości.

Czy temu, albo tej to się należało? A mnie i innym to nie? To już sam chlebuś nie wystarcza? Albo posadki na wysokich stołkach z apanażami? Czy godności prezesowania organizacjom? Szczególnie polonijnym, o których Polonia nie słyszała. Pojęcia nie miała, że jest reprezentowana czy opieką otaczana. I nikt nie pyta, z czyjego to demokratycznego wyboru te organizacyjne władze. W telewizji pokazywane, odznaczeniami nagradzane. Za co? – pyta nieuświadomiony Polak na obczyźnie. Bo nie wie, że niektóre organizacje żyją wyłącznie we własnych kręgach. Niczym ciało samoistnie egzystujące i samowybieralne. Często z pogłowiem tych samych działaczy. Żeby funkcjonować społecznie, trzeba być urodzonym społecznikiem. Społecznicy dzielą się na tych, którzy działają realnie i na tych, którzy działają wirtualnie. To ci wirtualni wirtuozi społeczni najczęściej zbierają honory. Ludziom widać do szczęścia potrzebne są medale.

Jest szereg teorii na temat odznaczeń. O ich znaczeniu psychologicznym, politycznym, kulturowym itp. O ich właściwościach zjednywania sobie oponentów, umacniania adherentów. I o ich sile symbolicznej. Symbolika bywa czasem silniejsza od rozsądku. Spotykam parę dni temu miłego, młodego dziennikarza. Właśnie dostał order! Gratulacje! – Jaki to order i za co? – pytam. Sam nie wiem za co - odpowiada skromnie.

[Czytaj dalej]

Zeitgeist, czyli Wielka Teoria Wszystkiego w kieszonkowm wydaniu

September 28, 2008

Gdyby się kto zastanawiał, o co w tym wszystkim chodzi, w sensie, w życiu, Bogu, świecie i całej reszcie, to polecam Zeitgeist. (Ducha Dziejów). Twórcy tego dokumentalnego filmu postanowili złapać byka za rogi i wyjaśnić najważniejsze sprawy, związane z ludzką cywilizacją. I mówiąc w telegraficznym skrócie, okazało się, że ludzie sami w sobie są wspaniali, ale większość rzeczy, które wymyślili, jest do niczego. Chodzi tu o rządy, systemy religijne, banki, wojsko, technologie, korporacje, mass media, dowody osobiste, kontrolę społeczną, edukację i ogólnie wszystko to, gdzie zaszliśmy przez ostatnie sto tysięcy lat jako homo-sapiens, to istny kanał i ślepy zaułek.
No bo jak wyjaśnia ten niezwykle popularny dokument: rządy nami manipulują i chodzi im o władzę, banki nas rabują i zarabiają na nas kasę, korporacje robią największe pieniądze na ludzkiej niedoli, wojsko zabija, mass media ogłupiają, edukacja prezentuje obraz świata zgodny z oficjalnym stanowiskiem establishmentu, kontrola społeczna nas kontroluje, dowód osobisty identyfikuje, technologia pozwala im to wszystko czynić szybciej, efektywniej i bardziej globalnie, a co najgorsze – Boga prawdopodobnie nie ma.

[Czytaj dalej]

Next Page »