|
redakcja@nowyczas.co.uk

reklama

szczegóły 
..................................






OGŁOSZENIA DROBNE
teraz ogłoszenie do 15 słów
za jedyne 10 funtów + VAT!
|
|
KALENDARIUM
|
|
Ludzki odruch >>
FUNDACJA MALWA
Przez wiele lat osoby upośledzone umysłowo, niezależnie od ich wieku,
po utracie swoich opiekunów były umieszczane w domach dla ludzi
starych lub psychicznie chorych. Chcąc przeciwdziałać takiej sytuacji i
dać swoim dzieciom szanse rozwoju oraz rehabilitacji poprzez pracę, a
także nauczyć społeczeństwo lokalne tolelrancji dla osób
niepełnosprawnych założono w 1992 roku Fundację MALWA.
Celem statutowym Fundacji jest wybudowanie w
Warszawie Ośrodka Rehabilitacyjno-Opiekuńczego dla osób z
niepełnosprawnością intelektualną.
..................................
POMÓŻMY WOJTKOWI
Społeczność akademicka WAT zwraca się z apelem do
wszystkich ludzi dobrej woli, którzy chcieliby wspomóc
leczenie i rehabilitację naszego doktoranta Wojciecha Kicińskiego,
który uległ tragicznemu wypadkowi
w laboratorium.
Wpłaty na jego rzecz można kierować na numer konta:
41 1240 1037 1111 0010 1321 9362
z dopiskiem:
„Na leczenie i rehabilitację
Wojciecha Kicińskiego”
więcej  |
|
ważne sprawy >>

fot:Mikołaj Skrzypiec
PETYCJA PRZECIWKO SPRZEDAŻY FAWLEY COURT
My, niżej podpisani, chcemy zaprotestować przeciwko sprzedaży Fawley
Court przez Księży Marianów. W dużej mierze zakupiony i
wspierany finansowo przez kilka pokoleń polskiej społeczności w
Wielkiej Brytanii, Fawley Court jest symbolem naszej obecności w tym
kraju. Jest miejscem, z którym związana jest polska i katolicka
tożsamość kilku pokoleń emigracyjnych. Jest miejscem, które
służyło i może w dalszym ciągu służyć wychowaniu młodzieży polonijnej w
duchu patriotycznym. I wreszcie jest miejscem, z którego my,
Polacy zamieszkali w tym kraju, możemy być dumni.
więcej
..................................
Podglądanie wszechświata
Elżbieta Sobolewska
Tak
brzmi tytuł ostatniej książki duchownego i naukowca, księdza profesora
Michała Hellera, z którym przeszło dwustu słuchaczy przez
półtorej godziny podglądało wszechświat z sali parafialnej pod
kościołem na Devonii.

Fot. Grzegorz Lepiarz
W bardzo zatłoczonej sali, wypada dodać, gdzie nikt nie
przejmował się regułami „higieny i bezpieczeństwa”, nikogo
więc nie wyprosił, a wręcz nalegał, by wchodzili i słuchali, bo tak
niezwykłe spotkania zdarzają się rzadko. Wykład dawał bowiem laureat
niezwykle prestiżowej Nagrody Templetona, którą nazajutrz miał
odebrać z rąk małżonka królowej Elżbiety II, księcia Filipa w
pałacu Buckingham. Spotkanie na Devonii zorganizowała Polska Misja
Katolicka.
Sir John Templeton jest niezwykle bogatym
człowiekiem, przedsiębiorcą i filantropem, który pasjonuje się
zagadnieniami z pogranicza nauki i religii, a fundacja, którą
stworzył w 1972 roku, jest tylko jednym z elementów jego
pożytecznej działalności.
Fundacja Templetona, wyróżniła polskiego
filozofa, teologa i naukowca za jego nadzwyczajny wkład w budowanie
dialogu pomiędzy nauką a religią. Jak powiedział podczas
wręczenia nagrody sam sir John: „Profesor Heller
przekonująco wykazał, iż badania naukowe i dociekania teologiczne mogą
harmonijnie oddziaływać na siebie nie wykluczając się wzajemnie”.
Ksiądz Heller, zapytany przez kogoś po wykładzie o
uroczystość wręczenia nagrody, krótko wyjaśnił: – Według
instrukcji, które otrzymałem, książę weźmie ze stołu insygnia
tej nagrody i kopertę z czekiem i mi je wręczy. Milionerem będę jednak
tylko przez chwilę, bo nagroda ma już swoje przeznaczenie. Zostanie
wpłacona na rzecz utworzenia w Krakowie Centrum Kopernika, które
będzie zajmowało się relacjami nauki i religii jako dyscypliną
akademicką.
Wszyscy wiedzieli na co profesor Heller zamierza
wydać swoje pieniądze, jednak tuż po tej deklaracji zabrzmiały potężne,
spontaniczne brawa, bo równocześnie wszyscy zdajemy sobie
sprawę, jak bardzo cierpi wiecznie niedofinansowana polska nauka,
która choć może poszczycić się wybitnymi umysłami, nie może
jednak zagwarantować im niezbędnych narzędzi i środków
finansowych umożliwiających rozwój. Pieniądze,
które otrzymał ks. Heller – 820 tysięcy funtów,
pozwolą zapoczątkować tworzenie Centrum Kopernika, lecz nie sfinansują
go w całości. Jest jednak szansa, że Fundacja wesprze jego powstawanie,
podobnie jak pomogła dwóm innym podobnym ośrodkom powstałym przy
Uniwersytetach Cambridge i Oxford.
Podziękowania za taki gest, były jednak na końcu,
najpierw wysłuchaliśmy historii powstania wszechświata w pigułce i to,
o dziwo, lekkostrawnej. Słowo wspomagał obraz wyświetlony na ścianie
podkościelnej sali, która na moment zmieniła się w uczelnianą
aulę. Trudno jest mówić o Wielkim Wybuchu i o galaktyce,
której jesteśmy jedyną jako tako zbadaną częścią, językiem
zrozumiałym dla zwykłych zjadaczy chleba. Zjawiska, które
przedstawił nam ksiądz Heller, są bowiem opisane żargonem naukowych
pojęć, zrozumiałych dla niewielu.
Umiejętność przetłumaczenia ich na polski jest
właściwa tylko tym, którzy posiedli pełnię wiedzy na dany temat,
wiedzy przetrawionej i przefiltrowanej przez dziesiątki wykładów
i publikacji. Ks. Heller nie tylko był zrozumiały. Był również
dowcipny, wyświetlając nam na ścianie długaśny, hieroglificzny
wzór na stworzenie wszechświata, czyli rozbudowaną teorię
Einsteina i wyjaśniając, że Bóg musiał liczyć właśnie jakoś w
ten sposób... Dla wytłumaczenia kosmicznych wypadków
potrafił użyć skojarzenia zaczerpniętego z tu i teraz, z życia
codziennego przyziemnych spraw wielkich małych ludzi.
– Kupiłaś książkę? – zapytał szeptem
swoją dziewczynę siedzący obok mnie na stole przy ścianie chłopak.
– Nie kupiłam, bo wszystkie już wykupili – odparła
zdziwiona tym faktem dziewczyna. Książki profesora zniknęły, chociaż
nie są już tak lekko przyswajalne jak wykład, którego
wysłuchaliśmy. – Przeczytałam wstęp, dalej nie rozumiem, ale
czytam – mówiła wcześniej ta sama dziewczyna. Czy Hellera
się czyta, należałoby zapytać księgarzy, ale akcja wykupienia,
„przemawia na korzyść tej tezy”, by użyć języka adekwatnego
do sytuacji.
Ksiądz Heller wciąż mieszka w bloku w centrum
Tarnowa. Często celebruje msze św. i głosi kazania w kościele pod
wezwaniem św. Maksymiliana. Przynajmniej tak było do zeszłej niedzieli.
...............................
Ks. prof. Michał Heller urodził
się w 1936 roku, w Tarnowie. Wywieziony z rodziną na Syberię,
powrócił do tego miasta rok po zakończeniu wojny. Tam zrobił
maturę i w 1953 roku rozpoczął studia w tarnowskim Instytucie
Teologicznym. Kiedy je skończył, przyjął święcenia kapłańskie. W tym
czasie rozpoczął również studia na Wydziale Filozofii
Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. W 1966 roku obronił na tej
uczelni doktorat z kosmologii relatywistycznej. Był wolnym słuchaczem
na Wydziale Fizyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Od 1981 roku jest
członkiem Obserwatorium Watykańskiego. W 1985 roku otrzymał tytuł
profesora filozofii Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie.
Członek Papieskiej Akademii Nauk, organizator Krakowskiej Grupy
Kosmologicznej. Obecnie jest również kierownikiem Ośrodka Badań
Interdyscyplinarnych w Krakowie. Autor kilkudziesięciu książek
matematyczno-fizycznych i kosmologicznych. Członek międzynarodowych
stowarzyszeń naukowych. Tegoroczny laureat Nagrody Templetona. Nadal
mieszka w Tarnowie.
..................................
Oko w oko z historią
Wojciech Goczkowski
Gdyby
przeprowadzono ankietę mającą wyłonić najbardziej kontrowersyjną polską
instytucję kulturalną w Londynie, wydaje mi się, że POSK zająłby
pierwsze miejsce na liście organizacji, które potrafią
prowokować całkowicie skrajne opinie. Na skali emocji, jakie wywołuje
ta instytucja znajdują się chyba wszystkie odcienie zachwytu, jak i...
– postarajmy się ująć rzecz elegancko i eufemistycznie –
awersji.

Nie mam wystarczających kompetencji ani wiedzy,
dotyczącej działalności tej instytucji, abym mógł dokonywać
kategorycznej oceny. Nie taki jest zresztą cel tego tekstu. Napiszę o
rzeczy dużo ważniejszej. Na początku jednak chciałbym zachęcić
czytelników, jeśli nie do porzucenia uprzedzeń i niechęci do
Polskiego Ośrodka Społeczno-Kulturalnego, to przynajmniej wzięcia
ich w nawias w trakcie lektury, ponieważ inicjatywa, o której
chcę opowiedzieć zasługuje na uwagę oczyszczoną ze stereotypów i
antypatii. Dzieją się dobre rzeczy w POSK-u!
Czy Historia może nas czegoś nauczyć? Przecież gdyby
wiedza o przeszłości miała jakąś wychowawczą czy choćby perswazyjną
moc, jednostki nie popełniałyby błędów swoich
rodziców, a przyszłość państw i narodów moglibyśmy złożyć
w ręce historyków i archiwistów. Po co zbierać stare
papiery i niefunkcjonalne meble? Dlaczego oglądać się w przeszłość?
Czyż nie lepiej wybrać przyszłość?
Wszystkie te pytania, zadawane często przez
młodzież, przypomniałem sobie, kiedy zwiedzałem kolekcję POSK-u –
zbiory złożone ze spadkowych darowizn rodzin Gray, Motz, Zawadzki,
Lurczyński, Eisler. Wokół mnie obrazy, meble, książki i
dokumenty. Niezwykła to kolekcja. Ocena jej wartości artystycznej i
przydatności do badań historycznych jest dopiero przed nami, ale już
dzisiaj można powiedzieć, że ekspozycja pełni ważną, trudną do
przecenienia funkcję edukacyjną i informacyjną. Odwiedzają
ją grupy młodzieży i goście POSK-u, bywa, że znani brytyjscy
politycy jak Ken Livingstone czy Boris Johnson. Jest to jedno z
nielicznych miejsc w Londynie, gdzie można poznawać polską
historię ostatnich sześćdziesięciu lat w konwencji muzealnej
wystawy. Kolekcja jest wciąż powiększana o nowe eksponaty, a jej
organizatorzy pracują nad udoskonaleniem technik prezentacji. W
przyszłości planują wprowadzić prezentacje multimedialne i
opracowują katalog zbiorów dostępny dla
zwiedzających.
Koncepcja ekspozycji zakłada rozbudowywanie
dwóch zasadniczych wątków. Pierwszy opowiada o
wydarzeniach historycznych poprzez pamiątki pozostawione przez
Polaków żyjących na emigracji, którzy stali się częścią
historii zarówno Polski, jak i Wielkiej Brytanii. Jest to świat
widziany z perspektywy generałów i ambasadorów. Historia
pisana z dużej litery, którą możemy znaleźć w szkolnych
podręcznikach.
Drugi wątek ukazuje losy zwykłych ludzi. W
podręcznikach nie odnajdziemy ich doświadczenia. Często jednak to
właśnie życie takich ludzi okazuje się dla nas ciekawsze i bliższe
naszemu osobistemu doświadczeniu, niż opisy i syntezy procesów
historycznych. Wówczas dochodzi do spotkania z historią oko w
oko i pojawia się możliwość zbliżenia pokoleń. Dlatego miejsca takie
jak POSK i jego kolekcja, która powinna przekształcić się
w muzeum, mają ważną rolę do spełnienia. Szczególnie
dzisiaj, kiedy powiększająca się społeczność polska na emigracji traci
Fawley Court i zbiory księdza Józefa Jarzębowskiego. Powstałe
puste miejsce należy zapełnić. Kolekcja POSK-u stwarza taką szansę.
Ponieważ nawet jeśli często pozostajemy obojętni na
pouczenia płynące z doświadczeń poprzednich pokoleń (wiem, że
niektórzy mają trudności z połączeniem prostych faktów z
przeszłości z teraźniejszością i przyszłością), to zawsze
pozostaje odwołanie się do uczucia wdzięczności wobec pokolenia,
które okazało wyjątkową gotowość poświęcenia i służenia
ojczyźnie w okolicznościach nieporównywalnych z niczym, co w
historii Europy wydarzyło się dotychczas. Wdzięczność ta wymaga
jedynie dostrzeżenia „którędy przebiega dział pokoleń
między tymi, którzy nie dopłacili, a tymi, co musieli
nadpłacać?” i „po której jesteśmy stronie?”
(Jan Paweł II, Myśląc Ojczyzna).
Kolekcja POSK-u pozwala uświadomić sobie tę linię
podziału między pokoleniami i przywraca pamięć o tych, którzy
niewątpliwie „nadpłacili” walcząc o wolność i możliwość
zachowania narodowej tożsamości.
..................................
reportaż >>
Kariera frajera
Paweł Rosolski
Marek
przyjechał na Wyspy w drugiej połowie 2005 roku. Jak wielu z „naszych”
w ostatnich latach. Jednak jak niewielu z „naszych” wcale nie musiał
tego robić. Tutaj też nietypowo zaczynał – jego dziewczyna miała już
pracę z polecenia, więc o start nie musieli się martwić. Oboje po
studiach, z bagażem doświadczeń i pełnym prawem do zapisania nowej,
wyspiarskiej karty w swoim życiorysie. Biegły angielski dawał im
przewagę na starcie. Jak miało się okazać kilka lat później, dla nas
język to rzecz najważniejsza, dla wielu Anglików to zdecydowanie za
mało...
Marek
zakładał, że zostanie tu co najwyżej cztery miesiące. Anglia od lat nie
jest już krajem (jak się wciąż wydaje tym, którzy jeszcze tu nie
dotarli), w którym pracodawcy czekają na przybyszów z Kontynentu z
otwartymi rękami. Potrzebna jest odrobina szczęścia i tzw. perfect
timing. Markowi się powiodło – po tygodniu poszukiwań znalazł pub w
londyńskiej dzielnicy uznawanej za oazę spokoju, gdzie akurat zwalniały
się etaty. Po szybkiej, konkretnej rozmowie z managerem, na „ładne
oczy”, bez doświadczenia, wskoczył za bar nie mając pojęcia czym się
różni lager od ale, czy też gin od sherry.
więcej 
..................................
Przerwane milczenie
tytuł 1
tytuł 2
tekst
Nr 0 (00)
..................................................... do góry
Aleksandra Łojek-Magdziarz
Byli
ekstremiści islamscy założyli think-tank, ośrodek badawczy,
którego celem będzie walka z radykalizacją młodych brytyjskich
muzułmanów, wykorzystywaniem
islamu dla celów politycznych, ideologizowaniem go i islamizmem.
Ośrodek ów jest odpowiedzią na częste zarzuty
niemuzułmanów, że nie
widać wysiłkuze strony najbardziej zainteresowanych, by zmierzyć się z
radykalizmem.

Rys. Jim McCluskey
W
ubiegłym tygodniu w British Museum odbyła się uroczysta inauguracja
nowej organizacji – Fundacji Quilliam. Ponieważ było to wydarzenie na
skalę światową, przybyły media z wszystkich stron świata i muzułmanie
różnych sekt.
Niedoszli terroryści przeciwko islamizmowi
Przewodniczącym
Fundacji Quilliam został były członek Hizb-ut-Tahrir (organizacji
uważanej w wielu krajach świata, poza Wielką Brytanią, za organizację
terrorystyczną), Majid Nawaz, który spędził cztery lata w egipskim
więzieniu, poddawany systematycznym torturom. Zastępcą Nawaza został
Ed Husain, autor bestsellera The Islamist: Why I Joined Radical Islam
in Britain, What I Saw Inside and Why I Left, który w czasie swojej
burzliwej młodości rekrutował rówieśników do radykalnych organizacji
islamistycznych, mających na celu utworzenie państwa islamskiego i
walkę z niewiernymi.
– Jesteśmy przeciwko islamizmowi, bo w nim
tkwiliśmy i uważamy, ze najskuteczniejszą walką z radykalizacją młodych
muzułmanów będzie pokazanie im, czego powinni unikać, jak zdradziecka
jest droga islamizmu. Poza tym ważne jest, by zrozumieli, że nie ma
żadnej sprzeczności w byciu muzułmaninem i Brytyjczykiem, muzułmaninem
i Pakistańczykiem, itd.
więcej
..................................
Polska w siatkówce nie tylko męskiej i żeńskiej, ale w każdej innej może osiągnąć sukces
Kazimierz Marcinkiewicz
..................................
emigracja >>
Tam i z powrotem
tytuł 1
tytuł 2
tekst
Nr 0 (00)
..................................................... do góry
Mikołaj Skrzypiec
Institute
of Public Policy Research (IPPR) opublikował najnowszy raport co do
liczby imigrantów zarobkowych z Europy Środkowo-Wschodniej. Wynika z
niego, iż około pół miliona osób, które przyjechały do Wielkiej
Brytanii w 2004 roku, powróciło już do swoich krajów. To nie oznacza
jednak gwałtownego spadku ich liczby na Wyspach – co roku wciąż
przyjeżdżają tu wielkie rzesze innych.
Około miliona imigrantów przybyło na Wyspy między rokiem 2004 a
2007, to dane, które w swoim raporcie podaje IPPR. Jest to pierwsze tak
duże opracowanie zawierające bardzo dokładne dane co do liczby
imigrantów. Wcześniejsze, w szczególności rządowe dane rozmijały się z
prawdą, począwszy od przewidywanych w 2004 roku kilkunastu tysiącach
ludzi (o których mówił rząd Blaira przed naszym wstąpieniem do Unii),
na danych z Home Office kończąc (dwa lata temu podawano liczbę około
300 tys.).
Według
IPPR nadal bardzo trudno jest oszacować dokładną liczbę pracowników z
nowej Unii Europejskiej: żadna inna grupa społeczna nie cechuje się
bowiem taką mobilnością. Pracowników z Polski, Litwy czy innych krajów
znajdziemy dziś w każdym praktycznie zakątku Wielkiej Brytanii. To
zdaniem autorów raportu zupełnie nowe zjawisko, które nazwano
supermobility. Opisuje ono skłonność imigrantów do poszukiwania pracy
bez oglądania się na to, gdzie ta praca się znajduje. Częste
przeprowadzki są jednym z elementów życia na Wyspie, podobnie jak
przemieszczanie się między krajem rodzinnym a Wielką Brytanią – wynika
z danych raportu.
Raport podaje bardzo dużo danych dotyczących
przemieszczania się imigrantów w ostatnich latach. Wynika z nich, iż
imigranci wciąż przyjeżdżają na Wyspy (168 tys. w drugiej połowie 2006)
jednakże stopniowo liczby te zmniejszają się – przyjeżdża nas co roku
coraz mniej (137 tys. w pierwszej połowie 2007). 541 tys. imigrantów
wyjechało między 2004 i 2007 rokiem, a ogólna liczba imigrantów to
około 665 tys. ludzi.
Autorzy raportu przy jego opracowywaniu
posłużyli się m.in. danymi przewoźników, linii lotniczych i operatorów
lotnisk. Ze zgromadzonych danych dowiadujemy się np., iż w grudniu 2004
roku ruch pasażerów między Warszawą i Krakowem a trzema miastami w
Wielkiej Brytanii wyniósł 40 tys. pasażerów. W grudniu 2007 roku liczba
ta zwiększyła się do 385 tys.
Lepiej o Polakach w The Sun
Dziennik
„The Sun” opublikował ostatnio dwa artykuły o imigracji
zarobkowej w Wielkiej Brytanii. 24 kwietnia ukazała się relacja z
Boston w Lincolnshire, gdzie jeden na czterech mieszkańców jest
imigrantem. Kolejna, z 29 kwietnia, opisuje historię małżeństwa
Polaków, którzy przyjechali do Anglii w 2004 roku.

Ton w obydwu artykułach jest niecodzienny dla The Sun, gdyż ich autor
opisuje Polaków i inne mniejszości w dużo przychylniejszych
słowach. Nie ma już mowy o wykorzystywaniu systemu opieki zdrowotnej,
pobieraniu zasiłków, do których nie mamy prawa, czy
zwiększaniu się liczby przestępstw z powodu naszej obecności.
Wręcz przeciwnie, nowi mieszkańcy Bostonu pokazani są jako z reguły
ciężko pracujący ludzie, którzy nie tylko przyczyniają się do
rozwoju miasta, ale stają się coraz szybciej jego integralną niemalże
częścią.
Czytając artykuł
uważnie, można by dojść do wniosku, iż redakcja The Sun obrała zupełnie
inny ton retoryki, ukazując nas jako całkiem porządnych ludzi. Rysuje
się zatem obraz „dobrego imigranta”, takiego jak opisany we
wtorkowym The Sun, Piotr Szepsel. Cztery lata temu przybył on z
żoną na Wyspy, gdy Polska wstąpiła do Unii Europejskiej. Kiedy otwarto
dla nas granice Wielkiej Brytanii, The Sun alarmował o spodziewanym
zalewie tysięcy ludzi z krajów nowej Unii. Piotr był jednym z
nich. Gazeta opisywała wtedy katastrofalny stan polskiej gospodarki,
niskie pensje oraz powody, dla których ludzie tacy jak Piotr z
małżonką postanowili wyjechać. Dziennikarze tabloidu śledzili przyjazd
Polaków od ich wyjazdu z rodzinnego Krakowa, do osiedlenia się
na dobre w Anglii. Cztery lata później czytelnicy mają okazję
ponownie zobaczyć rodzinę pana Szepsela i ich asymilację w Wielkiej
Brytanii. Tym razem Polacy zostali pokazani bardzo pozytywnie.
Pracowici i wartościowi mieszkańcy Anglii, którzy w pełni
wtapiają się w tutejsze warunki, pomimo niełatwego życia. Dodatkowo,
sposób przedstawienia Piotra i jego rodziny z pewnością trafi do
przeciętnego czytelnika The Sun: w artykule jest mowa o futbolu (Piotr
to wierny kibic Arsenalu) i angielskich śniadaniach, które Piotr
uwielbia. Do tego jasno i zdecydowanie zaznaczono, iż nie pobiera on
zasiłków, a wszystkie jego zarobki to rezultat ciężkiej pracy.
Trudno mówić, jak
na razie, o definitywnym końcu złej prasy, jaką tabloidy z
zacięciem zapewniają nam od kilku lat, należy jednak odnotować pierwsze
zmiany. To zupełnie nowy styl opisywania zjawiska imigracji zarobkowej
ostatnich lat, niewątpliwie bliższy prawdzie i bardziej nam przychylny.
Być może jest to rezultat protestu Zjednoczenia Polskiego, jaki
rzecznik prasowy tej organizacji Wiktor Moszczyński złożył do Press
Complains Commission, podając liczne przykłady stronniczego i
negatywnego opisywania Polaków przez Daily Mail. Być może
redaktorzy The Sun postanowili sami stonować retorykę i zmienić
politykę pisma. Pozostaje żywić nadzieję, że inne tabloidy pójdą
w stronę tonu artykułów z The Sun.
..................................
rozmowy na czasie >>
Kto dostanie votum?
tytuł 1
tytuł 2
tekst
Nr 0 (00)
..................................................... do góry
Z Ewą Brzeską, kandydatką na przewodniczącą POSK-u w zbliżających się wyborach rozmawia Elżbieta Sobolewska

Ewa
Brzeska od dziesięciu lat jest członkiem zarządu Polskiego Ośrodka
Społeczno-Kulturalnego w Londynie. Właśnie przeszła na emeryturę, ale
tylko tę zawodową, pedagogiczną, bo jej praca społeczna na rzecz POSK-u
może właśnie teraz nabrać tempa. 10 maja członkowie ośrodka wybiorą
nowego przewodniczącego. Brzeska jest jedyną oficjalną kandydatką
zarządu do pełnienia tej funkcji. Kiedy pięć lat temu o prezesurę
ubiegał się Olgierd Lalko, nie miał innego konkurenta. Zwyczajowo, bo
statut ośrodka nie stawia takiego wymogu, przewodniczącym zawsze
zostawał członek zarządu. Zwyczaje jednak czasem się zmieniają, dlatego
tegoroczne wybory mogą odbiegać od przyjętego schematu.
Funkcja przewodniczącego jest nieodpłatna, tak jak udział w radzie i
zarządzie Ośrodka. Jedyną pokusą wydaje się być tu tylko i wyłącznie
chęć oraz potrzeba społecznego działania, bo przecież nie można na
POSK-u zarobić. A jednak od plotek głośno, bo choć żadna inna
kandydatura oficjalnie nie padła, to jednak tym razem kandydatów może
być kilku. Zainteresowany pełnieniem tej funkcji może „ujawnić się”
dopiero w dniu wyborów i, teoretycznie, może zostać wybrany, wystarczy
przeważająca liczba głosów. To, jak długo jest się członkiem, nie ma
znaczenia, głosuje każdy, kto się do POSK-u zapisał, a teoretycznie
mógł zapisać się tylko po to, by oddać głos. Brzmi jak teoria spiskowa?
Do jej powstania dopuszczają anachronizmy i nieścisłości istniejące w
obowiązującym statucie tej organizacji. Nie powinien zawierać luk, bo
teoria lubi zemścić się praktyką.
więcej
POSK to duża firma…
Z przewodniczącym Polskiego Ośrodka Społeczno-Kulturalnego Olgierdem Lalko
rozmawia Grzegorz Małkiewicz
Dobiega
końca pięcioletnia kadencja dr. Olgierda Lalko na stanowisku
przewodniczącego Polskiego Ośrodka Społeczno-Kulturalnego. 10 maja
odbędą się kolejne wybory. Przewo-
dniczącego POSK-u (trzeba dodać,
że jest to funkcja społeczna) wybiorą członkowie POSK-u w
demokratycznych wyborach. O stanowisko przewodniczącego ubiegać się
może każdy członek Rady POSK-u. Zwyczajowo Walne Zebranie wybierało
kandydata proponowanego przez Zarząd. Kandydat Zarządu znał mechanizmy
funkcjonowania dużej w końcu organizacji, był na bieżąco ze wszystkimi
rozpoczętymi projektami, nie tracił więc czasu na tak zwane wdrażanie w
rytm pracy.
Spojrzenie w tył
Koniec
kadencji – dobry czas na chwilę refleksji, tym bardziej że kandydować
ponownie nie można, trzeba się sprawdzić w ciągu pięciu lat. To długi
okres, czy krótki z punktu widzenia początkowych planów i ich
realizacji? – pytam przewodniczącego. Wcześniej przez dłuższą chwilę
dostrajaliśmy się do rozmowy. W takiej rozmowie potrzebne jest wzajemne
zaufanie, otwartość i porozumienie. Odnoszę wrażenie, że zapominamy o
włączonym magnetofonie, i o to chodzi.
– Pięć lat to krótki
okres – z uśmiechem odpowiada przewodniczący Lalko. – Nie sposób
zrealizować wszystkich planów. – A jakie były najważniejsze – drążę
temat. Nie uzyskuję jednoznacznej odpowiedzi, pan Lalko unika
priorytetowego uporządkowania, chociaż z dłuższej wypowiedzi wynika, że
jest kilka spraw, o których mówi z satysfakcją
..................................
pod prąd >>
Okultura
tytuł 1
tytuł 2
tekst
Nr 0 (00)
..................................................... do góry
Na
okładkach publikacji niezależnego wydawnictwa Okultura można przeczytać
intrygującą notkę od wydawcy: „Wydawnictwo Okultura zajmuje się ukrytym
wymiarem kultury (łac. Occultus – skryty, tajemny, wyparty). Jego celem
jest udostępnianie czytelnikom jak największej różnorodności idei
transgresyjnych wobec dominującego porządku kulturowego oraz tego, co w
naszej kulturze uznaje się za oczywiste”.

fot.Okultura
Wydawnictwo Okultura 1 maja skończyło siedem lat. Powstało w Święto Pracy.
Z twórcami Okultury, Dariuszem Misiuną i Joanną John podczas ich wizyty w Londynie rozmawiał Marcin Piniak
Co to znaczy, że interesuje was wydawanie książek transgresyjnych?
–
Interesuje nas wydawanie takich książek, które zmuszają ludzi do
przełamywania dotychczasowych schematów myślowych, które w rezultacie w
jakimś stopniu mogą wpływać na zmiany zachowań, sposób odczuwania i
postrzegania świata. To wszystko po to, aby wzbogacić odbiorców o
większą paletę możliwości, niż te, które są oferowane przez otaczającą
nas medialną papkę.
Okultura,
jak sami piszecie, zajmuje się ukrytym i wypartym wymiarem kultury. Co
was skłoniło do stworzenia tego typu propozycji wydawniczej w Polsce?
–
Główna motywacja do powstania tego typu wydawnictwa wiązała się z tym,
że polski rynek książki jest bardzo ubogi. Był to pomysł na książki,
które nie powtarzają schematów, stereotypów i nie są kolejnym potokiem
popkulturowych sloganów. Na Zachodzie ukazuje się tego typu publikacji
dość sporo, a w Polsce niewiele, dlatego uznałem, że trzeba wypełnić tę
lukę materiałami źródłowymi. Ta podstawa w późniejszym czasie zachęci
ludzi do publikowania własnych dzieł, do tworzenia obiektów sztuki i
własnych „stref autonomicznych”.
więcej
..................................

sprawdź
..................................
co się dzieje >>
czas na wyspie >>
Komentarz
Andrzeja Krauzego:
..................................
Japoński budda końca czasów
Konrad Szlendak
Masami
Akita aka Merzbow to jeden z najwybitniejszych, współczesnych
artystów tworzących muzykę, określaną w skrócie jako
noise.
Idea
niszczenia umysłów dzikimi dźwiękami zrodziła się w jego głowie podczas
studiów w zatłoczonym Tokio, na skutek zetknięcia się z
surrealistycznymi koncepcjami otwierania wrót podświadomości –
spuścizną twórczości Kurta Schwittersa, Hansa Arpa czy Tristana Tzary.
Jego londyński koncert odbył się w auli ULU, miejscu w którym miło
słucha się muzyczki popijając piwko lub ciderka. Merzbow supportowały
dwa angielskie projekty, laptopowo-power elektroniczny Satori,
skupiający się manipulowaniu samplami na żywo oraz harsh noise'owy,
sado-masochistyczny Sutcliffe Jügend.
Duet nr 2 sprawił, że
świdrujący noise stał się hostią gwałtu, która w bezkompromisowy sposób
włamywała się w każdą komórkę systemu nerwowego niosąc chaos i
zniszczenie. Główną taktyką Sutcliffe Jügend stało się bazowanie na
wysokich częstotliwościach, które wraz z zaloopowanymi okrzykami,
szarżowały po uszach, jak nagłe zrywy sztormu. Pozbawione litości,
pełne furii przekleństwa mieszały się z przesterowanymi piskami, a
scenę opanowywało postindustrialne vodoun, które z każdą kolejną minutą
koncertu stawało się coraz intensywniejsze. Kiedy Kevin Tomkins drżał i
wił się po scenie podkręcając jednocześnie głośność, niektórzy
wymiękali i uciekali spod sceny.
Krótko po tym, jak angielscy
artyści zakończyli swój występ, na scenie pojawił się laptop ze słynnym
wegańskim przesłaniem: „Meat is Murder” i na scenę wszedł sam Masami
Akita. Jeden z najwybitniejszych artystów naszych czasów, bojownik o
prawa zwierząt i mistrz mentalnego fetyszyzmu, głoszący potrzebę
zniszczenia cywilizacji i zbudowania jej od nowa, zaczął ostro. W
publikę poleciała fala wściekłego noise'u na prostych, niemal
siermiężnych bitach, ładujących we wszystkich porcję basu.
Już
po kilku minutach pojawiło się zrozumienie idei, które w swojej muzyce
głosił Masami Akita. To pozytywne przesłanie ludzkiej kreaty-
wności,
prawdziwej miłości w czasach zagłady i degeneracji. Czysta świadomość
rozkoszy istnienia była niemalże wyczuwalna, kiedy ekstremalny,
noise'owy terror przepływał przez wszystkie komórki mojego ciała.
Zamknąłem oczy i odpłynąłem do magicznej krainy, w której czas nie ma
znaczenia stając się pierwotnym dźwiękiem wszechświata, bezosobowym,
prymordialnym OM.
Koncert trwał długo, ale tylko niewielu
zdawało się odkrywać podczas niego, że kosmiczny rytm, pokrewny
haitańskim, rytualnym polirytmiom, który został na nim wykorzystany
przez Masami Akitę, tworzył niecodzienną jakość stając się
wszechobecnym nawoływaniem do duchowej przemiany. Jak mówili niektórzy,
w jego muzyce wyczuwalna była tak głęboka czystość, że po prostu
przepływała przez ciało, jak fale promieni X. Dziękujemy ci Masami za
tak wspaniały wieczór.
więcej 
.................................
czyli deja vu
To nie jest dziennikarstwo,
to jest zwyczajna żenada.
Mikołaj Skrzypiec
Kampania wyborcza kandydatów na urząd burm |